niedziela, 22 grudnia 2013

Ostatni stosik ... w 2013 :)

   Choinki ubrane? W Waszych domach pewnie unosi się zapach świątecznych wypieków, może gdzieniegdzie w tle słychac też kojący dźwięk jakiejś kolędy... Najpiękniejsze i najbardziej magiczne polskie święta:) Tylko śniegu brak, a Natan pod choinka ma znaleźć sanki; chyba będziemy mieli problem... Na osłodę kilka pozycji książkowych, które mnie osobiście (w większości) przyprawiają o szybsze bicie serca:
1) Baśń - Jonas T. Bengtsson - recenzyjna od LubimyCzytać.pl - przeczytałam i pierwsza część powaliła mnie na łopatki, potem było trochę mniej zachwycająco, jednak rozwiązania fabuły jakie serwuje czytelnikowi autor sprawiają, że ta powieść ma wyjątkową wymowę i zapada głęboko w pamięć. Jeden z najpiękniejszych literackich portretów miłości ojca do syna.
2) Chłopiec z latawcem - Khadel Hosseini - 1/3 mojej wygranej w konkursie Albatrosa. Żadnej książki tego autora jeszcze nie czytałam, na każdą mam ogromną ochotę. 
3) Brzemię rzeczy utraconych - Kiran Desai - do recenzji od Wydawnictwa Literackiego - kiedyś to była moja lektura na studiach. Nie przeczytałam, teraz urzekła mnie okładka; podchodziłam wprawdzie z kijem, jak niemal do wszystkiego, co z "kanonu" ale akcja rozgrywająca się w Indiach przekonała mnie ostatecznie do sięgnięcia po tę powieść. Czytał ktoś?
4) Życie Pi - Yann Martel - prezent urodzinowy od niezastąpionego Bujaczka:) Raz jeszcze dziękuję:) Kiedyś już Wam ją pokazywałam wypożyczoną z biblioteki, jednak jakoś nie przeczytałam, a bardzo chciałam, ale teraz mam swoją. Intryguje mnie pomysł autora i jestem bardzo ciekawa jego realizacji.
5) Rodowód Łaski: Tamar - Francine Rivers - recenzyjna od LubimyCzytać.pl - przeczytana, recenzja wkrótce. Da się przeczytać jednak szału nie ma, podobnie jak umiejętności autorki. Jak dla mnie takie trochę przepisywanie Biblii, a do tego namolne religijne wtręty i pytania do dyskusji... takie klimaty. Lubię powieści inspirowane postaciami z Pisma Świętego, ale tutaj jest to zbyt oczywiste. Jestem na nie, niestety.
6) Gołębiarki - Alice Hoffman - recenzyjna od Wielkiej Litery - zakochałam się w tej książce od pierwszego wejrzenia. Okładka mnie obezwładniła, opis oczarował. Właśnie czytam i jestem pod olbrzymim wrażeniem stylu autorki. 
7) Opowieści z miasta wdów i kroniki z ziemi mężczyzn - James Canon - realizm magiczny, groteska i ciekawy fabularny pomysł. Do tego bardzo energetyczna okładka. Lubię czasem tego typu opowieści, mam nadzieję, że i ta mnie nie zawiedzie. 
8) Palmy na śniegu - Luz Gabas - recenzyjna od Muzy - na moim fanpage chwaliłam się przepyszną promocją tej książki, której było mi dane zasmakować, teraz czeka mnie istna czytelnicza uczta, bo i pozycja to obszerna i porusza bardzo interesujące mnie zagadnienia kolonializmu. Książka w sam raz na długie zimowe wieczory, koniecznie z kubkiem kakao w ręku.
9) Bon Jovi. Kiedy byliśmy piękni - recenzyjna od Lubimy Czytać.pl - to pozycja w sumie dla mojego męża, który jest wielkim fanem tego zespołu. Ja zanim poznałam Artka znałam chyba tylko jedną ich piosenkę - "It's my life". Jednak edukacja mężowska postępuję i chcąc nie chcąc obecnie znam znacznie więcej. A przy okazji recenzowania będę miała okazję poznać obiekt fascynacji mojego mężusia nieco bliżej. 
10) Moja pierwsza mitologia - Katarzyna Marciniak - przeczytana i pokochana. Natan może nie do końca zrozumiał, ale pytań zadawał masę. A kto to? A po co? A dlaczego? Wyśmienita książka dla dzieci w każdym w sumie wieku, esencjonalna, bardzo merytoryczna i świetnie napisana, zawiera masę walorów edukacyjnych. Jestem spokojna o aspekt zapoznania Natanka z wierzeniami starożytnych, odkąd ta książka znalazła się na naszej półce. Ba, sama się przy jej lekturze doedukowałam. Polecam gorąco:)
11) Cecylka Knedelek, czyli książka kucharska dla dzieci - Joanna Krzyżanek - recenzyjna od wydawnictwa Jedność - to się nazywa książka. Ogromna, pełna ciekawych opowieści, zdjęć wywołujących ślinotok, inspirujących przepisów... Długo by wymieniać. Perełka, na pewno sprowokuje wiele wspólnych chwil spędzonych nad bulgocącym garnkiem czy przy rozświetlonym piekarniku, łączy pokolenia. Jeśli nie macie pomysłu na prezent ta książka z pewnością idealnie się nada. Jestem nią zachwycona.

   Pochwalcie się co się u Was czyta w ten przedświąteczny czas? Jakie książki zostały przyprószone mąką, w jakich lakierowanych okładkach odbijają się Wam choinkowe lampki? Między stronami jakiej opowieści za kilka lat znajdziecie świerkowe igły? A Wasze dzieciaki - czego słuchają do snu? Zza jakich tytułów łypią na Was mężowie chowając się przed trzepaczką do dywanów niczym przed fatalnym przeznaczeniem? Chwalić mi się tu zaraz:) 
   Zapraszam też gorąco na FANPAGE bloga, gdzie jestem jak mnie tu nie ma. To co? Do pogadania? 

piątek, 13 grudnia 2013

Biblioteczka Nateczka: "Przygody Tappiego z Szepczącego Lasu" - Marcin Mortka


   Ma wielki brzuch i dłuuugą brodę, jego najlepszym przyjacielem jest pewien mały reniferek i kochają go wszystkie dzieci. Mieszka sobie w magicznym, zimowym i zaśnieżonym Szepczącym Lesie, a jego widok przyprawia o szybsze bicie serca niejednego malucha, dostarcza mu powodów do wzruszeń i nieraz spowoduje, że wybucha śmiechem. Czy wiecie już o kim mowa? To wiking Tappi oczywiście.
   Często, gdy czytam świetną książkę zastanawiam się co było najpierw? Od czego się ta książka zaczęła, co skłoniło autora do wystukania pierwszych liter, mających w przyszłości stać się tą właśnie opowieścią? Geneza Tappiego jest równie zabawna, jak on sam. Otóż, jak wyznaje autor w wywiadzie udzielonym portalowi LubimyCzytać.pl, gdy pracował jako pilot wycieczek na Islandii jego uwagę przykuł wydrzyk skua, który jako jedyny z gniazdujących na pewnej wysepce ptaków, nie bał się ludzi, a nawet kradł im parówki. Miał na imię właśnie Tappi. Podobno pierwszy rozdział książki powstał jeszcze tego samego wieczoru. 
   W "Tappim" roi się wprost od niezwykłych bohaterów, pełno tu magicznych stworzeń rodem z legend i podań, jak choćby smoki, skrzaty, wodniki, olbrzymy czy elfy. Spotkać tu możemy również mniej znane naszej rodzimej mitologii jarle oraz trolle, a także pewną nieco roztargnioną czarownicę Skrzypichę. Jest też garstka postaci ludzkich - kowal Sigurd, kupiec Pasibrzuch, myśliwy Haste i nasz Tappi oczywiście. Jak się w tym wszystkim nie pogubić? Z pomocą przychodzi nam prawa ręka Mortki - Marta Kurczewska, która ową książkę pięknie zilustrowała:
Zapominamy kto jest kto - jeden rzut oka na powyższą legendę i wszystko się nam rozjaśnia. Ilustracje stanowią również świetną pomoc dla maluchów, których wyobraźnia nie jest jeszcze tak sprawna, by sama mogła powołać do życia postaci na podstawie opisów - możemy często z nimi do tej legendy wracać i uczyć je sobie wyobrażać, a ta nauka, to podstawa:)
   Mało tego - nie każde dziecko wie, kto to jarl. Ba, nie każde wie, kim byli wikingowie, o trollach czy wodnikach już nie wspominając. I na to autor znalazł sposób - sam wszystko swoim małym czytelnikom wyjaśnia w bezpośrednich zwrotach do nich. Świetną to tworzy więź między słuchającym a opowiadającym opowieść; każda para czytających oczek lub słuchających uszek nagle się ożywia, bo jak to, pan, który opowiada o Tappim mówi do mnie. Bardzo fajny zabieg, a dodatkowo wyjaśnienia te są tak nieskomplikowane i znakomicie przystosowane do możliwości pojmowania dziecka, że żaden obcobrzmiący jarl z takim narratorem nie straszny. Czytamy więc dalej. 
Nie tylko bohaterowie są w Szumiącym Lesie sympatyczni i arcyciekawi. Taki jest cały Las. Cały las żyje, ma swoje humory i nastroje, przyroda w "Tappim" jest ożywiona - Chata skrzypi i naburmusza się, gdy troll próbuje się do niej włamać, by wykraść zapasy wikinga; Wicher jest złośliwy i naigrywa się z naszego bohatera, Dziadek Wodospad omal nie pada ofiara magicznego młota, który dostał się w niepowołane ręce wodników, Echo natomiast powoduje, że Tappi i jego przyjaciele wpadają w niezłe tarapaty. Uwielbiam takie właśnie opowieści, których autor potrafi dostrzec więcej niż zwykli ludzie i przekazać te umiejętność czytelnikowi - mam wielką nadzieję, że mój synek wychowywany na takich opowieściach obudzi w sobie pewną wrażliwość i posiądzie dar magicznego myślenia i widzenia świata intensywniej przez pryzmat wyobraźni, bo wtedy nic nie jest zwykłe. 
   Co jeszcze piękne i mądre w tej książce, to fakt, że Tappi wyznaje takie wartości jak przyjaźń, pomoc słabszym czy odwaga w mówieniu tego, co się myśli nawet wbrew inaczej myślącemu ogółowi. To bardzo pozytywne wzorce. I choć nie raz i nie dwa wpakował się Tappi za ich sprawą w tarapaty, to jednak historia jest tak skonstruowana, że dobro zwycięża, a wiking i jego przyjaciele zawsze uchodzą z opresji cało. Za to czytelnik nie może narzekać w ich towarzystwie na nudę, bo raz walczy z Lodowym Olbrzymem, po chwili musi wykraść smokowi magiczną kołyskę, a za dosłownie momencik demaskuje ciemiężyciela elfów, by na następnej stronie wyruszyć na pomoc swemu przyjacielowi uwięzionemu przez podstępnego jarla po drodze tocząc walkę z chochlikami i czując na swych plecach oddech mało przyjaźnie nastawionej czarownicy. A to jeszcze nie wszystko, co ma do zaoferowania swym czytelnikom autor. 
   Autor nie stroni też od rubasznych zwrotów i pobłażliwych wyzwisk pod adresem poszczególnych bohaterów. Aby jednak przez dzieci nie zostały one odebrane opacznie dodaje w wielu miejscach bardzo pedagogiczne wyjaśnienia, że faktycznie, tak właśnie jeden bohater nazwał drugiego, ale każde mądre dziecko wie, że nie wolno się przezywać, śmiać ze słabszych, nie jeść śniadania, nie sprzątać Chaty, etc. Fajnie, fajnie, bo łatwo w ferworze czytania zapomnieć o takich sprostowaniach, a maluchy zapatrzone bezkrytycznie w zachowanie bohatera mogą przy okazji kilka niepotrzebnych rzeczy "podłapać". Często autor powołuje się też przy okazji pewnych dopowiedzeń na autorytet rodziców, co jeszcze bardziej podkreśla, że pewne niestosowne zachowania czy zwroty nie mogą wyjść poza okładkę. Bardzo fajny zabieg pozwalający dramatycznie książki nie cenzurować, aby nie stała się ona nudna, a przy okazji nie narazić się  obyczajowości - dwie pieczenie przy jednym ogniu. Poza jednym wyjątkiem, gdzie dopowiedzenia ewidentnie zabrakło...
Minusy? Znalazł się niestety jeden wielki minus, który wprawdzie nie jest w stanie przyćmić uroku, jakim emanuje Tappi, ale jednak... Niesamowicie razi mnie fakt, iż w jednej z pierwszych opowieści wiking w walce z chcącym odebrać mu zapasy na zimę trollem Gburkiem ucieka się do przemocy i przywala przeciwnikowi patelnią w głowę, co skutkuje olbrzymim guzem. Nie jest to zbyt pedagogiczne - uczy bowiem dzieci rozwiązywania konfliktów drogą siłową. No i cóż takiego? - spytacie. W końcu to tylko troll... Tym gorzej! To jak przyzwolenie do poniżania osób różniących się od nas w jakiś sposób, do wywyższania się czy gardzenia słabszymi fizycznie lub intelektualnie. A cóż dopiero, gdy czyni tak Tappi, postać która ma szanse zostać idolem wielu małych czytelników... Nie, bić nie wolno, nawet Tappiemu; nawet trolla. Jednakże błędów nie popełnia tylko ten, kto nic nie robi; mam więc nadzieję, że tego typu ekscesy nie będą miały już miejsca w kolejnych częściach przygód przesympatycznego wikinga. Póki co ja fragment ów nieszczęsny pominęłam czytając książkę Natankowi; w przypadku dzieci, które same już czytają, zawsze można spiąć kartki agrafką;)
   Marcin Mortka swym światem przedstawionym powieści mnie po prostu oczarował i sprawił, że układanie mojego synka do snu stało się dla mnie jeszcze większą przyjemnością, bo odkąd jego bohater zaczął nam towarzyszyć przy tym codziennym, a właściwie conocnym rytuale, czas kiedy oczka mojego Natka wreszcie się zamkną przestał mi się ciągnąć w nieskończoność. Napiszę nawet więcej - równie pochłonięta przygodami zabawnego wikinga dopiero po dobrej chwili orientowałam się, że Nacio już śpi i to raczej wnioskując na podstawie jego równomiernego oddechu, niż widząc, oczy me chłonęły bowiem tekst. A moje dziecko? Słuchało uważnie czytanych mu opowieści i odpływało w sny, które dzięki pogodnej atmosferze książeczki były na pewno kolorowe. Magiczna książka.
Książkę otrzymaliśmy do recenzji dzięki uprzejmości wydawnictwa Zielona Sowa
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Zielona Sowa, Warszawa 2013.
Wydanie: I
Ilustracje: Marta Kurczewska
Oprawa: twarda
Ilość stron: 160.
Język orginału: polski
Data powstania: 2013.
Moja ocena: 5/6

sobota, 7 grudnia 2013

"Wśród swoich" - Amos Oz

   Wśród swoich można czuć się obco. Wśród swoich można czuć się bardzo samotnie; można doznawać przytłaczającego niezrozumienia, odrzucenia i wyalienowania. Można żyć z ludźmi, a jednocześnie być od nich oddzielonym niewidzialnym murem, który uniemożliwia szczerą i nieobwarowaną pozorami relację. Moje pierwsze spotkanie z twórczością Amosa Oza to spotkanie udane. Autor zachwycił mnie swą prostotą i skromnością środków artystycznych, a jednocześnie umiejętnością niezwykle dosadnego ukazywania dramatu człowieka. 
   To bardzo cicha książka, jednak pamiętać należy, że tylko w ciszy można dobrze wszystko usłyszeć. Usłyszeć niespokojne bicie czyjegoś serca, czyjś urywany oddech, dźwięk, jaki wydają porcelanowe kubki poruszane drżeniem czyichś rąk. Oz opisuje życie w kibucu Jikhat położonego obok Tel Awiwu. Choć jest to raczej miejsce fikcyjne, może być zarazem miejscem uniwersalnym, a autor, dorastający w kibucu Hulda znał realia życia w takiej instytucji z własnej autopsji i, co można wywnioskować na podstawie stworzonych przez niego obrazów, bynajmniej nie był jego entuzjastą. Kibuc bowiem, to swego rodzaju komuna rządząca się nieznanymi dotąd żadnej innej organizacji prawami i zasadami, a zorientowana na dobro ogółu, wymagająca jednocześnie od jednostki wielu poświęceń i wyrzeczeń dla dobra wspólnej sprawy. Szybko jednak okazuje się, że jest to tylko mrzonka, nierealna utopia nie wytrzymująca zderzenia z codziennością. 
 "W pierwszych dniach kiedy powstawał kibuc wszyscy byliśmy rodziną. Owszem, wtedy też zdarzały się w naszej rodzinie różne pęknięcia, ale byliśmy sobie bliscy. Co wieczór siadaliśmy i śpiewaliśmy do późna w nocy pieśni pełne zapału albo nostalgii. A nocami chodziliśmy spać do tych samych namiotów i jeśli ktoś mówił prze sen, wszyscy to słyszeliśmy. A dzisiaj wszyscy mieszkają w osobnych mieszkaniach i jeden na drugiego tylko ostrzy pazury."*
Twórcy tej organizacji zdawali się zapomnieć, że u podstaw każdej organizacji społecznej leży człowiek ze swymi emocjami, pragnieniami i awersjami; że nie da się zagłuszyć indywidualizmu i go podporządkować czemukolwiek. Ukrywane żale, tajone poczucie niesprawiedliwości czy tłumione uczucia zawsze w końcu dadzą o sobie znać eksplodując ze zdwojoną siłą. 
   "Wśród swoich" to zbiorek ośmiu opowiadań skomponowanych chronologicznie - wydarzenia mające miejsce w pierwszym stanowią następstwo tych w kolejnym i tak dalej. Są one jednak tylko tłem, gdyż na pierwszy plan wysuwa Oz człowieka i jego wnętrze. Gdyby zechciał nieco "posklejać" poszczególne opowiadania pewnymi epizodami i dopowiedzeniami, wyszłaby autorowi bez trudu całkiem zgrabna powieść. Zdaje się jednak, że autor celowo wybiera formę opowiadań, by dać bohaterom coś własnego;  by pokazać że stąd dotąd, od tej wielkiej litery do tamtej kropki to teren danego bohatera i nikogo innego -tak silną wyczuwam z jego strony antypatię do rzeczywistości, w której dane mu było dorastać, choć nie mówi on tego wprost.
   Bohaterowie, których sylwetki przybliża nam autor tworzą przekrój przez kibucową społeczność. Znajdziemy tam zarówno ludzi wkraczających dopiero w życie, jak szesnastoletni Mosze Jaszar, który pozbawiony rodziny, wstąpienie do kibucu poczytuje za życiową szansę. Dopiero tam czuje, że do kogoś przynależy i że może coś osiągnąć; do samego końca jednak nie udaje mu się wyzbyć poczucia własnej odrębności. Są też ci, którzy na naszych metaforycznych oczach odchodzą z tego świata, jak bohater opowiadania "Esperanto", Martin Vandenberg, jeden z założycieli kibucu, komunistyczny purysta oraz rzecznik zniesienia wszelkich granic, zarówno tych państwowych, jak i bardziej metafizycznych, jak choćby język, którym ludzie się posługują - jego zdaniem dopiero wtedy możliwe byłoby pojednanie ziemskich narodów. Są tacy, co czują się oszukani przez społeczność, której służą - Roni Szindlin sam musi radzić sobie z niesprawiedliwością jaka spotyka jego synka Juwala, pomiatanego przez inne dzieci. Chcąc pozostać z zgodzie z społecznymi regułami Roni musi wyrzec się swych ojcowskich uczuć, musi je tłumić i wmawiać sobie, iż robi to dla dobra swego dziecka. Intuicji jednak nie da się oszukać, a wściekłość czasem przejmuje kontrolę nad rozsądkiem. Kolejnym bohaterem rozdartym pomiędzy powinnościami wobec społeczności kibucu a własną drogą życiową jest Jotam, któremu jikhatowa starszyzna staje na drodze do zdobycia wykształcenia, powołując się na zasadę równości wszystkich mieszkańców i konieczności spełnienia określonych wymogów, by kontynuować naukę. Władza zarządu kibucu jest tak wszechogarniająca, iż ingeruje nawet w kierunek jego potencjalnych studiów, narzucając mu taki, który da Jotamowi zawód użyteczny społecznie. Przykłady można by mnożyć, powielając je o Cwiego Prowizora, o opuszczoną przez męża Osnat, czy o Nachuma Aszerowa, któremu nastoletnią córkę uwiódł przyjaciel wysoko postawiony wśród władz kibucu. Wszyscy oni demaskują wady i ułomności rzekomej utopii, w którą wierzyli. Mnóstwo tu też postaci drugoplanowych równie zawiedzionych, rozczarowanych i zamkniętych w bańkach własnej samotności. 
   W zbiorku czuć dalekie echa Holokaustu oraz wojen toczonych przez Żydów z Palestyńczykami o ziemię, lecz to nie one stanowią główną istotę zbiorku; są raczej tylko delikatnym szkicem odległego planu. Również organizacja społeczności kibucowej nie ma tu jakiegos większego znaczenia, choć przyznać muszę, że takie instytucje, jak choćby "dzieciniec", czyli miejsce, gdzie śpią wszystkie dzieci, z dala od rodziców, wydały mi się mocno groteskowe i zbędne. Kibucownicy jednak z tak dalece pragnęli zniesienia własności prywatnej, iż w ten sposób chcieli podkreślić, że dzieci należą do całej społeczności, a nie do swoich rodziców.
  "(...) każdy Żyd w epoce, w której doszło do Zagłady i w kilka lat po powstaniu Państwa Izrael, każdy z nas  musi się uważać za człowieka na służbie. To są najbardziej krytyczne lata w całych dziejach  narodu żydowskiego."*** 
- mówili najbardziej zagorzali zwolennicy tego ustroju czy może organizacji. Wydaje mi się jednak, że dali się oni ponieść wyobraźni i nie obliczyli marzeń na ich rzeczywiste skutki. Usiłując uszczęśliwić ludzi na siłę zapędzili się w kozi róg, w którym szczęśliwy już nie był nikt. Jest więc pewien uniwersalizm w opowiadaniach Oza, jest pewna prawda o życiu i o człowieku wypowiadana w cichych, pełnych nostalgii i melancholii słowach. Szczęścia nie da się ująć w ramy, nie można go określić żadnymi zasadami, a każdy system oparty na ciągłych poświęceniach jednostki musi w końcu paść, gdyż, jak to stwierdza jedna z bohaterek: 

   "(...) większość ludzi potrzebuje chyba więcej ciepła i miłości , niż inni są w stanie im dać, i że tej rozbieżności między popytem a podażą nie zdoła zmienić żadna z kibucowych komisji. Kibuc zmienia nieco porządek społeczny, ale natura ludzka się nie zmienia, jest niełatwa (...). Zazdrości małostkowości, zawiści nie da się wyrugować raz na zawsze przez głosowanie w instytucjach kibucu.***
*s. 107.
**s. 121.
***s. 135.
Książkę otrzymałam do recenzji dzięki uprzejmości księgarni Matras
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Rebis, Poznań 2013.
Wydanie: I
Ilość stron: 152
Przekład: Leszek Kwiatkowski
Tytuł orginału: "Bejn chawerim"
Moja ocena: 4/6.

wtorek, 26 listopada 2013

Rodzina ze Wzgórz Strachu rodem - "Rodzina Casteel" - Virginia C. Andrews

   Schemat goni tu schemat, nie ma w tej książce nic nowego ani odkrywczego jeśli spojrzeć na nią z perspektywy choćby dwóch tomów cyklu o rodzinie Dollangangerów, które mi było dane przeczytać. Wartości literackie tej książki, nie oszukujmy się, również są znikome. Kto więc wyjaśni mi, jakim cudem ja, świadoma tego wszystkiego oderwać się od tej książki nie mogłam? Kto mi wyjaśni, jak to się stało, że nie dostrzegałam zmieniających się w szaleńczym tempie numerów stron, że nic nie było w stanie zakłócić mi jej lektury i wciąż wybiegałam łapczywie wzrokiem żądna wiedzy "Co dalej?!", a w końcu, jak to się stało, iż kiedy powieść się skończyła, siadłam tym faktem oszołomiona i spytałam "Jak to, to już?". Krytycy zapewne suchej nitki na "Rodzinie" by nie zostawili, ja sama świadoma jestem, że nazwać prozę tej autorki czymś więcej, niż czytadłem, byłoby przesadą; jednak uważam, iż miarą sukcesu pisarza jest ilość czytelników zatracających się w jego opowieściach. Ja się zatraciłam. 
   Trzeba Virginii Andrews oddać jedno - wie, co lubią czytelnicy. Tworząc swoje książki plącze życiorysy bohaterów lepiej niż wiąże węzły niejeden marynarz, niczym wytrawny muzyk na swym instrumencie gra na emocjach swoich czytelników, a napięcie buduje lepiej, niż domy stawia nie jeden budowlaniec. Owszem, nie jest artystką prozy, nie jest wirtuozem literatury, ale porządnym rzemieślnikiem, który to co robi, robi z pasją. Wielka z niej intrygantka, plącząca niczym cichy, przebiegły pająk sieć najzmyślniejszych intryg. Niczym wędkarz zarzuca na czytelnika przynętę, a ten, raz dający się złapać na haczyk jej nieprzewidywalnej opowieści przepływa uchwycony go całą historię, podczas gdy w miejsce jednych znaków zapytania pojawiają się kolejne, Nigdy kropki. I tak aż do... następnego tomu. 
   Tym razem Andrews nie prowadzi nas na salony, jak miało to miejsce w przypadku sagi Dollangangerów. Wręcz przeciwnie. Tym razem zabiera nas w odmęty biedy, do miejsca zapomnianego przez ludzi i Boga, na Wzgórza Strachu w Virginii Zachodniej. Tam mości nam nędzny barłóg w chacie przypominającej bardziej stajnię, niźli dom zamieszkany przez ludzi i każe przyglądać się scenom z życia trzypokoleniowej rodziny tytułowych Casteelów. Scenom tak przerażającym i bolesnym, że nieraz aż ciężko się o nich czyta - wszechobecnemu głodowi, chłodowi i niezrozumieniu. 
   W ogóle sama kreacja chaty, jest moim zdaniem jedną z mroczniejszych i ciekawszych kreacji domów w literaturze. Spowita atmosferą nadającą się idealnie na tło horroru, usytuowana w gotyckiej estetyce, to miejsce zdające się być przedsionkiem piekła. Tak wspomina swój dom rodzinny główna bohaterka powieści:
   "Pamiętam też, jak zimą ogołocone gałęzie wydawały jękliwe trzaski pod naporem lodowatych podmuchów, a uginające się konary chrobotały o dach chaty przypominającej szopę, kurczowo uczepionej zbocza pasma górskiego, przez mieszkańców Wirginii Zachodniej zwanego Wzgórzami Strachu. Wiatr na Wzgórzach Strachu wył i skowyczał, toteż okoliczni mieszkańcy mieli wystarczający powód, by z niepokojem wyglądać przez swoje małe, brudne okienka. Samo życie na górzystych stokach rodziło strach, zwłaszcza kiedy wiatrowi wtórowało przeciągłe wycie wilków i wrzaski rysi, a leśna zwierzyna włóczyła się wokół obejść. Często znikały małe domowe zwierzęta, a raz na mniej więcej dziesięć lat dziecko przepadało bez wieści."*
   Główną bohaterką powieści jest, jak to typowe dla twórczości Andrews, nastoletnia dziewczyna, Heaven Leigh Casteel, najstarsza z piątki rodzeństwa. Oprócz tego jest jeszcze Tom - jej przyrodni brat, młodszy jedynie kilka miesięcy, czujący z nią wyjątkowo silną więź, zakrawającą na nieco głębsze uczucie niż miłość braterska (schemat). Są mali, słabi, chorowici i wrażliwi, ale grający bardzo odległe skrzypce, Nasza Jane i Keith (niekiedy miałam wrażenie, że ich pojawienie się w powieści uzasadnia jedynie potrzeba autorki, by Heaven miała się kim opiekować. Zobaczymy, jak to wyjdzie w kolejnych częściach, w tej rola maluchów do tego się ograniczyła). No i wreszcie była Fanny, śliczna i frywolna, " środkowa" siostra, ze schematu się wykruszająca, a przez to jakaś płytka, jednowymiarowa. Dzielili oni nędzną chałupę ze schorowaną babcią, która chyba jako jedyna żywiła do dzieci jakiekolwiek ciepłe uczucia, oraz z dziadkiem, który był, ale jakoby go nie było, milczącym i opuszczającym szarą rzeczywistość na rzecz swej pasji - rzeźbienia. Rodziny dopełniała Sara, macocha Heaven, a matka pozostałej czwórki dzieci, stale wypatrująca oczy i kochająca miłością nieodwzajemnioną piekielnie ponoć przystojnego, lecz nieokrzesanego Luka Casteela. Sam Luke to postać diaboliczna (i nie jedyna taka, jak się w trakcie lektury przekonacie) tej powieści. Bardzo przekonywująco wykreowany pan życia i śmierci pozostałych członków rodziny, któremu wolno wszystko i który liczyć się z nikim nie musi. To na nim głównie zbierają się wypowiadane nieraz na głos złorzeczenia czytelnika, tak bardzo gorszy swym postępowaniem i oburza postawą. 
   Bardzo mało można napisać o fabule tej powieści by nie zahaczyć o spoiler. Ważkie wydarzenia ruszają galopem już na samym początku powieści i nie zatrzymują się ani na chwilę, przeistaczając się w ogromną lawinę zaskakujących zwrotów akcji. Bo wiele można zarzucić Andrews, ale na pewno nie brak wyobraźni czy przewidywalność. Już, już, myślisz czytelniku, że ją przejrzałeś, a tu bęc! - boczna furtka, nowa postać, eksplozja jakiegoś mało dotąd znaczącego epizodu lub ściana zamiast drzwi. 
   Powieść od strony "technicznej" bardzo przypomina pierwsze części sagi zapoczątkowanej "Kwiatami na poddaszu" - wręcz nie można się oprzeć wrażeniu, że autorka wygrzebała z jakichś szpargałów wzór na poczytną powieść i po prostu do niej podstawia nieco inne wydarzenia i zmienia imiona bohaterom. Akcja zawiązana zostaje bardzo szybko, punkt krytyczny powieści znajduje się na samym jej początku, a wszystko co dzieje się dalej sprowadza się do odseparowania bohaterów tak, by reflektor oświetlał tylko jednego z nich, stojącego pośród pustej sceny. Tu następuje analiza psychiki ów bohatera najczęściej połączona z jego przemianą. Na końcu akcja się ożywia, dodatkowo komplikuje po czym rozpoczyna się jakaś podróż predysponująca autorkę do napisania kolejnej części opowieści. Poza tym Andrews nie daje rady oprzeć się wielu swoim upodobaniom, jak chociażby narrator - bohater dziecięcy, najlepiej płci żeńskiej; wyeksponowanie relacji siostrzano-braterskich zakrawających na granice kazirodztwa, usilna potrzeba obsadzania w swych powieściach ról tylko osobami o ponadprzeciętnej urodzie, odpowiednich do podziwiania przez całą resztę bohaterów drugoplanowych. Przykłady te można mnożyć i przemnażać, a mimo to nie są one w stanie wpłynąć na odbiór powieści, bo tę czyta się po prostu świetnie.
   Virginia Andrews lubuje się w ukazywaniu życiowych dramatów swoich bohaterów. Tak samo w "Rodzinie Casteel" życie wali się rodzeństwu na głowy. Świat jej opowieści to miejsce wrogie i pełne rozczarować, żalu, bólu i cierpienia. Ludzie to istoty żądne krzywdy innych, która ma im w jakikolwiek sposób rekompensować męki, które stały się ich udziałem w przeszłości. Nad głowami jej bohaterów ciąży fatum, są dziedzicami  przegranego życia. Przeszłość i teraźniejszość bardzo się w prozie Andrews zacieśniają, a ta pierwsza determinuje drugą, generując ze skrzywdzonych dzieci okaleczonych psychicznie dorosłych umiejących jedynie krzywdzić innych. Receptą autorki na przetrwanie w świecie pełnym niesprawiedliwości jest dołączenie do rzeszy ludzi ją wyrządzających. Istoty uczciwe i niewinne nie mają tu racji bytu. Ostoję wartości moralnych i etycznych widzi autorka w dziecku, jednak w miarę jego dorastania zostają one wyparte przez kolejne przykre, a nawet drastyczne doświadczenia, tak, że w końcu nic z nich nie zostaje.
   Spotkałam się z twórczością Andrews po raz trzeci - i po raz trzeci wciągnęła mnie ona po uszy, wywołała burzę emocji, zaciekawiła do granic możliwości. Losy rodzeństwa Casteelów nie pozostawią żadnego czytelnika obojętnym. Tym dzieciom dzieje się niewyobrażalna krzywda, wyrządzana im dodatkowo ze strony najbliższych osób, które powinny je chronić i wspierać. Można zarzucać Andrews epatowanie okrucieństwem wobec dzieci, co zawsze jest chwytliwym materiałem działającym niczym lep na czytelnika, jednak w tej opowieści jest coś więcej, co powoduje, że naprawdę doskonale się ją czyta. To umiejętność autorki do szkicowania zaplątanych życiorysów, jej nieprzewidywalność, tendencja do utrzymywania odbiorcy w nieustannym napięciu i ciągłego go zaskakiwania. Ja niecierpliwie czekam na kolejny tom opowieści o losach Casteelów, a wam szczerze polecam tę część. 
*s. 5 (numeracja stron według ebooka)
Tekst stanowi oficjalną recenzję napisaną dla serwisu LubimyCzytać.pl
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Prószyński i S-ka, Warszawa 2013.
Wydanie: I.
Ilość stron: 544.
Przekład: Małgorzata Fabianowska.
Tytuł orginału: "Heaven"
Język orginału: angielski.
Moja ocena: 5/6.

czwartek, 14 listopada 2013

Stosisko cudowności:)

  Ostatnio ogarnął mnie szał czytania. Mogę czytać wszędzie, o każdej porze i do późna w nocy, z samego rana targana przez syna za włosy (tak okazuje uczucia;)). Mogę czytać jeżdżąc drugą ręką samochodzikiem i wydając przy tym dźwięk ijo-ijo (sygnał karetki dla niewtajemniczonych), mogę czytać w wannie aż do wody wystygnięcia, mogę czytać druga ręką mieszając obiad bulgoczący w garnku. Mogę czytać zawsze i wszędzie, ale na szczęście nie muszę czytać wszystkiego, co mi w ręce wpadnie, bo ostatnio doświadczam zalewu cudowności. I jeszcze żeby tylko pisać tak samo mi się chciało, jak się nie chce... 
   A, co mnie cieszy najbardziej, to to, ze Syn mój zdaje się pasję moją podzielać. Dziecię w cieniu książki chowane, książkami obłożone i o nie się potykające, zorientowało się ostatnimi czasy, jakież to profity z tego matczynego czytania mogą na nie spływać (dwa przeurocze ich przykłady poniżej). I teraz kiedy zapytana "Cio psysło, mamo?" po wizycie kuriera/listonosza odpowiadam "Ksiażki", Natan całkiem poważnie pyta: "Do mnie, cy do Ciebie?". Koffam to. 
   I razem wąchamy, razem macamy, przekładamy i podziwiamy. A wieczorem do snu czytamy książki już trochę dorosłe, bo z małą ilością obrazków, a mój prawie trzylatek słucha:)
1) Zanim przekwitną wiśnie - Aly Cha - recenzyjna od Prószyńskiego i S-ka - już daaawno przeczytana, czeka na wenę do zrecenzowania. Bardzo fajna książka, saga o pięciu pokoleniach japońskich kobiet targanych przez wichry historii, społeczne konwenanse czy zgubne namiętności. Opowieść o ich sile, desperacji i poświęceniu. Naprawdę warta przeczytania. Pozująca do zdjęcia laleczka kokeshi to element promocyjny powieści, bardzo nastrojowy, muszę przyznać.
2) Bezbarwny Tsukuru Tazaki i lata jego pielgrzymstwa - Haruki Murakami - aaaaaaaaa, mam!!! Recenzyjna do MUZY. Doczekać się jej lektury nie mogę, a jeszcze jak piszecie w swoich recenzjach, że jedna z lepszych jego powieści to normalnie czytelniczego ślinotoku dostaję:)
3) Jedenaście godzin - Paullina Simons - recenzyjna od Świata Książki - w czytaniu obecnie, może stylowo nie ma fajerwerków, może kreacje bohaterów, szczególnie jednej bohaterki upraszają się o spuszczenie nań zasłony milczenia, to muszę szczerze przyznać - wciąga jak diabli:)
4) Wybrany - Bernice Rubens - recenzyjna od Wiatru od morza - miałam wobec niej mieszane uczucia, a już szczególnie, że została porównana do "Lotu nad kukułczym gniazdem", a ja porównań nie znoszę. Jednak wydawnictwo to to dla mnie obietnica dobrej książki, co zdają się już potwierdzać pojawiające się pierwsze recenzje. Do tego laureatka Bookera - na coś dobrego się zanosi.
5) Obietnica gwiezdnego pyłu - Priscille Sibley - kolejna do recenzji od Świata Książki - i tu znów porównanie, a raczej powołanie się na Picoult, że to książka dla jej wielbicielek (swoją drogą ciekawe, czy nie ma ona ani jednego wielbiciela?), no zobaczymy... Rzecz zapowiada się niezwykle interesująco: małżeństwo nie może mieć dzieci, gdy żona zapada w śpiączkę, okazuje się, że jest ona w odmiennym stanie. Rodziną targają dylematy, co z tym począć, a sprzeczne zdania prowadzą na wokandę. Trzeba przyznać, że rzeczywiście bardzo to w picoultowskim duchu. Jeszcze jakby było porządnie napisane... Okładka przenastrojowa,
6) Trafny wybór - J. K. Rowling - do recenzji od Znaku - mój wielki wyrzut sumienia, ale też największe chyba obecnie ciasteczko mojej półki. Nieotwarty jeszcze prezent. Już wiem, kątem oka na Wasze recenzje zerknąwszy, że będzie fajniutka i pewnie niedługo wreszcie się do niej dobiorę. Bardzo jestem ciekawa mugolskiej strony matki Pottera:) 
7) Sunset Limited - Cormac McCarthy - do recenzji od Wydawnictwa Literackiego - przeczytana, zrecenzowana. Dała do myślenia. McCarthy w świetnej formie, bardzo głęboka rzecz dotykająca sedna ludzkiego istnienia. Polecam.
8) Dotyk - Alexi Zentner - recenzyjna od Wiatru od morza - przeczytałam i zakochałam się. To jest debiut! A ja się czułam jakbym mistrzowskie dzieło czytała. Kanada, gorączka złota, pionierzy i ich walka z surową przyrodą i dziewiczą puszczą kryjąca w swych odmętach stwory ze świata fantazji, magii a nieraz horroru. Cudowny realizm magiczny i wiara w siłę miłości ponad wszystko. Coś wspaniałego!!!
9) O pięknie - Zadie Smith - prezent od Znaku z okazji Dnia Blogera - no jakże mi było miło:) Przebierałam, wybierałam i mam:) Czytałam "Białe zęby" i bardzo przypadł mi do gustu niepowtarzalny, ironiczno-zabawny styl Zadie, przypadła mi do gustu tematyka. Wiedziałam, ze jeszcze sięgnę po jej książki i bardzo cieszy mnie świadomość, że jedna czeka na półce. I że jest tak rozkosznie gruba:) Rzut oka na opis książki na okładce (" Profesorów Belseya i Kippsa łączy zamiłowanie do piękna i podziw dla Rembrandta. Dzieli zaś stosunek do piękna i do Rembrandta (...)") i już wiem, że to cała Zadie z jej bohaterami, niesnaskami i dowcipem.
10) Dziecko śniegu - Eowyn Ivey - recenzyjna od Pascala - przeczytana, ukochana. Zbieram się do recenzji. Okładka niesamowita, już to wystarczy, by zakochać się w książce, a w środku jest o wiele, wiele więcej dobroci. Autorka zabiera nas na Alaskę i tam roztacza przed nami baśń, jaką mogło napisać tylko życie ze swym pięknem i okrucieństwem; opowieść nawiązująca do starej rosyjskiej baśni o "Śnieżynce", pełna śniegu, zapierająca dech w piersiach pięknem rozgwieżdżonego nieba odbijającego się w tafli jeziora i wyciskająca ciche łzy swą prawdziwością i życiowością. Idealna na zimowe wieczory. Ja się zakochałam.
11) Przygody Tappiego z Szepczącego Lasu - Marcin Mortka - recenzyjna od Zielonej Sowy - czytamy przed snem w skupieniu wielkim, sprawiła, że nie mogę się doczekać wieczoru. Idzie nam to wolno, zbyt wolno jak na moją ciekawość świata wykreowanego przez Mortkę, bo wyobraźnię autor ma nie byle jaką. Roi się w tej książeczce od magicznych stworzeń, a wszystko to w ciepłej atmosferze przyjaźni i dobroci. Bardzo przyjemna i wciągająca opowieść. Recenzja wkrótce. 
12) Podróże Tappiego po Szumiących Morzach - Marcin Mortka - również do recenzji od Zielonej Sowy - jak ja się cieszę, że jest jeszcze ta kontynuacja, bo kończymy już praktycznie pierwszą część, a ja z całej siły staram się nie podglądać, co będzie dalej i absolutnie nie oglądać ilustracji. No może tylko rożek uchylę;) Tym razem zamieniamy las na morze i jestem naprawdę ciekawa, jakie przygody czekają uroczego wikinga na głębokich wodach. 

wtorek, 12 listopada 2013

Konkurs "Rozświetlamy listopad!!!" - AKTUALIZACJA - O PÓŁNOCY KONIEC KONKURSU!!!

Hej Kochani!
Listopadowe dni niewiele różnią się jeden od drugiego. Szare, bure i ponure. Powoli zaczynam je rozróżniać tylko przez pryzmat czytanych w nich książek. A czytam ostatnio wspaniałe, wciągające i pochłaniające książki, bardzo zimowo mnie nastrajające. Jedna z nich to Dotyk, którego akcja rozgrywa się w zaśnieżonej, dziewiczej Kanadzie. To opowieść o życiu na pograniczu magii i rzeczywistości, które dzieli cieniutka granica, często przekraczana przez nadprzyrodzone istoty; to opowieść o nadnaturalnej sprawiedliwości i pięknie szczerych uczuć. Polecam gorąco. 
Kolejną książką na długie, zimowe wieczory (choć tak wciągająca, że niewykluczone, iż mimo liczy sobie stron 450, pochłonie się ja w jeden) to czytane właśnie przeze mnie "Dziecko śniegu". Małżeństwo w podeszłym wieku nie mogące mieć dzieci wyrusza na Alaskę, by niejako zacząć tam życie od nowa. Pewnego wieczoru lepią sobie ze śniegu dziewczynkę. Następnego ranka stwierdzają, ze z ich bałwanka została kupka śniegu, od której wprost do lasu prowadzą ślady dziecięcych stóp... 
Dlaczego mówię Wam o tym teraz?  
Bo ma to związek z zadaniem konkursowym, w moim minikonkursie, w którym do wygrania cudny lampion widoczny na zdjęciu poniżej. Sama mam taki i powiem Wam szczerze, że czytanie przy świetle świeczki ma niesamowicie magiczną aurę. Jeśli się Wam podoba - zapraszam do zabawy:)
Regulamin konkursu: 
1. Konkurs trwa od 6 listopada do 12 listopada 2013 roku (do 23.59), wyniki pojawią się prawdopodobnie następnego dnia, chyba, żeby się paliło czy waliło, ale nie przewiduję:)
2. Aby wziąć udział w konkursie należy w komentarzu pod tym postem polecić mi w 5 (nie mniej, nie więcej) zdaniach książkę, która jest według Was idealną zimową lekturą. Nie może to być żadna zrecenzowana dotąd przeze mnie książka, odpowiedzi nie mogą się też powtarzać, więc zwróćcie uwagę, czy ktoś przed Wami nie polecił już danej książki. Mała podpowiedź: nie czytuję science fiction, fantastyki ani fantasy. Nie czytam też szeroko pojętych romansideł. 
3. Wygra osoba, która według mojego subiektywnego odczucia zdoła mnie zachęcić do sięgnięcia po polecaną przez siebie książkę. 
4. Możecie, ale oczywiście nie musicie polubić mój profil na faceeboku, ale to tam zostaną ogłoszone wyniki.  
5. Udostępnić na FB plakat informujący o konkursie (jeśli nie masz FB proszę o zamieszczenie plakatu na swojej stronie, blogu czy gdzie możesz), bo jasne, że chciałabym by przyszło Was tu jak najwięcej, to oczywiste. 
6. Trzymać kciuki za siebie i czekać na wyniki:)
Życzę Wam miłej zabawy i wygranej, a sama mam nadzieję na wiele inspiracji do czytania przy pierwszym śniegu:)

wtorek, 5 listopada 2013

Biblioteczka Nateczka: Smaczny elementarz Cecylki Knedelek - Joanna Krzyżanek, Zenon Wiewiurka (ilustracje)







   Ala ma kota. Tola ma Asa... Eeee, powiem Wam Kochani, że to już przeżytek. Choć my na naukę literek presji jeszcze nie mamy, bo za młodzi jesteśmy (no przynajmniej jedno z nas; drugie w miarę umie;0), to w Cecylkowym elementarzu oboje zakochaliśmy się po uszy. A nawet po głowy czubek. I czytamy, i wertujemy, i pokazujemy i gąski szukamy. A jak nie razem, to ja sama, tak mnie ta książka urzekła:)
Do świata liter wprowadzają nas sympatyczna dziewczynka Cecylka Knedelek, znana dzieciom z wielu innych książek, o których na naszym blogu jeszcze będzie głośno. Towarzyszy jej wszędobylska i przezabawna gąska Walerka. 
Elementarz wita nas samogłoskami. Mamy więc na tych pierwszych stronach plakaty z popodpisywanymi obrazkami zaczynającymi się od danej samogłoski. Ale jakie plakaty! No piękne są te ilustracje, takie słodkie, urocze, lekkie, zwiewne a jednocześnie takie łobuzersko zabawne. Natusia oko przyciągnęły. A ile radochy jest z szukania ananasa na stronie aniołków, ile uciechy, że gęś dudni w bęben na stronie z ę, i jaka błyskawiczna reakcja na prośbę o wskazanie kotów i krów na stronie z y. No mamo, no nie wiesz, przecież to łatwe... Dodatkowo w prawym dolnym rogu strony samogłosek zawierają ciekawe polecenia i zadania dla Maluchów, mogące stanowić świetną podpowiedź dla rodzica, czego jeszcze, oprócz tych krów nieszczęsnych, czy innych wędek, Brzdąc na stronach poszukać może. No niby takie proste, ale czy wpadlibyście na pomysł, by rysowac Ymka ze stron z Y, albo powymyślać imiona dla aniołków zaczynające się na A, oczywiście? No, wpadlibyście? Ha... Dodatkowo plusem jest pisanie na tych stronach literami pisanymi (i małymi, co najistotniejsze), bo gdzieś kiedyś kątem oka dostrzegłam takie zalecenie w zasadach czytania globalnego, które mnie ostatnio intryguje.



Potem jest jeszcze zabawniej, bo z poznanych już literek autorka układa nam śmieszne wierszyki, a z każdą kolejną literką są one bardziej rozbudowane i zaskakująco rozbrajające. Ja sama czytam i się śmieję, takie to nastrojopoprawiacze. Bo czy można przejść obojętnie obok dżdżownicy, która robi dżemy ze wszystkiego? I z sąsiadki i sąsiada. DŻEM Z SĄSIADA TO PRZESADA!!! No fenomenalne. Nie śmiać się się nie da. Innym razem jest ćma Ćmielutka malutka, co lubi mdleć, tkać. Eć i Ać, jak mawia mój Syn i paluchem głaszcze tę ćmę i molestuje ją niemiłosiernie. Jest jeszcze nasz ulubiony dziad, co wlazł na drabkę, by tam przymocować dziabkę. Że co? Przeczytajcie tę książkę to się dowiecie, gwarantujemy wywołanie uśmiechu. Rymowanki takie do zapamiętania, do nauczenia nie wiadomo kiedy i mruczenia sobie pod nosem, albo wykrzykiwania gdy pędzi Małe gdzieś w podskokach. No po prostu fajne.




Jakby tego było mało, mało tych wierszyków, i tych plakatów, autorzy proponują nam bardzo atrakcyjny sposób, by nasz Maluch literki połknął. I to do słownie. Po każdej nowej literce znajdziemy przepis na nią wraz z boskimi zdjęciami apetycznie wyglądających ciach. O Boże, jak mi ślinka cieknie, gdy te strony wertuję. Mój faworyt? Jagodowe "j". Niech no tylko zacznie się sezon... Nie podarujemy. Aha, przepisy są pisane z myślą o Dzieciorach - to widać, bo nie ma bzdurnej gramatury typu 175 gram mąki czy 225 masła. -Trzy czwarte, kostka, kawałek - takimi wielkościami tu się operuje. Ponadto, co mnie już po prostu na łopatki rozłożyło wręcz, to to, że B jest zrobione zborówek i bitej śmietany, W z wafelków i wiśni a J z jagód. To się nazywa perfekcja. 
Każdy przepis zawiera słowno -obrazkową instrukcję jego wykonania, co w przypadku Maluchów słabo operujących abstraktem pozwala im aktywnie uczestniczyć w pieczeniu, w znacznym stopniu asekuruje i uatrakcyjnia pracę w kuchni. To takie instrukcje step by step. Bardzo, bardzo przemyślane.
Ponadto każda literka, którą poznajemy ma swoje stałe miejsce w lewym górnym rogu, gdzie umieszczona jest standardowo wielka i mała oraz obrazek przedmiotu lub postaci, których nazwa od danej litery się zaczyna. 
Dodatkową atrakcją, zabawą, która pochłania nas za każdym razem, gdy po książkę sięgamy, jest poszukiwanie na jej stronicach gąski Walerki, która przebiegle się przed nam chowa na kolejnych ilustracjach. I możecie mi wierzyć, nie jest to wcale oczywiste, gdzie będzie ona tym razem, czasem nie możemy jej znaleźć w ogóle, a czasem udaje nam się uchwycić tylko jej cień. 
Literki poznane? Ciacha literkowe upieczone? To teraz poczytajmy z Walerką o przygodach włochatego i przesympatycznego stworka Lulila. Lulila, powiem Wam to w sekrecie, uwilbia pić przez długą słomkę (tak długą, że ciągniemy po niej paluchem i ciągniemy), kocha jeść muffinki z turkusowym lukrem, umie znikać (gdzie on jest, no gdzie??? i z uśmiechem szukamy na następnej stronie) i marzy o spotkaniu z Marsjanką. No stworek mnie na łopatki rozłożył...




Książkę polecamy najmocniej. Dla każdego i w każdym wieku, bo no powiedzcie szczerze, kiedy wyrasta się z ciasteczek? Maluchy mogą ją wertować szukając gąski lub podziwiając przepiękne, multikolorowe ilustracje, starsze dzieci z pewnością polubią zabawne wierszyki, a dzieci w wieku przedszkolnym zrobią z niej największy użytek, bo poznawanie literek będzie z tą książką pyszną zabawą.
 Książkę otrzymaliśmy do recenzji dzięki uprzejmości wydawnictwa Jedność
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Jedność, Kielce 2012.
Wydanie: I
Ilustracje: Zenon Wiewiurka
Oprawa: twarda
Ilość stron: 210
Język orginału: polski
Data powstania: 2012
Moja ocena: 6/6

piątek, 1 listopada 2013

Sunset Limited - Cormac McCarthy

   Skromna gabarytowo książka, która zawiera w sobie olbrzymi ciężar filozoficzny. Skłania do przemyśleń, do zatrzymania się i zastanowienia. Nie da się jej czytać szybko, może nawet by dotrzeć do sedna należałoby przeczytać ją kilka razy. Ja wielokrotnie obracałam słowa w myślach nieśpiesznie wysysając z nich sensy. To dramat, może nie do końca pod względem gatunkowym, zdecydowanie zaś w aspekcie tematycznym. To dramat człowieka uwikłanego w życie. Z każdą stroną zalewał mnie coraz mocniej dekadentyzm, na którego fali McCarthy nieodmiennie płynie. Ale tym razem w żagle mu dmucha nieco inny wiatr. Bryza.
   Rzecz jest o dwóch takich co zgłębiali tajniki istnienia. Prosty, banalny wręcz zamysł, a jakie wykonanie. Zwykła niezwykła rozmowa, której początek dał znaczący zbieg okoliczności.
   Bohaterowie McCarthy'ego nie mają imion. To typowi literaccy everymani. Tym, co ich określa jest kolor ich skóry, gdyż dialogi w książce podzielone są na kwestie Czarnego i Białego. Określa ich także ich przeszłość: biały był człowiekiem światłym, profesorem; czarny natomiast jest, jak sam o sobie mówi, "durnym wiejskim czarnuchem z Luizjany" (s.64), który ma za sobą niechlubną odsiadkę w mamrze. Dzieli ich także kwestia religijności - profesor to ateista, Murzyn natomiast doznał nawrócenia i teraz pragnie przekazać wieść o bożym miłosierdziu światu. Ścierają się ze sobą przypadkowo na stacji nowojorskiego metra Sunset  Limited. Spotkanie staje się pretekstem do podjęcia polemiki między dwoma skrajnie różnymi światopoglądami i systemami wartości. 
   Rozmawiają właściwie o Wszystkim, a czynią to w sposób tak niezobowiązujący i pozbawiony jakiegokolwiek patosu; tak zwyczajny i tak bardzo daleki od teologiczno-filozoficznych dysput, że  aż uderzający i rozbrajający. Prawdziwy. Również sceneria tej polemiki jest znacząca - tłem dla ich rozważań jest nędzna klitka czarnego, wyposażona w najniezbędniejsze do życia przedmioty, dzielona niejednokrotnie z narkomanami i złodziejami. To właśnie "między prostotą" rozgrywa się bój jasności z mrokiem. To właśnie pomiędzy kawą a odgrzewanym obiadem mężczyźni poruszają takie zagadnienia jak Bóg, życie, szczęście, dobro i zło, wiara, Biblia i polemika z nią. 
   Nie wiem, jak chronologicznie plasuje się ta pozycja w dorobku literackim autora, widzę tu jednak pewne novum - McCarthy, kojarzący mi się dotąd jednoznacznie jako wieszcz schyłku, piewca upadku i skończonego zła zaczyna dopuszczać do głosu na kartach swojej prozy przeciwstawną tezę. Nie stawia kropki po wygłoszonej przez białego hipotezie, jakoby świat było to "(...) straszne miejsce. Pełne strasznych ludzi" (s. 35). Teraz pojawia się tam znak zapytania, jaki stanowią poglądy czarnego. Poglądy nota bene znajdujące moje uznanie. Nie są to bowiem owoce ślepego zapatrzenia w naukę kościoła (celowo piszę to małą literą), a efekty zdroworozsądkowego podejścia do kwestii wiary, wynikającego z wielu doświadczeń życiowych i zdobytego dzięki nim dystansu. "Nie jestem wątpiący - przyznaje.  - Ale zadaję pytania" (s. 58). 
   Znacząca jest tu też symbolika koloru skóry - McCarthy za jej pomocą kontrastuje zewnętrzne z wewnętrznym. Jasność fizyczna białego jest przydymiana przez jego mroczną duszę i na odwrót - ciemna fizjonomia czarnego rozświetlana jest blaskiem jego wiary i wynikającej z niej nadziei. Roztacza więc przed nami tym samym autor wachlarz niezliczonych szarości, byśmy w tej gamie mogli odnaleźć siebie. Bo apokalipsy nie będzie. Apokalipsa jest codziennie, dla każdego ma wymiar osobisty, inny w zależności od odcienia, który jest mu najwłaściwszy. 
   Wiele tu dekadentyzmu sygnowanego znakiem najlepszej mccarthy'owskiej jakości, jednak jest to dekadentyzm oswojony, pijący z jednej miski z iskierką nadziei. Bardzo przemawia do mnie dobór postaci - monopol na prawdę o życiu ma tu natura, a nie nauka; prostota, a nie kultura. Autor znów stawia na atawizm, lecz tym razem nie jest to wartość pejoratywna. Zbawić świat zdoła tylko prymitywne życie - w myśl zasady czym się zatrułeś, tym się lecz. I czarny jest jednym z pierwszych proroków. 
   "Bo siedzisz tutej przy moim stole, głuchy na Boga jak upadłe anioły, i czekasz, cobym ci zaserwował kolejną herezję byś ją mógł do serca przytulić i dodatkowo się utwierdzić w swojej niewierze."*
Demaskuje poetyckimi w swej prostocie i nieporadnej trafności słowami postawę białego (uwielbiam ten język nieociosany bohaterów McCarthy'ego, wielkie brawa dla tłumacza, że go nie stłamsił przekładem). I choć nikt nie święci tu triumfu a zakończenie pozostawia wiele dla rozważań i kontemplacji czytelnika, to jednak ma się wrażenie, że w trackie lektury było się świadkiem czegoś niezwykłego, ze wywróciło się Istnienie podszewką na wierzch i rozwikłało tajemnicę splotu niektórych nici, którymi zostało zszyte. Nie wszystkich, rzecz jasna, i zapewne każdy dojrzał inne. Jedni te czarne, inni białe.
Książkę otrzymałam do recenzji dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego 
*s. 62
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013.
Wydanie: I.
Ilość stron: 126.
Przekład: Robert Sudół.
Tytuł orginału: "Sunset Limited"
Język orginału: angielski.
Moja ocena: 5/6.

czwartek, 17 października 2013

Stos nie ulega przedawnieniu + fanpejdż:)

   Odkurzam. Wyciągam, przeglądam, porządkuję i za głowę się łapie, ile tego jest. Czytelniczy, a raczej recenzencki impas trwał i trwał, i cieszę się, że wreszcie się skończył (mam nadzieję, ze na dobre). Bo brakowało mi pisania, tego miejsca, Was. Nawet jeśli coś w tym okresie przeczytałam (a czytałam i to sporo), to szara rzeczywistość nie pozwalała poskładać myśli w sensowny tekst. "Wena" do pisania omijała mnie szerokim łukiem. Stos jednakże nie ulega przedawnieniu, tym bardziej, że ten, którym chce się Wam dzisiaj pochwalić, jest cały, o zgrozo!, recenzencki. Dwie z poniższych książek przeczytałam w całości, od deski do deski, jak się to mówi, myślę jednak, że będę musiała przeczytać je raz jeszcze, bo było to tak dawno, że wiele istotnych szczegółów uleciało mi z pamięci, tak recenzować nie lubię. 
   Dobra, kończę już gadać:) Aha, jeszcze tylko pokażę Wam moje cacuszko, cudny lampion, który uwielbiam po prostu sobie zapalać kiedy czytam - do tego herbatka (nie kawka, bo czas na takie spokojne czytanie mam tylko wieczorem, kiedy Małe smacznie śpi) i nastrój jest niesamowity:) 

   Teraz trochę o ksiażkach i moich wobec nich oczekiwaniach czy nadziejach: 
1) A jeśli ciernie - Virginia C. Andrews - Świat Książki - trzecia już część cyklu o rodzinie Dollangangerów; czytałam dwie poprzednie i szczególnie pierwsza część ( której niestety nie zrecenzowałam) zapadła mi w pamięć. Nie można tu mówić o jakich wybitnych umiejętnościach literackich pani Andrews, natomiast jako autorka megawciągających czytadeł daje radę. I choć druga część (klik) wypadła nieco bladziej od "Kwiatów na poddaszu", to jestem bardzo ciekawa tej trzeciej (mimo, iż słyszałam od kogoś, że saga obiera tendencję spadkową w kolejnych częściach).
2) W cieniu drzewa banianu - Vaddley Ratner - Prószyński i S-ka - zaczęłam ja czytać, ale porzuciłam, z natłoku innych spraw raczej, niż z winy jej treści, bo jest to typ opowieści, który lubię najbardziej - odległe, najlepiej orientalne państwo; losy kobiety na tle ważkich wydarzeń historycznych. Tym razem Kambodża i rewolucja Czerwonych Khmerów przerywa sielskie dzieciństwo księżniczki Raami. Bardzo jestem ciekawa dalszego rozwoju wypadków. 
3) Wiatr z północy - Susan Abulhawa - Prószyński i S-ka - tę książkę przeczytałam już w całości i mogę Wam powiedzieć, że mocna to jest rzecz. Wstrząsająca, zapadająca w pamięć i wywołująca burzę emocji podczas czytania. Jest to książka o wojnie pomiędzy Palestyńczykami a Izraelczykami opowiedziana z punktu widzenia rodziny uchodźców. Czytając ją zmieniłam nieco punkt widzenia na pewne sprawy, a także nauczyłam się doceniać, ze żyjemy może nie w najszczęśliwszym państwie, ale w czasach pokoju. Zaczęłam już ja nawet recenzować, ale chyba będę musiała powrócić do jej treści i jeszcze raz przeczytać, bo w tym wypadku nie chcę pominąć jakiegokolwiek szczegółu. Smutna, ale piękna.
4) Siostra - Rosamund Lupton - Świat Książki - trochę się tej książki obawiam, bo czytałam już "Potem" Rosamund Lupton (niestety tej książki również nie opisałam na blogu :( - do nadrobienia!)), więc wiem, jak przejmująco potrafi ta pani pisać, a jeszcze taka tematyka - kobieta próbująca rozwikłać zagadkę śmierci swojej siostry... A ja mam bardzo dobre relacje ze swoją siostrą, więc sami rozumiecie... Mimo to mam ochotę wskoczyć w ten świat, ciesząc się, ze mam okazję go obserwować tylko z boku. Aha - przepiękna okładka.
5) Zniknięcie słonia - Haruki Murakami - Muza - również przeczytana, również niezrecenzowana i również będę ja najprawdopodobniej czytać ponownie, bo już Muza nowego Murakamiego wydaje. Lubię jego prozę, choć muszę sobie ją dawkować, wtedy smakuje lepiej. Miałam nadzieję, ze w tym roku Japończyk zdobędzie Nobla, jednak znowu się nie udało. Szkoda, bo jego proza jest taka inna, odmienna od reszty tego, co na rynku wydawniczym... W pamięci utkwiło mi szczególnie opowiadanie pod tytułem "Sen" :) 
6) Dziedzictwo - Katherine Webb - Insignis - to, ze ta książka się tu znajduje, to w dużej mierze zasługa wielu pozytywnych recenzji na Waszych blogach. Lubię takie klimaty - zagadka z przeszłości, powracanie do minionego, zgłębianie dziejów swojej rodziny, stara angielska rezydencja z jej tajemnicami, super. Myślę, że fajnie się sprawdzi na długie zimowe wieczory, że mnie też wciągnie bez reszty:)
7) Syn zarządcy sierocińca - Adam Johnson - Świat Książki - ostatnia już pozycja w tym stosiku, grube, ponad 500 stronicowe tomisko. Czym mnie przekonało? Po pierwsze rzecz dzieje się w Korei Północnej, a to już kraj z obszaru mojego literackiego zafascynowania. Po drugie jest to thriller z domieszką Kafkowego i Orwellowego natchnienia i interesuje mnie jak autorowi wyszedł ten zabieg. Ciekawa jestem też jak autor, z nazwiska wydaje się pochodzenia zachodniego skonstruuje specyficzną dalekowschodnią rzeczywistość. No, zobaczymy, co z tego wyjdzie. 

   Wszystkim, którzy wytrwali do tego momentu dziękuję. Jeśli czytaliście którąkolwiek z tych książek i chcecie się ze mną podzielić wrażeniami (tylko bez spoilerów, plissss), to ja z przyjemnością poczytam:) Jakieś uwagi, spostrzeżenia, zachęty - będzie mi bardzo miło. 
   Chciałam Was jeszcze zaprosić na fanpejdża mojej stronki na facebooku: 
Stronka może na razie nie powala z zachwytu, ale obiecuje, że będzie ewoluować. Ktoś powie: Czemu więc kobito wtyczki nie zrobisz jak Bóg przykazał w bocznej szpalcie? A bo kurczaczek nie umiem... Tak więc na razie musi mi taka prowizorka wystarczyć, dopóki nie zgłębię tajników techniki, he he. Jeśli chcecie mnie zaprosić na swoje fanpejdże to pod tym postem jest miejsce na tego typu "wynurzenia", tak, że śmiało, nikt się nie obrazi. Czekam:)
Buziaki Kochani. 
`

niedziela, 13 października 2013

"Magię postrzegał jako rzeczywistość"* - Dotyk - Alexi Zentner

   O mój Boże, co za książka!!! Zakochałam się w tym świecie, w tych historiach, w tej narracji. Magia, czysta magia. Dopiero skończyłam ją czytać, a już za nią tęsknię; takie opowieści nie powinny się kończyć... I choć z reguły nie czytam książek po kilka razy, to wiem już na pewno, że do tej powieści z pewnością powrócę. Wszystko to, czego szukałam w książkach; wszystko to, co w nich kocham i czego oczekuję od literatury, to wszystko w "Dotyku" jest. Mogę więc rzec śmiało, że znalazłam książkę idealną.  
  Tyle w tej książce dobra, że siedzę i nie wiem, od czego zacząć chwalić. Czy najpierw pozachwycać się realizmem magicznym, czy formułą przekazywanych sobie ustnie z pokolenia na pokolenie opowieści? A może zacząć od wyrażenia uznania za pełną ciepła i autentycznych emocji, szczerą sagę rodzinną? Nie wiem, od czego zacząć, zacznę więc od tego, ze kiedy byłam mała (nie, to nie będzie mój życiorys, bez obaw)... A więc, kiedy byłam mała uwielbiałam siadywać przy buchającym żarem piecu i wsłuchiwać się w opowieści mojej babci o dawnych czasach. Zamęczałam ją o nie wręcz. I tak dowiedziałam się o koniu, który skoczył nad malutką babcią, "zaczyniając" ją w ten sposób, wedle ludowego rozumowania, tak, ze w wieku trzech lat zaniemówiła. Tak dowiedziałam się o odczynianiu jej u wioskowej znachorki, polegającym na obmywaniu w balii z wodą, w której po wylaniu wody miała pozostać końska sierść na dnie. Mnóstwo było takich opowieści, a ja czułam się, jakby dane mi było podglądać przeszłość, zatrzymywać czas i się w nim przenosić. Identyczne uczucia towarzyszyły mi podczas czytania "Dotyku".
   W powieść Zentnera wpada się niczym w śnieżną zaspę - otula nas ona swym nastrojem, wdziera się w zakamarki naszej wyobraźni, od pierwszej do ostatniej strony tkwimy w niej bezpowrotnie myślami. Na skrzydłach jego narracji  przemieszczamy się między kolejnymi opowieściami tak płynnie, jakbyśmy naprawdę tam byli - autor zna sposoby by zawładnąć czytelnikiem, to pewne. Towarzyszymy 16 letniemu Jeannotowi, który na początku XX wieku, przewędrowawszy pół kontynentu wiedziony pragnieniem bogactwa, postanawia wydrzeć kanadyjskiej puszczy ukryte w niej złoto. Wieść o złożach kruszcu powoduje napływ poszukiwaczy, a z Jeannota czyni założyciela rosnącego w zawrotnym tempie z dnia na dzień miasteczka Sawgamet. Jednak zaburzony porządek świata długo nie da mu o sobie zapomnieć, kładąc się ponurym cieniem na losach jego i jego rodziny; wojna wypowiedziana naturze przez cywilizację domagać się będzie kolejnych ofiar, długo nie mogąc ugasić nieposkromionego pragnienia.
   Fabuła "Dotyku" osnuta jest na dwóch zasadniczych opozycjach: pierwszą z nich jest antagonizm natura (reprezentowana przez bezkresną kanadyjską puszczę z jej bezlitosnym klimatem) - cywilizacja (pod postacią Jeannota najpierw szukającego złota, a następnie zaciekle machającego toporem, po otwarciu intratnego interesu, jakim był zaspakajający potrzeby licznych osadników tartak). Druga to ostro zarysowany w książce rozdźwięk między realnością a sferą nadprzyrodzoną. Siłą powieści Zentnera jest to, iż autor wszystkim tym sprzecznościom każe zarazem wieść odwieczną wojnę, jak i na każdej niemal stronie podejmować ze sobą dialog. Bohaterami opowieści kanadyjskiego pisarza są zatem równoprawnie niemalże Jeannot, jego syn Pierre i wnuk Stephen oraz ich rodziny, jest nim cała społeczność osady Sawgamet, ale też nieprzebyta knieja z jej nieziemskimi mieszkańcami; bohaterem jest śnieg, jest nim rzeczny odmęt, są zamieszkujące je zjawy, maszkary i potwory. Wszystkie te światy funkcjonują tu równolegle, przenikają się, wciągają nawzajem na swoje przestrzenie; walczą ze sobą żywiąc do siebie jednocześnie uczucie będące jakimś rodzajem szorstkiej miłości, bo świadomi są uwikłania w symbiozę, w której brak jakiegokolwiek z tych pierwiastków rzutuje na egzystencję pozostałych.
   "Dotyk" to głęboki ukłon w stronę tradycji przekazów ustnych przekazywanych niczym drogocenny spadek z pokolenia na pokolenie. To zgrabna powieść szkatułkowa, opatulająca czytelnika opowieścią jak matka dziecko kocem, jak babcia szalikiem. Opowieść daje poczucie przynależności, ciągłości; poczucie bezpieczeństwa. To rozrywka, to rutyna, to tradycja i to jest właśnie moim zdaniem piękne i ja szukam tego piękna w literaturze, bo w dobie "fast&flesh" tu tylko się ostało. W "Dotyku" opowiada każdy, to jak oddychanie, naturalna rzecz. Ojciec narratora Stephena:
      "Wieczorami snuł opowieści o swoim ojcu, o tym, jak Jeannot znalazł złoto i założył Sawgamet, i o długiej zimie, która nastąpiła po wyczerpaniu się złóż. Mówił nam o quallupilluit i Amaguqu, wilczym bogu-przecherze, o wilkołakach i o krwiopijczych adlet, o wszystkich potworach i wiedźmach z lasów. Mówił nam też o innych rodzajach magii, na które natknął się przy wycince: jak trociny, którym wyrosły skrzydła, wleciały drwalom za koszule niby komary; jak jakieś drzewo podniosło się i uciekło od ostrych zębów piły. Mówił nam o tym, jak rozszczepili jakiś pień, a w środku znaleźli królestwo wróżek, o tym, jak ściął cały las jednym machnięciem topora i jak znalazł rodzinę drzew splecionych ze sobą i pnących się ku niebu miłosnym warkoczem."** 
Dziadek opowiadał mu o ludziach zamienionych w potwory, wehtiko, które ponosiły w ten sposób karę za kanibalizm i żywiły się ludzkim mięsem. Opowiadał o adletach, które piły ludzką krew czy o swym spotkaniu z quallupilluit, która przyszła doń wyczuwszy jego żądzę złota, ale tez o naszyjniku wtopionym w babciną szyję do tego stopnia, że po jej śmierci kowal usiłował go bezskutecznie wyciąć (doprawdy przepiękna, magiczna historia), o karibu, który doprowadził Jeannota i Martine do cudownego znaleziska (kolejna magiczno-ezoteryczna opowieść, do tej pory jak ją sobie przypominam uśmiech gości na mych ustach :)). Pretekstem do opowiadania wielu historii mogą być nawet porzucona rynna i schody, wszystko, wszystko w tej powieści przemawia, wszystko pamięta, nosi w sobie zaklętą przeszłość, w którą Zentner pozwala nam się wsłuchać.
   I teraz to, co mnie w "Dotyku" urzekło najbardziej - świeży powiew realizmu magicznego rodem z folkloru, ludowości; rodem z wierzeń indiańskich. Mieszkańcy Sawgamet dzielą swą przestrzeń życiową z światem zjaw, zmór i potworów zamieszkujących morskie odmęty i leśne i nikomu do głowy nie przyjdzie, by, w pierwszej połowie XX wieku przecież, a nawet później, istnienie tychże postaci w jakikolwiek sposób zakwestionować. Nie, na kartach powieści Zentnera wszystko zdarzyć się może i wiele się tu dzieje. Jeśli ktoś czuje żądze i pożądanie, to staje w płomieniach i ogień go trawi dosłownie, zima ma tu prawo skończyć się w lipcu, ludzie po śmierci nie idą do nieba, piekła czy gdzie tam, a, jeśli tylko dostatecznie mocno w to wierzysz, błądzą po lasach czekając na swych ukochanych, by odejść połączywszy się z nimi. Tu śmierć niczego nie kończy, pojęcie rzeczywistości nie ogranicza a przyroda wcale nie jest bytem nieożywionym. Światem przedstawionym Zentnera rządzi dynamika, emocje i magia.
   Powieść Kanadyjczyka to jednak przede wszystkim rzecz o miłości. O miłości szczerej, pięknej, prawdziwej i dosłownie silniejszej od śmierci. To ona pozwala ludziom przetrwać, czyni ich potężniejszymi od rozszalałych żywiołów czy nadprzyrodzonych stworzeń. Miłość. W książce, która jest moim zdaniem zarówno powieścią inicjacyjną (kiedy opowiada kilku czy kilkunastoletni Stephen) oraz elegijną (gdy narrację prowadzi czterdziestoparoletni Stephen) przeważa nastrój sentymentalny, refleksyjny. Pełno tu wspomnień, tęsknoty za minionym...
   "Gdziekolwiek spojrzałem, przypominała mi się jakaś historia, która opowiedział mi ojciec lub dziadek, niestworzone detale,. przy których upierał się Jeannot, chwile, kiedy ojciec zawieszał głos. Dziwiłem się jak to możliwe, że kamienie i rzeka nie rozpadną się pod ciężarem tylu duchów. Jak długo będę musiał jechać pociągiem, jak daleko będę w trasie (...), zanim przestanę dostrzegać słowa ojca i dziadka rozsypane po okolicy?"***  
   Jak więc widzicie, taka niepozorna książeczka, maleństwo takie 200 stronicowe ledwie, a po otwarciu okładki, już od pierwszych stron Literatura przez wielkie L w tym wrze. Piękna, nasycona, esencjonalna powieść. Debiut, ale jaki debiut?! Jestem pod ogromnym wrażeniem i ja się pytam, panie Zentner, gdzie pan był do tej pory, co? Już miałam wyrazić obawę, co dalej z karierą literacką autora, bo poprzeczkę postawił sobie mega wysoko, ale jak się tak chwilkę zastanowiłam, za szczere to było i z serca za bardzo płynące, by się bać o kolejne pozycje, o ich jakość. Zentner ma po prostu dar snucia opowieści, które literka po literce wsączają się w serca czytelników. Wiem, że niebawem ma się ukazać jego kolejna powieść.Czekam zatem niecierpliwie.
Książkę otrzymałam do recenzji dzięki uprzejmości wydawnictwa Wiatr od morza:
*s.169.
**s. 12
***s. 199
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Wiatr od morza, Gdańsk 2013.
Wydanie: I.
Ilość stron: 209.
Przekład: Karol Chojnowski
Tytuł orginału: "Touch"
Język orginału: angielski.
Data powstania: 2011.
Moja ocena: 6/6.

piątek, 26 kwietnia 2013

Istnieją te trzy: moralność, etyka i przyjaźń - Mój przyjaciel najemnik - James Brabazon

  Znacie ten kawał? "Wykładowca dziennikarstwa pyta studentów: jesteście świadkami tonięcia łodzi transportującej emigrantów, możecie ich uratować lub zrobić im zdjęcia. Jaką ostrość aparatu wybierzecie?" Książka Brabazona zdaje się być świetną odpowiedzią na to pytanie o etykę dziennikarską i ludzką moralność. Odpowiedzią tak szczerą, jak i brutalną. Autor idzie nawet krok dalej i ustawia tę przysłowiową ostrość pośród wojennej zawieruchy, gdy kule świszczą mu koło ucha. Naraża życie, by odzyskać zgubione podczas ucieczki taśmy; nie waha się położyć na szali własny los byleby tylko zrobić materiał. Jednak główną inspiracją do napisania książki były dla autora nie wojenne perypetie, a pewna osobliwa przyjaźń, która się w ich czasie nawiązała. Przyjaźń kontrowersyjna, obwarowana wieloma dylematami, a jednak w proch je obracająca. Przyjaźń ponad wszystko.
   James Brabazon i Nick du Toit poznali się podczas pierwszej wyprawy autora-dziennikarza do ogarniętej wojną domową Liberii. James pragnął przeniknąć do grupy partyzantów walczących z reżimem Charles'a Taylora, by tam nakręcić unikatowy materiał, który miał przynieść mu sławę w reporterskim świecie, liczne kontrakty oraz, co za tym idzie, spore zyski. Nicka zatrudnił za poręczeniem znajomych, jako swego ochroniarza. Początkowa doza wzajemnej nieufności i ostrożności przekształciła się pod wpływem rozlicznych wspólnych afrykańskich przygód w coś zgoła odmiennego. Ale czy można pozostać obojętnym wobec osoby, która dzieli z tobą twój los nawet kiedy jasno jej mówisz, iż prawdopodobnie nic z tego mieć nie będzie, bo właśnie wszyscy sponsorzy się wycofali i zostaliście "na lodzie"? Czy można nie poczuć choć cienia sympatii do kogoś, komu zawierzamy własne życie i kto chroni je bezustannie narażając swoje? Kogoś z kim przegadało się długie godziny chociażby z nudów, z kim jadło się niejadalną wręcz strawę? Kogoś, kto w końcu, wlókł nas "na stronę" by pomóc się wypróżnić i dbał o nas podczas ataku malarii? Takie przeżycia cementują relację, budują więź z innym człowiekiem, nawet gdy ten ma nie wiedzieć jak szemraną przeszłość i nie wiedzieć ile ludzkich istnień na sumieniu. 
   Nick du Toit był bowiem najemnikiem. Czyli, parafrazując autora, walczył za cudze pieniądze o sprawy, które były mu zgoła obojętne. Taki płatny wojenny zabójca, którego morale znieczula solidny zastrzyk gotówki zaaplikowany mu przez najemcę. Nie trzeba więc być etykiem, by czuć dysonans pomiędzy szczerością  w wzajemnych relacjach z taką osobą a koniecznością usprawiedliwiania tej przyjaźni przed opinią publiczną (co się autorowi czasem zdarzało) oraz własnym sumieniem (co było rzeczą nagminną). 
"Im bardziej moje życie zawodowe wiązało się z postacią Nicka, przed tym trudniejszymi wyborami stawałem. Obawiałem się więc, że zatracam poczucie higieny moralnej, zamiast jasno opowiadać się po słusznej stronie, zawierałem sam ze sobą kompromisy. Poważnie brałem pod uwagę możliwość zabicia dziecka, zgodziłem się sfilmować zamach stanu. Kiedy za pierwszym razem uciekłem z Liberii nie potrafiłem rozpoznać twarzy w lustrze jako swojej."*
Jednakże urocze usposobienie  Nicka, jego dobroć i życzliwość dla autora sprawiały, iż zepchnął on ciemną stronę biografii przyjaciela w odmęty pamięci i począł wdawać się z nim w coraz to nowe przygody i snuć wspólne, nie do końca legalne (delikatnie mówiąc) plany. 
   Plany, które się nie powiodły. Które wystawiły ich przyjaźń na próbę; które wymusiły zmianę narracji z opowieści o dziennikarstwie wojennym na skrupulatne, sumienne i żmudne dziennikarstwo śledcze. James, który dziełem przypadku nie stawił się jak było to zaplanowane w szeregach najemników mających dokonać zamachu stanu, który on miał kamerować mógł przecież mianować się szczęściarzem, zapomnieć o wszystkim i żyć jakby nigdy nic. On jednak tymczasem wyrusza do Afryki, by szukać sprawiedliwości i walczyć o prawdę dla swojego przyjaciela, który został uwięziony w Playa Negra, jednym z cieszących się najgorszą sławą więzień. Narzędziem w tej walce jest jego mikrofon. Zmiana ta zdecydowanie mnie nie pocieszyła, gdyż nie jest to typ opowieści, który chłonę. Trochę się tu gubiłam - to ogromne nagromadzenie nazwisk, faktów, przesłanek i politycznych niuansów. To zdecydowanie nie dla mnie... Daje to jednak pojęcie o profesjonalizmie autora, o jego zawziętości i pasji, które mogą okazać się cenne dla osób o odmiennych niż moje preferencjach. 
   Przyznam szczerze, że ja czytałam tę książkę raczej jako praktyczny traktat o moralności w warunkach polowych. Dużo się mówi na sucho o tym, co czarne, a co białe; co uchodzi dziennikarzowi, a co jest już nadużyciem. Kreśli się linie, wytycza szlaki, jednak kiedy jest się wrzuconym w wir wydarzeń, w samo oko wojennego cyklonu, nie ma się czasu na przerzucanie stron kodeksu, ba, nie ma czasu nawet na zastanowienie się. Górę biorą instynkty; przeżyć i nakręcić. Brabazon mi to uświadomił bez zbędnego owijania w bawełnę, brutalnie i jakże namacalnie, pisząc o tych wszystkich egzekucjach, które kamerował bez namysłu, o obieganiu z kamerą wokół konających partyzantów, skupiając się li i jedynie na technicznej stronie najkorzystniejszego ujęcia czarnoskórych ludzi w ciemnym pomieszczeniu... Autor obnaża przed czytelnikiem najintymniejsze oblicza własnej osoby; wyjawia to, co raczej wolimy przemilczeć i pierze brudy swej naznaczonej Liberią duszy 
"Afryka Zachodnia niebezpiecznie odchyliła igłę mojego moralnego kompasu. A zależało mi na tym , by wskazywał właściwy kierunek"** 
   Muszę przyznać, że dawno już nie czytałam książki, która wzbudziłaby we mnie tak skrajnie ambiwalentne odczucia. Dlaczego? Bo z jednej strony wymęczyła mnie ona przeokrutnie, szczególnie w końcowej części "śledczej", gdzie nagromadzone tropy, przeplatane nazwiskami i faktografią, zlewały mi się ze sobą i traciły ostrość, szczegółowość drażniła a stężenie istotnych detali przyprawiało o zawroty głowy. Nie moja bajka, krótko pisząc. Ale, i to druga strona medalu, czegokolwiek by o twórczości Brabazona nie napisać, niczego poza tym, że w moim przypadku nie trafił na do końca właściwego odbiorcę zarzucić mu nie mogę. Wręcz przeciwnie. Poraził mnie przede wszystkim swą szczerością i bezpośredniością w podejmowaniu tematów tabu, zainteresował arkanami sztuki dziennikarskiej, która w jego książce pokazana jest od kuchni. Przerażający i brutalny reporterski metatekst. 
Tekst stanowi oficjalną recenzję napisaną dla serwisu LubimyCzytać.pl
*s. 307
**s. 99.
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: WAB, Warszawa 2012.
Wydanie: I.
Ilość stron: 510.
Przekład: Stanisław Kroszczyński.
Tytuł orginału: "My Friend the Mercenary"
Język orginału: angielski.
Data powstania: 2010.
Moja ocena: 4/6.