Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lit. polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lit. polska. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 lutego 2014

Biblioteczka Nateczka: Wcale nie jak kura pazurem: Kura Adela. Jak kura zrobiła umywalkę - Joanna Krzyżanek, ilustracje: Zenon Wiewiórka

   Po co kurze umywalka? - spytacie. Normalnej kurze pewnie po nic, jednak Kura Adela jest kurą niezwykłą i dla niej zrobienie umywalki było doskonałym pretekstem do zapoznania dzieci z literkami. Bo powiem Wam szczerze, Adela, jak każda szanująca się kura sztukę czytania i pisania ma w małym... piórku i gorąco pragnie obalić mit, jaki na drób nałożyło wielce krzywdzące i niemające żadnych podstaw przysłowie o "bazgraniu, jak kura pazurem". 
   Opowieści o kurze Adeli tworzą cykl swoistych elementarzy, z których każdy obsługuje trzy literki alfabetu. I tak pierwsza część owej serii, "Jak kura zgubiła pióra" przybliża małym czytelnikom literki B, P i D; natomiast część trzecia, "Jak kura nie chciała być kurą" obsługuje litery Y, K oraz T. My natomiast mieliśmy przyjemność zapoznać się z książeczką, w której wspólnie z nieco ekscentryczną, ale zabawną i sympatyczną kwoką moje dziecko poznało litery W, U i M. Z pewnością wkrótce ukażą się kolejne tomy przygód kury Adeli, w których bohaterkami będą również kolejne znaki alfabetu - ja i Natan czekamy na nie niecierpliwie, bo taka forma zdobywania wiedzy jest tym, co nam zdecydowanie bardzo odpowiada.

   Nauka przez zabawę, taka niewymuszona, mimochodem odnosi często lepsze efekty, niż nakazanie "pójdź dziecię, ja cię uczyć każę". Kolejne wiadomości wpadają do głowy zupełnie przy okazji i wiją tam sobie gniazdka, by obudzić się ze snu, gdy w przyszłości okażą się potrzebne. A nawet jeśli nie, nawet jeśli żadna wiedza nie zostanie w ten sposób przyswojona... Trudno. Wszak sam fakt obcowania z literaturą jest już wystarczającym powodem by po tę czy inną pozycję sięgnąć. A po kurę Adelę sięgnąć warto przede wszystkim dlatego, że jest to pozycja przezabawna, napisana prostym językiem, łatwo przyswajalnym już dla małych dzieci (mój trzylatek słuchał bardzo uważnie). Percepcji treści przez maluchy sprzyjają tez liczne powtórzenia fraz, które dorosłym mogą wydać się nieco nużące (jak tak czytałam drugi raz te same niemal zdania, przyznaję, myślałam, że zwątpię, jednak w końcu uświadomiłam sobie: "Kurcze, przecież to nie jest książka dla mnie, to nie jest żadne "zapychanie" tekstu. To jest dzieciom potrzebne, by mogły przyswoić opowieść, "przetrawić" ją i poczuć się w niej jak w swojej bajce. Coś jak refreny w piosenkach." I odtąd czytałam już bez słowa sprzeciwu).

   "Jak kura zrobiła umywalkę" to zbiorek trzech opowieści, objętościowo do przeczytania na jeden raz, w sam raz na możliwości koncentrowania się już trzylatków, w sam raz na opowieść do czytania przed snem, tak, że wraz z końcem opowieści o Adeli dziecko zdąży już smacznie usnąć. Każda z tych historii poświęcona jest jednej literce, a co za tym idzie napisana tak, by zgromadzić jak największą ilość wyrazów zaczynających się tą konkretną literą. Wyrazy te są wyróżnione kontrastującym z resztą tekstu pomarańczowym kolorem. Co do zasadności tego zabiegu mam pewne wątpliwości, bo czy na przykład nie lepiej byłoby wyróżnić same dane litery? W przypadku, gdy wyróżniony jest wyraz, dziecko może się zwyczajnie zagubić i nie zrozumieć; źle zapamiętać wzrokowo i po prostu się zdezorientować. Ale może to ja jestem złą wróżką i dzieci są inteligentniejsze, niż mi się wydaje; może to jest właśnie metoda na umieszczenie liter w kontekście wyrazu, nadania im sensu... Zobaczymy, przyszłość (niedaleka, bo dziecię moje liter już zaczyna być ciekawe) zasadność tego zabiegu zweryfikuje. 
   Kura Adela przeżywa mnóstwo niebanalnych przygód, pakuje się w tarapaty, snuje niesamowicie pasjonujące rozważania, a wierzcie mi, kurza wyobraźnia nie zna granic. Jak się okazuje nawet zwykłe i banalne zrobienie makaronu może urastać do rangi emocjonującego wyzwania. Natomiast ucieczka przed upałem nad morze i wyobrażanie sobie potencjalnego towarzysza błogiego wypoczynku zaowocować może wizją uszatki fanatycznie zafascynowanej ułamkami i spragnionej bezustannego nauczania o nich Adeli. Latami. No i jeszcze kąpiel w tytułowej umywalce i zabiegi ufoludka, który wprost pragnął popluskać się w niej wspólnie z kurą. Ta jednak wolała wielbłąda, wilka czy choćby wieprza. Doprawdy fascynujące i pobudzające malutką wyobraźnie. Bo co może zrobić taki wielbłąd, ze kurze bardziej opłaca się kąpać z ufoludkiem? Ano może wypić wodę... A wilk? Wilk?! Tego to już lepiej sobie nie wyobrażać. Wilk zje kurę ze smakiem. No i jeszcze wróble, które się zlecą caaałym stadem. Nie, to już może lepiej się popluskać z ufoludkiem. Sama się nieraz uśmiechałam do siebie w myślach, co też ta Krzyżanek nawymyślała, niby to proste, ale spróbujcie dziecku opowiedzieć bajkę...
   Duet Krzyżanek i Wiewiurka znamy z Natanem już choćby ze "Smacznego elementarza" i innych książek z cyklu przygód Cecylki Knedelek, jednak nieodmiennie bawi nas żartobliwe podejście do świata w opowieściach autorki i nieco groteskowe i karykaturalne, acz niesamowicie sympatyczne postaci stworzone przez ilustratora. Uwielbiamy te żywe, energetyczne kolory; tą skłonność do przesady w kresce, co daje prześmieszny efekt. W ogóle cała publikacja została przygotowana z największą starannością i wypełniona treścią po brzegi. Bardzo duża czcionka i przejrzysty układ książki (tekst po lewej stronie, ilustracje po prawej; podsumowanie każdej literki po historyjce, której była bohaterką poprzez mniej lub bardziej absurdalne, ale oczywiste dla dzieci, porównania - jak choćby M zrobione z ogonka małpki Meli, a także ich wizualizacje) dopełnione zostały poprzez liczne szczególiki. Szczególiki, jak na przykład wiersz rozpoczęty na samym początku, wręcz na wewnętrznej stronie okładki, a dokończony na okładce książkę zamykającej; czy niezwykłe autoprezentacje autorki - Joanny Krzyżanek, która lubi być mokra jak kura i ilustratora - Zenona Wiewiurki, który woli rosołek z kury - i ich zabawnymi karykaturami. Aż miło się robi i cieplej na serduchu, że to tacy swojscy i pełni dystansu do siebie ludzie przygotowali książkę, którą oddajemy w dziecięce łapki naszych maluchów. My polecamy.
Tekst stanowi oficjalną recenzję napisaną dla serwisu LubimyCzytać.pl
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Debit, Bielsko-Biała 2013.
Ilustracje: Zenon Wiewiurka.
Wydanie: I.
Ilość stron: 90.
Moja ocena: 5/6

poniedziałek, 10 lutego 2014

Biblioteczka Nateczka: "(...) chciałabym ją czytać, czytać..."* - Cudowna studzienka. Baśnie polskie - opracowała Joanna Papuzińska, ilustracje: Elżbieta Wasiuczyńska

  Wpadnie tylko na chwilkę, na obiad nie będzie miał czasu,  zresztą z obiadem czeka na niego żona. Musi odebrać jeszcze dziewczynki ze szkoły, potem ma spotkanie i milion spraw do załatwienia na przedwczoraj, poprosi więc tylko o herbatę.  - Może rogaliki zjesz, z czekoladą, twoje ulubione, wczoraj piekłam. - Nie mamo, dziękuje, muszę ograniczać słodycze, prezencja, te sprawy - odpowie, nieznacznie tylko luzując krawat.  - Myślałam... jako dziecko za nimi przepadałeś... - Z wielu rzeczy się wyrasta, mamo - ton jego głosu zadrży nutką leciutkiego zniecierpliwienia, wyczuwalną tylko dla tych, którzy go dobrze znają. - Mamo, a pamiętasz taką książkę, w czerwonej okładce chyba, na niej narysowana była jakaś królewna. Taką z bardzo kolorowymi obrazkami, o diabłach i zmorach... - wzrok mojego syna rozbłyśnie tą znajomą iskierką, jak zawsze w chwilach, gdy coś go bardzo zaaferowało. Podam mu wtedy wyciągniętą z półki bez chwili wahania niczym z własnej kieszeni "Cudowną studzienkę" lekko tylko wyblakniętą, z delikatnymi zagnieceniami na grzbiecie, a on ujmie ją po raz pierwszy silnymi męskimi dłońmi. Mój kochany, mały synek. - Pamiętam, jak budowaliśmy sobie namiot z koców i czytaliśmy te baśnie przy świetle latarki... - powie łagodnym głosem, w którym czuć będzie lekkie wzruszenie. - Tak, albo jak byłeś chory na ospę i upodobałeś sobie bajkę "O zajączku sprawiedliwym", a ja czytałam ci ją milion razy, do znudzenia i do późna w nocy, bo nie mogłeś usnąć...  - Pamiętam, mamo, pamiętam - powie dopijając herbatę i zamykając czerwone okładki.  -Mogę? Poczytam dziewczynkom - poprosi, jak zawsze, gdy mu na czymś bardzo zależy; mój mały synek. Za dwa dni zadzwoni telefon.  - Wiesz mamo, przeczytałem całą. I znów poczułem się jak dziecko. 
   Bo książki to coś więcej, niż przedmioty, bo książki łączą pokolenia, zatrzymują czas, pozwalają nam w nim podróżować; szczególnie te wyjątkowe, te, które towarzyszą nam od wczesnego dzieciństwa. Bo książki, to my. Dlatego właśnie tak sobie marzę, że za lat trzydzieści moje dziecko przekaże opowieści zawarte w tym zbiorku swoim dzieciom, a potem one swoim, jak rodzinną pamiątkę, jak najcenniejszy rodzinny skarb. Dlaczego właśnie tę? - spytacie. Bo właśnie ona sięga do korzeni, do tego, z czego wyrośliśmy i czym jesteśmy. To taki skarbczyk narodowej opowieści, przełożona na słowa polska tożsamość. Coś niezwykle kruchego i eterycznego w dobie powszechnej globalizacji; coś, co płonie nikłym już płomykiem, który trzeba ochronić takimi właśnie tekstami polskiej kultury niczym złożonymi dłońmi od porywczego wiatru homogenizacji. Zawarte w niniejszym wyborze opowieści napisali lub spisali tacy słynni polscy pisarze, jak choćby Jan Kasprowicz, Józef Ignacy Kraszewski, Gustaw Morcinek, Henryk Sienkiewicz czy Adolf Dygasiński. To oni i kilka innych osób ujarzmili i w szaty opowieści przyodziali niepowtarzalnego ducha naszego narodu.
   Baśnie składające się na ten wybór to historie pełne staropolskiej ludowej mądrości, przesycone dawnymi wierzeniami, nieraz dające wyraz wierze w transcendentną sprawiedliwość i odwieczny porządek świata. Pełnią one raczej rolę egzemplifikacyjną i są często bardziej drogowskazami wartości moralnych i etycznych, niż źródłem rozrywki, niemniej jednak ich lektura może stanowić wspaniałą przygodę i zabrać nas w pasjonującą podróż w czasie, podczas której być może uda nam się zrozumieć kim jesteśmy i co wyróżnia nas spośród innych narodów Europy. Każda z tych baśni odkrywa przed nami świat, który dawno już przeminął, dlatego wiele aspektów w tej książce może być dla dzieci niezrozumiałych. Daje to moim zdaniem jednak idealny bodziec do wielu rozmów i poszukiwań, podsyca pasję odkrywania, sygnalizuje, że rzeczywistość, w której żyjemy jest tylko jedną z alternatywnych oraz stanowi idealny punkt wyjścia do zainteresowania dziecka historią. 
  
Również płaszczyzna języka i stylu przesycona jest staropolską atmosferą dzięki temu, w jaki sposób prowadzona jest narracja. Skoro przemawiają do nas z kart "Cudownej studzienki" legendarne postaci, to mają one prawo przemawiać legendarnym językiem, z którym nasze dziecko będzie miało okazję spotkać się chyba tylko w szkole. Dlatego może warto zaserwować mu poprzez lekturę tej książki choć namiastkę tradycji zamkniętej w języku przodków, może warto odkurzyć tę staropolska mowę w czasach potopu amerykanizmów; ocalić choć jeden jej pierwiastek od zapomnienia. Sama autorka również celowo nie przesiała tych cudownych polnych kwiatów polskiej mowy przez sito uproszczeń tworząc ów zbiorek:
"Przygotowując ten wybór, uwspółcześniłam pisownię i wyjaśniłam niektóre archaizmy, ale nie wszystkie, bo chciałam, by czytelnik mógł poczuć smak staropolskiej mowy."**
I bardzo dobrze, kontentnam z tego powodu. A co przekracza możliwość zrozumienia, to wyjaśnione w słowniku na końcu książki. Nie ma tych wyjaśnień wiele, bo też nie w tym rzecz, by przedzierać się przez chaszcze słów niezrozumiałych, odbierając sobie tym samym radość przebywania w opowieści. Nie, słowa takie pojawiają się tylko sporadycznie i proszą wprost o to, by mogły zostać wyartykułowane i wybrzmieć pod XXI wiecznymi strzechami.

   Propaguje się tu takie cechy charakteru, jak odwaga i spryt; dobroć również, jednak przykłady niektórych baśni pokazują, że trzeba ostrożnie dobierać ludzi (a właściwie osoby; bo tu akurat pomoc niedźwiedziowi okazała się błędem), którym się pomaga, bo może się to czasami obrócić przeciwko nam. „Cudowna studzienka” ukazuje życie bez upiększeń, serwuje czytelnikom surową prawdę o ludzkim losie. Baśniom znajdującym się w zbiorku daleko do lukrowych opowieści rodem ze świata Disney'a - to opowieści brutalne i okrutne - o wiele im bliżej do tych snutych przez braci Grimm w wersji nieocenzurowanej. Często też są one tak straszne, że raczej nie polecałabym czytanie ich dzieciom na dobranoc. Przez karty opowieści wybranych dla nas przez Joannę Papuzińską przewija się niejeden diabeł, często możemy usłyszeć jak przez szelest kart studzienki dobiegnie nas echo przeraźliwego wycia upiora; strzec się trzeba bezwzględnych zbójów, którzy zabijają każdego, nie wahając się podnieść ręki uzbrojonej w nóż i zatopić go w szyi swej starutkiej matki... Nic tu jednak nie jest napisane bezcelowo, a z każdej historii wypływa dla czytelnika ważna nauka - za grzechy się tu pokutuje, nie ma zbrodni bez kary, a odważni, cierpliwi i sprytni zostają sprawiedliwe i sowicie nagrodzeni. Ta książka to pochwała zdroworozsądkowego sposobu pojmowania świata; świata, który niestety przeminął. 

   Każda książka dla dzieci ma dwóch autorów, jeden z nich jest tym, który snuje opowieść, drugi - ją wizualizuje, ożywia, wspomaga kształtującą się dopiero wyobraźnię dziecka poprzez ilustrację. Jeśli więc chodzi o aspekt obrazów, które możemy podziwiać w "Cudownej studzience", tak podziwiać właśnie, bo według mnie są to prawdziwe dzieła sztuki, wyczarowała je dla nas z tęczy chyba Elżbieta Wasiuczyńska. Otwieramy książkę i zalewa nas istna feeria barw; kolory nasycone, żywe, jaskrawe, mocno ze sobą kontrastujące i wydobywające się nawzajem. Obrazy skomponowane przez ilustratorkę są tak wielowymiarowe, że łącza w sobie zarówno sensy dosłowne opowieści, jak i ich znaczenia metaforyczne, a to wszystko zamknięte jest w formie słowiańskiego folkloru, pewnej ludowej toporności wyrazu artystycznego właściwej wiejskim artystom. Jestem pod ogromnym wrażeniem tych ilustracji. To wykwintne połączenie abstrakcji z dosłownością; wyrafinowany miraż twardej rzeczywistości z eteryczną magią oddanej jedynie za pomocą odpowiednio wyważonych odcieni barw i kilku prostych pociągnięć pędzla, tak, że czuje się drzemiąca w tej prostocie siłę i mądrość ludu. A wszystko wiruje, jak pasiasta ludowa spódnica w tańcu rozhulanej wieśniaczki. Mistrzostwo! 

    Zresztą bardzo wymowna jest geneza powstania owego wyboru staropolskich baśni – inspiracją do pracy nad tego typu książką, był dla Joanny Papuzińskiej posiadany w dzieciństwie i od dzieciństwa ukochany, do bólu zaczytany „Bajarz polski”, posiadający nota bene również czerwoną okładkę. Autorka zdradza czytelnikom, ze po dziś dzień posiada ów egzemplarz, mocno sfatygowany, z brakującymi stronami; nie może jednak się z nim rozstać, bo ma dla niej ogromną wartość sentymentalną. Jak więc widać, książki mają ogromną moc. Mam wielką nadzieję, że „Cudowna studzienka” okaże się takim „Bajarzem” dla mojego dziecka. 

Tekst stanowi oficjalną recenzję napisaną dla serwisu LubimyCzytać.pl
*s. 9.
**s. 365
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Media Rodzina, Poznań 2013.
Ilustracje: Elżbieta Wasiuczyńska.
Wydanie: I. 
Ilość stron: 368.
Moja ocena: 6/6

Recenzja bierze udział w wyzwaniu W 200 książek dookoła świata.

czwartek, 17 maja 2012

Jak się reportażu pisać nie powinno - "Rwanda" - Piotr Kraśko

   Będą się sypać gromy, bo powiedzieć, że mnie ta książka zawiodła, to zdecydowanie za mało. "Rwanda" mnie zniesmaczyła; to co mi w niej zafundowano przekracza granice dobrego smaku, a jej treść i forma okazała się przeciwnie proporcjonalna do pokładanych przeze mnie w niej nadziei i oczekiwań, jakie sobie roiłam wobec lektury. 
   Nazwisko słynnego polskiego dziennikarza traktowałam jako gwarant solidnej i rzetelnej reporterskiej roboty; szczególnie w zestawieniu z taką marką, jak National Geographic, jego publikacja powinna być dopięta na ostatni guzik, dopieszczona; powinna grać i śpiewać... Byłam pewna, że dowiem się informacji, które dotąd były dla mnie nieznane, że zostaną postawione jakieś odkrywcze tezy, coś będzie wyjaśnione, jakieś mity padną... Tymczasem zonk. Książka stanowi jeden wielki zgrzyt. Mało co się tam trzyma kupy; styl kuleje, ilustracje o pomstę do nieba wołają, a ogólna całość mogłaby raczej posłużyć za wzór, jak reportażu pisać nie należy...
   Oskarżam tę książkę o nóż, jaki wbiła mi w serce jeszcze zanim na dobre rozpoczęłam zagłębianie się w tekst. Otóż zawsze, zanim przystąpię do lektury książki opatrzonej ilustracjami (w szczególności jeśli mam do czynienia z reportażem tego typu), lubię wiedzieć, kto jest tych zdjęć autorem. Według mnie bowiem zdjęcia w pozycjach reportażowych przemawiają do czytelnika w równej mierze, bądź nawet bardziej niż tekst. Dzięki nim autor "użycza" swoich oczu czytelnikowi pozwalając mu widzieć to, co sam ogląda. No więc szukam źródła fotografii, znajduję, a tam... Wikipedia. Z nóg mnie ścięło. Jak tak można? No jak? Jak autor chcący zachować poziom może ilustrować swój wywód zdjęciami pożyczonymi z ogólnodostępnego i mającego opinię trywialnego źródła? Przecież Kraśko sam chwali się w tekście umiejętnościami swojego fotografa, więc pytam: gdzie są zdjęcia? Rozumiem, że gdy szalała krwawa jatka autor nie był obecny na miejscu; rozumiem, że pojechał tam dopiero w 1996, ale chyba lepiej zaprezentować autorskie fotografie, niż wyławiać je z Wikipedii. W tym przypadku chyba wolałabym, by ich tam wcale nie było. Godzi to w moją czytelniczą dumę, gdy mi się coś takiego serwuje. 
   Wiele do życzenia pozostawia także dobór zdjęć, ich lokalizacja, a nade wszystko podpisy, jakimi zostały one opatrzone. Autor czy wydawnictwo, nie wiem kogo winić, uznało za świetny patent, by zdjęcia, które umieszczone są we wklejce opatrzyć cytatami z tekstu, który mniej więcej (bardziej mniej) mają ilustrować. A, że wklejka "obsługuje" tekst zarówno znajdujący się przed nią, jak i ten następujący po niej, zrobił się z tego niezły obrazkowy miszmasz. W praktyce czytając to, co już przeczytałam, nudziłam się; natomiast czytając to, co dopiero zostanie wyjaśnione w kontekście, ani za grosz nie rozumiałam, co autor miał na myśli. Fotografie pełnią więc swoją funkcję źle, niczego nie obrazują, są za to sprawczyniami zamieszania. 
   Oskarżam tę książkę również o to, że nikt się w niej zanadto nie przejmuje taką błahostką, jaką jest zdawać by się mogło, poprawność stylistyczna. W efekcie, aby zrozumieć sens niektórych zdań, musiałam je czytać co najmniej kilka razy. Klarowność przekazu całości burzy też częste urywanie wątku przez autora, na rzecz podejmowania następnego, z którego potem przeskakuje na zupełnie inny. Ciężko się w tym nie pogubić. Ciężko tym bardziej, że autor ewidentnie lubuje się w chwytaniu za ogon niezliczonej ilości srok - raz opisuje dialog z taksówkarzem, za chwilę pisze o trudach zawodu dziennikarza, a tylko czasem napomina coś o myśli przewodniej swojej publikacji, jaką jest rwandyjska masakra. Nie klei mi się to zupełnie... Lektura książki to niekończąca się pogoń za sensem, który wciąż umyka. Czasem wręcz nie można oprzeć się wrażeniu, że niektóre epizody czy dygresje mają jedynie "wypychać" przestrzeń, rozciągać ją. A mówi się, że jeśli nie ma się niczego do powiedzenia, najlepiej nie ubierać tego w słowa...
   Plusy? Są, choć nieliczne. Podoba mi się fakt, że Kraśko poprzestaje na kilku elementarnych szczegółach dotyczących genezy konfliktu między plemionami Tutsi a Hutu. Ja, jako osoba zaznajomiona z kilkoma dziełami o tej tematyce, żmudnie i ze zniecierpliwieniem się przez nie przedzieram w każdej kolejnej publikacji. Tu było to okrojone, sprowadzone do minimum niezbędnego dla zorientowaniu się w treści czytelnikowi nieobeznanemu z historią rwandyjskiego konfliktu. Fajnie. Częściowo moją przychylność zdobył też pomysł naświetlenia międzynarodowego tła konfliktu, jakim było starcie w Mogadiszu. Spowodowało ono bowiem, iż ONZ, które straciło tam kilkunastu ludzi i mnóstwo energii, postanowiło nie angażować się w sytuację w Rwandzie. Tu jednak muszę zauważyć, że stosunek ilości tekstu, jaki autor poświęca temu zagadnieniu zestawiony z ilością dotyczącą Rwandy daje mi podstawy do twierdzenia, że książka ta mogłaby być równie dobrze zatytułowana "Somalia". 
   Zawiodłam się strasznie na tej książce. Zamiast całej serii "W stanie wojny" w ramach której ukazała się owa książeczka, ja radziłabym panu Kraśko stworzyć jedną porządną publikację, która byłaby wypełniona treścią po brzegi i okraszona autorskimi zdjęciami. Po takie dzieło pobiegłabym w podskokach. Natomiast kieszonkowe wydanie, ilustracje zapożyczone z Wikipedii i chaotyczna treść nie wnosząca żadnego novum do mojej wiedzy o świecie to zdecydowanie nie są rzeczy, na które warto wydawać pieniądze.  
Recenzja dla serwisu Nakanapie.pl
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: G+J, Warszawa 2012.
Wydanie:I
Ilość stron: 96.
Data powstania: 2012.
Moja ocena: 2/6

wtorek, 24 kwietnia 2012

Uwaga! Treści rewolucyjno - wywrotowe! - "Moment niedźwiedzia" - Olga Tokarczuk

   Ta książka jest o wszystkim. Nie jest tylko o niczym. Bynajmniej. Z zebranych w niej tekstów autorki, publikowanych poprzednio w różnych pismach bądź stanowiących treści mów okolicznościowych, wyrasta przemyślana, oparta na aktywnym odbiorze życia filozofia osoby myślącej i czującej. Stawiającej pytania i niezadowalającej się najprostszymi odpowiedziami. Osoby dostawiającej jeszcze dwie kropki w miejscach, w których inni postawiliby jedną, by móc jak najszybciej zapomnieć o sprawie. Przyznam szczerze, publikacja ta mnie totalnie zaskoczyła. Sugerując się okładką spodziewałam się eseju traktującego o podłym traktowaniu zwierząt; tym czasem dostałam znacznie głębszą i bardziej panoramiczną rozprawę o życiu i świecie. Negującą wszystkie oczywistości, poddającą w wątpliwość cywilizacyjne fundamenty. Tak sobie myślę, że gdyby jeszcze czytelnikom pani Tokarczuk się chciało chcieć, "Moment niedźwiedzia" mógłby stanowić iskrę będącą zarzewiem wielkiej światowej rewolucji.
   Przemeblujmy świat, przemeblujmy nasz umysł - zdaje się wołać Tokarczuk i wykłada nam argument za argumentem, dla których uczynić to warto. Prowokuje do zastanowienia się nad Rzeczywistością w której żyjemy i sposobem, w jaki ją sobie zorganizowaliśmy. Bo może można było lepiej?  Autorka przesuwa, z niemałym zgrzytem co prawda, nasze myślenie na inne tory i wiezie nas nimi do krainy zwanej Heterotopią - w niej nie ma żadnych granic, obowiązków, pewników ani podziałów. A mimo to żyją w niej szczęśliwi ludzie, którym całkiem dobrze się powodzi. Dlaczego? Bo nie są uwikłani ani w płeć, ani w naród; ich życia nie determinuje żaden Bóg ani koncern naftowy. Są wolni. Czytając dowody autorki na możliwość i banalność przeorganizowania świata i skrojenia go na ludzkie potrzeby nie sposób nie popaść w graniczący hipnotycznym stan oczarowania jej wizją. Obawiam się jednak, iż przez wrodzone ludziom brzydkie cechy jak pycha i chciwość, przeprowadzka ziemskich cywilizacji do tej krainy mogłaby zakończyć się dla nich niej niezbyt dobrze. 
   W "Momencie niedźwiedzia" autorka pochyla się też na moment nad tegoż niedźwiedzia zwierzęcymi pobratymcami. Śledzi myśl ludzką traktującą o "naszych mniejszych braciach" i w skoncentrowanej formie przybliża nam jej ewolucję, akcentując największe odchylenia. Opowiada więc o teorii zwierzęcia-maszyny  (Kartezjusz); poprzez tezy o ich istnieniu, które miało na celu jedynie służyć człowiekowi (Kant), aż po porównanie uboju zwierząt do zbrodni Holokaustu (Elizabeth Costello w "Żywotach zwierząt" J. M. Coetzee - tu przy okazji autorka serwuje czytelnikowi bardzo interesującą tego utworu analizę). Następnie przytacza nam jeszcze pani Olga kolejną migawkę z wymownego, prozwierzęcego utworu, jakim jest "Pod skórą" Michaela Fabera. Treść dość szokująca, ale może terapii wstrząsowej ludzkości potrzeba? Może pora spojrzeć na zjadanie zwierząt nie jako na coś oczywistego, lecz jak na morderstwo? Nie boję się mocnych słów, sama kiedyś byłam wegetarianką. Dlaczego BYŁAM? Bo świat wybił mi to z głowy strasząc anemiami i drwiąc z tych fanaberii... Często też okazywało się, że podczas świątecznych obiadów czy innych imprez po prostu nie miałam co jeść - to wymownie świadczy o randze problemu. Nie, tekst Tokarczuk mnie nie nawrócił, ale mocno zastanowił. 
   Sprawy poruszające tematy tabu przeplatają się w książce z tematami dość trudnymi dla Polaków. "Nie jesteśmy doskonali" - zdaje się mówić pokornie pani Olga i ja tę jej pokorę bardzo cenię. Interesujące i warte chwili refleksji są teksty zebrane w rozdzialiku pt. "Pliki podróżne". Przemyślenia autorki, które wyklarowały się w trakcie pobytu w Holandii czy Szwajcarii emanują otwartością na inność, tolerancją i brakiem uprzedzeń. Widać w nich zdroworozsądkową chęć czerpania z mądrości innych właściwą ludziom, którzy są ponad wszelkimi stereotypami. Bo bądźmy szczerzy, z czym kojarzy się nam Holandia? Czyż nie z szeroko pojętymi używkami? Natomiast Tokarczuk dostrzega w niej stabilność i atmosferę bezpieczeństwa. A Szwajcaria? Ser, zegarki, banki. Sztywność i nuda. Może i tak, ale warta naśladowania jest ich dbałość o środowisko przejawiająca się segregowaniem odpadów; warta naśladowania jest umiejętność jednoczenia się we wspólnej sprawie, zespołowego działania... Autorka dźga nas tekstem niczym ostrą szpilą, podstawia pod nos lustro i każe się w nim przejrzeć, jako wspólnocie. Ja chyba dostrzegam regułę kontrastu...
   Idąc za ciosem stwierdzić muszę, iż Tokarczuk udało się chyba wreszcie najcelniej, spośród znanych mi parających się tym zadaniem ludzi pióra, zdiagnozować polskość i odmalować przezabawny, a jednocześnie uderzająco trafny portret Polaków. Uśmiałam się czytając "Mały stronniczy przewodnik po Polsce dla Niemców z racji wstąpienia do Unii Europejskiej", w którym podaje autorka krótkie, subiektywne, humorystyczne definicje fundamentalnych dla narodowej tożsamości pojęć. Kwintesencją prawdy o nas samych zdaje mi się być zdanie: "Dania uważane za typowo polskie, to barszcz ukraiński, ruskie pierogi i karp po żydowsku"*. 
   Zawarte w publikacji teksty traktujące o tematach trudnych napisane są językiem mowy. Językiem prostym i przystępnym, nieprzeładowanym słownikowymi określeniami czy rozbudowanymi porównaniami, w których nie sposób się nie pogubić. Gołym okiem widać, że autorka wie, o czym pisze. Widać, że poruszana tematyka jest jej niezmiernie bliską, wielokrotnie goszczącą w jej umyśle, a prawdopodobnie również w sercu. Tokarczuk rozlicza się w swej prozie z utartymi schematami. Demaskuje i obnaża niedoskonałość naszego świata i czyni to niezwykle sugestywnie, jej tezy i poglądy długo po lekturze kołaczą się w głowie i zmuszają do widzenia, a nie tylko patrzenia. Do słyszenia, a nie tylko słuchania. 
   Na drugiej natomiast stronie medalu, z wszystkich zapisanych słów będących nośnikami myśli wyłania się mentalna biografia autorki "Momentu niedźwiedzia". I tak, jak mówi się pokaż mi swoją szafę/sypialnie/lodówkę, a powiem ci, kim jesteś; tak Tokarczuk pokazuje nam poprzez swoje poglądy i wierzenia, jaka jest ona. Tolerancyjna, otwarta, inteligentna życiowo. Pogodna - bo mimo przytłaczającej i ważkiej tematyki, umie znaleźć słowa przyprawiające o uśmiech, kiedy się o niej czyta. Można też czytać te krótkie teksty jako swoisty klucz do drzwi jej pozostałej twórczości. Gwarantuję pobudzającą mentalnie i naładowaną treścią rzecz. 
Tekst stanowi oficjalną recenzję napisaną dla serwisu LubimyCzytać.pl 
 *s. 141. 
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2012.
Wydanie: I.
Ilość stron: 191.
Data powstania: teksty powstawały w latach 1996-2011.
Moja ocena: 4/6

środa, 30 listopada 2011

Tomek i gorączka złota - "Gorączka. W świecie poszukiwaczy skarbów" - Tomek Michniewicz

        Któż z nas nie marzył, by odnaleźć zakopany w ziemi, ukryty na dnie morza lub w mrocznych czeluściach jaskini kufer, wypełniony po brzegi mieniącym się złotem, rubinami i szmaragdami? Ileż to razy będąc dziećmi wyruszaliśmy z prowizoryczną mapą na poszukiwanie bogactw w zakamarkach swych podwórek pełni nadziei, że kilka ruchów łopatką odkryje przed nami nieprzebrane bogactwa? Później dorośliśmy. Poszliśmy do pracy ciułać grosz do grosza zapominając o swych marzeniach. Nie wszyscy jednak straciliśmy tę dziecięcą wiarę w cuda... Niektórzy podrośli, zmienili osprzęt, realia, lecz w ich głowach nadal kołacze się marzenie o ukrytym gdzieś skarbie. To ich tropem podążył Tomek Michniewicz.    
  "Gorączka" to opowieść o wielkich namiętnościach, obsesjach wręcz; o balansowaniu na granicy obłędu, o marzeniach, dla spełnienia których pewni ludzie gotowi są dzień w dzień ryzykować życiem. Autor dotarł do ludzi, którzy znają te uczucia z własnej autopsji. 
   Rozmawiał z człowiekiem, dla którego nieprzemyślana i spontaniczna wyprawa po wielki skarb z szemranym kapitanem Knightem skończyła się długotrwałym pobytem w wietnamskim więzieniu, ba, omal jej nie przypłacił życiem. Przedostał się na zaplecze kasyna w Las Vegas, by poznać tajniki "nabijania w butelkę" naiwniaków, którzy wierzą, że dane im będzie rozbić bank. Przemierzał meksykańskie pustynie tropem skarbów ukrytych przez hiszpańskich osadników, omijając najwymyślniejsze i najbardziej wyrafinowane pułapki, które mimo upływu czasu, nadal strzegą skarbu przed dostaniem się w niepowołane ręce. Nurkował w poszukiwaniu zatopionego w XVII wieku hiszpańskiego statku Atochy, która pochowała w wodnych odmętach wykradziony Indianom i przetopiony na złote artefakty skarb. Skarb wart dziś ponad miliard dolarów. W Afryce kontaktował się z zama zama, nielegalnymi wydobywcami złota z oficjalnych jaskiń, którzy dosłownie ładują ten drogocenny kruszec na taczkę. W końcu przyczynił się do ujęcia mafii kłusowników i handlarzy kością słoniową, których ofiarą padało wiele niewinnych zwierząt, brutalnie mordowanych tylko dla ich ciosów.  Tego wszystkiego autor doświadczył na własnej skórze, to sprawia, że jego książka pełna jest autentycznych emocji.
   Słowem: krócej byłoby wymieniać, gdzie autor tej książki nie był i z kim nie rozmawiał. To daje pojęcie o ogromie pracy i zaangażowaniu, z jakim podszedł Tomasz Michniewicz do obranego przez siebie celu. Myli się bowiem ten, kto myśli, iż wystarczyło pójść i poprosić, wyrazić swoje zainteresowanie, a rzeczone osoby opowiadały mu zaraz od a do zet o swojej, nieraz nielegalnej czy utrzymywanej w największej tajemnicy działalności. Mogę się założyć, że autorowi zdarzało się góry poruszać, by zamienić kilka słów z osobami, których historie opowiada nam w swojej doskonałej publikacji.  
   Opowiada i to jak opowiada. Zazdroszczę i pełna jestem podziwu dla umiejętności Michniewicza w zakresie operowania słowem - lepi z niego niczym z plasteliny... Co on zrobił z wstawkami historycznymi!!! Zamiast wynudzić czytelnika zlepkiem  suchych faktów i dat stanowiących background jego opowieści on reżyseruje nam tam historię na miarę "Titanica". Dosłownie! Czytając opis katastrofy morskiej hiszpańskiej floty zwożącej skarby dla Europejskiego monarchy z jego amerykańskich kolonii czułam się jak na projekcji tego oscarowego filmu, wcale nie przesadzam. Podobnie było z wszystkimi historycznymi przerywnikami mającymi wyjaśnić pochodzenie skarbów, których teraz namiętnie poszukują rozmówcy Tomasza - za każdym razem fabularna historia, wyposażona w wartką akcję, portrety charakterologiczne jej historycznych bohaterów. Za każdym razem pasjonująca i wciągająca opowieść. I ta jego bujna wyobraźnia, którą poruszy może najmniejszy bodziec, to przywiązywanie wagi do detali, które kryją za sobą wielkie tajemnice. Coś wspaniałego!
   "Trzymałem w ręku przedmiot, który spędził czterysta lat pod wodą, zagrzebany w piachu. To był świadek sztormu, który zatopił Atochę. Może ta prochownica należała do któregoś z przerażonych żołnierzy? Może cisnął ją na pokład, bo zawadzała mu, gdy w panice próbował przywiązać się do masztu, który i tak niebawem miał pęknąć z trzaskiem i zwalić się do morza, ciągnąc nieszczęśnika za sobą? Aż usłyszałem huk fal i wrzaski na pokładzie, który rozpadał się na kawałki. John kontynuował wyjaśnienia, dźwięki sztormu odpłynęły gdzieś, niknąc powoli..."*
   Muszę w tym miejscu schylić czoła również mrówczej pracy Michniewicza w zakresie resercherskiego zaplecza jego książki i jej zgodności z faktami historycznymi w najmniejszych detalach (nawet kolor sukni pewnej damy, która utonęła w katastrofie Atochy, czy rysy osobowościowe bohaterów sprzed kilkuset lat są tam naukowo potwierdzone) - dla osoby nie zajmującej się na co dzień historią zgromadzenie takiego zasobu informacji pozwalającego swobodnie operować tym materiałem to jednak przedsięwzięcie wiążące się z niemałym wysiłkiem... 
   Urzekła mnie w "Gorączce" też bliskość i brak dystansu autora do jego czytelników. Było to widoczne szczególnie, gdy w Afryce musiał zmieniać "na gorąco" plany swej podróży, by dostosować je do profilu książki. "To już nawet nie byli poszukiwacze skarbów, to byli po prostu etatowi ich zbieracze. (...) Umówmy się, że nie przelecieliśmy dziesięciu tysięcy kilometrów, żeby kopać rowy."** - napisał Michniewicz i zabrał czytelników ze sobą na wędrówkę po pustynnych wertepach. Mało się tam działo, ale był czas tak zwyczajnie pogadać z czytelnikiem, przemycić trochę survivalu... W ogóle często autor wprowadza czytelnika na zaplecze swojej książki. To jest fajne. Czułam się jakbym jechała z nim i jego przyjacielem długaśnymi amerykańskimi autostradami gawędząc niezobowiązująco. Super zabieg. 
   Tolerancja i otwartość na świat - to cechy, które bardzo cenię u autorów książek podróżniczych. Zaplusowują w mnie z miejsca osoby wyzbyte awersji do inności, ciekawe świata i posiadające szacunek do wszystkiego i wszystkich. Tych cech Tomaszowi Michniewiczowi na podstawie tekstu i moich odczuć podczas jego lektury odmówić nie mogę. Jego ufność i wiara w człowieka, jego wrażliwość nie pozwalały mu uwierzyć w brutalną walkę rasową w Johannesburgu; nie pozwalały jednoznacznie zaklasyfikować kłusowników, jako złych ludzi (szukał dla nich usprawiedliwienia; jednak nie znalazł). Podoba mi się wielka pokora Michniewicza wobec natury, wobec stworzenia. Tylko tacy ludzie potrafią dostrzec piękno świata i przekuć je w tekst nic zeń nie ujmując. 
   "Zdarzają się takie momenty w podróży, które nie tylko pamięta się do końca życia, ale i przeżywa ciągle na nowo. Krótkie i ulotne chwile niebycia sobą, a bycia gdzieś daleko, kiedy udaje się dotknąć świata tak naprawdę. Przez chwilę pod palcami miałem szorstką sierść dzikiej lwicy..."***
   Nie mogę nie zwrócić w tym miejscu uwagi na zdjęcia... Są piękne, duże, czytelne, znakomicie oddają klimat miejsc, w których przebywał autor ze swoimi przyjaciółmi. Jednak nie to mnie w nich najbardziej zachwyciło. Największe wrażenie zrobiła na mnie umiejętność przewidywania autora: czytam sobie "Gorączkę", czytam i myślę "ciekawe jak to wyglądało". Odwracam stronę, a tam bach!, kolorowe na lśniącym (bo papier publikacji też niczego sobie), mam podane jak na tacy zdjęcie ilustrujące ciekawe miejsca, osoby, znaleziska. To sprawia, że lektura książki dostarcza jeszcze większych wrażeń. Na medal zasługuje szczególnie jedno zdjęcie - zdjęcie zrobione kłusownikom i handlarzom kością słoniową, którego zrobienie mógł Michniewicz w niesprzyjających okolicznościach przypłacić życiem. 
   Michniewicz "wymiata". W "Gorączce" widzi więcej, niż wielu innych autorów literatury podróżniczej razem wziętych. Nie wyznaje dewizy, że aby zyskać miano wielkiego podróżnika, wystarczy pojechać, pozachwycać się tudzież ponarzekać, wrócić i można już wydawać książki. Nie. Michniewicz przeżywa, angażuje się, doświadcza, interweniuje. I nic nie jest na pokaz - czuć autentyczność. Jego książka zadrukowana jest pasją. Pozwolę mu napisać jeszcze kilka książek, zanim okrzyknę go swoim prywatnym następcą Kapuścińskiego na miarę XXI wieku. Czekam na nie z niecierpliwością, Panie Tomaszu. 
Tekst stanowi oficjalną recenzję napisaną dla portalu LubimyCzytać.pl
*s. 162-163.
**s. 250.
***s. 233.
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Otwarte, Kraków 2011.
Wydanie: I.
Ilość stron: 368.
Fotografie: Tomek Michniewicz.
Data powstania: 2010.
Moja ocena: 6/6.
Wyzwanie: Reporterskim okiem.

wtorek, 11 października 2011

Egzotyczna podróż z kosztorysem w tle - "Białe słonie, czyli niezwyczjna podróż zwyczajnych ludzi. Tajlandia, Birma" - Jerzy Opoka"

   Któż z nas nie marzy o dalekich podróżach w egzotyczne zakątki świata... Kto nie chciał by choć raz oderwać się od szarej codzienności i przenieść w huczący feerią barw krajobraz rafy koralowej czy naszpikowany cętkami i paskami dziki, afrykański świat. Najczęściej jednak pragnienia te pozostają w sferze marzeń, bo na ich zrealizowanie nie pozwalają nam czas, nieśmiałość czy najbardziej prozaiczne fundusze... Bzdura. Jerzy Opoka, autor "Białych słoni" pokazuje w swej książce namacalnie, że chcieć, to móc. 
   Liczyłam na kawał dobrej literatury podróżniczej opisującej zabytki, zwyczaje czy życie codzienne egzotycznych i orientalnych dla mnie krajów. Jednak chyba pomiędzy moimi oczekiwaniami jako czytelnika a intencyjnym odbiorcą, do którego autor skierował swój utwór zrodził się pewien dysonans. Krótko mówiąc - zamiast zachwytów pięknem i  majestatycznością Birmy i Tajlandii, które obrali za cel swej podróży Jerzy Opoka wraz z żoną, otrzymałam niemalże kosztorys tej eskapady wraz z garściami dobrych rad, które jednak dla polskiego czytelnika nie zamierzającego udawać się w dalekie wojaże nie zdadzą się na nic. Ja rozumiem, że książka, jak sam podtytuł nas informuje, opowiada o zwyczajnych ludziach, a zwyczajni ludzie z pieniędzmi się liczą; nie popadajmy jednak w skrajność - chyba tylko najbardziej znudzony podróżą człowiek, choćby nawet najzwyklejszy, zamiast rzucić się w szaleństwo zwiedzania i podziwiania ma czas i ochotę na tak skrupulatne notowanie cen. Jak więc widać, "Białe słonie" w swym zamyśle miały chyba być inspiracją dla czytelnika do wyruszenia po przeczytaniu śladami autora i to najlepiej jak najszybciej - w przeciwnym razie podawane ceny się zdezaktualizują i pozostaniemy zdani sami na siebie niczym dzieci we mgle.
   Nie wyczułam niestety w słowach autora podróżniczej pasji i otwartości na świat i inność. W moim, jak najbardziej subiektywnym odczuciu, autor w kontaktach z miejscową ludnością zachowuje pewną dozę nieufności i niezwykłą ostrożność - niech potwierdzeniem moich słów będą choćby sytuacje w których ironicznie (tak czułam) opisuje babcię, która prawdopodobnie utrzymuje się z pozowania turystom, bądź z miejsca "znielubia" jednego z przewodników za jego wygląd. 
   Brakowało mi w tej książce tego, co cenię w pozycjach literatury podróżniczej... Brakowało mi zachwytu, emocji, oczarowania, choćby posuniętego do granic naiwności, ale nie demaskującego egzotycznych atrakcji jako mało spektakularnych (jak się autorowi przydarzyło w przypadku skaczących kotów z klasztoru Nga Hpe Chaung) lub absurdalnej i niepraktycznej, mimo że będącej zwyczajem, któremu hołduje się od wieków (sytuacja z kobietami pagdaung, znanymi też jako kobiety żyrafy). Autor pisze w swojej książce następujące słowa:
  "Przed przyjazdem do Birmy obejrzałem dziesiątki zdjęć z Baganu i przeczytałem różne relacje i opisy, ale żadne, ale to żadne z nich nie są w stanie oddać tego, co się czuje, będąc tu, na miejscu. Nie ma takich słów, ani takich fotografii, choćby nawet najbardziej udanych, które odzwierciedlałyby jego skalę, bliskość i dostępność. To istna kraina baśni bądź też mityczne miejsce i aż trudno uwierzyć, że w XXI wieku pomiędzy zabytkami pamiętającymi początki birmańskiej państwowości a wysokimi palmami prędzej można spotkać duże stada wychudzonych w porze suchej krów, niż innego turystę."*
Żałuję wobec tego, że Jerzy Opoka nie dołożył wszelkich starań, by swoim odbiorcom przekazać choćby namiastkę tego piękna. Żałuję, że nie zrezygnował ze spisywania cenników i opisywania sfery logistycznej takiej orientalnej wyprawy na rzecz duchowych doświadczeń obcowania z egzotyką. Myślę, że to przydałoby uniwersalności jego publikacji. Powstała jednak nie literatura podróżnicza a metapodróżnicza, w której twórca instruuje zamiast opisywać, opiniuje zamiast przekazywać i doradza zamiast zachwycać. Bliżej "Białym słoniom" do poradnika podróżnika w stronę Birmy i Tajlandii (a zaryzykowałabym stwierdzenie, iż książka jest stricte poradnikiem, gdyż w końcowej partii tekstu autor zamieszcza przydatne adresy oraz słowniczek niezbędnych pojęć).
   Rzeczą, która mnie urzekła w "Białych słoniach" to przepiękne, genialnie wykonane fotografie. Oglądałam je zahipnotyzowana pięknem, które udało się autorowi w nich zamknąć i przemycić do Polski. Są fantastyczne! Urokliwe, pełne egzotycznego czaru, magii Wschodu... Są błyskiem na kartach tej książki. Wielkie brawa! Podobało mi się również, że Jerzy Opoka zrezygnował z przytłaczania odbiorcy nadmiernym, a pochodzącym z dostępnych powszechnie opracowań historycznym rysem obu państw, który niekiedy dominuje w tego typu publikacjach. Owszem, są historyczne dygresje i odwołania, ale nigdy nadmierne, a zawsze służące czemuś. 
   Reasumując: jeśli zamierzasz wyruszyć w kierunku Tajlandii i Birmy, w książce Jerzego Opoki znajdziesz multum przydatnych informacji, praktycznych porad i sprawdzonych rozwiązań. Pomoże ci ona ustrzec się również kłopotów natury komunikacyjnej czy gastronomicznej. Jeśli natomiast chcesz ją czytać dla pooddychania egzotycznym powietrzem poprzez zadrukowane strony... raczej nie pooddychasz. Gwarantuję natomiast ucztę dla oka.
Tekst stanowi oficjalną recenzję napisaną dla serwisu LubimyCzytać.pl
*s. 94-95
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Świat Książki, Warszawa 2011.
Wydanie: I
Ilość stron: 197.
Fotografie: Jerzy Opoka.
Moja ocena: 3/6

sobota, 17 września 2011

KSIĄŻECZKI NATANKA: "Gdyby jajko mogło mówić" - Renata Piątkowska

   Mój syn ma wprawdzie dopiero siedem miesięcy i jego zdaniem książki służą do gryzienia (tak skończyły się wszelkie próby jego z literaturą obcowania), postanowiłam jednak już go do czytania przyzwyczajać (z różnym skutkiem, bo to baaaardzo żywe dziecko:)), sama jednocześnie mając przy tym okazję do zorientowania się, co rynek książki dziecięcej ma do zaoferowania. 
   Dzięki portalowi Sztukater.pl, miałam prawdziwą przyjemność, raczej póki co sama, niż z Natankiem, przeczytać bardzo przyjemną książkę dotyczącą tradycji i zwyczajów polskich bądź tych, które się w Polsce przyjęły i zadomowiły (mam tu na myśli Walentynki). Narratorami swych opowieści pani Piątkowska czyni dzieci, z którymi mali czytelnicy mogą się identyfikować. Swoich bohaterów otacza ciepłą, rodzinną atmosferą, w której niezwykłą wagę pełni rozmowa pełna treści, która zdaje się zanikać w dzisiejszej rzeczywistości cyfrowej. A szkoda, bo rozmowa to czas na wspomnienia, na przekazywanie tradycji i opowieści o dawnych czasach, to czas bliskości. 
   Mikołajki, Wigilia, Andrzejki, Marzanna, Śmigus-Dyngus, Prima Aprilis, Pisanki, Walentynki, Sylwester i Nowy Rok - sfabularyzowane omówienia takich świątecznych dni z Polskiego kalendarza zawiera książeczka. Opowieści te są pretekstem do przemycenia genezy tych obyczajów i przekazania ich dzieciom w sposób pośredni, poprzez zabawę i przystępnym językiem. Każde święto opracowane jest starannie, porusza wiele aspektów i sprzężonych z nim obrzędów, jak choćby techniki malowania jaj, sposoby wróżenia w Andrzejki czy pomysły na spreparowanie Marzanny. W niektórych momentach sama otwierałam oczy ze zdziwienia, myśląc: "Ciekawe, nie wiedziałam...". Interesujące są zwłaszcza momenty, kiedy o dawnych czasach opowiadają dziadkowie - tu sama zamieniałam się w dziecko, przenosiłam się do czasów, kiedy to mi tak opowiadano i... ach, rozmarzyłam się:) 
   Książeczka Renaty Piątkowskiej oprócz przybliżenia polskiej tradycji propaguje również umacnianie więzów rodzinnych, podkreśla rolę babci i dziadka jako skarbnicy ciekawych opowieści, umiejętności i życiowej mądrości:  
   "Dziadek jest najważniejszy, bo tylko on potrafi wydrapać na jajku nożykiem śliczny wzorek i jakimś cudem skorupka nie pęka. Palce też ma całe i nie musi owijać ich plastrem. Dlatego gdy zbliża się Wielkanoc, lubię siedzieć z dziadkiem przy stole z miską ugotowanych na twardo jaj i malować na nich esy-floresy"*
    "Gdyby jajko mogło mówić" z całą pewnością nie miałoby już nic do dodania, bo autorka tematy ukazała zwięźle, ale wyczerpująco. Książeczka posiada dużą czcionkę ułatwiającą samodzielne czytanie starszym dzieciom. Podział na poszczególne rozdziały umożliwia wracanie do konkretnych opowieści i przypominanie o nich w czasie oczekiwania na dane święto - aktualne tematy powiązane z tym, co przeżywa, mogą lepiej dziecku zapaść w pamięć; jednak lektura całej książki również zdaje się być ciekawym pomysłem na spędzenie wspólnego czasu, dzięki sfabularyzowaniu poszczególnych opowieści, dodaniu do nich przygód małych bohaterów i dużej dozy humoru.
   Całości uroku dodają zabawne i kolorowe obrazki, które zainteresują zwłaszcza młodsze dzieci, które mają jeszcze problem z długotrwałą koncentracją nad słuchaniem czy czytaniem dłuższych partii tekstu. 
   Polecam, bardzo przyjemna i mądra książeczka, wprowadzająca dziecko poprzez zabawę w przestrzeń kultury, wyjaśniająca zasadność celebrowania danych świąt, genezę danego zwyczaju i przekazująca w przystępny sposób dorobek kulturowy.
Książkę otrzymałam do recenzji dzięki uprzejmości wydawnictwa Bis i portalu Sztukater.pl
*s. 56. 
**ilustracje pochodzą z książki i są sporządzonymi przeze mnie fotografiami
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Bis, Warszawa 2011.
Wydanie: I
Ilość stron: 82.
Moja ocena: 4/6
Ilustracje: Artur Nowicki
Przedział wiekowy: 6+

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Polaków portret własny - "Zapytaj jeża i inne historie. 13 reportaży" - Tomasz Słomczyński

   Słomczyński ustawia się z polaroidem w zakamarku polskiego podwórka. Ma stamtąd dobry widok, sam pozostając jednocześnie niemal niezauważonym. I robi zdjęcia, które natychmiast po błyskawicznym wywołaniu okazują się być bezbarwne, szarobure i ponure, zupełnie jak polska rzeczywistość. Ich zaletą jest jednak to, że pokazują czarno na białym jak jest. Bez ubarwień i światłocieni. Takie właśnie są reportaże składające się na zbiorek "Zapytaj jeża..." - proste, ale zarazem treściwe, szczere i obiektywne.
   Tomasz Słomczyński jest dziennikarzem "Polskiego Dziennika Bałtyckiego". Bezpośrednim wynikiem pracy dla owej gazety jest fakt, iż napisane przez niego teksty dotyczą głównie ludzi lub wydarzeń mających związek z tymi terenami. W tekstach przewijają się w przeważającej mierze nazwy miejscowości położonych w Polsce północnej, choć reporter podejmuje również tematykę ogólnopolską opisując np. aferę polityczną. Niemniej jednak z tych krótkich form prozatorskich wyłania się uniwersalny obraz Polski i Polaków, portret społeczeństwa z wyeksponowanymi przedstawicielami jego najniższych warstw. Zwykłymi, szarymi ludźmi, ich bolączkami, frustracjami i codziennymi zmaganiami.
   "Nie dostrzegam drogich kreacji, być może dlatego, że nie znam się na modzie. Widzę natomiast niewypowiedziane historie spozierające z ekranu komputera. Wystylizowane twarze, sylwetki coś mówią, z pewnością, tylko jeszcze nie wiem co..."*
   Tematyka reportaży Słomczyńskiego jest różnorodna - reporter pochyla się między innymi nad problemem więźniów (obszerny fragment tekstu poświęcony jest opisowi i analizie metod samookaleczenia; zjawisku powszechnemu w polskim więziennictwie, przynoszącemu realne korzyści zdesperowanym osadzonym); pisze też o kryminalnym środowisku, wyjaśnia arkana grypserki; ukazuje sytuację kobiet, które odwiedzają swoich mężczyzn w więzieniach. Inna grupa reportaży to teksty dotyczące afer - Słomczyński opisuje słynną aferę paliwową, w którą zamieszana była posłanka Ostrowska, pisze też o bezpodstawnie oskarżonym o pranie brudnych pieniędzy właścicielu kantoru, który nie otrzymał zadośćuczynienia za bezprawne aresztowanie, mało tego, nie zwrócono mu skradzionych w depozycie pieniędzy. Bohaterowie reportera to również mordercy zabijający w akcie rozpaczy lub z powodu schizofrenii, ludzie-mrówki utrzymujący się dzięki przemycaniu towarów przez granicę. Jest weteran z Kosowa, który nie pamięta, w jaki sposób zastrzelił znajomego, z którym pił poprzedniego dnia, to pracownice kradnące rybę z fabryki Almar, jak również ich szef, który usiłując wyegzekwować sprawiedliwość zostaje ograbiony przez policję z dokumentów firmy.
    Słomczyński to kolekcjoner polskich absurdów i paranoi (jego teksty nastawione są, jak odnoszę wrażenie, na ich eksponowanie i wytykanie, na obnażanie zawiłości prawa, którego paragrafy niejednokrotnie nijak się mają do sprawiedliwości; wiele tu scen rodem z "Procesu" Kafki). W jego tekstach pojawiają się również tematy mocno kontrowersyjne w przesiąkniętej konserwatywnym katolicyzmem Polsce - pisze o wazektomii, aborcji i bankach nasienia. Autor daje też świadectwo szalejącemu rasizmowi - w tekście "Na Baluba mówią: Żydzi" pojawiają się wzmianki o dotkliwych pobiciach czarnoskórych imigrantów przez obywateli naszego państwa.
   Reporter jest laureatem licznych nagród za dziennikarską działalność, ma na swoim koncie też tytuł Dziennikarza Roku (2009 i 2010) tygodnika Agora. Mnie w tekstach pana Tomasza ujmuje całkowita obiektywność i brak skłonności do oceniania, brak uprzedzeń. To bardzo dobre dziennikarstwo społeczne. Na duży plus zasługuje też pociąg dziennikarza do literackości -to sprawia, że jego reportaże po prostu dobrze się czyta. Teksty pana Tomasza są mocno ambitne zważywszy, iż powstały jako materiał redakcyjny gazety lokalnej. Pozostaje tylko życzyć niesłabnącego zapału i być może wkrótce będziemy mieli przyjemność poczytać utwór zakrojony na szerszą dziennikarską skalę; bo potencjał bezsprzecznie jest.
Tekst stanowi oficjalną recenzję napisaną dla serwisu LubimyCzytać.pl
*s.177.  
Wydawnictwo, miejsce i rok wydania: AREA, Gdańsk 2011.
Ilość stron: 181.
Wydanie: I.
Moja ocena: 4/6.
Wyzwanie: Reporterskim okiem
 _________________________________________________
Tomasz Słomczyński - urodził się w 1976 roku, wychował się w Sopocie, mieszka w Gdańsku. Za reportaż Na Baluba mówią: Żydzi otrzymał nagrodę Grand Prix konkursu im. Macieja Szumowskiego. Dwa inne teksty – Zapytaj jeża oraz Ciężka robota- przyniosły autorowi w latach 2009 i 2010 tytuł Dziennikarza Roku tygodnika Angora oraz nagrodę im. red. Piotra Różyckiego.

poniedziałek, 11 lipca 2011

"Poeci patrzą..." - Aneta Grodecka

   Kto w dzisiejszych czasach ma chwilę na kontemplacje, zastanowienie, pochylenie się nad sztuką? Mało jest takich osób. Żyjemy fast i to się coraz bardziej odczuwa. Być może to jest właśnie przyczyną dramatycznego spadku popularności tak pięknej i subtelnej sztuki, jaką jest malarstwo. Obraz stracił funkcję nośnika pewnych idei, w zasadzie nic, co elitarne nie ma racji bytu. A szkoda. Bo tyle pięknych dzieł czeka, by je odkryć, by zachwycić się ich barwą, kompozycją, przekazem...
   Wiedząc, że nikt inny lepiej artysty nie zrozumie, niż inny artysta Aneta Grodecka zaprasza nas w podróż po poezji inspirowanej malarstwem właśnie. "Poeci patrzą..." to zbiorek zarówno polskiego jak i zagranicznego dorobku w dziedzinie ekfrazy, czyli liryki inspirowanej i odwołującej się do malarskich arcydzieł. Autorka dokonuje przeglądu przez epoki i wyławia dla czytelnika co smakowitsze kąski począwszy od prehistorii po współczesność kierując się chronologią powstawania dzieł malarskich. Dodatkowo każdy zespół obrazowo-liryczny okrasza swoim własny komentarzem mającym na celu przybliżenie odbiorcy dziejów danej reprodukcji oraz jej orginału, opis technik wykorzystanych przy władaniu pędzlem oraz ciekawostki dotychczasowej percepcji dzieła. Autorka oddała głos takim poetom, jak m.in. Kasprowicz, Norwid, Miłosz czy Herbert (sama śmietanka liryki polskiej, a jakże!), analizie poddała takie dzieła, jak Sąd Ostateczny Michała Anioła, Ślepcy Brueghela czy Mona Lisa da Vinci.
   Książka Grodeckiej wydana jest bardzo starannie - kolorowe, czytelne reprodukcje uprzyjemniają lekturę; przejrzyste opisy pozwalają na umieszczenie obrazu w czasie a wyselekcjonowane wiersze inspirują do samodzielnego poszukiwania ukrytych w malarstwie sensów, zarówno tych dosłownych, jak i metaforycznych. Autorka dzieli przedstawiane ekfrazy pod kątem relacji poety do dzieła, którym się inspiruje. Zamieszcza w swej książce zarówno lirykę oczarowaną dziełem, którym się inspiruje; lirykę do tego dzieła zdystansowaną czy wreszcie zabiegającą o dominacje nad dziełem, krytykującą je. To pozwala na panoramiczne spojrzenie na możliwości korespondencji sztuk, uwrażliwia, skłania do zabrania  głosu w tej artystycznej dyskusji.
   Książkę  chciałabym gorąco polecić przede wszystkim maturzystom - istna manna z nieba dla osób szykujących się do prezentacji z zakresu literackich odwołań do innych dziedzin sztuki. Miło spędzą z nią czas również poloniści, zawarte w niej materiały ubarwią niejedną lekcję stając się nieocenioną pomocą dydaktyczną. Również studenci nie będą się przy niej nudzić - porównywanie wrażeń poetów z własnymi to świetna rozrywka intelektualna. 
   Książkę otrzymałam do recenzji dzięki uprzejmości wydawnictwa Stentor i portalu Sztukateria
Wydawnictwo, miejsce i rok wydania: Stentor, Warszawa 2008.
Ilość stron: 251
Moja ocena: 4/6

sobota, 18 czerwca 2011

"(...) krzyże na grobach, skrzynek na listy nie mają"* - "Zła miłość" - Aleksander Sowa

   Zaintrygowała mnie okładka tej książki, sprowokował chwytliwy tytuł. Dużo sobie po niej obiecywałam ale muszę przyznać, zawiodłam się. Nie jest moją intencją nikogo sponiewierać, ale moim zdaniem ta książka w obecnej formie nie powinna ukazać się w druku. Pomysł był świetny, ale należało go dopracować, przysiąść na nim, poubierać treści w słowa, po przymierzać kilka konstrukcji fabularnych... A tak wyszła taka nieboga z porażająco dobrym zakończeniem, które drastycznie odstaje od całości. Słowem książka jeszcze nie dopracowana, a już przekombinowana. 
   Bohaterką utworu jest sześcioletnia Ania, która pragnie zostać pisarką i opowiada tacie swój dziwny sen. Pojawił się w nim tajemniczy chłopiec, który zabierał dziewczynkę w różne dziwne miejsca i opowiadał o niezrozumiałych dla niej rzeczach i pojęciach. Odwiedzają dom pijaka, uciekają z pożaru, bujają w chmurach czy błądzą po górskich szlakach towarzysząc młodej parze. Podsłuchują rozmowy prowokujące do rozważania wartości i sensu życia, filozofują i snują dysputy na egzystencjalne tematy.
   "Zła miłość" jest moim zdaniem przeładowana banałami i pustymi frazesami ;utrzymana w tonacji natrętnego wzorowania się na "Małym Księciu" Exupery'ego, a oparta na konstrukcji rodem z "Opowieści wigilijnej" Dickensa. Chwali się znajomość klasyków, umiejętność korzystania z ich dorobku, ale czasem łopatologiczne nawiązania i toporne próby przekazania ich myśli innymi słowami nużą czytelnika. Momentami miałam wrażenie, iż autor wątpi w inteligencje czytelnika i dlatego wszystkie zawiłości natychmiast podsuwa mu gotowe na tacy. A niekiedy wieloznaczność i wolność interpretacyjna książce służy. 
   Ogromne baty należą się za wydanie - jeśli książka pozostawia jeszcze jakieś nadzieje, to wydawca utopił je w morzu błędów, literówek i pomyłek, tak że momentami czytanie jest wręcz niemożliwe. Szukałam informacji, czy to aby nie egzemplarz recenzyjny przed korektą, ale o zgrozo, nie znalazłam!!! 
   A teraz trochę miodu na tą powyższą beczkę dziegciu. Zakończenie było świetne. Dla tych kilku ostatnich stronic książkę warto było przeczytać. Poetyckie, pełne zawieszonych sensów, niewymuszonego liryzmu, no cudne. Aż żal że niewątpliwy talent autora zaginął pod pierzynką niepotrzebnych aspiracji i naśladowań. Autor, w moim odczuciu ma swój styl, a czasem prostota to najlepszy doradca. 
   Za pożyczenie książki dziękuję Bujaczkowi. 
*s. 54
Wydawnictwo, miejsce i rok wydania: Wydawnictwo internetowe e-bookowo, 2011.
Ilość stron: 54.
Moja ocena: 2/6