czwartek, 11 listopada 2010

"I za wszystkich innych żołnierzy, którzy zginęli na tej ziemi"* - "Patologie" - Zachar Prilepin

   Grozny, miasto jakich wiele. Jednak dla grupki rosyjskich żołnierzy oddelegowanych na wojnę rosyjsko-czeczeńską będzie ono już zawsze wzbudzać złowieszcze skojarzenia. Tam walczyli o przeżycie, o każdą sekundę, każdy oddech, każde uderzenie serca. Tam stracili wszystko co mieli, łącznie ze swoim człowieczeństwem; tam poznali smutną prawdę o ludziach i o sobie samych. 
   Zachar Prilepin urodził się w 1975 roku, mieszka w Niżnym Nowogrodzie. Jest filologiem, pisarzem i dziennikarzem. Służył jako kapitan OMON-u na wojnach w Czeczenii w 1996 i 1999 roku. W "Patologiach" ujmuje on swe autentyczne doświadczenia w ramy literackości, chcąc przy tym pozostać wiernym ich brutalności i drastyczności. Nie sili się na dopisywanie tej historii sztucznych idei, nie ozdabia rosyjsko-czeczeńskiej wojny przekłamanym patosem. Od chwili znalezienia się w wrogim mieście, gdzie każdy mieszkaniec najchętniej udusiłby przybyszów gołymi rękami, życie młodych chłopaków biegło w myśl paraleli: żyjesz, by zabijać; zabijasz by przeżyć. Codziennie musieli ryzykować życie wykonując rozkazy - a to rozbrajanie rebeliantów, kiedy indziej byli posyłani po konkretnych, niebezpiecznych dla Rosjan, ludzi. W końcu tracą w tym wszystkim głowę, dają się ponieść duchowi wojny, rodzi się w nich nieposkromiona agresja, szał, morderczy amok, pozwalający na zabicie człowieka gołymi rękami, uduszenie go i podarcie jego twarzy.
   Prilepin pisze po prostu, jak było. A na to często brak słów. Można nieludzkość wojny wyrazić jedynie prostymi słowami, językiem niemal atawistycznym, okraszonym gęsto przekleństwami. Książka Prilepina to zdecydowanie rzecz dla ludzi o mocnych nerwach, niektóre opisy bowiem przyprawiają o mdłości. Bardzo plastycznie przybliża autor czytelnikowi okropności wojny: potoki krwi i ludzkich wnętrzności, proste i rzeczowe obrazy zabijania, namacalne niemalże obrazy zwłok:
   "Pośmiertna zbiórka. Pozioma parada... Twarzami ku niebu. (...) Pierwszy leżący z brzegu trup wyciąga do mnie powykręcane palce, idę w ich stronę, widzę tylko te palce. Nie ma paznokci czy wszystko się tak spaliło? Nie, w słońcu ręce są różowe. Obrączka "nierozłączka" na serdecznym palcu. Dwa paznokcie sterczą dęba, wkrzepnięte w oderwane mięso. Gdzieś ty chciał się zakopać? Kogo złapać za gardło?"**
"Strzela jeszcze parę razy w goły, bulgocący różowymi bąbelkami brzuch coraz słabiej rzucającego się człowieka. Po szóstej czy siódmej kuli Czeczen zaczął lekko przebierać nogami, jakby chciało mu się sikać, a potem znieruchomiał. Następne kule wchodziły już w miękkie, bezwładne ciało.Tylko głowa po paru strzałach stopniowo rozsypywała się, rozłupywała, rozpadała, traciła formę: oko zawisło na nitce, a potem gdzieś odleciało z białymi odłamkami kości, mózg rozbryznął się w ohydne gluty (...)"***
   Tym, co stanowi niewątpliwą wartość książki są kontrasty. Dostarczają ich wspomnienia wkradające się w najmniej oczekiwanych momentach w myśli rosyjskiego żołnierza. Wspomnienia z dzieciństwa, z młodości; to właśnie dzięki nim poznajemy bohatera, dowiadujemy się czegoś o jego rodzinie, o ukochanej Daszy i o życiu w Rosji. Jegor Taszewski, literackie alter ego autora był półsierotą, wychowywał go ojciec, ale umarł gdy chłopiec miał sześć lat; matki wcale nie znał. Po śmierci ojca wychowywał się w domu dziecka, spragniony miłości i poczucia przynależności bardzo przywiązał się do suczki Dezi, z którą wiąże wiele wspomnień.
   Językiem zupełnie odmiennym od tego, którym mówi o wojnie; językiem pełnym zdrobnień i spieszczeń, językiem czułym, delikatnym, pieszczotliwym; stylem poetyckim niemalże opisuje narrator chwile spędzone z narzeczoną Daszą. Dasza ma "brzuszek" i "pupkę", życie z Daszą to życie pozbawione trosk, spędzane na upajaniu się sobą nawzajem gorszeniu otoczenia swym nieposkromionym uczuciem. To właśnie we wspomnieniach z przedwojennego życia, które pozwalają przeżyć to piekło, Prilepin daje nam popis swego wspaniałego stylu, raczy wysublimowanymi językowymi perełkami typu:
   "Myśli krótsze niż zdania. I w za dużych ubraniach, rękawy imiesłowów wiszą jak u Pierrota"****
W ogóle operuje Prilepin niesamowitym według mnie stylem, którego niestety nie ma możliwości zaprezentować w książce o tematyce wojennej. Już początkowy fragment "Patologii" demaskuje autora jako pisarza ambitnego i utalentowanego. Opis tonięcia i walki z żywiołem podczas zatopienie autobusu po wypadku drogowym porównany z rodzeniem się dziecka i wychodzeniem na świat z łona matki prowadzi Prilepin tak gładko jakby podobne zabiegi artystyczne były dlań elementem języka codziennego. Bardzo dobra proza.
   Zgoła inne jest życie wojenne młodych żołnierzy w Groznym. Codziennością są tu libacje alkoholowe, dodatkowych atrakcji dostarczają takie rewelacje, jak powszechne ataki silnej biegunki (spowodowane sikaniem kucharza do garnków z kapuśniakiem, by się nie zepsuł).  Żołnierze prowadzą ze sobą również "egzystencjalne" rozmowy, których tematami są m. in.: kobiety czy Bóg i jego piąte przykazanie zmieszane w czasie tej wojny z błotem. Jednak nad tymi chwilami względnego odpoczynku niczym mroczne widmo wisi aura bezustannego niepokoju; stale należy być czujnym, bo zagrożenie może nadejść w każdej chwili. 
   "Patologie" to bardzo trafny tytuł dla utworu traktującego o okrucieństwie wojny. Nic już nie jest normalne ani ludzkie. Żołnierze giną niejednokrotnie bez najmniejszego sensu, umierają choć przy odrobinie normalności mogliby żyć dalej; są ofiarami przypadku i wynaturzenia. Przestają więc pytać dlaczego umarli, zamiast tego zaczynają zastanawiać się po co żyli. Kiedy młody chłopak umiera postrzelony tuż pod drzwiami szkoły, a o jego przetrwaniu mogłyby zadecydować sekundy, Taszewski nie zastanawia się już czy ta śmierć miała sens. Szuka natomiast sensu jego życia - żył by dać życie córeczce, która urodziła mu się poprzedniego dnia. Patologiczne są nawet sny:
"W nocy śnił mi się Zakała. Obierał - jak ziemniaka - głowę martwego Czeczena. Starannie zeskrobywał nożem skórę, spod której ukazywała się biała czaszka."*****
   Jedno, co pozostało młodym Rosjanom z dawnego świata to siła przyjaźni i poczucie solidarności. Każdy jest odpowiedzialny nie tylko za siebie, ale również za pozostałych członków ich żołnierskiej grupy, których z akcji na akcję pozostaje coraz mniej. Jedną ręką osłania siebie, drugą swego przyjaciela. Wielu nie udaje się wydrzeć ze szpon śmierci, umierają już niemal wciągnięci do schronu, giną na rękach swych kompanów. Nie sposób nie przyznać racji Taszewskiemu: "Wojna jest zła...".  
*s. 215.
**s. 107-108. 
***s. 170.
****s. 103, tak Dasza opisuje czytaną książkę. 
*****s. 70.
Wydawnictwo, rok i miejsce wydania: Czarne,  Wołowiec 2010.
Przekład: Małgorzata Buchalik.
Ilość stron: 306.
Moja ocena: 4/6
Seria: Inna Europa, inna literatura.
Wyzwanie: Rosja w literaturze.

środa, 3 listopada 2010

"Dlaczego masz taką zgorzkniałą minę, chudy śpiewaku?"* - Kto zabił Palomina Molero? - Mario Vargas Llosa

   Kto zabił Palomina to właściwie wiadomo od początku, ale nie wiadomo do końca. Tak, tak, Llosa znów pogrywa sobie z czytelnikiem. Obiecuje kryminał, jest ofiara, są śledczy, jest nawet dochodzenie i w momencie, gdy sprawa wydaje się już rozwiązana, a jako przyczynę śmierci nieszczęsnego śpiewaka boler wskazują Silva i Lituma jego wielką acz niewłaściwie ukierunkowaną miłość, autor jedna sceną w barze burzy pewność czytelnika, sieje niepewność i wprowadza zamęt. Bo może faktycznie Palomino zginął z ręki rozjuszonego narzeczonego, a może powody były bardziej prozaiczne? Może, jak wieść gminna niesie, chodziło o wykryty przemyt? Może o przesyłanie tajemnic wojskowych do Ekwadoru? A może po prostu była to "pedalska sprawa"? Wybierz sobie czytelniku, Llosa pozwala. Ale najpierw poigraj z bohaterami, pograj z autorem, zasmakuj stylu i nasyć się atmosferą, skosztuj noblisty, bo warto...
   Już pierwsza scena powieści nie pozostawia złudzeń, że nie będzie słodko, gładko ani przyjemnie. Jest rok 1954, spokojny, upalny dzień w Peru zostaje zakłócony odnalezieniem przez pastuszka pasącego swe kózki nieopodal miasteczka Talara trupa młodego chłopaka w stanie godnym największego pożałowania:
   "Chłopak był jednocześnie powieszony i przybity do starego drzewa chleba świętojańskiego w pozycji tak absurdalnej, że przypominał bardziej stracha na wróble lub przerażoną kukłę, niż trupa. Przed albo po zabiciu rozerwano go na strzępy z bezgranicznym okrucieństwem: usta miał rozcięte, nozdrza rozerwane, skrzepy zaschniętej krwi, siniaki i rany na całym ciele, ślady po oparzeniach papierosami i jakby tego było mało, próbowano go wykastrować, ponieważ jego jądra zwisały prawie do połowy uda. Był bosy, nagi od pasa w dół, w postrzępionym podkoszulku. Młody brunet, szczupły i kościsty. W roju much, które krążyły wokół jego twarzy, błyszczały czarne, kędzierzawe włosy."**
Sprawę niemal natychmiast bierze w swe ręce duet miejscowych śledczych: porucznik Silva i jego towarzysz, pożal się Boże policjant, Lituma. Przesłuchują, tropią, dociekają. Kolejne rozmowy ujawniają przed nimi nowe szczegóły układające się w historię o romantycznej i tragicznie zakończonej miłości wbrew rozsądkowi, ludziom i obyczajom. Rozmawiają z matką zmarłego, ta mówi im o zwolnieniu syna z obowiązku wojskowego, który ten jednak podjął na ochotnika. Idąc tym tropem przesłuchują pułkownika Mindreau, który z miejsca staje się podejrzany odmawiając współpracy; jest też jego co najmniej dziwna córka, Alicja. Zadymy w miejscowej knajpie uzupełniają wiedzę Silvy i Litumy o pijackie zwierzenia porucznika Dufo, chłopaka córki Mindreau. Anonim prowadzi ich do drzwi dony Lupe w sąsiednim Amotape. Tam historia układa się w mogłoby się wydawać logiczną całość. Ale nie o rozwiązanie tu przecież chodzi, tu chodzi o rozwiązywanie.
   Swoich bohaterów Llosa dopieszcza, dopina na ostatni guzik, tworzy postaci wyraziste, niebanalne, przemyślane konstrukcyjnie pod każdym względem. I nie ma znaczenia czy są to główni bohaterowie, postaci drugoplanowe czy "statyści" który dostał się zaledwie epizodzik. Autor wszystkich wyposaża w przemyślany, nietuzinkowy charakter; wszystkim lepi niepowtarzalne fizjonomie. Już postać głównego bohatera, policjanta Litumy wyróżnia się na tle innych literackich kreacji. Lituma to bowiem osoba najmniej nadająca się do zawodu, który wykonuje i zdająca sobie z tego doskonale sprawę. Jest on raczej - jak określił to bardzo trafnie jego przyjaciel - "sentymentalnym zasrańcem". Litumie  bowiem myślenie logiczne przychodzi w wielkich bólach, jeśli w ogóle przychodzi. Same za to i zupełnie nieproszone zjawiają się w jego głowie romantyczne obrazy zmarłego Palomina i jego kochanki podczas miłosnych schadzek; zamiast parać się zbieraniem kolejnych dowodów, Lituma najspokojniej w świecie oddaje się urojeniom, kreuje w swej głowie niemal namacalne obrazy, czasem wprost słyszy rzewne bolero w wykonaniu denata. Lituma to humanista, byłby z niego niezły pisarz lub artysta, ale na litość!, nie policjant. 
   Istną wisienką na torcie powieści Llosy są projekcje Litumy-bardziej-romantyka-niż-policjanta. Jakże one mnie urzekły, przyprawiły o dreszczyk, rozsiały iście romantyczną aurę... Lituma patrzy na świat sercem, więcej od innych czuje, więcej widzi. Bo jak inaczej wyjaśnić jego wizje:
   "W oddali wciąż słychać było dźwięki gitary, a Litumie przyszła do głowy fantastyczna myśl, że tym, kto gra tam, w ciemnościach, nad brzegiem rzeki, patrząc w księżyc, jest chudzielec."***
   "Policjant obserwował dziewczynę i próbował dojrzeć przy jej boku Palomina Molero. Trzymali się za ręce, szeptali czułe słówka, patrząc sobie z upojeniem w oczy. Ona, mrugając rzęsami, szeptała mu do ucha: <<Zaśpiewaj mi coś ładnego, proszę>>."****
   Llosa oczywiście nie byłby Llosą, gdyby nie upchnął tu i ówdzie, a w zasadzie wszędzie, gdzie się da, właściwej sobie lubieżności. Swoiste erotyczne rozpasanie najwyraźniej widać w wątku zalotów porucznika Silvy do jego "słodkiej grubaski", sporo odeń starszej właścicielki knajpy, dony Adriany. "Do cholery, szaleję za grubą." - wyznawał Litumie, na jej widok oczy płonęły mu pożądaniem, podgląda ją kąpiącą się w jeziorze ze skały przez lornetkę czy nawet pokazuje jej swą męskość podczas oddawania moczu w mało romantycznej scenerii obory ze świniami. Ponadto autor przemyca inne zbereźności w  postaci niewinnych zdawać by się mogło szczegółów - podczas przesłuchań Litumę dobiegają bowiem ryki oślicy, którą "pieprzą" i są one tak donośne, iż ciekawskie dzieci biegną zobaczyć, jak osioł "w nią wchodzi", a wszystko to niby na marginesie, niby przypadkiem. Jednak nie dajmy się zwieść, to zamierzona lubieżność szczegółu, specyficzny erotyzm detalu, nadający całość smaczku, pod który chętnie podpisuje się autor. Światem Llosy kręci erotyka.
   Detale służą Llossie również do kreowania w powieści specyficznego nastroju koszmaru sennego - skarłowaciałe drzewa, wyglądające jak czarownice; rozdeptane raki zgrzytające pod stopami policjantów, rozgwiazda pokryta mrówkami, sęp rozdziobujący jaszczurkę; zewsząd spoziera na bohaterów nieunikniona i niema śmierć, w powietrzu unosi się ostrzeżenie a może zapowiedź czegoś mrocznego, strasznego. Nastrój ten wydobywa Llosa jeszcze bardziej zestawiając elementy diaboliczne z sielankowymi, bo tu pasą się kózki, tam pastuszek pogania owce czy osiołki... Wogóle cała sceneria Talara to krajobraz rodem z horroru: zajazd jest prymitywny i mizerny, zamiast podłogi ma klepisko, dach z blachy zgrzyta na wietrze a ściany pokoi pełne są szpar. Nie lepiej prezentuje się też wybrzeże czy miejscowe domy; wszystko spowija atmosfera melancholii, popadania w ruinę i nieuchronnej destrukcji. A nad tym smutnym pejzażem unosi się smród ryb.
   Na uwagę zasługują również u noblisty kreacje kobiet. Jak w "Pochwale macochy" powodem do dumy don Rigoberta był zad jego żony, tak tu porucznik Silva dostaje obłędu na punkcie "pysznej grubaski", "samicy", jego osobistej "królowej Talara" dony Adriany. Llosa oddaje w swych powieściach hołd atawistycznej kobiecie o bujnych, rubensowskich kształtach. Jakież to dalekie od współczesnych ideałów kobiecości... 
*s. 21.
**s. 7.
***s. 16. 
****s. 89.
Wydawnictwo, miejsce i rok wydania: Rebis, Poznań 1995.
Ilość stron: 142.
Przekład: Enrique Porcel Ortega.
Moja ocena: 5/6.
Wyzwanie: projekt Nobliści.

poniedziałek, 1 listopada 2010

Stosiki listopadowe

   Trochę mi się tych książek nazbierało. Bo i to nęci i to korci. To przyzywa, to zachęca. Przestałam się już zastanawiać, kiedy ja to przeczytam. Zapewne niektóre książki po prostu zwrócę, wychodzę z założenia, że na każdą książkę trzeba mieć nastrój, ochotę i apetyt - nie zawsze uczucie towarzyszące wypożyczaniu, czy kupowaniu danego tytułu odżywa w człowieku kiedy patrzy nań, jak stoi na domowej półce. Nic to, książki się nie obrażają, cierpliwie wszystko znoszą i czekają na lepsze czasy... 
1) Miasto i psy - Mario Vargas Llosa - wybór oczywisty: nie dość, że noblista, nie dość, że książka do wyzwania to jeszcze ja Llosę poprostu bardzo lubię, a lubienie to, jak wskazują na to wszystkie znaki ma aspirację nawet na coś więcej;)
2) Dzieci Groznego - Asne Seierstad - seria Terra incognita - studiowałam dziennikarstwo, więc z czystej przyzwoitości jakiś reportaż co jakiś czas przeczytać trzeba. A na poważnie literatura faktu mnie interesuje, jest konkretna, pozwala patrzyć czyimiś oczyma na to co dzieje się na świecie. Podczytałam już trochę i zapowiada się interesująco.
3) Zupa z granatów - Marsha Mehran - seria z miotłą - książka kusząca smakami, czarująca zapachami; zaproszenie do kuchni okraszone przepisami, chyba żadna kobieta się nie oprze, szykuje się samkowity kąsek
4) Śladami drzewa sandałowego - Asha Miró i Anna Soler-Pont - historia sierot poszukujących najpierw miejsca do życia, a potem własnej tożsamości. Atmosfera uplanej Afryki i tajemniczych Indii; czytam już od jakiegoś czasu, wkrótce zapewne recenzja.
5) To nie jest kraj dla starych ludzi - Cormac McCarthy - McCarthy'ego poznałam i polubiłam dzięki jego fenomenalnej "Drodze", którą przeczytałam jakiś czas w ramach wspólnego z Zaczytaną w słowach zgłębiania twórczości laureatów nagrody Pulitzera. Męskie pisanie, ale ma w sobie coś, co lubię.
6) Kto zabił Palomina Molero? - Mario Vargas Llosa - noblista w pigułce:) Llosę-romantyka już znam, teraz czas na Llosę w odsłonie kryminalnej
7) Patologie - Zahar Prilepin - seria Inna Europa, inna literatura - ksiażka do wyzwania Rosja w literaturze
8) Cesarzowa - Sa Shan - seria kalejdoskop -  piękna okładka, chińska tematyka, coś o kobietach... książka idealna. A jaki styl, cudo (wiem, bo jak to ja podczytałam)
9) Ulica tysiąca kwiatów - Gail Tsukiyama  - znów syndrom okładki:) tematyka Kraju Kwitnącej Wiśni to również coś co lubię, tylko ta objętość trochę przeraża.
10) Kair, historia pewnej kamienicy - Alaa Al-Aswany - tak, tak znów Afryka
11) Zakazana żona - Verena Wermuth - seria pisane przez życie - seria wydawnictwa hachette bardzo mi się spodobała, po przeczytaniu "Skrzywdzonej", lubię prawdziwe historie, choć czytając "Dziesięcioletnią rozwódkę" brak stylu i chaotyczność niewprawnej pisarki ciut mi przeszkadzały... Wnioskuję, że taką literaturę trzeba poprostu rozsądnie dawkować.
12) Foe - J. M. Coetzee - książka w ramach projektu Nobliści. Zaciekawił mnie opis na okładce, mam nadzieję się nie zawieść tym bardziej, że jest to druga szansa dla tego pisarza, bo po "Czekając na barbarzyńców" uczucia miałam raczej mieszane.
13) Zdławiony krzyk - Ana Tortajada - forma reportażu i kobieta w nikabie na okładce przesądziły sprawę.
14) Kroniki abisyńskie - Moses Isegawa - już wychodziłam z biblioteki, kiedy wpadła mi w ręce. Uganda, tło kulturowe, saga do tego... musiałam wziąć:)
15) Każdy dom potrzebuje balkonu - Rina Frank - ilość recenzji tej ksiażki na Waszych blogach jednoznacznie świadczy o tym, że nie znać jej jest grzechem
16) Gdy zabili naszego ojca - Loung Ung - Chiny i czasy Czerwonych Khmerów, rewolucja, migracje ludności. Aż chce się zagłębić i przybliżyć sobie tamtą rzeczywistość, poszerzyć horyzonty
17) Zhańbiona - Jasvinder Sanghera - kolejna książka z tych nałogowych
18) Klejnot Medyny - Sherry Jones - mam na nią apetyt, ale też dużo obaw, nie przepadam za książkami historycznymi... Czytał ktoś?

niedziela, 31 października 2010

Podsumowanie października 2010


Przeczytane ksiażki: 6 (tak sobie)
Ilość przeczytanych stron: 1390
Odkrycie miesiąca: brak jako takiego, może jedynie nieznana mi dotąd współczesna twórczość pisarzy rosyjskich stała mi się bliższa dzięki wyzwaniu Rosja w literaturze
Rozczarowanie miesiąca: brak i dobrze:)
Najlepsza w tym miesiącu: zdecydowanie "Żona mormona", książkę chłonęłam, perypetie autorki i głównej bohaterki trzymały w napięciu i nie pozwalały się oderwać. Książka gęsta od akcji, polecam.
Przyznane oceny:
6 - 1
5 - 3
4 - 2
3 - 0
2 - 0
1 - 0
Wyzwania, w których uczestniczę:
- Rosja w literaturze: 2
- nagroda Nobla: 0
- Pulitzer (wspólnie z Zaczytaną): 0
Wycieczki literackie: USA/Meksyk ("Żona mormona"), Rosja ("Daj mi!", "Pochowajcie mnie pod podłogą"), Francja ("Demon i panna Prym"), Jemen ("Dziesięcioletnia rozwódka"), Rwanda ("Strategia antylop") 
Serie wydawnicze: Reportaż, pisane przez życie
Nagrody literackie: brak, niestety 

"Czego ci potrzeba? (...) Rozwodu!"* - "Dziesięcioletnia rozwódka" - Nadżud Ali (współpraca: Delphine Minoui)

    Każda z kultur zamieszkujących kulę ziemską ma innym do zaoferowania wiele mądrości życiowej, wiele piękna i wartościowych wskazań, z których czerpanie mogłoby wzbogacać. Istnieje jednak i druga strona medalu - niekiedy narody hołdują przez wieki prymitywnym wierzeniom zaślepieni własnym fanatyzmem. Sytuacja taka nie tylko pali mosty na drodze porozumienia czy choćby akceptacji z obcymi cywilizacjami; często jest też siłą destrukcyjną osłabiającą ją samą od wewnątrz. 
   "Jeśli poślubisz dziewięciolatkę, masz zagwarantowane szczęśliwe małżeństwo - tak brzmi tutejsze powiedzenie."**
   Praktyki takie sankcjonuje bowiem tradycja i obyczajowość na terenach m.in.: Egiptu, Afganistanu, Indii, Mali czy Pakistanu. Potęgowane bardziej prozaicznymi powodami, jak choćby bieda, brak wykształcenia, obawa o honor rodziny powiązana ze strachem przed porwaniem, zbierają i zapewne długo jeszcze będą zbierać żniwo w postaci odebranych marzeń i utraconego dzieciństwa, a nieraz nawet życia wielu dziewczynek.
   Nadżud wydano za mąż mimo obowiązującej od 1999 roku poprawki do prawa małżeńskiego, w myśl której małżeństwo zawrzeć może najwcześniej 15-latka, a i to z zastrzeżeniem, iż mąż musi zachować względem niej wstrzemięźliwość seksualną do czasu uzyskania przez nią pełnoletności. "Jedna gęba mniej..." - usłyszała podsumowanie ojca do  decyzji o wydaniu jej za mąż. Wkrótce też, wskutek dyspozycji rodziny męża, musiała porzucić edukację. Ślub ograniczył się do zwyczajowych umów spisanych między mężczyznami reprezentującymi każdą ze stron i był raczej rodzajem transakcji handlowej, niż skutkiem jakichkolwiek uczuć; Nadżud wyceniono na ok. 900zł. Odtąd dziesięciolatka musiała stać się przykładną żoną, tłamszącą swoje marzenia i swą godność pod nikabem.
   "Ileż razy chciałam zrzucić czarny nikab, pod którym się dusiłam! Czułam się mała, zbyt mała, by poradzić sobie z tym wszystkim. Z chustą, daleką podróżą bez rodziców, nowym życiem u boku nieznajomego mężczyzny, który budził moją niechęć."**
    Po ślubie mąż wywiózł swą dziesięcioletnią żonę daleko od rodziny; codziennością Nadżud stały się łajania nieprzychylnej jej teściowej, która za swój cel obrała przyzwyczajenie jej do ciężkiej pracy i roli prawdziwej kobiety. Koszmarem były noce z mężem zmuszającym ją siłą i przemocą do spełniania obowiązków żony w zakresie miłości fizycznej, do tego stopnia, iż za pierwszym razem Nadżud z bólu, strachu i upokorzenia zemdlała. Regularnie otrzymywała od męża, podjudzanego radami  teściowej, reprymendę za nieposłuszeństwo w postaci bicia kijem. 
   Nadżud urodziła się w małej jemeńskiej wiosce Chardżi w roku... no właśnie, już samo sprecyzowanie roku jej urodzenia nastręcza problemów - nie wie tego nikt, nie prowadzi się bowiem rejestrów urodzin małych jemeńczyków, dzieci przychodzą na świat w domach i nikt nie sporządza im żadnych dokumentów tożsamości. Według obliczeń matki, bardzo mglistych zresztą, w roku 2008, czyli wtedy, gdy toczy się akcja książki, jej córka może mieć około dziesięciu lub dziewięciu lat. Dziewczynka miała... 16 rodzeństwa (jednak pięcioro dzieci zmarło z powodu braku opieki lekarskiej, matka przeszła też kilka poronień). W tym to portrecie typowej rodziny mamy zarysowany przytłaczający i tchnący prymitywizmem obraz jemeńskiej prowincji - miejsca, gdzie kobiety rodzą ogromną ilość dzieci nie rozumiejąc działania podarowanych im tabletek antykoncepcyjnych, gdzie notuje się najwyższą śmiertelność wśród dzieci i noworodków i gdzie dziewczynki nie mają prawa do edukacji, więc połowa kobiet jest analfabetkami. Nie używa się tam sztućców, za toaletę służy wykopana w ziemi dziura w krzakach. Kiedy wskutek domniemanej hańby, jakiej dopuściła jedna z sióstr Nadżud w stosunku do mieszkańców wsi rodzina Ali opuszcza rodzinną wieś i przeprowadza się do stolicy w ich życiu dzieje się jeszcze gorzej.
   W Sannie zamieszkali oni w ruderze przy zaśmieconej uliczce, dzieci zmuszone były do  sprzedawania produktów typu chusteczki higieniczne w czasie zatrzymania samochodów na czerwonym świetle i żebrania na ulicach.
   "Jestem prostą dziewczynką, która mieszka w stolicy. Zawsze podporządkowywałam się poleceniom mężczyzn z mojej rodziny. Już na początku życia nauczyłam się odpowiadać "tak" na wszystko. Dziś postanowiłam powiedzieć "nie". Czuję się wewnętrznie nieczysta. Zupełnie jakby ktoś skradł część mnie samej."***
   Dziewczynka musiała stawić czoła zadawaniu jej przez sędziów koniecznych w celu uzyskania dowodów pytań o intymne sfery życia.Walczyła bowiem z utrwaloną zwyczajowo i powszechnie akceptowaną, choć krzywdzącą dla kobiet a nawet dziewczynek powszechna obyczajowością; występowała wobec mentalności traktującej mężczyznę jako pana i władcę kobiety. Pomocy nie uzyskała od matki, która radziła jej pokornie wszystko znosić, bo "taki jest los kobiety"; ojciec również wymawiał się wyższością honoru, straszył, iż gdy Nadżud odejdzie od męża, on zostanie zabity w akcie zemsty. Pomocną dłoń do dziewczynki wyciągnęła dopiero druga żona jej ojca, Doula. Ona poradziła dziesięciolatce wyprawę do sądu.
   Równolegle do własnej historii Nadżud snuje też opowieści o losie swych sióstr i braci. Ich rzeczywistość również nie rozpieszczała: Mona zdradzona przez męża (który zresztą przed zawarciem małżeństwa zgwałcił ją) z jej własną siostrą Dżamilą musiała oddać teściowej na wychowanie swą trzyletnią córeczkę Monirę, gdyż z małą na rękach łatwiej było jej żebrać. Mówi też o wędrówkach swego brata Faresa w celach zarobkowych - był on pastuchem owiec w sąsiedniej Arabii Saudyjskiej; jego miesięczna pensja wynosiła tam 200 saudyjskich riali, czyli... 160zł.
   Nadżud została w 2008 roku mianowana Kobietą Roku przez magazyn "Glamour" (obok Nicole Kidman czy Hillary Clinton). Nic dziwnego, dziewczynce udało się przecież złamać tabu.
*s. 16.
**s. 60
***s. 51. 
****s. 14.
Wydawnictwo i rok wydania: Hachette, Warszawa 2009.
Przekład: Ewa Wolańska
Ilość stron: 145
Moja ocena: 4/6
Seria: pisane przez życie