wtorek, 5 listopada 2013

Biblioteczka Nateczka: Smaczny elementarz Cecylki Knedelek - Joanna Krzyżanek, Zenon Wiewiurka (ilustracje)







   Ala ma kota. Tola ma Asa... Eeee, powiem Wam Kochani, że to już przeżytek. Choć my na naukę literek presji jeszcze nie mamy, bo za młodzi jesteśmy (no przynajmniej jedno z nas; drugie w miarę umie;0), to w Cecylkowym elementarzu oboje zakochaliśmy się po uszy. A nawet po głowy czubek. I czytamy, i wertujemy, i pokazujemy i gąski szukamy. A jak nie razem, to ja sama, tak mnie ta książka urzekła:)
Do świata liter wprowadzają nas sympatyczna dziewczynka Cecylka Knedelek, znana dzieciom z wielu innych książek, o których na naszym blogu jeszcze będzie głośno. Towarzyszy jej wszędobylska i przezabawna gąska Walerka. 
Elementarz wita nas samogłoskami. Mamy więc na tych pierwszych stronach plakaty z popodpisywanymi obrazkami zaczynającymi się od danej samogłoski. Ale jakie plakaty! No piękne są te ilustracje, takie słodkie, urocze, lekkie, zwiewne a jednocześnie takie łobuzersko zabawne. Natusia oko przyciągnęły. A ile radochy jest z szukania ananasa na stronie aniołków, ile uciechy, że gęś dudni w bęben na stronie z ę, i jaka błyskawiczna reakcja na prośbę o wskazanie kotów i krów na stronie z y. No mamo, no nie wiesz, przecież to łatwe... Dodatkowo w prawym dolnym rogu strony samogłosek zawierają ciekawe polecenia i zadania dla Maluchów, mogące stanowić świetną podpowiedź dla rodzica, czego jeszcze, oprócz tych krów nieszczęsnych, czy innych wędek, Brzdąc na stronach poszukać może. No niby takie proste, ale czy wpadlibyście na pomysł, by rysowac Ymka ze stron z Y, albo powymyślać imiona dla aniołków zaczynające się na A, oczywiście? No, wpadlibyście? Ha... Dodatkowo plusem jest pisanie na tych stronach literami pisanymi (i małymi, co najistotniejsze), bo gdzieś kiedyś kątem oka dostrzegłam takie zalecenie w zasadach czytania globalnego, które mnie ostatnio intryguje.



Potem jest jeszcze zabawniej, bo z poznanych już literek autorka układa nam śmieszne wierszyki, a z każdą kolejną literką są one bardziej rozbudowane i zaskakująco rozbrajające. Ja sama czytam i się śmieję, takie to nastrojopoprawiacze. Bo czy można przejść obojętnie obok dżdżownicy, która robi dżemy ze wszystkiego? I z sąsiadki i sąsiada. DŻEM Z SĄSIADA TO PRZESADA!!! No fenomenalne. Nie śmiać się się nie da. Innym razem jest ćma Ćmielutka malutka, co lubi mdleć, tkać. Eć i Ać, jak mawia mój Syn i paluchem głaszcze tę ćmę i molestuje ją niemiłosiernie. Jest jeszcze nasz ulubiony dziad, co wlazł na drabkę, by tam przymocować dziabkę. Że co? Przeczytajcie tę książkę to się dowiecie, gwarantujemy wywołanie uśmiechu. Rymowanki takie do zapamiętania, do nauczenia nie wiadomo kiedy i mruczenia sobie pod nosem, albo wykrzykiwania gdy pędzi Małe gdzieś w podskokach. No po prostu fajne.




Jakby tego było mało, mało tych wierszyków, i tych plakatów, autorzy proponują nam bardzo atrakcyjny sposób, by nasz Maluch literki połknął. I to do słownie. Po każdej nowej literce znajdziemy przepis na nią wraz z boskimi zdjęciami apetycznie wyglądających ciach. O Boże, jak mi ślinka cieknie, gdy te strony wertuję. Mój faworyt? Jagodowe "j". Niech no tylko zacznie się sezon... Nie podarujemy. Aha, przepisy są pisane z myślą o Dzieciorach - to widać, bo nie ma bzdurnej gramatury typu 175 gram mąki czy 225 masła. -Trzy czwarte, kostka, kawałek - takimi wielkościami tu się operuje. Ponadto, co mnie już po prostu na łopatki rozłożyło wręcz, to to, że B jest zrobione zborówek i bitej śmietany, W z wafelków i wiśni a J z jagód. To się nazywa perfekcja. 
Każdy przepis zawiera słowno -obrazkową instrukcję jego wykonania, co w przypadku Maluchów słabo operujących abstraktem pozwala im aktywnie uczestniczyć w pieczeniu, w znacznym stopniu asekuruje i uatrakcyjnia pracę w kuchni. To takie instrukcje step by step. Bardzo, bardzo przemyślane.
Ponadto każda literka, którą poznajemy ma swoje stałe miejsce w lewym górnym rogu, gdzie umieszczona jest standardowo wielka i mała oraz obrazek przedmiotu lub postaci, których nazwa od danej litery się zaczyna. 
Dodatkową atrakcją, zabawą, która pochłania nas za każdym razem, gdy po książkę sięgamy, jest poszukiwanie na jej stronicach gąski Walerki, która przebiegle się przed nam chowa na kolejnych ilustracjach. I możecie mi wierzyć, nie jest to wcale oczywiste, gdzie będzie ona tym razem, czasem nie możemy jej znaleźć w ogóle, a czasem udaje nam się uchwycić tylko jej cień. 
Literki poznane? Ciacha literkowe upieczone? To teraz poczytajmy z Walerką o przygodach włochatego i przesympatycznego stworka Lulila. Lulila, powiem Wam to w sekrecie, uwilbia pić przez długą słomkę (tak długą, że ciągniemy po niej paluchem i ciągniemy), kocha jeść muffinki z turkusowym lukrem, umie znikać (gdzie on jest, no gdzie??? i z uśmiechem szukamy na następnej stronie) i marzy o spotkaniu z Marsjanką. No stworek mnie na łopatki rozłożył...




Książkę polecamy najmocniej. Dla każdego i w każdym wieku, bo no powiedzcie szczerze, kiedy wyrasta się z ciasteczek? Maluchy mogą ją wertować szukając gąski lub podziwiając przepiękne, multikolorowe ilustracje, starsze dzieci z pewnością polubią zabawne wierszyki, a dzieci w wieku przedszkolnym zrobią z niej największy użytek, bo poznawanie literek będzie z tą książką pyszną zabawą.
 Książkę otrzymaliśmy do recenzji dzięki uprzejmości wydawnictwa Jedność
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Jedność, Kielce 2012.
Wydanie: I
Ilustracje: Zenon Wiewiurka
Oprawa: twarda
Ilość stron: 210
Język orginału: polski
Data powstania: 2012
Moja ocena: 6/6

piątek, 1 listopada 2013

Sunset Limited - Cormac McCarthy

   Skromna gabarytowo książka, która zawiera w sobie olbrzymi ciężar filozoficzny. Skłania do przemyśleń, do zatrzymania się i zastanowienia. Nie da się jej czytać szybko, może nawet by dotrzeć do sedna należałoby przeczytać ją kilka razy. Ja wielokrotnie obracałam słowa w myślach nieśpiesznie wysysając z nich sensy. To dramat, może nie do końca pod względem gatunkowym, zdecydowanie zaś w aspekcie tematycznym. To dramat człowieka uwikłanego w życie. Z każdą stroną zalewał mnie coraz mocniej dekadentyzm, na którego fali McCarthy nieodmiennie płynie. Ale tym razem w żagle mu dmucha nieco inny wiatr. Bryza.
   Rzecz jest o dwóch takich co zgłębiali tajniki istnienia. Prosty, banalny wręcz zamysł, a jakie wykonanie. Zwykła niezwykła rozmowa, której początek dał znaczący zbieg okoliczności.
   Bohaterowie McCarthy'ego nie mają imion. To typowi literaccy everymani. Tym, co ich określa jest kolor ich skóry, gdyż dialogi w książce podzielone są na kwestie Czarnego i Białego. Określa ich także ich przeszłość: biały był człowiekiem światłym, profesorem; czarny natomiast jest, jak sam o sobie mówi, "durnym wiejskim czarnuchem z Luizjany" (s.64), który ma za sobą niechlubną odsiadkę w mamrze. Dzieli ich także kwestia religijności - profesor to ateista, Murzyn natomiast doznał nawrócenia i teraz pragnie przekazać wieść o bożym miłosierdziu światu. Ścierają się ze sobą przypadkowo na stacji nowojorskiego metra Sunset  Limited. Spotkanie staje się pretekstem do podjęcia polemiki między dwoma skrajnie różnymi światopoglądami i systemami wartości. 
   Rozmawiają właściwie o Wszystkim, a czynią to w sposób tak niezobowiązujący i pozbawiony jakiegokolwiek patosu; tak zwyczajny i tak bardzo daleki od teologiczno-filozoficznych dysput, że  aż uderzający i rozbrajający. Prawdziwy. Również sceneria tej polemiki jest znacząca - tłem dla ich rozważań jest nędzna klitka czarnego, wyposażona w najniezbędniejsze do życia przedmioty, dzielona niejednokrotnie z narkomanami i złodziejami. To właśnie "między prostotą" rozgrywa się bój jasności z mrokiem. To właśnie pomiędzy kawą a odgrzewanym obiadem mężczyźni poruszają takie zagadnienia jak Bóg, życie, szczęście, dobro i zło, wiara, Biblia i polemika z nią. 
   Nie wiem, jak chronologicznie plasuje się ta pozycja w dorobku literackim autora, widzę tu jednak pewne novum - McCarthy, kojarzący mi się dotąd jednoznacznie jako wieszcz schyłku, piewca upadku i skończonego zła zaczyna dopuszczać do głosu na kartach swojej prozy przeciwstawną tezę. Nie stawia kropki po wygłoszonej przez białego hipotezie, jakoby świat było to "(...) straszne miejsce. Pełne strasznych ludzi" (s. 35). Teraz pojawia się tam znak zapytania, jaki stanowią poglądy czarnego. Poglądy nota bene znajdujące moje uznanie. Nie są to bowiem owoce ślepego zapatrzenia w naukę kościoła (celowo piszę to małą literą), a efekty zdroworozsądkowego podejścia do kwestii wiary, wynikającego z wielu doświadczeń życiowych i zdobytego dzięki nim dystansu. "Nie jestem wątpiący - przyznaje.  - Ale zadaję pytania" (s. 58). 
   Znacząca jest tu też symbolika koloru skóry - McCarthy za jej pomocą kontrastuje zewnętrzne z wewnętrznym. Jasność fizyczna białego jest przydymiana przez jego mroczną duszę i na odwrót - ciemna fizjonomia czarnego rozświetlana jest blaskiem jego wiary i wynikającej z niej nadziei. Roztacza więc przed nami tym samym autor wachlarz niezliczonych szarości, byśmy w tej gamie mogli odnaleźć siebie. Bo apokalipsy nie będzie. Apokalipsa jest codziennie, dla każdego ma wymiar osobisty, inny w zależności od odcienia, który jest mu najwłaściwszy. 
   Wiele tu dekadentyzmu sygnowanego znakiem najlepszej mccarthy'owskiej jakości, jednak jest to dekadentyzm oswojony, pijący z jednej miski z iskierką nadziei. Bardzo przemawia do mnie dobór postaci - monopol na prawdę o życiu ma tu natura, a nie nauka; prostota, a nie kultura. Autor znów stawia na atawizm, lecz tym razem nie jest to wartość pejoratywna. Zbawić świat zdoła tylko prymitywne życie - w myśl zasady czym się zatrułeś, tym się lecz. I czarny jest jednym z pierwszych proroków. 
   "Bo siedzisz tutej przy moim stole, głuchy na Boga jak upadłe anioły, i czekasz, cobym ci zaserwował kolejną herezję byś ją mógł do serca przytulić i dodatkowo się utwierdzić w swojej niewierze."*
Demaskuje poetyckimi w swej prostocie i nieporadnej trafności słowami postawę białego (uwielbiam ten język nieociosany bohaterów McCarthy'ego, wielkie brawa dla tłumacza, że go nie stłamsił przekładem). I choć nikt nie święci tu triumfu a zakończenie pozostawia wiele dla rozważań i kontemplacji czytelnika, to jednak ma się wrażenie, że w trackie lektury było się świadkiem czegoś niezwykłego, ze wywróciło się Istnienie podszewką na wierzch i rozwikłało tajemnicę splotu niektórych nici, którymi zostało zszyte. Nie wszystkich, rzecz jasna, i zapewne każdy dojrzał inne. Jedni te czarne, inni białe.
Książkę otrzymałam do recenzji dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego 
*s. 62
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013.
Wydanie: I.
Ilość stron: 126.
Przekład: Robert Sudół.
Tytuł orginału: "Sunset Limited"
Język orginału: angielski.
Moja ocena: 5/6.

czwartek, 17 października 2013

Stos nie ulega przedawnieniu + fanpejdż:)

   Odkurzam. Wyciągam, przeglądam, porządkuję i za głowę się łapie, ile tego jest. Czytelniczy, a raczej recenzencki impas trwał i trwał, i cieszę się, że wreszcie się skończył (mam nadzieję, ze na dobre). Bo brakowało mi pisania, tego miejsca, Was. Nawet jeśli coś w tym okresie przeczytałam (a czytałam i to sporo), to szara rzeczywistość nie pozwalała poskładać myśli w sensowny tekst. "Wena" do pisania omijała mnie szerokim łukiem. Stos jednakże nie ulega przedawnieniu, tym bardziej, że ten, którym chce się Wam dzisiaj pochwalić, jest cały, o zgrozo!, recenzencki. Dwie z poniższych książek przeczytałam w całości, od deski do deski, jak się to mówi, myślę jednak, że będę musiała przeczytać je raz jeszcze, bo było to tak dawno, że wiele istotnych szczegółów uleciało mi z pamięci, tak recenzować nie lubię. 
   Dobra, kończę już gadać:) Aha, jeszcze tylko pokażę Wam moje cacuszko, cudny lampion, który uwielbiam po prostu sobie zapalać kiedy czytam - do tego herbatka (nie kawka, bo czas na takie spokojne czytanie mam tylko wieczorem, kiedy Małe smacznie śpi) i nastrój jest niesamowity:) 

   Teraz trochę o ksiażkach i moich wobec nich oczekiwaniach czy nadziejach: 
1) A jeśli ciernie - Virginia C. Andrews - Świat Książki - trzecia już część cyklu o rodzinie Dollangangerów; czytałam dwie poprzednie i szczególnie pierwsza część ( której niestety nie zrecenzowałam) zapadła mi w pamięć. Nie można tu mówić o jakich wybitnych umiejętnościach literackich pani Andrews, natomiast jako autorka megawciągających czytadeł daje radę. I choć druga część (klik) wypadła nieco bladziej od "Kwiatów na poddaszu", to jestem bardzo ciekawa tej trzeciej (mimo, iż słyszałam od kogoś, że saga obiera tendencję spadkową w kolejnych częściach).
2) W cieniu drzewa banianu - Vaddley Ratner - Prószyński i S-ka - zaczęłam ja czytać, ale porzuciłam, z natłoku innych spraw raczej, niż z winy jej treści, bo jest to typ opowieści, który lubię najbardziej - odległe, najlepiej orientalne państwo; losy kobiety na tle ważkich wydarzeń historycznych. Tym razem Kambodża i rewolucja Czerwonych Khmerów przerywa sielskie dzieciństwo księżniczki Raami. Bardzo jestem ciekawa dalszego rozwoju wypadków. 
3) Wiatr z północy - Susan Abulhawa - Prószyński i S-ka - tę książkę przeczytałam już w całości i mogę Wam powiedzieć, że mocna to jest rzecz. Wstrząsająca, zapadająca w pamięć i wywołująca burzę emocji podczas czytania. Jest to książka o wojnie pomiędzy Palestyńczykami a Izraelczykami opowiedziana z punktu widzenia rodziny uchodźców. Czytając ją zmieniłam nieco punkt widzenia na pewne sprawy, a także nauczyłam się doceniać, ze żyjemy może nie w najszczęśliwszym państwie, ale w czasach pokoju. Zaczęłam już ja nawet recenzować, ale chyba będę musiała powrócić do jej treści i jeszcze raz przeczytać, bo w tym wypadku nie chcę pominąć jakiegokolwiek szczegółu. Smutna, ale piękna.
4) Siostra - Rosamund Lupton - Świat Książki - trochę się tej książki obawiam, bo czytałam już "Potem" Rosamund Lupton (niestety tej książki również nie opisałam na blogu :( - do nadrobienia!)), więc wiem, jak przejmująco potrafi ta pani pisać, a jeszcze taka tematyka - kobieta próbująca rozwikłać zagadkę śmierci swojej siostry... A ja mam bardzo dobre relacje ze swoją siostrą, więc sami rozumiecie... Mimo to mam ochotę wskoczyć w ten świat, ciesząc się, ze mam okazję go obserwować tylko z boku. Aha - przepiękna okładka.
5) Zniknięcie słonia - Haruki Murakami - Muza - również przeczytana, również niezrecenzowana i również będę ja najprawdopodobniej czytać ponownie, bo już Muza nowego Murakamiego wydaje. Lubię jego prozę, choć muszę sobie ją dawkować, wtedy smakuje lepiej. Miałam nadzieję, ze w tym roku Japończyk zdobędzie Nobla, jednak znowu się nie udało. Szkoda, bo jego proza jest taka inna, odmienna od reszty tego, co na rynku wydawniczym... W pamięci utkwiło mi szczególnie opowiadanie pod tytułem "Sen" :) 
6) Dziedzictwo - Katherine Webb - Insignis - to, ze ta książka się tu znajduje, to w dużej mierze zasługa wielu pozytywnych recenzji na Waszych blogach. Lubię takie klimaty - zagadka z przeszłości, powracanie do minionego, zgłębianie dziejów swojej rodziny, stara angielska rezydencja z jej tajemnicami, super. Myślę, że fajnie się sprawdzi na długie zimowe wieczory, że mnie też wciągnie bez reszty:)
7) Syn zarządcy sierocińca - Adam Johnson - Świat Książki - ostatnia już pozycja w tym stosiku, grube, ponad 500 stronicowe tomisko. Czym mnie przekonało? Po pierwsze rzecz dzieje się w Korei Północnej, a to już kraj z obszaru mojego literackiego zafascynowania. Po drugie jest to thriller z domieszką Kafkowego i Orwellowego natchnienia i interesuje mnie jak autorowi wyszedł ten zabieg. Ciekawa jestem też jak autor, z nazwiska wydaje się pochodzenia zachodniego skonstruuje specyficzną dalekowschodnią rzeczywistość. No, zobaczymy, co z tego wyjdzie. 

   Wszystkim, którzy wytrwali do tego momentu dziękuję. Jeśli czytaliście którąkolwiek z tych książek i chcecie się ze mną podzielić wrażeniami (tylko bez spoilerów, plissss), to ja z przyjemnością poczytam:) Jakieś uwagi, spostrzeżenia, zachęty - będzie mi bardzo miło. 
   Chciałam Was jeszcze zaprosić na fanpejdża mojej stronki na facebooku: 
Stronka może na razie nie powala z zachwytu, ale obiecuje, że będzie ewoluować. Ktoś powie: Czemu więc kobito wtyczki nie zrobisz jak Bóg przykazał w bocznej szpalcie? A bo kurczaczek nie umiem... Tak więc na razie musi mi taka prowizorka wystarczyć, dopóki nie zgłębię tajników techniki, he he. Jeśli chcecie mnie zaprosić na swoje fanpejdże to pod tym postem jest miejsce na tego typu "wynurzenia", tak, że śmiało, nikt się nie obrazi. Czekam:)
Buziaki Kochani. 
`

niedziela, 13 października 2013

"Magię postrzegał jako rzeczywistość"* - Dotyk - Alexi Zentner

   O mój Boże, co za książka!!! Zakochałam się w tym świecie, w tych historiach, w tej narracji. Magia, czysta magia. Dopiero skończyłam ją czytać, a już za nią tęsknię; takie opowieści nie powinny się kończyć... I choć z reguły nie czytam książek po kilka razy, to wiem już na pewno, że do tej powieści z pewnością powrócę. Wszystko to, czego szukałam w książkach; wszystko to, co w nich kocham i czego oczekuję od literatury, to wszystko w "Dotyku" jest. Mogę więc rzec śmiało, że znalazłam książkę idealną.  
  Tyle w tej książce dobra, że siedzę i nie wiem, od czego zacząć chwalić. Czy najpierw pozachwycać się realizmem magicznym, czy formułą przekazywanych sobie ustnie z pokolenia na pokolenie opowieści? A może zacząć od wyrażenia uznania za pełną ciepła i autentycznych emocji, szczerą sagę rodzinną? Nie wiem, od czego zacząć, zacznę więc od tego, ze kiedy byłam mała (nie, to nie będzie mój życiorys, bez obaw)... A więc, kiedy byłam mała uwielbiałam siadywać przy buchającym żarem piecu i wsłuchiwać się w opowieści mojej babci o dawnych czasach. Zamęczałam ją o nie wręcz. I tak dowiedziałam się o koniu, który skoczył nad malutką babcią, "zaczyniając" ją w ten sposób, wedle ludowego rozumowania, tak, ze w wieku trzech lat zaniemówiła. Tak dowiedziałam się o odczynianiu jej u wioskowej znachorki, polegającym na obmywaniu w balii z wodą, w której po wylaniu wody miała pozostać końska sierść na dnie. Mnóstwo było takich opowieści, a ja czułam się, jakby dane mi było podglądać przeszłość, zatrzymywać czas i się w nim przenosić. Identyczne uczucia towarzyszyły mi podczas czytania "Dotyku".
   W powieść Zentnera wpada się niczym w śnieżną zaspę - otula nas ona swym nastrojem, wdziera się w zakamarki naszej wyobraźni, od pierwszej do ostatniej strony tkwimy w niej bezpowrotnie myślami. Na skrzydłach jego narracji  przemieszczamy się między kolejnymi opowieściami tak płynnie, jakbyśmy naprawdę tam byli - autor zna sposoby by zawładnąć czytelnikiem, to pewne. Towarzyszymy 16 letniemu Jeannotowi, który na początku XX wieku, przewędrowawszy pół kontynentu wiedziony pragnieniem bogactwa, postanawia wydrzeć kanadyjskiej puszczy ukryte w niej złoto. Wieść o złożach kruszcu powoduje napływ poszukiwaczy, a z Jeannota czyni założyciela rosnącego w zawrotnym tempie z dnia na dzień miasteczka Sawgamet. Jednak zaburzony porządek świata długo nie da mu o sobie zapomnieć, kładąc się ponurym cieniem na losach jego i jego rodziny; wojna wypowiedziana naturze przez cywilizację domagać się będzie kolejnych ofiar, długo nie mogąc ugasić nieposkromionego pragnienia.
   Fabuła "Dotyku" osnuta jest na dwóch zasadniczych opozycjach: pierwszą z nich jest antagonizm natura (reprezentowana przez bezkresną kanadyjską puszczę z jej bezlitosnym klimatem) - cywilizacja (pod postacią Jeannota najpierw szukającego złota, a następnie zaciekle machającego toporem, po otwarciu intratnego interesu, jakim był zaspakajający potrzeby licznych osadników tartak). Druga to ostro zarysowany w książce rozdźwięk między realnością a sferą nadprzyrodzoną. Siłą powieści Zentnera jest to, iż autor wszystkim tym sprzecznościom każe zarazem wieść odwieczną wojnę, jak i na każdej niemal stronie podejmować ze sobą dialog. Bohaterami opowieści kanadyjskiego pisarza są zatem równoprawnie niemalże Jeannot, jego syn Pierre i wnuk Stephen oraz ich rodziny, jest nim cała społeczność osady Sawgamet, ale też nieprzebyta knieja z jej nieziemskimi mieszkańcami; bohaterem jest śnieg, jest nim rzeczny odmęt, są zamieszkujące je zjawy, maszkary i potwory. Wszystkie te światy funkcjonują tu równolegle, przenikają się, wciągają nawzajem na swoje przestrzenie; walczą ze sobą żywiąc do siebie jednocześnie uczucie będące jakimś rodzajem szorstkiej miłości, bo świadomi są uwikłania w symbiozę, w której brak jakiegokolwiek z tych pierwiastków rzutuje na egzystencję pozostałych.
   "Dotyk" to głęboki ukłon w stronę tradycji przekazów ustnych przekazywanych niczym drogocenny spadek z pokolenia na pokolenie. To zgrabna powieść szkatułkowa, opatulająca czytelnika opowieścią jak matka dziecko kocem, jak babcia szalikiem. Opowieść daje poczucie przynależności, ciągłości; poczucie bezpieczeństwa. To rozrywka, to rutyna, to tradycja i to jest właśnie moim zdaniem piękne i ja szukam tego piękna w literaturze, bo w dobie "fast&flesh" tu tylko się ostało. W "Dotyku" opowiada każdy, to jak oddychanie, naturalna rzecz. Ojciec narratora Stephena:
      "Wieczorami snuł opowieści o swoim ojcu, o tym, jak Jeannot znalazł złoto i założył Sawgamet, i o długiej zimie, która nastąpiła po wyczerpaniu się złóż. Mówił nam o quallupilluit i Amaguqu, wilczym bogu-przecherze, o wilkołakach i o krwiopijczych adlet, o wszystkich potworach i wiedźmach z lasów. Mówił nam też o innych rodzajach magii, na które natknął się przy wycince: jak trociny, którym wyrosły skrzydła, wleciały drwalom za koszule niby komary; jak jakieś drzewo podniosło się i uciekło od ostrych zębów piły. Mówił nam o tym, jak rozszczepili jakiś pień, a w środku znaleźli królestwo wróżek, o tym, jak ściął cały las jednym machnięciem topora i jak znalazł rodzinę drzew splecionych ze sobą i pnących się ku niebu miłosnym warkoczem."** 
Dziadek opowiadał mu o ludziach zamienionych w potwory, wehtiko, które ponosiły w ten sposób karę za kanibalizm i żywiły się ludzkim mięsem. Opowiadał o adletach, które piły ludzką krew czy o swym spotkaniu z quallupilluit, która przyszła doń wyczuwszy jego żądzę złota, ale tez o naszyjniku wtopionym w babciną szyję do tego stopnia, że po jej śmierci kowal usiłował go bezskutecznie wyciąć (doprawdy przepiękna, magiczna historia), o karibu, który doprowadził Jeannota i Martine do cudownego znaleziska (kolejna magiczno-ezoteryczna opowieść, do tej pory jak ją sobie przypominam uśmiech gości na mych ustach :)). Pretekstem do opowiadania wielu historii mogą być nawet porzucona rynna i schody, wszystko, wszystko w tej powieści przemawia, wszystko pamięta, nosi w sobie zaklętą przeszłość, w którą Zentner pozwala nam się wsłuchać.
   I teraz to, co mnie w "Dotyku" urzekło najbardziej - świeży powiew realizmu magicznego rodem z folkloru, ludowości; rodem z wierzeń indiańskich. Mieszkańcy Sawgamet dzielą swą przestrzeń życiową z światem zjaw, zmór i potworów zamieszkujących morskie odmęty i leśne i nikomu do głowy nie przyjdzie, by, w pierwszej połowie XX wieku przecież, a nawet później, istnienie tychże postaci w jakikolwiek sposób zakwestionować. Nie, na kartach powieści Zentnera wszystko zdarzyć się może i wiele się tu dzieje. Jeśli ktoś czuje żądze i pożądanie, to staje w płomieniach i ogień go trawi dosłownie, zima ma tu prawo skończyć się w lipcu, ludzie po śmierci nie idą do nieba, piekła czy gdzie tam, a, jeśli tylko dostatecznie mocno w to wierzysz, błądzą po lasach czekając na swych ukochanych, by odejść połączywszy się z nimi. Tu śmierć niczego nie kończy, pojęcie rzeczywistości nie ogranicza a przyroda wcale nie jest bytem nieożywionym. Światem przedstawionym Zentnera rządzi dynamika, emocje i magia.
   Powieść Kanadyjczyka to jednak przede wszystkim rzecz o miłości. O miłości szczerej, pięknej, prawdziwej i dosłownie silniejszej od śmierci. To ona pozwala ludziom przetrwać, czyni ich potężniejszymi od rozszalałych żywiołów czy nadprzyrodzonych stworzeń. Miłość. W książce, która jest moim zdaniem zarówno powieścią inicjacyjną (kiedy opowiada kilku czy kilkunastoletni Stephen) oraz elegijną (gdy narrację prowadzi czterdziestoparoletni Stephen) przeważa nastrój sentymentalny, refleksyjny. Pełno tu wspomnień, tęsknoty za minionym...
   "Gdziekolwiek spojrzałem, przypominała mi się jakaś historia, która opowiedział mi ojciec lub dziadek, niestworzone detale,. przy których upierał się Jeannot, chwile, kiedy ojciec zawieszał głos. Dziwiłem się jak to możliwe, że kamienie i rzeka nie rozpadną się pod ciężarem tylu duchów. Jak długo będę musiał jechać pociągiem, jak daleko będę w trasie (...), zanim przestanę dostrzegać słowa ojca i dziadka rozsypane po okolicy?"***  
   Jak więc widzicie, taka niepozorna książeczka, maleństwo takie 200 stronicowe ledwie, a po otwarciu okładki, już od pierwszych stron Literatura przez wielkie L w tym wrze. Piękna, nasycona, esencjonalna powieść. Debiut, ale jaki debiut?! Jestem pod ogromnym wrażeniem i ja się pytam, panie Zentner, gdzie pan był do tej pory, co? Już miałam wyrazić obawę, co dalej z karierą literacką autora, bo poprzeczkę postawił sobie mega wysoko, ale jak się tak chwilkę zastanowiłam, za szczere to było i z serca za bardzo płynące, by się bać o kolejne pozycje, o ich jakość. Zentner ma po prostu dar snucia opowieści, które literka po literce wsączają się w serca czytelników. Wiem, że niebawem ma się ukazać jego kolejna powieść.Czekam zatem niecierpliwie.
Książkę otrzymałam do recenzji dzięki uprzejmości wydawnictwa Wiatr od morza:
*s.169.
**s. 12
***s. 199
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Wiatr od morza, Gdańsk 2013.
Wydanie: I.
Ilość stron: 209.
Przekład: Karol Chojnowski
Tytuł orginału: "Touch"
Język orginału: angielski.
Data powstania: 2011.
Moja ocena: 6/6.

piątek, 26 kwietnia 2013

Istnieją te trzy: moralność, etyka i przyjaźń - Mój przyjaciel najemnik - James Brabazon

  Znacie ten kawał? "Wykładowca dziennikarstwa pyta studentów: jesteście świadkami tonięcia łodzi transportującej emigrantów, możecie ich uratować lub zrobić im zdjęcia. Jaką ostrość aparatu wybierzecie?" Książka Brabazona zdaje się być świetną odpowiedzią na to pytanie o etykę dziennikarską i ludzką moralność. Odpowiedzią tak szczerą, jak i brutalną. Autor idzie nawet krok dalej i ustawia tę przysłowiową ostrość pośród wojennej zawieruchy, gdy kule świszczą mu koło ucha. Naraża życie, by odzyskać zgubione podczas ucieczki taśmy; nie waha się położyć na szali własny los byleby tylko zrobić materiał. Jednak główną inspiracją do napisania książki były dla autora nie wojenne perypetie, a pewna osobliwa przyjaźń, która się w ich czasie nawiązała. Przyjaźń kontrowersyjna, obwarowana wieloma dylematami, a jednak w proch je obracająca. Przyjaźń ponad wszystko.
   James Brabazon i Nick du Toit poznali się podczas pierwszej wyprawy autora-dziennikarza do ogarniętej wojną domową Liberii. James pragnął przeniknąć do grupy partyzantów walczących z reżimem Charles'a Taylora, by tam nakręcić unikatowy materiał, który miał przynieść mu sławę w reporterskim świecie, liczne kontrakty oraz, co za tym idzie, spore zyski. Nicka zatrudnił za poręczeniem znajomych, jako swego ochroniarza. Początkowa doza wzajemnej nieufności i ostrożności przekształciła się pod wpływem rozlicznych wspólnych afrykańskich przygód w coś zgoła odmiennego. Ale czy można pozostać obojętnym wobec osoby, która dzieli z tobą twój los nawet kiedy jasno jej mówisz, iż prawdopodobnie nic z tego mieć nie będzie, bo właśnie wszyscy sponsorzy się wycofali i zostaliście "na lodzie"? Czy można nie poczuć choć cienia sympatii do kogoś, komu zawierzamy własne życie i kto chroni je bezustannie narażając swoje? Kogoś z kim przegadało się długie godziny chociażby z nudów, z kim jadło się niejadalną wręcz strawę? Kogoś, kto w końcu, wlókł nas "na stronę" by pomóc się wypróżnić i dbał o nas podczas ataku malarii? Takie przeżycia cementują relację, budują więź z innym człowiekiem, nawet gdy ten ma nie wiedzieć jak szemraną przeszłość i nie wiedzieć ile ludzkich istnień na sumieniu. 
   Nick du Toit był bowiem najemnikiem. Czyli, parafrazując autora, walczył za cudze pieniądze o sprawy, które były mu zgoła obojętne. Taki płatny wojenny zabójca, którego morale znieczula solidny zastrzyk gotówki zaaplikowany mu przez najemcę. Nie trzeba więc być etykiem, by czuć dysonans pomiędzy szczerością  w wzajemnych relacjach z taką osobą a koniecznością usprawiedliwiania tej przyjaźni przed opinią publiczną (co się autorowi czasem zdarzało) oraz własnym sumieniem (co było rzeczą nagminną). 
"Im bardziej moje życie zawodowe wiązało się z postacią Nicka, przed tym trudniejszymi wyborami stawałem. Obawiałem się więc, że zatracam poczucie higieny moralnej, zamiast jasno opowiadać się po słusznej stronie, zawierałem sam ze sobą kompromisy. Poważnie brałem pod uwagę możliwość zabicia dziecka, zgodziłem się sfilmować zamach stanu. Kiedy za pierwszym razem uciekłem z Liberii nie potrafiłem rozpoznać twarzy w lustrze jako swojej."*
Jednakże urocze usposobienie  Nicka, jego dobroć i życzliwość dla autora sprawiały, iż zepchnął on ciemną stronę biografii przyjaciela w odmęty pamięci i począł wdawać się z nim w coraz to nowe przygody i snuć wspólne, nie do końca legalne (delikatnie mówiąc) plany. 
   Plany, które się nie powiodły. Które wystawiły ich przyjaźń na próbę; które wymusiły zmianę narracji z opowieści o dziennikarstwie wojennym na skrupulatne, sumienne i żmudne dziennikarstwo śledcze. James, który dziełem przypadku nie stawił się jak było to zaplanowane w szeregach najemników mających dokonać zamachu stanu, który on miał kamerować mógł przecież mianować się szczęściarzem, zapomnieć o wszystkim i żyć jakby nigdy nic. On jednak tymczasem wyrusza do Afryki, by szukać sprawiedliwości i walczyć o prawdę dla swojego przyjaciela, który został uwięziony w Playa Negra, jednym z cieszących się najgorszą sławą więzień. Narzędziem w tej walce jest jego mikrofon. Zmiana ta zdecydowanie mnie nie pocieszyła, gdyż nie jest to typ opowieści, który chłonę. Trochę się tu gubiłam - to ogromne nagromadzenie nazwisk, faktów, przesłanek i politycznych niuansów. To zdecydowanie nie dla mnie... Daje to jednak pojęcie o profesjonalizmie autora, o jego zawziętości i pasji, które mogą okazać się cenne dla osób o odmiennych niż moje preferencjach. 
   Przyznam szczerze, że ja czytałam tę książkę raczej jako praktyczny traktat o moralności w warunkach polowych. Dużo się mówi na sucho o tym, co czarne, a co białe; co uchodzi dziennikarzowi, a co jest już nadużyciem. Kreśli się linie, wytycza szlaki, jednak kiedy jest się wrzuconym w wir wydarzeń, w samo oko wojennego cyklonu, nie ma się czasu na przerzucanie stron kodeksu, ba, nie ma czasu nawet na zastanowienie się. Górę biorą instynkty; przeżyć i nakręcić. Brabazon mi to uświadomił bez zbędnego owijania w bawełnę, brutalnie i jakże namacalnie, pisząc o tych wszystkich egzekucjach, które kamerował bez namysłu, o obieganiu z kamerą wokół konających partyzantów, skupiając się li i jedynie na technicznej stronie najkorzystniejszego ujęcia czarnoskórych ludzi w ciemnym pomieszczeniu... Autor obnaża przed czytelnikiem najintymniejsze oblicza własnej osoby; wyjawia to, co raczej wolimy przemilczeć i pierze brudy swej naznaczonej Liberią duszy 
"Afryka Zachodnia niebezpiecznie odchyliła igłę mojego moralnego kompasu. A zależało mi na tym , by wskazywał właściwy kierunek"** 
   Muszę przyznać, że dawno już nie czytałam książki, która wzbudziłaby we mnie tak skrajnie ambiwalentne odczucia. Dlaczego? Bo z jednej strony wymęczyła mnie ona przeokrutnie, szczególnie w końcowej części "śledczej", gdzie nagromadzone tropy, przeplatane nazwiskami i faktografią, zlewały mi się ze sobą i traciły ostrość, szczegółowość drażniła a stężenie istotnych detali przyprawiało o zawroty głowy. Nie moja bajka, krótko pisząc. Ale, i to druga strona medalu, czegokolwiek by o twórczości Brabazona nie napisać, niczego poza tym, że w moim przypadku nie trafił na do końca właściwego odbiorcę zarzucić mu nie mogę. Wręcz przeciwnie. Poraził mnie przede wszystkim swą szczerością i bezpośredniością w podejmowaniu tematów tabu, zainteresował arkanami sztuki dziennikarskiej, która w jego książce pokazana jest od kuchni. Przerażający i brutalny reporterski metatekst. 
Tekst stanowi oficjalną recenzję napisaną dla serwisu LubimyCzytać.pl
*s. 307
**s. 99.
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: WAB, Warszawa 2012.
Wydanie: I.
Ilość stron: 510.
Przekład: Stanisław Kroszczyński.
Tytuł orginału: "My Friend the Mercenary"
Język orginału: angielski.
Data powstania: 2010.
Moja ocena: 4/6.