Pokazywanie postów oznaczonych etykietą USA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą USA. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 marca 2014

By wśród czerni i bieli dostrzec milion odcieni szarości - "Sucha sierpniowa trawa" - Anna Jean Mayhew

 "Sucha sierpniowa trawa" to debiut siedemdziesięciojednolatki. Suma jej życiowych doświadczeń, przefiltrowanych przez sito zabiegów fabularnych i stylistycznych. Ale to też ważny głos w kwestii jednej z mniej chlubnych kart historii świata - a mianowicie tej dotyczącej segregacji rasowej w Stanach Zjednoczonych. Akcja powieści toczy się w 1954 roku. Mniej więcej czternastoletnia wtedy Anna Jean była więc jeszcze dość emocjonalnie odbierającą ówczesne realia społeczne obserwatorką, która, jako dziecko, zapamiętała te wydarzenia takimi, jakimi były. Bez dorabiania do nich zbędnej ideologii. Echa tych przeżyć - sądząc po autentyczności i wydźwięku jej opowieści - kołatały się w jej sercu, wciąż żywe, przez wszystkie te lata. W końcu postanowiła się rozliczyć z przeszłością i przelała na papier całą siebie z tamtych lat, zamykając swoje rozterki, zniesmaczenia, obawy i wątpliwości pod postacią Jubie. Nie twierdzę, że jest to powieść autobiograficzna, ale z pewnością wiele tu autorki sprzed lat. Dla mnie niesamowitym doświadczeniem było przeżywanie opowieści snutej przez osobę, która była jej naocznym świadkiem. Cofnijmy więc wskazówki zegara i przenieśmy się tam, gdzie wśród upałów Amerykańskiego Południa ludzie zaczynali się uczyć, jak wśród czerni i bieli dostrzec milion odcieni szarości.
   Autorka kreuje obraz życia typowej amerykańskiej rodziny - pracujący ojciec, głowa rodziny, pan i władca, Bill Watts; zajmująca się domem, a w zasadzie wydająca jedynie dyspozycje, zbyt zajęta dopieszczaniem swej powierzchowności, by czynić coś ponadto, żona i matka, Paula oraz czworo ich dzieci: typowa ugładzona i słodka amerykańska nastolatka Stell; zbuntowana, acz niezwykle wrażliwa Jubie, której oczami będziemy oglądali wydarzenia składające się na tę opowieść; pozostająca w cieniu, niepozorna siedmiolatka zwana Puddin oraz malutki Davie. Do wypełnienia amerykańskiego kanonu brakuje im jeszcze tylko psa. Psa nie mieli. Jego miejsce zastąpiła "dziewczyna", czarnoskóra służąca, Mary Luther, równie wierna swym pracodawcom (choć umówmy się, zamienienie tego słowa na "panom" to w istocie tylko eufemizm), co ów czworonóg. Była to jednakże postać niezwykła, chodzące dobro, podziwiana i doceniana w swojej społeczności, niosąca pomoc tym, których spotkała na swojej drodze, oddana rodzinie, której służyła i, co najważniejsze, a zarazem najbardziej niezwykłe, posiadająca również duże poczucie własnej wartości i potrafiąca wyegzekwować swoje najbardziej podstawowe prawa i szacunek dla własnej osoby. A w czasach, o których opowiada nam Mayhew postawa taka bywała aktem niewyobrażalnej odwagi.
   Bardzo podoba mi się konstrukcja "Suchej sierpniowej trawy". Autorka ukazuje nam rodzinę Wattsów w punkcie krytycznym ich życia - poznajemy ich podczas wyjazdu Pauli z dziećmi i służącą do wujka Jubie, co stanowiło preludium do separacji rodziców. Co takiego się podziało? Nawarstwienie jakich wydarzeń doprowadziło do tak fatalnej sytuacji? - o tym dowiemy się z kolejnego rozdziału, który jest retrospekcją w szczęśliwą i pełną miłości przeszłość rodziny. Jednak nie dostaniemy wszystkiego na tacy. Będziemy się cofać w przeszłość i wracać do tragicznej, pełnej kolejnych powikłań, nadziei i rozczarowań teraźniejszości, a ten kontrast sprawi, ze jeszcze boleśniej odczujemy rozpad rodziny naszych bohaterów i być może, choć przez chwilę poczujemy się tak, jak nasza Jubie.
   Opowieść Mayhew to jednak przede wszystkim kronika poniżenia i upodlenia czarnoskórych Amerykanów przez ich białych rodaków. Czytając tę powieść wprost uwierzyć nie mogłam, że takie rzeczy mogły dziać się w tak cywilizowanym, słynącym z poszanowania praw człowieka kraju, jak USA zaledwie 60 lat temu. Szczególnie teraz, gdy rządy w tym kraju sprawuje czarnoskóry prezydent, wydarzenia te zdają się być reliktem bardzo zamierzchłych czasów. Tymczasem Mayhew pamięta lata, gdy kolorowi nie tylko nie mieli praw obywatelskich, ale na każdym kroku starano się im też ograniczać i odbierać prawa człowieka. 
   Uprzedzenia wobec Murzynów tkwiły głęboko zakorzenione od czasów powszechnego niewolnictwa w umysłach białych Amerykanów. Nie byli od nich wolni nawet najbardziej liberalni i postępowi bohaterowie powieści. Segregacja rasowa zaczynała się w głowie. 
"- Weszłaś do murzyńskiego domu? - spytała mama.
- Tak. Do znajomej Mary. Mieli olbrzymią łazienkę.
- Była czysta?
- O tak, była piękna.
- Hmm. Mama potrząsnęła głową, jakby nie mogła w to uwierzyć." *
Prześlizgiwała się po nieznacznych szczególikach codziennego życia - jak oddzielnie spakowane sztućce dla Mary podczas rodzinnego wyjazdu; jak nakaz niezabierania głosu, gdy nie była pytana - by w końcu wybuchnąć wielkim pożarem nienawiści na każdym niemal słupie, budynku czy billboardzie; na każdej szkole, hotelu czy wprost na ulicy. 
"<NIEKTÓRE RZECZY SIĘ NIE MIESZAJĄ! WODA I OLIWA, CZARNI I BIALI!> Przed szkołą widniał napis: DLA BIAŁYCH, NIE DLA BRUDASÓW!>"**
 - wrzeszczały zewsząd rasistowskie slogany.  Autobusy poprzedzielane były żółtymi liniami na dwie nieprzekraczalne, nierówne części - większą, z przodu dla białych i skąpą na tyle dla Murzynów; hotele odmawiały zakwaterowania czarnoskórych służących, a jeśli już, to po cichu, po wielu prośbach, oferując im obskurne klitki i zabraniając korzystania z łazienki (Mary nakazano mycie się pod pompą za domkami). Zakazy korzystania kolorowych z wesołego miasteczka w dni inne, niż wyznaczone (Jubie wyprosiła o pozwolenie przejechania się Mary wraz z Daviem na karuzeli za podwójną opłatę, ale tylko jeśli ta będzie stała obok i nie usiądzie), zakazy jedzenia razem z białymi w restauracjach... Długo jeszcze mogłabym wymieniać kodeks obwarowań, jakimi biali obywatele USA w latach 50 ubiegłego wieku mieli nadzieję wywyższyć się w jakiejś dziwnej hierarchii i podporządkować sobie czarnych rodaków. Tę haniebną listę zamykało działanie "klanu", o którym tu bohaterowie jedynie niewyraźnie przebąkują (w końcu jest to narracja z perspektywy dziecka, niewtajemniczonego w polityczne zawiłości) oraz nałożeniem na Murzynów godziny policyjnej. I choć ówczesna makabryczna polityka społeczna złamała wiele ludzkich żyć i stała się przyczyną tragedii dla kaprysów białych, to w powieści pobrzmiewają już echa wielkiej rewolucji kulturalnej, które w opowieści Mayhew zmaterializowały się w słynnym "Procesie Browna przeciw Ministerstwu Edukacji" i zaowocowały jego wygraną, a w konsekwencji stanowiły wigilię wspólnego pobierania nauk w szkołach przez dzieci białe i kolorowe. 
   Autorka świetnie oddaje klimat Amerykańskiego Południa. Książka bardzo mocno przypomina mi swą atmosferą czytane przeze mnie niegdyś "Sekretne życie pszczół". Oprócz umiejętności namacalnego sportretowania panującego tam klimatu - czuć każdy pyłek piasku wirującego we wznieconym kołami auta kurzu autostrady, wślizgujący się za koszulkę i przyklejający do mokrego od potu ciała - Mayhew raczy nas również niezwykle mocno oddziałującymi na zmysły opisami zapachów brzoskwiń i kwiatów gardenii. A wszystko to delikatnie wykańcza subtelnym niczym mgiełka realizmem magicznym i tragizmem tak dojmującym, ze niejednokrotnie tekst czyta się przez łzy. 
   Ta piękna opowieść nie doczekała się jednak moim zdaniem godnego zakończenia i to chyba jedyny minus tej powieści jaki mogę wskazać. Po tak mocnych akcentach, jakimi raczy nas autorka, zwieńczenie losów rodziny Wattsów rozwiewa się we mgle nie przynosząc katharsis, ani nie dając zbyt wiele do myślenia. A może takie właśnie jest życie? Mimo tego co zaszło wciąż toczy się dalej...
*s. 131.
**s. 39
Tekst stanowi oficjalną recenzję napisaną dla serwisu LubimyCzytać.pl
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Black Publishing, Wołowiec 2014.
Wydanie: I.
Ilość stron: 300.

Tytuł oryginału: The Dry Grass Of August.
Język oryginału: angielski.
Przekład: Paweł Lipszyc.
Data powstania: 2011.
Moja ocena: 5/6

sobota, 24 marca 2012

Irytujące autora skłonności - "Aniołowie zniszczenia" - Keith Donohue

   Powieść nie jest zła. Tylko jej autor jest strasznie irytujący... Ma wyobraźnie, ma dar lekkiego pióra; brakuje mu tylko, hmm, jak by to określić... konsekwencji i zdecydowania. Posiada on za to w nadmiarze tendencji do "przekombinowywania", do nadmuchiwania swej twórczości niczym balonu, z którego w efekcie uchodzi powietrze, a cały potencjał ulatnia się wraz z nim. Skutek? Niedopracowane, marniutkie zakończenie, podporządkowane propagowanym w powieści treściom. Za to i jeszcze za niedociągnięcie pewnych wątków, które były po prostu świetne, pan Donohue podpadł mi najmocniej.
   Fabuła powieści jest dość pogmatwana - jej charakter doskonale oddaje porównanie do śladu, jaki pozostawia rzucenie kamienia na wodę - kompozycji wielu koncentrycznych okręgów skupionych wokół wspólnego środka, jakim w "Aniołach zniszczenia" jest ucieczka małoletniej Eriki z jej chłopakiem Wiley'em z rodzinnego domu. Sprawy nie ułatwiają też liczne retrospekcje i podejmowanie naprzemiennie danych wątków w kolejnych rozdziałach. Owszem, zabieg taki sprzyja stopniowaniu napięcia i rozbudzaniu ciekawości czytelnika, jednak u Donohue dzieje się to kosztem jasności przekazu. 
   Kolejną natrętną tendencją, jaką przejawia według mnie autor, to produkowanie bohaterów na potęgę, bez większej konieczności ich zaistnienia w powieściowej rzeczywistości. Są bo są, pojawiają się, raczą czytelnika i współbohaterów jakimiś mądrościami życiowymi, a potem rozmywają się w niewyjaśnionych okolicznościach. Szczególnie mam tu na myśli enigmatycznego człowieka w płaszczu i kapeluszu, śledzącego dziewczynkę, dla którego racji bytu w "Aniołach zniszczenia" nie widzę kompletnie. Albo inaczej - był on postacią bardzo udaną literacko, ale koniec końców autor o nim niestety zapomniał...
   Donohue napisał powieść uroczą, nawet momentami wzruszającą i, nie powiem, nie najgorzej grającą na emocjach czytelnika. Jednak chyba sypnęło mu się zbyt dużo cukru... Dodatkowo całość wydaje mi się mdła, bo główny wątek - wątek tajemniczego pojawienia się Norah - w świetle całej historii znacząco traci na ostrości. Moment kulminacyjny powieści dał mi nawet powody do twierdzenia, że autor wymyślił świetny motyw dziewczynki o transcendentnym i mistycznym statusie bytowym, a cała powieść "Aniołowie zniszczenia" jest tylko fabułą, w którą wątek ten, niczym w niedopasowaną sukienkę, ubrał. Coś mi się tam po prostu nie klei, coś odstaje... Nie znajduję uzasadnienia dla konieczności pojawienia się Norah w tej historii, bo i tak do przodu akcję popchnął kto inny. Gdyby nie obawa przed spoilerem, wyłożyłabym tu konkretniejsze argumenty na potwierdzenie mojej tezy, lecz nie mogę. 
   Czytając powieść nie mogłam oprzeć się wrażeniu, iż Donohue uwielbia "ornamenty" - tak chciałabym określić wszystkie wizje, surrealistyczne momenty historii, wszystkie majaki bohaterów, ich przerażające projekcje... I są to świetnie zrealizowane epizody, najwyższej jakości wstawki stanowiące dla powieści porządny zastrzyk jakościowy. Sprawiły mi one, jako czytelnikowi ogromną ucztę wyobraźni, ale cóż, skoro kilkadziesiąt stron później autor pali wszystkie możliwości, które one wniosły na panewce jednym zdaniem, jednym zwrotem akcji... Donohue jest zbyt zachowawczy w stosunku do swoich bohaterów, boi się, tak czuję, postawić przysłowiowej kropki nad i, boi się przeciąć linii ich życia. Zupełnie w moim odczuciu niepotrzebnie jednych wybiela, a innym zostawia boczne furtki... Trochę więcej radykalizmu i mielibyśmy bardziej przekonującą powieść.        
    Amerykański prozaik irytująco balansuje na granicy realizmu i mistyki, liżąc i liżąc tę kruchą powłoczkę, która je oddziela, ale nie mając w sobie na tyle zdecydowania, by ją przebić, i pozwolić obu światom funkcjonować równolegle. I aż sama miałam ochotę mu podać igłę, aż sama chciałam autora za tę granicę przepchnąć. Z jednej strony są młodzi, gniewni i zbuntowani Wiley i Erica, przemierzający kolejne stany USA, by wcielić się w szeregi Aniołów Zniszczenia (to akurat był najlepszy według mnie wątek tej powieści), a z drugiej... No właśnie. Aniołowie? Czy może zwykli ludzie? Zjawy i zmory czy tylko wyrzuty sumienia? Mnie odpowiedzi na te pytania nie usatysfakcjonowały. Donohue czyni aluzje, daje czytelnikowi wiele nadziei, prowokuje do odważnych domysłów, a kiedy przychodzi chwila prawdy, robi krok w tył.
   Powieść czytało mi się przyjemnie, pomijając te irytujące skłonności autora,o których wyżej pisałam. Jeśli jednak miałabym ją komuś polecić, to chyba wyłącznie młodzieży - przesłania, które zawarł w niej autor dojrzałemu czytelnikowi mogą wydać się zbyt uproszczone i utopijne.
Tekst stanowi oficjalną recenzję napisaną dla serwisu LubimyCzytać.pl
 
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Albatros, Warszawa 2011.
Wydanie: I.
Ilość stron: 448.
Przekład: Anna Dobrzańska.
Tytuł orginału: Angels of Destruction.
Język orginału: angielski.
Data powstania: 2009.
Moja ocena: 3/6

poniedziałek, 12 marca 2012

Pijacka epopeja - "Suttree" Cormac McCarthy

   Ilekroć sięgam po książki McCarthy'ego zadaję sobie nieodmiennie pytanie: Co mnie do tego skłania? To mocna, bardzo męska proza. Momentami wręcz odrażająca, pełna odstręczających opisów, pejzaży literackich rodem z najobrzydliwszych śmietnisk, cuchnąca fetorem rozkładu - zarówno fekaliów, zwierzęcych trucheł czy ludzkich zwłok, jak i rozkładających się systemów wartości czy konającej etyki. Tak, że u McCarthy'ego nie jest lekko, łatwo ani bynajmniej przyjemnie. A jednak ma w sobie ten pisarz, mają w sobie jego dzieła jakiś specyficzny magnetyzm. Może to syndrom atawistycznego pociągu do świata ludzkich instynktów? A może to coś jeszcze głębszego... Często po lekturze powieści tego amerykańskiego pisarza nie mogę oprzeć się wrażeniu, że właśnie dotknęłam krwawiącej i rozdrapanej jego demaskatorskim piórem żywej duszy człowieczeństwa, takiego, jakim ono jest; bez cywilizacyjnych fundamentów, bez moralnej nadbudowy. Dla mnie McCarthy zawsze będzie najszczerszym portrecistą ludzkiej natury, najtrafniejszym psychologiem mrocznej kondycji świata.
   Cornelius Suttree to typowy bohater outsider. Mieszka na barce zacumowanej na rzece płynącej przez Knoxville, trudni się połowem ryb, pozostały czas spędza obcując z podobnymi sobie osobliwościami ze społecznego marginesu na przemian upijając się bądź pakując w tarapaty owocujące konfliktami z prawem. Nie ma rodziny - bo sam ją porzucił, nie ma zobowiązań - bo żyje z dnia na dzień troszcząc się jedynie o zaspokojenie podstawowych potrzeb. Można by go słusznie zaszufladkować jako drania i życiowego nieudacznika, jednakże na przestrzeni powieściowej fabuły ciężko jest się z nim nie zaprzyjaźnić. Sut bowiem jest wierny w swych poczynaniach specyficznemu kodeksowi ulicznika. To w jego imię ratuje bezustannie z tarapatów swego poznanego w więzieniu młodego przyjaciela Harrogate'a, gdy ten wpada na kolejne, coraz bardziej szalone pomysły na, zawsze nielegalne, zdobycie kilku groszy. To w imię tego honoru pomaga gejowi Leonardowi pozbyć się rozkładających zwłok jego ojca, by rodzina wciąż mogła pobierać za niego zapomogę, pomaga wyciągnąć psa z pomyj; w jego imię wytka ślepcowi kilka dolarów czy przynosi ryby śmieciarzowi. Kodeks ulicy ma dla niego większą wartość niż pieniądze, większą nawet niż własna wolność, od stracenia której za sprawą swych szemranych znajomych niejednokrotnie dzieli bardzo wątła granica.
   Suttree to postać bardzo tajemnicza - jego przeszłość, która powraca do niego za sprawą jednej rozmowy telefonicznej i zmusza do skonfrontowania ze sobą, to przeszłość gorzka, pełna ran i bólu. Stanąwszy nad grobem bliskiej sobie osoby widzi w nim niczym w lustrze wszystkie swoje błędy i niedociągnięcia; swoje zaniedbania. To doświadczenie jednak nie daje mu katharsis; nie zmienia niczego w jego życiu, niczego nie uczy. Nad Suttree'm ciąży jakieś niewytłumaczalne fatum, będące siłą destrukcyjną we wszystkich jego relacjach z kobietami. Czego się nie dotknie, jakiej więzi nie doświadczy, to wszystko prędzej czy później rozpada się w proch, obraca wniwecz. Jego kobiety to przeważnie prostytutki, z którymi łączy go tylko fizyczność. Kiedy w grę zaczyna wchodzić coś więcej los szybko interweniuje, by nie pozwolić bohaterowi McCarthy'ego wyrwać się ze szpon swej samotności. 
   W "Suttree'm" McCarthy mocno zarysowuje motyw człowieka przechodnia na świecie. Książka ta, jak żadne inne mi znane dzieło amerykańskiego pisarza, emanuje przejmującym egzystencjalizmem, raczy nas ogromną dawką dekadentyzmu przemyconego w refleksjach bohatera o świecie i życiu; o ludzkim losie i sensie istnienia.
"Stara farba na starej tabliczce niewyraźnie wzbraniała mu wstępu. Tę tabliczkę widocznie ktoś odwrócił, bo teraz napis odnosił się do świata zewnętrznego. Mimo to poszedł dalej. Powiedział, że tylko tędy przechodzi."*
Podejmuje też problematykę przemijania, podaje przykłady dawnej świetności i jej upadku, aby podkreślić znikomość i kruchość ludzkiego życia - nieważne jak przeżyte, w perspektywie machiny dziejów jest tylko nieznaczącym pyłkiem, zdaje się wzdychać McCarthy. Widać to szczególnie w scenie, gdy jego bohater ogląda fotografie z albumu rodzinnego z ciotką; gdy zwiedza ruiny starego dworku. Widać to w scenie pogrzebu - niezwykle smutnej, obciążonej ogromnym bagażem emocji, w której fabuła zdaje się zwalniać swój bieg, by Suttree wspólnie z czytelnikiem mogli poczuć transcendentny pierwiastek ich istnień. By mogli się zastanowić nad tym "(...) co dziecko może wiedzieć o mroczności Bożych wyroków? Albo o ciele tak słabym, że będącym niewiele więcej niż snem." **. Przejmująca scena uwydatniająca kruchość i ulotność ludzkiego życia.
   Suttree to powieść ukazująca pstrą od połatanych łachmanów i kłującą wielomiesięcznym zarostem hałastrę typów z społecznego marginesu. McCarthy w swej powieści ukazuje panoramę życiowych nieudaczników, wśród których znaleźć można między innymi szmaciarza, złomiarza, śmieciarza, kaleki, węglarzy ze szkapami, koźlarza-kaznodzieję, homoseksualistów, obdartych i brudnych poławiaczy pereł... Ten nędzarski korowód uzupełniają również prostytutki i karlice-wiedźmy. McCarthy konsekwentnie uprawomocnia rację bytu w literaturze postaci, na których cały panteon pisarzy-estetów spuścił ciężką kotarę zapomnienia. To o ich losach pisze, nad nimi się pochyla. I robi to bardzo wiernie ryzykując zniesmaczenie czytelnika, zyskuje orginalność i uznanie tych, którzy są tolerancyjnie na wszelkie przejawy sztuki. I nie epatuje przy tym brzydotą i złem; on je po prostu opisuje. 
   Wydawca obiecuje w "zajawce" na okładce, iż mamy do czynienia z "najzabawniejszą" książką McCarthy'ego. Nie wiem, co wydaje się mu aż tak zabawne; mnie "Suttree" poruszył, skłonił do refleksji, zasiał we mnie niepokój. By mnie rozśmieszył - tego stwierdzić nie mogę. Jeśli w powieści występują jakieś formy humoru, to chyba jedynie śmiech przez łzy. Ja dostrzegłam w niej stoickie pogodzenie z życiem; poniżej były tylko troski wynikające z instynktu przetrwania i hołdowania uzależnieniom; a na tle tego wszystkiego jedyne wyższe uczucie - przyjaźni - scementowanej i podsycanej wspólną niedolą.
   "Suttree" to bardzo dobra powieść, wnikająca w głąb ludzkiej duszy... McCarthy zachwycił mnie swoją nową techniką "mrocznego magicznego realizmu", uraczył niespotykanymi przeze mnie dotąd w jego twórczości opisami bytów z pogranicza jawy, mar sennych, narkotycznych majaków śnionych w chorobie. Doskonałe są te jego apokaliptyczne wizje przesycone symbolizmem i trwogą wynikającą z zapowiedzi kresu. Antyestetyka prowadzi tu za rękę antyutopię; ludzie są zezwierzęceni, ale wśród panujących we współczesnej Ameryce animozji (fabuła rozgrywa się w 1951 roku, czyli w przededniu walki Murzynów o swoje prawa) do rasy czarnej ulica zdaje się unosić ponadto; tu jedna rasa - ludzka rasa pije razem. Czyżby więc kolejny przekaz o wyższości natury nad cywilizacją? 
   Mój doskonały piewca turpizmu rozłożył mnie swą powieścią na łopatki. Słyszałam głosy mianujące "Suttree'go" dziełem życia McCarthy'ego. Nie czuję się na siłach wyrażenia swego poglądu na ten temat, za mało znam jego utworów; powieść nie zdetronizowała w mojej prywatnej hierarchii fenomenalnej "Drogi", ale to może za sprawą sentymentu, który do niej żywię. Uplasowała się jednak na bardzo wysokim miejscu, więc może coś w tym jest. Wiem na pewno, że ostatni akapit to istny majstersztyk, który zasiał w moim umyśle ziarno niepokoju i był kropką pod znakiem zapytania o ludzką kondycję i relację Bóg-człowiek, jakim jest cała powieść. Pod upiornym znakiem zapytania. 
   "Myśliwy kryje się gdzieś w szarym lesie nad rzeką i na polach rozkwitającego sorgo, i w ścisku zwieńczonych blankami miast. Dzieło jego widać wszędy dookoła, a jego psy nie znają zmęczenia. Widziałem je we śnie, żądne dusz żyjących na tym świecie, zaślinione i dzikie, o oszalałych z głodu ślepiach. Uciekaj przed nimi."***
 Tekst stanowi oficjalną recenzję napisaną dla serwisu LubimyCzytać.pl
*s.201
**s.225
***s. 665
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011.
Wydanie: I.
Ilość stron: 665.
Przekład: Maciej Świerkocki.
Tytuł orginału: Suttree.
Język orginału: angielski.
Data powstania: 1989.
Moja ocena: 5/6

wtorek, 21 czerwca 2011

"Nie możemy myśleć o tym, by zmienić kolor naszej skóry (...). Powinniśmy myśleć o tym, aby zmienić świat"* - "Sekretne życie pszczół" - Sue Monk Kidd

   Karolina Południowa, kraina, rzec by się chciało mlekiem, a na pewno miodem płynąca. Ale nawet w raju jak się okazuje, nie można uniknąć cienia, goryczy i bólu. Powieść Sue Monk Kidd to pełna ciepła opowieść, w której poruszane są jednak tematy trudne i bolesne. To opowieść o szukaniu prawdy, o dostrzeganiu innego człowieka, o przekraczaniu barier narzuconych przez społeczeństwo i dorastaniu. A wszystko w magicznej atmosferze o słodkim smaku miodu i zapachu dojrzałych brzoskwiń.
   Tajemnica sprzed lat nie daje nastoletniej Lily spokoju. Okoliczności, w których utraciła matkę pamięta tylko jako niejasny przebłysk, na nic nie zdają się również próby wyciągnięcia jakichkolwiek informacji na jej temat od ojca, z którym relacji dziewczynki nie można bynajmniej określić nawet jako poprawnych. Niekochana, nierozumiana i surowo karana przez T. Raya za wszelkie najdrobniejsze przewinienia oparcie znajduje tylko u swej czarnoskórej opiekunki, Rosaleen. W ciągu dnia Lily pomaga ojcu sprzedawać brzoskwinie z jego plantacji, czego szczerze nienawidzi, nocami natomiast wyciąga z sekretnej skrytki rzeczy swojej matki - rękawiczki, fotografię oraz obrazek czarnej Marii - i marzy...
   Los i notatka zamieszczona na odwrocie obrazka Czarnej Madonny prowadzą dziewczynkę wraz z jej towarzyszką do miasteczka Tiburon, wprost do domu trzech sióstr pszczelarek o orginalnych imionach August, June i May. Lily oprócz azylu i ukojenie szuka w ich różowym domu odpowiedzi na nurtujące ją od zawsze pytanie o przeszłość swojej matki. Dom trzech sióstr to istna oaza i cichy, bezpieczny azyl  - dziewczynka odnalazła tam nie tylko schronienie, ale również przyjaźń i... miłość. Jednak nawet tak sielskie miejsce nie jest pozbawione trosk, o czym można się przekonać śledząc losy May. Swoją drogą za tę kreacje należą się autorce gromkie brawa. Upośledzona wskutek śmierci siostry bliźniaczki kobieta odczuwa na własnej skórze zło tego świata; najmniejszy wypadek jest w stanie doprowadzić ją do histerycznego płaczu z którym radzi sobie zapisując tragedie na małych karteczkach i wtykając je między kamienie jej osobistej "ściany płaczu". Jak się okazuje jednak - nie ma leku na zło tego świata. Jedynym rozwiązaniem na ukojenie jest więc dla niej odejście z niego...
   Lata 60. w Stanach Zjednoczonych to również ważny historycznie czas, wtedy bowiem odbyła się batalia mająca na celu przyznanie praw obywatelskich czarnoskórym mieszkańcom. To czas działalności Martina Lutera Kinga; czas, kiedy czarnoskórzy postanowili zrzucić więzy dyskryminacji i poniżenia, zapragnęli możliwości uczestnictwa w nabożeństwach, prawa do głosowania. Zapragnęli, by wreszcie dostrzeżono w nich wnętrze, a nie tylko ich fizyczność, na którą nie mieli przecież wpływu. Nie obyło się jednakże bez walki. Ofiarą niezadowolenia białych z równouprawnienia podwładnych im dotychczas Murzynów padła między innymi Rosaleen - idąc do okręgu wyborczego zostaje ona brutalnie pobita przez miejscowych radykałów. 
   "T. Ray nie wierzył, żeby Murzynki były mądre. Ponieważ pragnę opowiedzieć tutaj całą prawdę, a to oznacza również najgorsze, ja osobiście uważałam, iż mogą być mądre, lecz oczywiście nie tak mądre, jak ja, gdyż byłam biała. Jednak leżąc teraz w łóżku w miodowni, potrafiłam myśleć tylko o jednym: jaka ta August jest inteligentna, jaka kulturalna, i bardzo mnie to dziwiło. Dzięki temu uświadomiłam sobie, że drzemią we mnie uprzedzenia."**
    Sue Monk Kidd w swej powieści podjęła się trudnej roli równouprawnienia czarnoskórego bohatera na kartach literatury. Posługuje się tu też ciekawym motywem Czarnej Madonny, tajemniczym i mistycznym, ale jednocześnie swojskim i jakże wymownym, ponieważ, jak tłumaczyła August: "wszyscy potrzebują Boga, który byłby podobny do nich"***. Czarna Madonna była najprawdopodobniej figurą ze statku, ale spragnieni pocieszenia Murzyni zobaczyli w niej swoją Marię i uwierzyli, iż do owego drewnianego posągu zstąpił właśnie jej duch. Kult Czarnej Marii wnosi do powieści pierwiastek transcendentny i magiczny, pełni funkcję ukazywania siły jedności czarnoskórych bohaterów, rehabilituje ich jako wspaniałych ludzi.
*s. 229.
**s. 88-89.
***s. 152.
Wydawnictwo, miejsce i rok wydania: Albatros, Warszawa 2005.
Ilość stron: 318.
Seria wydawnicza: Literka.
Moja ocena: 5/6.
Wyzwanie: Bracie, siostro... rodzino, Papierowy zwierzyniec