Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przeczytać Azję. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przeczytać Azję. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 maja 2011

"Niełatwo jest wyżyć z pisania opowiadań"* "Wszystkie boże dzieci tańczą" - Haruki Murakami

"Wszystkie boże dzieci tańczą" to zbiór 6 opowiadań połączonych wspólnym motywem trzęsienia ziemi. Murakami znów pochylił się nad zwykłym człowiekiem i jego zwykłymi problemami, o których opowiedział w sposób niezwykły.   Zbiorek to prawdziwy miszmasz tematyczny i gatunkowy - mamy tam do czynienia z namiastką fantastyki, odnaleźć można również bajkowe wątki, dopatrzyć się onirycznych motywów.
   Bohaterowie są iście Murakami'owscy - to ludzie z przeszłością, smutną raczej, niż szczęśliwą. To typowi outsiderzy z reguły nierozumiani przez bliskich, opuszczeni przez nich, pokieraszowani emocjonalnie, na wpół wypaleni. Wszystkich jednak łączy pragnienie szczęścia i poszukiwanie sensu życia, odpowiedzi na dręczące ich pytania o przeszłość. To ludzie targani surowym wiatrem ich własnego przeznaczenia, który niejednokrotnie nieźle ich wychłostał. Mamy tu porzuconego przez żonę właściwie bez powodu  Komuro ("UFO ląduje w  Kushiro"); Junko, odnajdującą swoje prawdziwe ja w blasku ognia ognisk palonych na plaży wraz z panem Mitake ("Krajobraz z żelazkiem"). Mamy Yoshiy'ego poszukującego ojca, bo dłużej nie może on znieść życia "dziecka bożego", jakie zafundowała mu matka w zadośćuczynieniu za brak ojca ("Wszystkie boże dzieci tańczą"). Poznajemy historię Satsuki, która wiodła tak zgorzkniałe życie, zbudowane na krzywdzie, jakiej doznała w przeszłości, iż ukoić mogły je nie luksusy, na które mogła sobie hojnie pozwalać, ale złapanie we śnie węża, mającego zjeść wypełniający ją kamień ("Tajlandia"). Poznajemy również Katagiri'ego i pana Żabę, którzy walczyli dzielnie z Dżdżownicą, aby ta nie zmiotła z powierzchni ziemi japońskiej metropolii ("Pan Żaba ratuje Tokio"). W końcu przyglądamy się życiu Jumpeja, który był życiowym nieudacznikiem i zupełnie nie liczącym się twórcą, dopóki nie zrozumiał, co się w życiu naprawdę liczy i nie zaczął żyć jego pełnią ("Ciastka z miodem").   
   Murakami mistrzowsko porusza się nawet w oszczędnej formie opowiadania. Nakreśla życiorysy swych postaci, wplata w nie wiele epizodów wzbogacających odbiór, buduje niebanalne metafory, robi pauzy i wielokropki w najbardziej intrygujących momentach akcji. Nie liczy się w tych utworach fabuła, ale raczej emocjonalny świat postaci, ich wspomnienia, myśli  i odczucia. Przestrzeń stworzona jest przez słowa i dlatego kawa może "nie mieć treści, tylko formę". Taka poezja prozy.
   Rzeczą charakterystyczną dla twórczości Japończyka jest też właściwa jego utworom atmosfera. Ciężko określić słowami, co odczuwa się czytając jego dzieła, ale ja przynajmniej zawsze odnoszę wrażenie wewnętrznego niepokoju prozy pióra Murakamiego. W fabularnym powietrzu zawieszone jest jakieś oczekiwanie, cichy i niewypowiedziany lęk, niewiadomego pochodzenia napięcie. Ta atmosfera uzależnia...
   Istotnym tematem podjętym w jednym z opowiadań jest temat twórczości i jej krytyki. Murakami przypisuje jednemu z bohaterów własne poglądy na te bardzo mu bliskie tematy, opisuje akt twórczy, wypowiada poglądy dotyczące wyższości powieści nad opowiadaniami, niemocy tworzenia, krzywdzących słów krytyków i ich wpływu na nastawienie autora do własnej działalności:
   "(...) opowiadanie jako gatunek literacki staje się coraz bardziej przestarzałe, jak biedny suwak logarytmiczny"**
W końcu tak oto podsumowuje styl swojego bohatera pisarza.
   "Posiadał swój własny styl i potrafił zmienić głębokie brzmienie muzyki i delikatne odcienie światła w ogrodach w spoisty, przekonujący tekst."***
Czy Wam to czegoś nie przypomina?
*s. 161. 
**s. 149.
***s. 170.
Wydawnictwo, miejsce i rok wydania: MUZA, Warszawa 2007.
Ilość stron: 181.
Przekład: Anna Zielińska - Elliott
Moja ocena: 4/6
Wyzwanie: Haruki Murakami, literatura japońska

wtorek, 12 kwietnia 2011

"(...) zapach rozgoryczonego człowieka o pękniętym sercu"* - "Kiedy ulegnę" - Chang-Rae Lee

   Czasami niemal 500 stron to za mało, ja przynajmniej czuję się niezaspokojona. Chciałabym dalej dać się unosić absorbującej narracji Lee, dalej  przyglądać się  stworzonemu przez niego światu, towarzyszyć jego bohaterom... Chciałabym móc dalej niepostrzeżenie przewracać kartki i podróżować po przenikających się płaszczyznach czasowych i przestrzennych. Niestety przeczytałam już ostatnią... Bardzo dobra powieść.
     Lee stworzył dzieło wielowątkowe, wykreował nietuzinkowe postaci, dopieścił każdy najmniejszy wątek poboczny, a to wszystko oparł na niebanalnym pomyśle. Jako odbiorca czułam się ze wszech miar dopieszczona. 
   Tłem powieści Lee jest wojna koreańska, która nie tylko rani ludzi fizycznie i odbiera im bliskich, ale również naznacza ocalałych cieniem spaczonej psychiki. Gorzknieją, tracą sens życia, wspomnienia dezorganizują ich egzystencję i mają destrukcyjny wpływ na przyszłe kontakty międzyludzkie. Szukając ukojenia wikłają się w coraz większe tragedie, szukając stabilizacji rujnują spokój innych, dążąc do zacieśnienia więzi niszczą innym związki. 
   Obrazy wojenne Lee konstruuje tak realistycznie, nie szczędząc drastycznych i naturalistycznych opisów, iż niejednokrotnie chciałoby się wprost krzyknąć "Przestań, oszczędź go/ją, nie każ umierać!", wojna jednak nie zna litości, odarta jest z patosu i jakichkolwiek ideologicznych podpórek. Bohaterowie Lee umierają, bo światem rządzi przemoc i okrucieństwo. Głód, bezlitosna walka o przetrwanie, brak skrupułów i sentymentów - oto owoce wojny, one ukształtowały głównych bohaterów - młodą Chinkę June Han, która straciła całą rodzinę, która musiała patrzeć na śmierć matki i starszej siostry w eksplozji, a potem uściskała straszliwie okaleczone ciałko młodszego brata w stanie agonii. Mając jedenaście lat poznała już reguły walki o przetrwanie, musząc wybierać między staraniem o własne przetrwanie, a towarzyszeniem mu w ostatnich chwilach jego życia. Ukształtowała Hectora, amerykańskiego żołnierza, któremu wrodzona wrażliwość nie pozwalała zabijać, wojnę spędził on więc na rejestrowaniu zabitych żołnierzy i wygrzebywaniu ich zwłok w rozmaitych stadiach rozkładu w celu pochówku. 
"(...) otacza go poświata niczym jakiegoś świętego z renesansowego malowidła, ale spod niej, jak spod starej zaprawy wyłaniał się ledwie uchwytny obraz człowieka upadłego, kładący się na nim mało wyraźnym, ale złowieszczym cieniem."**
Dzieckiem wojny jest też córka misjonarzy, Sylvie Tanner.  Widziała ona okrutną rzeź swych rodziców i przyjaciół, a doświadczenia te były tak silne, iż kazały jej omotać się płaszczem nałogu dającym złudne zapomnienie. Wszystkich ich wojna odmieniła, wyjałowiła ich radość życia, pozbawiła zdolności odczuwania uczuć wyższych, niż instynkt przetrwania i samozaspokojenia.
"(...) zamykali się we własnych światach, jak owady w kawałkach bursztynu".***
   Wszyscy oni spotykają się w koreańskim sierocińcu. June, Hector i Sylvie tworzą trójkąt wzajemnych oczekiwań, złudzeń i zawodów. Ranią się nawzajem, ale są jednocześnie w tajemniczy sposób od siebie uzależnieni swymi chorymi namiętnościami. O ile jako postaci indywidualne są już osobowościami dość tragicznymi o tyle ich fuzja nieuchronnie prowadzi do tragedii, nie tylko ich samych, ale również ludzi w jakikolwiek sposób z nimi powiązanych. Hector i Sylvie wplątują się w zakazany romans za oczami wielebnego Tannera, June roi nadzieję na adopcje jej przez parę amerykańskich misjonarzy, lecz jej uczucia do przyszłej matki w niczym nie przypominają rodzinnych, są skażone dziką żądzą June, co z kolei zdaje się wcale nie przeszkadzać Sylvie. Relacje tej trójki, pełne groźnych napięć i wcale nie oczyszczających wyładowań prowadzą w końcu do tragedii, gdzie śmierć w pożarze sierocińca ponosi jedno z nich.
   Mija trzydzieści lat i drogi June i Hectora schodzą się ponownie. A wszystko za sprawą poszukiwań ich wspólnego syna Nicholasa. June jest poważnie chora na raka, jej dni są policzone; Hector nieudolnie próbuje posklejać swoje dotychczasowe życie hulaki, podejmuje pierwsze kroki ku stabilizacji u boku kobiety... I znowu połączenie ich losów okazało się opłakane w skutkach. Muszę przyznać, iż wątek efektu ponownego spotkania tej dwójki bardzo mnie zaskoczył.
   "Zostali już tylko we dwoje, byli jak para zbłąkanych dusz zamkniętych w jednej beczce niesionej prądem ku ujściu rzeki, chwilowo jeszcze w spokojniejszym nurcie, ale już rwącym coraz szybciej, jako że zbliżali się do wodospadu."****
   Wymowna jest również ostatnia scena powieści. Hector wnosi na rękach do kościoła na Solferino umierającą June i, spodziewając się ujrzeć tam piękne i kojące widoki, widzi stosy ludzkich kości. Miejsce do którego zmierzali w swej pielgrzymce przez ocean i po Europie ma dla nich okrutną i poniżającą niespodziankę - wasze życie na zawsze pozostanie już robaczywe, nie dla was uroki życia, wieczne dzieci wojny, zdaje się mówić. Aż słychać złowieszczy chichot losu.
   "Kiedy ulegnę" to powieść pełna smutku, melancholii, marazmu. To opis życia w najgorszej jego odsłonie, życia w którym nadzieja okazuje się naprawdę matką głupich i naiwnych. Lee ukazuje skutki porażającego ludzkiego egoizmu, ulegania pokusom, własnym słabościom i innym ludziom. Jednak jest w tej książce coś nurtującego, jakiś magnes przyciągający wciąż myśli jeszcze długo po skończonej lekturze.
*s. 404
**s.333 
***s. 344
****s. 384
Wydawnictwo, miejsce i rok wydania: Świat Książki, Warszawa 2011.
Przekład: Andrzej Leszczyński.
Ilość stron: 492.
Moja ocena: 5/6.
Książkę otrzymałam do recenzji dzięki uprzejmości wydawnictwa Świat Książki

poniedziałek, 24 stycznia 2011

"W nocy czas płynie inaczej"* - "Po zmierzchu" - Haruki Murakami

   Opowieść o Śpiącej Królewnie w realiach wielkomiejskiej aglomeracji XXI wieku. Księcia nie będzie. Miejsce pocałunku zastąpił seks bez miłości w jednym z wielu lovehotów. Zamiast rumaka czarna honda mknąca jak zjawa nocnymi ulicami Tokio, na niej chiński mafioso. Witajcie w baśni nie tysiąca, ale tylko jednej  nocy. Murakami Was zahipnotyzuje, lecz nie zapadniecie w sen. To będzie letarg.
  Miejsce akcji powieści to Tokio, czas: jedna noc. Noc szalona, zatrważająca, przyprawiająca o dreszcze, ukazująca inne płaszczyzny świadomości oraz jątrząca podświadomość. Ale też noc niedopowiedzeń, nierozwikłanych zagadek, przypadkowych znajomości, bezcelowych wędrówek u których kresu czeka sens, wielu znaczących słów wypowiedzianych mimochodem. A wszystko to przy akompaniamencie obecnej w każdym rozdziale (charakterystycznej zresztą dla twórczości Murakamiego) muzyki oraz odliczających czas wskazówek zegara. Cyk, cyk, cyk...
    W nocnych wędrówkach po tym niesamowitym świecie towarzyszy nam korowód równie niesamowitych postaci. Głównymi bohaterami, i ich poznajemy najlepiej, są siostry Mari i Eri Asai ( ta druga jest dość ważką postacią, mimo, iż nie wypowiada w powieści ani jednego słowa), oraz młody muzyk Takahasi mający za sobą trudne dzieciństwo dziecka osieroconego a przed sobą marzenia o prawniczej karierze. Jest też była zapaśniczka, a obecnie kierowniczka lovehotu; równie przerośnięta jak wielkoduszna i doświadczona życiowo Kaoru. Jest tajemniczy pracoholik Shirakawa, nieumiejący zbudować zdrowych relacji z rodziną, dobrowolnie pozostający w pracy do późnych godzin nocnych, dopuszczający się niecnych występków sam dokładnie nie wiedząc po co i dlaczego. Są uciekające nie wiadomo przed czym pracownice domu schadzek, które tak dalece pragną wycofać się z niebezpiecznego świata, iż schowały przed nim nawet własne imiona, a ich bezustanna ewakuacja przenika nawet do sfery ich snów.
     Motywy pojawiające się w powieści to motywy rodem z horroru. Mój ulubiony, to Mężczyzna bez Twarzy, który wyłania się z odłączonego od energii odbiornika telewizyjnego i zabiera Eri -Alicję na drugą stronę świadomości. To pokoje pułapki, po których poniewierają się przedmioty  innej rzeczywistości. Pokoje będące swoistym alter ego tych realnych, to jakby sfera podświadomości świata rzeczy skompresowana z ludźmi się w tym świecie znajdującymi. Są również lustra, które kradną ludziom odbicia... Duszna nocna atmosfera podstępnie zbiera ślady ludzkiej bytności i je przetwarza w niewytłumaczalny sposób. Niewątpliwie najwięcej noc używa sobie na Eri: 
   "Kontury postaci Eri Asai nieco się zamazują, zaczynają lekko drżeć. (...) Wpatruje się w kontury, które tracą wyrazistość. (...) Wzmaga się szum przypominający dzwonienie w uchu. Zdaje się, ze gdzieś na dalekim wzgórzu zerwał się silny wiatr. Punkt styczności sieci dwóch obwodów gwałtownie się kołysze. Przez to kontur bytu Eri gwałtownie zanika. Znaczenie prawdziwego istnienia zaczyna ulegać erozji. -Uciekaj!- krzyczymy."**
   Na kolana wręcz powaliło mnie to, co autor robi z narracją; jego gra z czytelnikiem, dialog, jak z nami prowadzi to najwyższej klasy literackie novum. Momentami czułam się wręcz w fabułę wciągana, przekraczałam granicę kartek, wnikałam między rzędy czarnobiałych literek, wsysana byłam do świata murakami'owskiej fikcji. Coś niesamowitego. To już nawet nie był reżyserski zmysł autora. To było coś więcej... Umieć widzieć, to jedno; ale potrafić innym swój punkt widzenia tak namacalnie wpoić, to już o wiele więcej.  
   "Przeobrażamy się w pewien punkt widzenia, patrzymy na dziewczynę. A może należałoby powiedzieć: p o d g l ą d a m y   j ą. Naszym punktem widzenia staje się wisząca w powietrzu kamera, która może swobodnie poruszać się po pokoju."***
   "Jesteśmy niewidzialnymi, bezimiennymi intruzami. Patrzymy. Wytężamy słuch. Zaostrzamy węch. Lecz fizycznie nas w tym miejscu nie ma, nie zostawiamy po sobie żadnych śladów. Można powiedzieć, że przestrzegamy klasycznych zasad rządzących podróżami w czasie. Obserwujemy, ale nie ingerujemy."****
   Oprócz mrocznej i przyprawiającej o dreszcze atmosfery, poczucie pewnego  uzależniającego dyskomfortu tworzą u Murakamiego odpowiednio dobrane elementy świata przedstawionego. W oczy rzucił mi się konsekwentny wręcz brak okien w wszystkich opisywanych pomieszczeniach. Sprawia to wrażenie odcięcia człowieka od innych, braku łączności ze światem, braku możności porozumienia z innymi jako znaku czasów. Ponadto świat powieści jest światem sterylnych przestrzeni zamkniętych i zaśmieconego świata zewnętrznego. Metafory pochłaniającego człowieka konsumpcjonizmu, który zawładnął już ludzkimi emocjami a teraz bierze się za nich samych. No i te koty...   
*s. 67.
**s. 154.
***s. 27.
****s. 30.
Wydawnictwo, miejsce i rok wydania: MUZA, Warszawa 2007.
Ilość stron: 199.
Przekład: Anna Zielińska -Elliott.
Moja ocena: 5/6.
Wyzwanie: Literatura japońska, Od zmierzchu do świtu, wyzwanie Haruki Murakami

sobota, 11 grudnia 2010

"Granat (...) był i pozostanie przede wszystkim owocem nadziei"* - "Zupa z granatów" - Marsha Mehran

   Jak w garnku bulgoczą rozmaite składniki, często na pozór ze sobą kontrastujące w rzeczywistości uzupełniające się i tworzące wspólnie niezapomniane smakowe wrażenie, tak w powieści Mehran zestawienie na pozór odległych od siebie motywów i wątków dało powieść wciągającą, wykwintną i pozostawiającą po sobie apetyt na jeszcze. Trzy szczypty irańskiej egzotyki wymieszać z irlandzką charakternością i rubasznością, dodać trochę rewolucyjnej goryczki i miłosnych zawirowań. Gotować przez 294  stron, stopniowo doprawiając arkanami kulinarnej sztuki wschodu. Doprawić realizmem magicznym do smaku. Mi smakowało; ba, odkryłam niewątpliwie kolejną ulubioną potrawę.
  Do sennego, irlandzkiego miasteczka Ballinacroagh, gdzie życie toczy się swym ustalonym, od dawna niezmiennym torem, zjeżdżają ni stąd, ni zowąd trzy orientalne piękości. Siostry Amnipur - Mardżan, Bahar i Lejla - słynące z magicznej niemal umiejętności przyrządzania potraw, wzbudzają skrajne uczucia w mieszkańcach miasteczka, których życie wywracają niemal do góry nogami swą decyzją o otworzeniu restauracji Cafe Babilon w lokalu, gdzie niegdyś znajdowała się ciastkarnia Włocha Delmonico.
   Mnie w książce Mehran ujęła umiejętność kreślenia postaci. Nikt tu nie jest w tle, każdy ma dopisaną historię swego życia, przemyślaną i ciekawą; każdy ma indywidualną, złożoną i orginalną osobowość. Zauważyć się daje również zasada kontrastu, jaką kieruje się autorka kreując trzy główne bohaterki na istoty piękne, delikatne wręcz eteryczne, co wyróżnia je na tle groteskowych, karykaturalnie zarysowanych irlandzkich bohaterów. Dodatkowo Iranki to postaci raczej tragiczne, podczas gdy Irlandczycy sprawiają wrażenie wyjętych z komediowej farsy - nawet ich zawały serca, choroby czy śmierć nie są pozbawione pewnej dozy komizmu i karykaturalności.
    Z każdej strony "Zupy..." wydobywa się, dający się niemal strzepywać magiczny pył. Między literkami wędrują krasnoludki (o ich istnieniu jest święcie przekonany sprzedawca, który daje sobie wmówić, iż to skrzaty właśnie, a nie krnąbrni bliźniacy, podbierają mu piwo, obiecując zapłacić na świętego nigdy). Mardżan wspomina też magię letnich wieczorów w rodzinnym Teheranie, kiedy członkowie rodziny wynosili na dach poduszki i barwne tkaniny, i omotawszy się tym czarodziejskim otoczeniem usypiały kołysane do snu opowieściami o baśniach Szecherezady.
   Mehran zarysowuje również starannie tło kulturowe i społeczne dwóch opisywanych w powieści krajów; przybliża je czytelnikowi opisując funkcjonujące w każdym z nich legendy i zwyczaje. Pisze na przykład o społeczności druciarzy mieszkających w wędrownym obozowisku nieopodal Ballinacroagh - byli to Romowie, posługujący się łamanym językiem, trzymający na społecznym marginesie częściowo z własnego wyboru, utrzymujący się z żebraniny. Przywołuje również legendę o patronie Irlandii, świętym Patryku i górze nazwanej jego imieniem - podczas wspinaczki na nią świętego otoczyło stado diabłów, pod postacią kosów; dzięki żarliwej modlitwie święty stawił opór szatańskim zakusom na swą duszę. 
   Nie brak też w książce dygresji będących wykładami mądrości wschodu dotyczących mocy ziół, przypraw i konkretnych potraw z nich przyrządzonych. Jedzenie ma tu o wiele większą moc, niż powszechnie nam znane dostarczanie energii. Kardamon i migdały na przykład miały tak silną moc miłosnego oszałamiania, iż władca z dynastii Achemenidów zauroczony ich aromatem zorganizował w swym pałacu 69 miłosnych nocy. Jedzeniu przypisuje Mehran również właściwości studzenia zbyt gorących temperamentów (zwanych garm) za pomocą zimnych pokarmów - jak np. ryby, jogurt, arbuzy czy soczewica; oraz rozgrzewania chłodnych - sard, jedzeniem gorącym - cielęcina, fasola mung, figi. Z kronikarską dokładnością i zaangażowaniem pasjonatki opisuje też autorka charakterystykę poszczególnych komponentów orientalnej kuchni. Przywołam tu tytułowy granat - owoc symboliczny (zupa z tego owocu uratowała dwukrotnie młode Iranki z poważnych opresji):
   "Granat - jabłko grzechu pierworodnego, owoc dawno utraconego raju - chroni się w skórzanym karminowym pancerzu, stosowanym za czasów rzymskich jako łuska ochronna.  Wystarczy jednak obrać go z gorzkiej skóry, a ukaże szczęśliwemu łasuchowi soczyste purpurowo-granatowe wnętrze, którego eksplozja w ustach jest jak spełnienie aktu miłosnego."** 
   Smaki i zapachy przenoszą młode Iranki w krainę swych lat dziecinnych, Teheran. Jednak najczęściej są to wspomnienia bolesne, które rozdrapują niezbyt jeszcze zabliźnione rany. Siostrom Amnipur przyszło żyć w owładniętym rewolucyjną krwawą zawieruchą Teheranie. Ludzie, z którymi się stykały, uwikłali je w walkę o sprawy które w rzeczywistości były dla nich jedynie pustymi sloganami. Przywdziewały czarne czardory, wykrzykiwały hasła postulujące śmierć Zachodu i Ameryki, która była według rewolucjonistów synonimem zepsucia i odejścia od ich narodowych tradycji. Studenci organizowali marsze przeciw reżimowi szacha, które to demonstracje były krwawo tłumione; wspominają masakrę zwaną Czarnym Piątkiem, kiedy miejski Plac Żale spłynął krwią demonstrantów mury tworzących go budynków upstrzone zostały krwawymi odciskami dłoni mnóstwa ofiar tej jatki. Z Iranu dwie starsze siostry wyniosły oprócz przerażających wojennych wspomnień, również złamane serca - Mardżan przeżyła prześladowania i tortury w imię swego uczucia, Bahar natomiast skazana została na życie w cieniu bezustannego lęku przed mężem tyranem. 
   "Zupa z granatów" to piękna i mądra książka o szukaniu - szukaniu swego miejsca na świecie, szukaniu spokoju i szczęścia, szukaniu miłości i zrozumienia oraz samego siebie. Często okazuje się, ze to czego szukamy jest tuż obok, tylko nie potrafimy sobie tego uświadomić. Polecam gorąco.
   I jeszcze coś dla tych, którzy chcieliby zaaranżować sobie swoje własne Cafe Babilon i przekonać się czym młode Iranki podbiły żołądki i trafiły do skutych lodem Irlandzkich serc:) Smacznego: 
Zupa z granatów
2 duże posiekane cebule
2 łyżki oliwy z oliwek
1/2 szklanki żółtego łuskanego grochu, 
dwukrotnie opłukanego
6 szklanek wody
1 łyżeczka soli
1/2 łyżeczki mielonego czarnego pieprzu
1 łyżeczka kurkumy
2 szklanki posiekanej natki pietruszki
2 szklanki posiekanej świeżej kolendry
1/4 szklanki posiekanej świeżej mięty
1 szklanka posiekanych szalotek
1/2 kg mielonej jagnięciny
3/4 szklanki ryżu,
dwukrotnie opłukanego
2 szklanki soku z granatów
1 łyżka cukru
2 łyżki soku z cytryny
2 łyżki sproszkowanej anżeliki
   W wysokim garnku obsmażyć cebulę na złoty kolor. Dodać łupany groch, ryż, wodę, sól, pieprz i kurkumę, doprowadzić do wrzenia. Dusić na wolnym ogniu przez 30 minut. Wsypać nać pietruszki, kolendrę, miętę i szalotki. Dusić następne 15 minut. Z mięsa ulepić średniej wielkości klopsy, włożyć do garnka wraz z resztą składników. Dusić pod przykryciem przez 45 minut.
***
Fesendżun
1/2 kg posiekanych orzechów włoskich
oliwa z oliwek
1 i 1/4kg piersi kurczęcia bez skórki i pokrajanej w kostkę
3 duże cebule, pokrajane w talarki
6 łyżek przecieru z granatów rozpuszczonego w 2 szklankach gorącej wody
1/2 łyżeczki soli
1/2 łyżeczki mielonego czarnego pieprzu
1 łyżka cukru
2 łyżki soku z cytryny
    Orzechy mleć w mikserze przez minutę a następnie obsmażać na oliwie przez 10 minut, nie przerywając mieszania. Odstawić. Pokrajanego kurczaka z cebulą obsmażyć w głebokim rondlu na złoty kolor. Dodać orzechy, przecier z granatów i pozostałe składniki. Doprowadzić do wrzenia. Zmniejszyć ogień i dusić pod przykryciem przez 45 minut albo dopóki sos z granatów nie zgęstnieje.
*s. 294.
**s. 226.
Wydawnictwo, miejsce i rok wydania: Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2009.
Ilość stron: 294.
Przekład: Jolanta Kozak.
Moja ocena: 5/6.
Seria: z miotłą

niedziela, 28 listopada 2010

"Uczuciem osamotnienia można się podzielić tylko z tymi, którzy doświadczyli w życiu tego samego"* - "Śladami drzewa sandałowego" - Asha Miró i Anna Soler-Pont

   Ta książka to prawdziwy misz-masz, zarówno kulturowy, historyczny jak i geograficzny. Akcja powieści w różnych swych etapach rozgrywa się na trzech kontynentach: w Azji, Afryce i Europie. Wraz z bohaterami powieści znajdujemy się raz w Bombaju, raz w Addis Abebbie, kiedy indziej w Barcelonie czy na Kubie. Powieść wprawdzie jest fikcją literacką, lecz autorki nie ukrywają, iż inspiracją byli dla nich prawdziwi ludzie i autentyczne historie ich życia. Książka pokazuje nam w piękny sposób fakt, iż świat jest mały i potwierdza porzekadło, że góra z górą się nie zejdzie, ale człowiek z człowiekiem może. Mimo różnic kulturowych i ogromnej odległości. Jest też kroniką drogi jaką człowiek musi przebyć po świecie, aby dotrzeć... w głąb siebie.
   Książka składa się z trzech części: w pierwszej zarysowane są losy trojga dzieci: Solomona, Muny i Sity. Dzieciństwo Solomona przypadło na okres etiopskiej rewolucji mającej na celu obalenie rządów Hajle Sellasje (1974 rok). Wraz z chłopcem jesteśmy świadkami strajków i demonstracji ludności pragnącej wyrwać się spod jarzma cesarskiego terroru i ucisku, umierających dotąd z głodu. Kiedy podczas wojennej zawieruchy ginie na froncie jego ojciec, niewiele starsza siostra podejmuje decyzję o skorzystaniu z rządowego programu pomocy sierotom i odsyła chłopca wraz z innymi małymi Etiopczykami na stypendia na Kubę. Odbywamy więc z Solomonem kilkudziesięciodniową tułaczkę niezliczonymi środkami transportu (od autokaru począwszy na statku "Africa-Cuba" skończywszy), która, zwieńczona chorobami, wycieńczeniem czy nawet  śmiercią gruźliczą wielu małych podopiecznych, dostarcza ich w końcu ku portom przeznaczenia. Tu mają otrzymać dach nad głową i edukację.
  Poznajemy też dwie młodziutkie Hinduski, Munę i Sitę. Kiedy zostały osierocone, a ich wychowaniem zajęło się wujostwo, jedenastoletnia Muna musiała wykonywać karkołomne, często przekraczające jej wytrzymałość prace, zajmowała się też malutką siostrą. Wkrótce jednak ich drogi się rozeszły - Sitę oddano do sierocińca, Muna natomiast została sprzedana (!) do niewolniczej pracy w fabryce dywanów (proceder ten był częstokroć dokonywany mimo woli matek; dzieci pracowały całe dnie, znęcano się nad nimi fizycznie przy braku wydajności). Wkrótce jednak szczęście uśmiechnęło się do dziewczynki, odsprzedano ją pewnej bogatej rodzinie jako służącą; trafiła tam pod opiekę życzliwej Chamki. Sita natomiast po pobycie w sierocińcu, gdzie przeżywała wielkie problemy adaptacyjne owocujące odrzuceniem i nienawiścią ze strony innych dziewczynek, oraz bezustanną tęsknotą za życiem w pełnej rodzinie, zostaje odesłana do chcącego ją adoptować, zamieszkałego w Barcelonie małżeństwa. 
   Druga część przenosi nas w czasie o trzydzieści lat. Dzieci stały się dorosłymi, jedne ułożyły sobie życie, inne wciąż szukają sensu swej egzystencji. Do jednych los się uśmiechnął, innym wciąż rzuca kłody pod nogi. Nie ma już zagubionych, bezbronnych dzieci - ich miejsce zajęła gwiazda Bollywoodzkiego kina, architekt i lekarz. Są od siebie skrajnie różni, jedno co ich łączy to bezustanne poszukiwanie prawdy o sobie i potrzeba powrotu do korzeni. 
   "Solomon (...) tęsknił za zapachem palonej kawy, świeżo ściętego drewna eukaliptusa i palonego drzewa sandałowego".**
   Autorki dołożyły wielu starań, aby przybliżyć czytelnikowi niby ukradkiem dynamiczność przemian politycznych, społecznych i gospodarczych oraz skutki, jakie te przemiany niosą dla ludności te kraje zamieszkującej. Anna Soler-Pont, jest założycielką agencji literacko-filmowej skupiającej swe działania na zagadnieniach dotyczących międzykulturowych relacji; ukazuje więc też w książce ważki problem przenikania i mieszania się kultur oraz trudności adaptacyjnych, jakie temu nierozłącznie towarzyszą. Autorki wskazują też, szczególnie w trzeciej części, która ma formę wiadomości mailowej Sity z Etiopii do swej barcelońskiej przyjaciółki (dlaczego Sita stamtąd do niej pisze pozostawiam Waszej dociekliwości) na palące problemy wielu krajów ówczesnego trzeciego świata. Dowiadujemy się na przykład, iż Etiopii grozi status "kraju starców" wskutek zaawansowanej adopcji niechcianych i porzuconych dzieci przez zagraniczne pary. W Bombaju natomiast dopiero wtedy zaczęto podejmować pierwsze nieśmiałe kroki prowadzące ku zakazowi pracy nieletnich. 
   Smaczku książce dodają niewątpliwie wstawki dotyczące obyczajów i tradycji danych kultur, które ja osobiście w książkach tego typu uwielbiam, bo obok swej wartości poznawczej ułatwiają czytelnikowi zaklimatyzowanie się w literackiej rzeczywistości. Towarzyszymy więc tu Etiopkom przy robieniu symbolicznego tatuażu na czole,  jesteśmy świadkami przerażającego zamiaru utopienia noworodka płci żeńskiej, który nie ma wprawdzie miejsca, jest natomiast często stosowaną i raczej akceptowana praktyką w krajach wielu częściach Indii. Możemy poznać relację o akcie sati, czyli rytualnego samobójstwa wdowy dokonywanego po śmierci męża czy w końcu patrzymy na ludzi błagających o uzdrowienie u murów etiopskiej świątyni, którzy równie często znajdują tam po prostu śmierć.
   Wszystko było by pięknie, ale jest pewne "ale". Mianowicie wszyscy, którzy mieli styczność z wcześniejszą twórczością Ashy Miró (ja znam już choćby jej "Córkę Gangesu") poczują w pewnym momencie lektury efekt deja vu. Historia jednej z dziewczynek jest bowiem historią samej autorki; efektem są identyczne wątki, przytoczone niemal słowo w słowo sformułowania, w ogóle cała część o dzieciństwie jest żywcem stamtąd wzięta (czy odwrotnie, ale mniejsza o to). I co o tym myśleć? Owszem, ktoś kto nie zna innych książek nie poczuje się w żaden sposób oszukany; ja się poczułam. To historia jej życia, związana z ogromem emocji i towarzysząca autorce w każdej minucie jej życia, tak. Ale literatura rządzi się swoimi prawami. A takie powielanie fabuły trąci mi nastawieniem na zysk li i jedynie. Szkoda, bo to wyraźna rysa na szkle naprawdę dobrej powieści...
*s. 240.
**s. 169.
Wydawnictwo, rok i miejsce wydania: Sonia Draga, Katowice 2009.
Ilość stron: 288.
Przekład: Danuta Kałuża.
Moja ocena: 5/6.

piątek, 26 listopada 2010

"Pieprzę, więc jestem"* - "Smak miodu" - Salwa An-nu'ajmi

   A mogło być tak pięknie. Intrygująca okładka, chwytliwy tytuł, wiele obiecująca notka na okładce i egzotycznie brzmiące nazwisko autorki. Do tego świetna seria. Mogło być pięknie a było... nijak. Nie ma co owijać w bawełnę - rozczarowałam się. Ja naprawdę nie lubię źle pisać o przeczytanych książkach, ale czasem słowa "zakazane" i "seks" zestawione obok siebie nie wystarczą by z bardzo miernego tekstu uczynić arcydzieło. Obiecywano bardzo dużo, miała być baśń tysiąca i jednej nocy bez cenzury... Dostałam zlepek sprośnych opowieści natrętnie chcących aspirować do rangi uduchowionych wyznań.
   O co w tej książce chodzi? Wybaczcie, ale nie wiem. Nie ma tu żadnej uciśnionej Arabki wyjawiającej zakazane tajemnice alkowy. Jest za to całkiem wyemancypowana, by nie rzec rozpustna kosmopolitka, posiadająca wprawdzie syryjskie korzenie, ale mieszkająca w Europie, gdzie pracuje w bibliotece. A że zainteresowania ma takie a nie inne... Cóż, ilu ludzi tyle gustów. Łamanie żadnego tabu też nie ma tu miejsca - gdyby nie polecenie szefa odnośnie sporządzenia przez bohaterkę referatu na temat erotycznych mądrości arabskich mędrców na konferencję naukową prawdopodobnie żadne manifesty nie miałyby miejsca. To ja pytam co to za łamanie tabu, które odbywa się w świetle prawa, a nawet jest wynikiem obowiązku?
   Fabuły się w tej książce nie dopatrzyłam, a ma ona 155 stron, więc mowy nie ma by mi gdzieś nić konstrukcyjna umknęła. Pałętają się po stronach "Smaku miodu" sąsiadki, siostry czy inne przyjaciółki narratorki, a ich wspólny mianownik sprowadza się do posiadania swoistej tajemnicy poliszynela, jaką jest gorący romans wbrew wszystkiemu i wszystkim. Obecność ich uzasadniona jest chyba tym, iż służyć miały jako dowody na poparcie tezy, że arabskie kobiety mają swoje grzeszki. Ale ja mogłabym uwierzyć autorce na słowo, naturę ludzką znam. Poza tym konstrukcja książki opiera się na filarach cytatów z klasyków i tym, co należało pomiędzy nie upchnąć, aby osiągnąć ilość stron stosowną do druku. Bo ileż można czytać jak to ona nie przesiadywała z mężczyznami i nie wysłuchiwała ich czczych, rzekomych czy prawdopodobnych przechwałek? Taka wata słowna, metajęzyk powieściowy o powieści, która w dodatku jej nie wyszła. Pisze kobitka li sobie a Muzom, bez składu i ładu.
   Odnoszę wrażenie, że jedynym sensem napisania utworu było przekazanie światu ulubionych cytatów autorki z poszczególnych arabskich ksiąg traktujących o ars amandi. Nie przeczę, że ciekawe rzeczy wskazuje nam autorka, ale równie dobrze mógłby to zrobić wykaz dzieł na temat. Co zatem jest w książce ciekawego? Mnie podobało się naświetlenie różnych aspektów seksualności, zarówno tej arabskiej jak i seksualności w ogóle. Wskazuje An-nu'ajmi (za mędrcami) "pożytki płynące z miłości fizycznej", jakimi miałyby być:
   "(...) uśmierza gniew i przysparza radości duszom zbyt gorących ludzi. Miłość fizyczna leczy zaćmę, zawroty i bóle głowy oraz ucisk w skroniach. A wszystkie te dolegliwości oślepiają serca i zamykają bramy myśli."**
Wskazuje sposoby obejścia zakazu miłości niemałżeńskiej w swej roznamiętnionej kulturze, by móc ją uprawiać w świetle prawa, a nawet za jego przyzwoleniem: mówi o instytucji zaważd muta (małżeństw czasowych). Sprowadzają się one do zażywania cielesnej przyjemności bez tak przyziemnych zobowiązań, jak choćby prawo dziedziczenia. Ukazuje postrzeganie seksu przez rodaków jako zapowiedzi raju w niebie, wskazuje ambiwalentne, ale i interesujące podejście do zdrady. Z jednej strony jest ona bowiem obwarowana karą 9 miesięcy więzienia dla niewiernego małżonka, z drugiej natomiast istnieje szereg kruczków prawnych uniemożliwiających jej praktyczne udowodnienie: 
   "(...) konieczność istnienia czterech męskich świadków, którzy widzieli zbliżenie seksualne ze wszystkimi szczegółami, a zatem wprowadzenie członka do pochwy niczym (...) żurawia do studni. "***
Poruszony zostaje też temat miłości homoseksualnej, afrodyzjaków (zarówno naturalnych, jak i chemicznych pod postacią nadużywanej przez Arabów viagry, która zyskała wręcz miano daru z nieba); naświetla problem hipokryzji językowej, obecny przecież nie tylko w krajach nikabu czy wreszcie palący brak świadomości seksualnej nastolatków Arabskich.
   Autorka nazywa siebie "tajną specjalistką w dziedzinie arabskich ksiąg rozkoszy" i rację tu ma bowiem dopóki trzyma się klasyków, jej wywód ma jakiś sens. Schody zaczynają się wraz z prywatnymi dygresjami natury wszelakiej. Logika tonie tam pod zwałami mglistych metafor i pseudometafizycznych stwierdzeń. A koniec końców daje się zdemaskować jako skrzywdzona i porzucona kochanka, której z pikantnych harców została gorycz bycia niekochaną. Ot, jeszcze jedno złamane serce.
*s. 117, życiowa mantra Podróżnika.
**s. 15.
***s. 83, cytat z Proroka.
Wydawnictwo, miejsce i rok wydania: W.A.B, Warszawa 2009.
Ilość stron: 155.
Przekład: Marek M. Dziekan.
Moja ocena: 2/6.
Seria: z miotłą.

środa, 24 listopada 2010

"Żyjemy krótko na tej ziemi. Człowiek powinien robić to, co kocha"* - "Ulica tysiąca kwiatów" - Gail Tsukiyama

   Magiczna atmosfera kraju Kwitnącej Wiśni na tle zawirowań historycznych. Misternie ze sobą splecione dzieje wielu Japończyków, opowieści o ich życiowych dylematach, tragediach, skrywanych marzeniach i bezustannej walce o lepsze jutro, którą nieustannie toczą nieraz upadając, ale za każdym razem się podnosząc.
   Akcja książki podzielona jest na trzy części. Pierwsza z nich (lata 1939 - 1945) opisuje dzieciństwo głównych bohaterów, braci Hiroshiego i Kenijego, naznaczone złowieszczym widmem II wojny światowej i zrzuceniem na Japonię bomby atomowej. Część druga (do 1953 roku) to opis lat młodzieńczych obu braci, ich zmagań z głodem i podnoszenia się kraju po klęsce, trzecia natomiast (do 1966 roku) ukazuje czytelnikowi dorosłe życie bohaterów, zawieranie przez nich małżeństw, realizowanie marzeń, które częstokroć niosą za sobą klęski na gruncie prywatnym.
   Hiroshiego i Kenijego wychowują po śmierci rodziców w katastrofie statku podczas festynu ich dziadkowie, Fumiko i Yoshio Wada. Mieszkają oni na ulicy tysiąca kwiatów, nieopodal świątyni Kyóó-ji, w Yanace, dzielnicy Tokio. Chłopcy, mimo iż w ich żyłach płynie ta sama krew są do siebie zgoła niepodobni: Hiroshi to "dziecko szczęścia", cudem uratowany z topieli, która pochłonęła matkę i ojca; nie boi się wyzwań, dzielnie idzie przez życie, jest pełen werwy, "kierował się w życiu głową". Natomiast Kenij, zwany duchem, to dziecko zamknięte w sobie, nieśmiałe, żyjące w swoim bezpiecznym świecie, "kierujące sie sercem" i nielubiany przez rówieśników znęcających się nad słabszymi. Chłopców łączy jednak silna i nierozerwalna więź, braterska miłość z przewagą troski Hiroshiego w stosunku do Kenijego oraz podziwu dla starszego brata ze strony tego drugiego. 
   Również ich zainteresowania są zgoła odmienne. Hiroshi od dziecka pasjonuje się walkami sumo, Kenijego natomiast bez reszty pochłania tworzenie masek na sztuki teatru nó, czego uczy się pod okiem Akiry Yshiwary w jego malutkim warsztaciku; jego nieomal Biblią staje się "Księga masek", z której uczy się nie tylko sztuki ich wytwarzania, ale też całej historii teatru. To wlaśnie dzięki pasjom braci autorka pozwala czytelnikowi bliżej przyjrzeć się tym dwóm niezwykle znaczącym w japońskiej kulurze zjawiskom.
   "Ulica tysiąca kwiatów" to również cenny zapis obyczajowości i tradycji japońskiej. Z wielu stron książki wyziera niepowtarzalna japońska dusza. Pasjonująca jest np. juz sama symbolika, jaką obudowane są ślubne ceremonie: krasnorosty to znak płodności, wachlarz wróży wzrost i przyszłe bogactwo, a nić lnu wspólną starość. Haru bierze udział w Festiwalu gwiazd; jest to święto utworzone wokół starej legendy o zakazanej miłości i rozdzieleniu kochanków na wieki. Opisane są tu też obrzędy i wierzenia dotyczące wielu płaszczyzn życia, między innymi stosunku do sfery pozaziemskiej. Duchy ukochanych zmarłych krążą wokół żywych tworząc niesamowitą aurę tajemniczości i subtelnej obietnicy, iż mimo że wszystko przemija, to nic się nie kończy:
   "Wysunął się z łóżka i po cichu wdrapał się po schodach na wieżę, gdzie przydybał dziadków wpatrujących się razem w nocne niebo. Ojiichan nachylił się i szepnął coś do obachan, wywołując znowu śmiech - wysoki i dziewczęcy - w którym Hiroshi raptem rozpoznał śmiech matki. Była tam z nimi. Przez chwilę chłopiec poczuł mrowienie, matka była tuż-tuż, unosiła się w powietrzu nad ich głowami."**
   Tsukiyama ukazuje czytelnikowi stopniowe przemiany społeczne i ekonomiczne w przed i powojennej Japonii. Historyczne zawirowania zmuszają babcię chłopców do wielu zabiegów mających na celu wykarmienie rodziny w czasach racjonowania żywności przez państwo - wystaje w kolejkach po ryż i solone ryby, tworzy przydomowy ogródek, by uprawiać w nim warzywa do spożycia; chłopcy wysłuchują w radio informacji o zbombarodwaniu Pearl Harbor, są świadkami samowoli kempeitaich (żołnierzy patrolujących miasto), zamykania kolejnych sklepów, powoływania znajomych mężczyzn na fronty i powrotów ich ciał w trumnach. Widzą na ulicach kobiety gorączkowo szykujące talizmany dla swych ukochanych synów, mężów czy ojców (pasy, na których każda przechodząca kobieta robiła ścieg; miały one chronić żołnierzy i dać kobietom nadzieję na ich powrót). Hiroshi w końcu zmuszony był kraść z głodu nadpsute owoce; przynależał też do Wielkiego Stowarzyszenia Młodzieży Japońskiej  - pomagał kopać okopy wzdłuż dróg; Kenij natomiast z trudem uszedł z życiem omal nie stając się ofiarą okrutnej zabawy amerykańskich pilotów, którzy zaatakowali jego i kuzyna samolotami na polu na wsi, gdzie miał być bezpieczny. Punktem kulminacyjnym wojennej zawieruchy staje się pożar Tokio wskutek wybuchu atomu:
   "Dookoła jak domki z kart rozpadały się domy; w powietrzu śmigały kawałki gruzu, przewody elektryczne miotały iskry i upadały w poprzek drogi. Przewróciły jakąś kobietę z dzieckiem na plecach. Natychmiast zniknęła w gęstym, czarnym dymie. Wiatr i ogień połączyły się z okrutną siłą. Paliło się powietrze. Haru zobaczyła płonących ludzi, rzucających się do rzeki, poczuła swąd przypalanego ciała". ***
   "Ogniowa burza wyszalała się do cna. Siostry powoli wtdoatały się z okopu. Zobaczyły dymiący świat, zmieniony nie do poznania. Większość domów spłonęła do fundamentów, ocalały jedynie betonowe konstrukcje. Drzewa zniknęły, rzeką spływały trupy. Zwęglone, dopalające się szczątki ludzkie leżały na poboczu, niektóre ciała trwały jeszcze w pozycji na siedząco lub na klęczkach".****
Urzekające i pełne magii oraz mistycyzmu są opisy śmierci bohaterów, m.in.: wiekowego już i niewidomego dziadka Yoshio.  Śmierć przyszła po niego przez furtkę, słyszał jej kroki i zdawał sobie sprawę z jej nadejścia. Na spotkanie wyszła mu zmarła córka Misako.
   Autorka opisuje też przemiany kulturowo - obyczajowe w Japonii powojennej: lata okupacji spowodowały utworzenie się grupy kobiet określanych mianem "panpan" (prostytutki obsługujące amerykańskich żołnierzy), ludzie żebrali na ulicach o jedzenie lub umierali z głodu, żołnierze, którzy powrócili z frontów błąkali się po ulicach nie mając do kogo i czego wracać. Wyodrębniła się kultura kasutori (młodzi ludzie szukający sensu życia w piciu i narkotykach, pogrążeni w eskapizmie i dekadencji).
   Wojna sprawia, że łączą się, w przykrych okolicznościach wprawdzie, drogi Hiroshiego i właściciela stajni sumo, Tanaki, ojca dwóch dziewczynek, Haru i Aki. Mężczyzna na nowo pozwala chłopcu związać się z sumo, daje mu możliwość ćwiczenia w jego stajni. Życie młodych bohaterów powoli zaczyna powracać do normalności. Kenji kończy Uniwersytet Tokijski jako architekt; jednak postanawia powrócić do swej miłości, czyli tworzenia masek, otwiera nawet własny warsztat. Hiroshi natomiast pnie się po drabinie kolejnych sukcesów i awansów zdobywając coraz wyższe rangi w sumo. Haru, córka nauczyciela zapasów wyjeżdża do Nary na studia przyrodnicze. Bohaterowie realizują się na gruncie zawodowym, zawierają też małżeństwa; jednak często kariera wyklucza szczęście na gruncie prywatnym. Ponadto obaj bracia borykają się z osobistymi tragediami utraty najdroższych im osób: potomków odbiera im śmierć, małżonki - tragedie bądź ciężar życia.
   Oprócz głównych bohaterów książki przez jej strony przewija sią cały korowód postaci można by rzec epizodycznych, jednakże nakreślonych z wielką starannością i dbałością o indywidualizm. Jest Akira Yoshiwara, nauczyciel Kenijego, buntownik żyjący w zgodzie z własnym sercem, który odrzucił oczekiwania rodziców dotyczące przejęcia znienawidzonej fabryki konserw i odseparował się od rodziny oddając się temu co kocha. W czasie wojny podczas ukrywania się w górskiej wiosce Aio poznaje wdowę Emiko i jej córkę Kiyo, lecz nie odnajduje szczęścia przy drogich mu kobietach czując palący ogień swej odmiennej orientacji. Jest też Mariko, sąsiadka chłopców, w której podkochiwał się Hiroshi: utalentowana harfiarka; postać tajemnicza i tragiczna, ofiara wojny, przemocy kempeitaich i nieszczęśliwej miłości do poległego narzeczonego-żołnierza.
   "Ulica tysiąca kwiatów" to piękna, delikatna, ale też nieraz przejmująca opowieść o człowieku. O upadaniu i podnoszeniu się, o pogoni za marzeniami, które często dają tylko złudne szczęście. Autorka ukazuje życie człowieka, jako proces, w którym wszystko nieustannie przemija, ale nic nie odchodzi w zapomnienie, nic nie ginie. Przeszłość wraca pod postacią wspomnień, analogicznych sytuacji czy wreszcie ludzi, którzy ją tworzyli. Owszem, nie da się ukryć, iż książka nie jest pozbawiona pewnych wad i niedociągnięć - tłumacz odnajduje niezgodności ze źródłami, mnie udało się znaleźć pomyłkę polegającą na pomyleniu imion bohaterek; natrętna i irytująca jest też tendencja autorki do przesadnej idealizacji głównego bohatera (kobieta nie może mianowicie się nijak pogodzić, iż sumo Hiroshi siłą rzeczy musi być otyły i mieć wylewający się brzuch; wmawiając sobie i czytelnikowi, iż tak nie jest ociera się wg. mnie o kicz). Ale to jest wszystko, co można książce zarzucić. Poza tym mogę przyznać, iż przeczytałam wspaniałe i wartościowe dzieło.
*s. 254, pogląd na życie dziadka Hiroshiego i Kenijego.
**s. 21.
***s. 148. 
****s. 150.
Wydawnictwo, rok i miejsce wydania: Świat Książki, Warszawa 2009.
Ilość stron: 463.
Przekład: Małgorzata Grabowska.
Moja ocena: 6/6

niedziela, 31 października 2010

"Czego ci potrzeba? (...) Rozwodu!"* - "Dziesięcioletnia rozwódka" - Nadżud Ali (współpraca: Delphine Minoui)

    Każda z kultur zamieszkujących kulę ziemską ma innym do zaoferowania wiele mądrości życiowej, wiele piękna i wartościowych wskazań, z których czerpanie mogłoby wzbogacać. Istnieje jednak i druga strona medalu - niekiedy narody hołdują przez wieki prymitywnym wierzeniom zaślepieni własnym fanatyzmem. Sytuacja taka nie tylko pali mosty na drodze porozumienia czy choćby akceptacji z obcymi cywilizacjami; często jest też siłą destrukcyjną osłabiającą ją samą od wewnątrz. 
   "Jeśli poślubisz dziewięciolatkę, masz zagwarantowane szczęśliwe małżeństwo - tak brzmi tutejsze powiedzenie."**
   Praktyki takie sankcjonuje bowiem tradycja i obyczajowość na terenach m.in.: Egiptu, Afganistanu, Indii, Mali czy Pakistanu. Potęgowane bardziej prozaicznymi powodami, jak choćby bieda, brak wykształcenia, obawa o honor rodziny powiązana ze strachem przed porwaniem, zbierają i zapewne długo jeszcze będą zbierać żniwo w postaci odebranych marzeń i utraconego dzieciństwa, a nieraz nawet życia wielu dziewczynek.
   Nadżud wydano za mąż mimo obowiązującej od 1999 roku poprawki do prawa małżeńskiego, w myśl której małżeństwo zawrzeć może najwcześniej 15-latka, a i to z zastrzeżeniem, iż mąż musi zachować względem niej wstrzemięźliwość seksualną do czasu uzyskania przez nią pełnoletności. "Jedna gęba mniej..." - usłyszała podsumowanie ojca do  decyzji o wydaniu jej za mąż. Wkrótce też, wskutek dyspozycji rodziny męża, musiała porzucić edukację. Ślub ograniczył się do zwyczajowych umów spisanych między mężczyznami reprezentującymi każdą ze stron i był raczej rodzajem transakcji handlowej, niż skutkiem jakichkolwiek uczuć; Nadżud wyceniono na ok. 900zł. Odtąd dziesięciolatka musiała stać się przykładną żoną, tłamszącą swoje marzenia i swą godność pod nikabem.
   "Ileż razy chciałam zrzucić czarny nikab, pod którym się dusiłam! Czułam się mała, zbyt mała, by poradzić sobie z tym wszystkim. Z chustą, daleką podróżą bez rodziców, nowym życiem u boku nieznajomego mężczyzny, który budził moją niechęć."**
    Po ślubie mąż wywiózł swą dziesięcioletnią żonę daleko od rodziny; codziennością Nadżud stały się łajania nieprzychylnej jej teściowej, która za swój cel obrała przyzwyczajenie jej do ciężkiej pracy i roli prawdziwej kobiety. Koszmarem były noce z mężem zmuszającym ją siłą i przemocą do spełniania obowiązków żony w zakresie miłości fizycznej, do tego stopnia, iż za pierwszym razem Nadżud z bólu, strachu i upokorzenia zemdlała. Regularnie otrzymywała od męża, podjudzanego radami  teściowej, reprymendę za nieposłuszeństwo w postaci bicia kijem. 
   Nadżud urodziła się w małej jemeńskiej wiosce Chardżi w roku... no właśnie, już samo sprecyzowanie roku jej urodzenia nastręcza problemów - nie wie tego nikt, nie prowadzi się bowiem rejestrów urodzin małych jemeńczyków, dzieci przychodzą na świat w domach i nikt nie sporządza im żadnych dokumentów tożsamości. Według obliczeń matki, bardzo mglistych zresztą, w roku 2008, czyli wtedy, gdy toczy się akcja książki, jej córka może mieć około dziesięciu lub dziewięciu lat. Dziewczynka miała... 16 rodzeństwa (jednak pięcioro dzieci zmarło z powodu braku opieki lekarskiej, matka przeszła też kilka poronień). W tym to portrecie typowej rodziny mamy zarysowany przytłaczający i tchnący prymitywizmem obraz jemeńskiej prowincji - miejsca, gdzie kobiety rodzą ogromną ilość dzieci nie rozumiejąc działania podarowanych im tabletek antykoncepcyjnych, gdzie notuje się najwyższą śmiertelność wśród dzieci i noworodków i gdzie dziewczynki nie mają prawa do edukacji, więc połowa kobiet jest analfabetkami. Nie używa się tam sztućców, za toaletę służy wykopana w ziemi dziura w krzakach. Kiedy wskutek domniemanej hańby, jakiej dopuściła jedna z sióstr Nadżud w stosunku do mieszkańców wsi rodzina Ali opuszcza rodzinną wieś i przeprowadza się do stolicy w ich życiu dzieje się jeszcze gorzej.
   W Sannie zamieszkali oni w ruderze przy zaśmieconej uliczce, dzieci zmuszone były do  sprzedawania produktów typu chusteczki higieniczne w czasie zatrzymania samochodów na czerwonym świetle i żebrania na ulicach.
   "Jestem prostą dziewczynką, która mieszka w stolicy. Zawsze podporządkowywałam się poleceniom mężczyzn z mojej rodziny. Już na początku życia nauczyłam się odpowiadać "tak" na wszystko. Dziś postanowiłam powiedzieć "nie". Czuję się wewnętrznie nieczysta. Zupełnie jakby ktoś skradł część mnie samej."***
   Dziewczynka musiała stawić czoła zadawaniu jej przez sędziów koniecznych w celu uzyskania dowodów pytań o intymne sfery życia.Walczyła bowiem z utrwaloną zwyczajowo i powszechnie akceptowaną, choć krzywdzącą dla kobiet a nawet dziewczynek powszechna obyczajowością; występowała wobec mentalności traktującej mężczyznę jako pana i władcę kobiety. Pomocy nie uzyskała od matki, która radziła jej pokornie wszystko znosić, bo "taki jest los kobiety"; ojciec również wymawiał się wyższością honoru, straszył, iż gdy Nadżud odejdzie od męża, on zostanie zabity w akcie zemsty. Pomocną dłoń do dziewczynki wyciągnęła dopiero druga żona jej ojca, Doula. Ona poradziła dziesięciolatce wyprawę do sądu.
   Równolegle do własnej historii Nadżud snuje też opowieści o losie swych sióstr i braci. Ich rzeczywistość również nie rozpieszczała: Mona zdradzona przez męża (który zresztą przed zawarciem małżeństwa zgwałcił ją) z jej własną siostrą Dżamilą musiała oddać teściowej na wychowanie swą trzyletnią córeczkę Monirę, gdyż z małą na rękach łatwiej było jej żebrać. Mówi też o wędrówkach swego brata Faresa w celach zarobkowych - był on pastuchem owiec w sąsiedniej Arabii Saudyjskiej; jego miesięczna pensja wynosiła tam 200 saudyjskich riali, czyli... 160zł.
   Nadżud została w 2008 roku mianowana Kobietą Roku przez magazyn "Glamour" (obok Nicole Kidman czy Hillary Clinton). Nic dziwnego, dziewczynce udało się przecież złamać tabu.
*s. 16.
**s. 60
***s. 51. 
****s. 14.
Wydawnictwo i rok wydania: Hachette, Warszawa 2009.
Przekład: Ewa Wolańska
Ilość stron: 145
Moja ocena: 4/6
Seria: pisane przez życie

czwartek, 21 października 2010

"Mama wymieniła mnie na karła-krwiopijcę i powiesiła młyńskim kamieniem u babcinej szyi"* - "Pochowajcie mnie pod podłogą" - Paweł Sanajew

   Powieść młodego, 26-letniego rosyjskiego pisarza Pawła Sanajewa to utwór autobiograficzny. Jego publikacja wywołała w Rosji skandal, gdyż jego bohaterowie to znane postaci rosyjskiej sceny filmowej (matka książkowego Saszy jest odtwórczynią ról charakterystycznych, ojczym zaś to aktor filmowy i reżyser Rolan Bykow).
   Książka wciąga, szokuje, bulwersuje a momentami nawet przeraża. Sanajew kreśli wyraziste postaci o wielopłaszczyznowych i złożonych charakterach. Mistrzowsko ukazuje świat dorosłych, zgorzkniałych ludzi; ich zawiedzione nadzieje, niespełnione marzenia, niewyjaśnione niesnaski, które piętrząc się latami urosły do niewyobrażalnie wielkiej rangi siejąc nienawiść i gorycz w stosunkach z najbliższymi. Jednocześnie należy pamiętać, iż narratorem jest u Sanajewa ośmioletni chłopczyk; świat przedstawiony niemal zawsze ukazuje nam autor przez pryzmat jego dziecięcej percepcji, jego naiwnego dziecięcego pojmowania świata.
   Skąd tak intrygujący tytuł? Otóż jest to jakoby ostatnia wola Saszy, dziecka chorego na niemal wszystkie możliwe choroby świata; małego chorowitka, chuderlaczka, który oprócz problemów z odpornością borykać się musi z przypisanymi mu przez babcię hipochondryczkę milionami innych schorzeń, od których "niechybnie wkrótce umrze". No i właśnie kiedy umrze, pragnie być pochowany pod podłogą w mieszkaniu swojej mamy, którą kochał ponad wszystko, a kontaktów z którą zabraniała mu babcia tyranka i despotka:
   "Poproszę mamę, żeby mnie pochowała w domu pod podłogą - wymyśliłem sobie pewnego razu. - Tam nie będzie robaków, nie będzie ciemności. Mama będzie przechodzić obok, a ja będę na nią patrzeć przez szpary i nie będzie mi tak strasznie jak na cmentarzu."**
  Na szczególną uwagę zasługuje postać babci Saszy, kobiety z diabłem za skórą, nieprzewidywalnej, siejącej wśród najbliższych zgrozę, lęk i panikę, nieokrzesanej i zdolnej do niemal wszystkiego. Szczególna to postać na kartach literatury, za tą kreację chylę przed Sanajewem czoła i aż boję się myśleć jakim człowiekiem był pierwowzór Niny Antonownej, skoro powieść jest autobiografią... Włos się na głowie jeży. Na dobrą sprawę babcia nienawidziła wszystkich dookoła - od swego wnuczka, którym się opiekowała, poprzez męża i córkę, którym w życiu zgotowała piekło, aż po sąsiadów, lekarzy i swych zięciów. Wciąż żyła przeszłością, miała za złe mężowi, iż ją poślubił, wywiózł z rodzinnego Kijowa, pozbawił możliwości zostania aktorką, o czym marzyła. Jego zaniedbaniom i arogancji przypisywała śmierć rocznego synka Aloszy, którego kochała ponad wszystko. Winiła męża również o wmawianie jej choroby psychicznej i manii prześladowczej. Równie serdecznie, jeśli nawet nie bardziej babcia Nina nienawidzi swojej córki Oli, matki Saszy. Oskarża córkę o niewdzięczność, głupotę; wypomina obojętność i brak troski z jej strony, kiedy to poświęcała się dla niej całkowicie odejmując sobie od ust, byle córka miała.
   Dziadek Saszy to postać wycofana, skryta w cieniu tyranizującej go żony, bezkonfliktowa, usiłująca za wszelką cenę uniknąć powodów do kłótni z małżonką, w których był na z góry przegranej pozycji. Jako artysta często miał sposobność wyjeżdżania w sprawach zawodowych, z czego ochoczo korzystał i co pozwalało mu chyba jedynie jakoś funkcjonować, choć sam przyznaje, iż niejednokrotnie myślał o samobójstwie. Historia jego małżeństwa z Niną wygląda z jego perspektywy zupełnie inaczej - początkowo chciał się z nią rozwieść, ale gdy na świat przyszły dzieci robił już wszystko, by współegzystować z krnąbrną, wiecznie niezadowoloną żoną. Podsumowując swe życie w rozmowie z przyjacielem płacze, ale stwierdza też, iż nie byłby w stanie porzucić żony, przeżyli razem przecież całe życie.
   Również życie Saszy upływało pod ścisłym dyktandem despotycznej babci; codziennością chłopca były też badania, analizy, konsultacje, pobieranie krwi, robienie kardiogramów i innych tym podobnych zabiegów. Z powodu złego stanu zdrowia chłopiec niemal nagminnie opuszczał zajęcia w szkole, co wiązało się z nudnym i żmudnym nadrabianiem zaległości pod okiem babci, wyzywającej go na czym świat stoi za każdy najmniejszy błąd. Babcia chłopca poniżała, obrażała, mieszała z błotem za najmniejsze przewinienie. Żadne przyjemności wieku dziecięcego nie były mu za jej sprawą znane - kiedy już namówił babcię na wizytę w wesołym miasteczku ta znalazła miliony powodów, by zabronić wnuczkowi wszystkich atrakcji. Chłopcu nie wolno było jeść lodów, przyjmować zabawek przynoszonych mu przez matkę podczas sporadycznych i utrudnianych przez babkę wizyt. Sasza był przez babkę zastraszany, nastawiany wrogo do matki a ojczyma, za jej podszeptami uważał za czyhającego na jego życie mordercę. Kiedy chłopczyk podczas kuracji w sanatorium może zjeść smażone kotlety oraz wziąć bez pytania różne zabawki wprost nie posiada się z radości. Jednak największą krzywdą, jaką uczyniła chłopcu babcia było odebranie go na siłę mamie, którą kochał, za którą tęsknił i której bliskości rozpaczliwie pragnął:
   "Kiedy z mamą rozmawiałem, wydawało mi się, że słowa wyrywają mnie z jej objęć; kiedy się do niej przytulałem niepokoiło mnie, że za mało na nią patrzę; kiedy odchodziłem na kilka kroków, żeby ją lepiej widzieć, przeżywałem, że nie mogę się w tym samym czasie do niej przytulać. "***
   Niezbyt częste i niemile widziane wizyty mamy Saszy u chłopca nieodmiennie kończyły się straszną awanturą do jakiej dochodziło między kobietami bez żadnego wyraźnego powodu. Ola musiała nieraz uciekać przed rozsierdzoną matką wyzywającą ją od kurew i prostytutek, rzucającą w nią tym, co akurat miała pod ręką i oblewającą dopiero co proponowaną jej zupą.
   Specyficzny jest też sam język powieści. Partie narracyjne nie wyróżniają się niczym szczególnym, ale kiedy dochodzi do dialogów, szczególnie tych wypowiadanych przez babcię, to jest to istny potok przekleństw, obelg, złorzeczeń i słów uznawanych za niecenzuralne.  Kłótnie mamy Saszy z jego babką, których chłopiec był świadkiem, obfitowały w podobne epitety pod adresem Oli:
   "(...) nie będę nim rzucać w taką kurwę, bo się jeszcze wybrudzi. Ty nawet kurwą nie jesteś, ty w ogóle nie jesteś kobietą. Twoje narządy psom powinni rzucić za to, że miałaś czelność dziecko urodzić. (...) idź swojemu karłowi spocone jaja lizać (...)" ****
   Nie śpieszyłabym się jednak z jednoznaczną oceną bohaterów książki Sanajewa. Autor opowiada historię swojej rodziny niczego nie ubarwiając, nie koloryzując ale jednocześnie stara się być w swej narracji obiektywny. Owszem, nie przepadał za babcią, ciężko byłoby za nią przepadać, ale stara się mimo swych urazów do niej ukazać czytelnikowi życiowe tragedie, jakie były jej udziałem i które najprawdopodobniej przyczyniły się do jej zgorzknienia. Nie wini też matki, że go opuściła i nie interesowała się nim, jednakże rozgrzesza ją, ukazuje jej spaczoną przez otrzymane wychowanie psychikę. Historia jest przerażająca, zastanawiająca i okropnie smutna. Na stronach książki jest i humor, życie przecież ma różne barwy, niestety jest to raczej śmiech ze ściśniętym gardłem.
   Kolejna książka o tematyce rosyjskiej po lekturze której aż chce się zapytać: "Rosjo, dlaczego masz tak strasznie smutną twarz?"
*s. 7.
**s. 108.
***s. 171. 
****s. 188.
Wydawnictwo i rok wydania: Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2009.
Przekład: Izabela Korybut-Daszkiewicz
Ilość stron: 205
Moja ocena: 5/6
Wyzwanie: Rosja w literaturze

sobota, 9 października 2010

Daj mi! - Irina Dienieżkina

   Pot, krew, łzy i sperma - tymi określeniami możnaby najkrócej opisać treść opowiadań współczesnej rosyjskiej pisarki, młodziutkiej Iriny Dienieżkiny, który to zbiorek jest jej debiutem literackim. Upadły wszystkie priorytety, nie ma miejsca na sentymenty czy wartości, marzenia gdzieś się ulotniły lub zostały zmieszane z błotem, a nadzieja nie ma już racji bytu  bo jeden dzień jest gorszy od drugiego - taki obraz mentalności rosyjskiej młodzieży wyłania się z prozy młodej autorki. Obraz szokujący, przerażający, wstrząsający i na wskroś smutny. Świat przedstawiony Dienieżkiny to świat rządzący się prawem pięści, pełen niewypowiedzianej agresji każącej bić, kopać, tratować i niszczyć; świat, który w zasadzie nie jest już światem, a tylko narkotycznym zwidem bądź alkoholowym majakiem. Młodzi ludzie próbują rozpaczliwie odnaleźć w tym wszystkim miłość i sens życia, bardzo często gubiąc przy tym samych siebie... 
   Książka zawiera jedenaście opowiadań. Tematyka większości z nich istotnie traktuje o trudnym dorastaniu rosyjskiej młodzieży, ba, dzieci nawet. Mówi o ich konfrontacji z brutalnym światem, w której są z miejsca przegrani nie mając wsparcia rodziców, nie mając wzorców i autorytetów. Dienieżkina kreśli obraz typowego rosyjskiego nastolatka: członka zespołu raperskiego grającego wieczorami w różnych klubach, upijającego się potem, narkotyzującego, "pieprzącego się" z przypadkowym partnerem, którego i tak kolejnego dnia nie będzie pamiętać, a następnego dnia przesypiającego wykłady na uczelni, na którą nie wiedzieć jakim cudem się dostał - to pierwszy model; jest jeszcze typ zabijaki: jego życie to istna walka o przetrwanie, nie wie co to litość i skrupuły, bije, kopie, łamie kości, nos, wyrywa mięso, rozrywa skórę... Mocniej, dotkliwiej, więcej krwi. Sam też nieraz staje sie ofiarą; guzy, siniaki, wybite zęby, liczne rany, szwy - to jego cechy charakterystyczne. Płeć piękna u Dienieżkiny to istoty zamknięte w swym kokonie straconych złudzeń i złamanych serc, starające się zdobyć choćby namiastkę uczucia poprzez seks byle gdzie z byle kim. Młodzi Rosjanie swój bunt, nienawiść i żal do świata wyrażają poprzez muzykę. Oto "próbki" ich  twórczości:
"Zajebię wszystkich dupków i palantów
Naćpanych, najaranych elegantów.
Wepchnę im wyzwiska
Z powrotem do pyska
Moje życie to siłownia, seks i mleko.
A ty, gówniarzu, trzymaj się z daleka,
Śmierdzisz mi bełtem i szlugami.
Zajebię cię jak psa, spieprzaj do mamy!*"
   Do opowiadań tej kategorii zaliczyć można:
Daj mi!:
Lapa, Dienia, Niger, Sacharow, Jasznikow, Andriej - to lista amantów bohaterki opowiadania, rosyjskiej studentki.  Z każdym z nich łączy ją uczucie, a raczej relacja innego rodzaju; jedni uganiają się za nią, za innymi ugania się ona, a jeszcze inni z kolei  pociągają  ją ku sobie jedynie fizycznie; poznaje ich na czacie, na uczelni lub podczas pijackich nasiadówek po koncertach a czasem poprostu podczas bijatyki, której jest świadkiem czekając na stacji na autobus.  Jest też przyjaciółka - wyzwolona Wołkowa pasjonująca się poznawaniem bogatych, starszych panów i sypianiem z nimi, nie gardzi też prezentami, jeśli ją nimi chcą obdarować. W "Daj mi!" miłość to już tylko pusty, pozbawiony treści dźwięk; coś za czym wszyscy gonią, ale nikt właściwie nie wie czym ona jest i przez to zapewne nigdy jej nie znajdzie poniewierając się pomiędzy jej złudzeniami i bezwartościowymi związkami.
Waleroczka:
Sielski, mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka, obrazek "fabrycznych" dzieci jadących na kolonie.  Szybko jednak przechodzą one rozmaite inicjacje - od seksualnych, jak w przypadku Irki, która bez słowa oddała się Tarasowi, tylko dlatego, że wieczorem przyszedł do jej pokoju, czy Kati i Ignata uprawiających seks po pięciu minutach dyskotekowej znajomości, po swego rodzaju wyzwolenie i pozbycie się etykietki "chłopca do bicia", jak było to w przypadku tytułowego Waleroczki, bitego za wszystko, czyli w gruncie rzeczy za nic, stale posiniaczonego i zakrwawionego, który w akcie zemsty zmawia się z kilkoma miejscowymi i urządza swym dotychczasowym oprawcom jatkę. Dopiero wtedy zyskuje ich szacunek i spokój. Nad całą "imprezą" czuwa przymykając z reguły oko nauczona doświadczeniem pracy z rozwydrzonymi przedszkolakami i wypalona wewnętrznie, Lidia. Jej plany związane z pedagogicznym podejściem do dzieci szybko poszły w zapomnienie w starciu z rzeczywistością, nauczyła się, że autorytetem dla dzieci jest przede wszystkim siła a swoje działania ograniczyła jedynie do niezbędnego minimum, polegającego na tym, by jej podopieczni się nie pozabijali.
Song for lovers
Pomieszane losy grupy studentów z roku, w której aż gęsto od uczuć i skrywanych namiętności nieszczęśliwie niestety ulokowanych akurat w osobach kochających bądź zakochanych w kimś innym. Nastolatki spotykają się na koncertach, piją, ćpają, "pieprzą się" bezsensownie z innymi, chcąc pozbyć się uczucia odrzucenia, które takie zachowanie tylko pogłębia. Na zewnątrz uśmiechnięci, w środku to wraki ludzi poszukujący pocieszenia tam, gdzie otrzymać mogą jedynie rozczarowanie. Na tle innych historii wyróżnia się miłość wykolczykowanego rapera, heroinisty i pijaka Antona do Nastii. Jest to uczucie czyste, mocne i prawdziwe do tego stopnia, iż chłopak rzuca dla niej nałóg a po odrzuceniu... płacze. "Zdechnę bez ciebie" - powtarza jej do samego końca; to chyba z jego ust pada jedyne w tej książce w pełnym tego słowa znaczeniu "kocham".
Moja piękna Ann:
Pierwsze miłosne rozczarowanie trzynastoletniego Zająca - chłopca "zbyt nieśmiałego, zbyt naiwnego i zbyt uczciwego". Jego ukochana zdradziła go na dyskotece z innym, on się upił. A następnego dnia, jak gdyby nigdy nic, swoim zwyczajem czekał pod jej klatką na ławce z lodami dla niej.
Uczucie "na dysdans":
Niespełniona miłość Maszki wyznawana jej obiektowi, Aloszy na kartkach przypiętych do uczelnianej tablicy ogłoszeń. Miłość stale negowana i skazywana bezustannie na niepowodzenie przez Nastię, pesymistyczną koleżankę bohaterki, uważającą Loszę za "szpanera i babiarza". I może gdyby nie nieśmiałość Maszy wszystko potoczyłoby się inaczej? Bo Losza w rzeczywistości był chłopakiem miłym i życzliwym, ale nieziemsko zapracowanym, któremu w głowie troska o byt, a nie umizgi i miłostki...  
Locha-rottweiler:
Ludka postanawia popełnić samobójstwo w sylwestrową noc, jest pijana i przytłoczona bezsensem życia. Nieoczekiwanie z pomocą przychodzi jej obiekt wcześniejszych westchnień, ochroniarz poznany na imprezie dla bankowców, Alosza. Ratuje jej życie, wciąga przez okno do mieszkania i odchodzi. Niby nic się nie zmieniło, a jednak chłopak pozostawił w jej życiu olbrzymi ślad; podarował jej je od nowa. Niby nic, a więcej, niż niejedna osoba zdoła nam podarować przez całe życie.
Isupow:
Kolejne miłosne rozczarowanie, olbrzymie pokłady sympatii, uczuć i nadziei kierowane w stronę osoby, która po bliższym poznaniu okazuje się ich zdecydowanie nie warta. Potwierdzenie tezy, iż nastolatki często kochają nie daną osobę, ale swoje o niej wyobrażenie. 
Ty i ja:
Swoiste slajdy, kolaże i projekty życia konstruowane dla nieosiągalnego zapewne obiektu westchnień przez nied0szłą samobójczynię. Z miłości, jak przypuszczam. Ślady, pozostałości dawnych znajomości towarzyszą ludziom całe życie, często znacznie na nie wpływając. Życie człowieka jako pogoń za szczęściem, kończąca się zawsze porażką, pytaniem: "Dlaczego to wszystko takie straszne?".
Postscriptum
Miłość, a raczej strach przed krzywdą, którą może nam wyrządzić druga osoba często doprowadza do obsesji, do szaleństwa. Marta kreuje w swym chorobliwym umyśle wizje pastwienia się ukochanego nad jej zwłokami: "Tym nożykiem wydłubie mi oko i spuści się do dziurki (...). Zaklnie i wsadzi mi nożyk w usta. Przerżnie, spuści się." ** Zapobiegawczo planuje więc wcześniej sama go zamordować. Gdy Mark ją całuje i proponuje spacer, ona obmyśla mordercze strategie. Nawet czynność tak prozaiczna jak smarowanie masła na chleb rodzi w chorym umyśle Marty myśl, iż partner zechce zabić ją nożykiem do masła.
   Od tematyki trudnego dorastania i miłosnych rozczarowań zdecydowanie odstają dwa opowiadania. Tu Dienieżkina wdaje się w konwencje fantastyczną, zaludnia świat przedstawiony postaciami z... koszmaru sennego.
Śmierć na czacie:
Kiedy ktoś puka do twoich drzwi, przygotuj się, iż może to być... śmierć, która "obraca kosę w łapkach" i "wzrusza ramionkami". Ale spokojnie, zrób jej herbaty,  poczęstuj pierniczkami, pozwól poczatować w sieci. I tylko nie rób zdziwionej miny, gdy potem zamiast miłości, znajdziesz na czacie... śmierć. 
Wasia:
Najbardziej szokujące, a wręcz obrzydliwe opowiadanie, ale ono właśnie podobało mi się najbardziej. Do Rosji nie widzieć czemu zawitały groteskowe zielone stwory (choć może były jedynie tworami patologicznej wyobraźni bitego przez wszystkich, rodziców nie wyłączając, małego Wasi). Stwory te żywiły się obierkami i skorupami jaj, brutalnie mordowali i zjadali bezdomnych lub w porywie dzikiej chuci gwałciły staruszki. Czoła stawić tym nietypowym terrorystom postanowił Wasia właśnie. Zwłoki zmarłego dziadka nasmarował lisim jadem i wrzucił do śmietnika potworom na pożarcie. Jad otruł maszkary, Wasia uczynił to w akcie zemsty (jeden z zielonych wydłubał mu oko), ale przy okazji stał się bohaterem uwalniając miasto od plagi potworów, ale tego nikt nie dostrzegł. Opowiadanie pozbawione jest jakiegokolwiek znamienia estetyki, szokuje los chłopczyka - koledzy wybijają mu rurką zęby, biją cegłami po głowie, matka go wyzywa, dziadek opluwa, ojciec okłada kapciem; szokuje zachowanie malca, który pociechy szuka w erotycznych rozmowach telefonicznych, szokują wypowiedzi dziesięciolatka: żadna nie jest pozbawiona przekleństw i wulgaryzmów.
*s. 36.
**s. 163.
Wydawnictwo i rok wydania: Świat Książki, Warszawa 2004.
Przekład: Małgorzata Buchalik.
Ilość stron: 175
Moja ocena: 4/6
Wyzwanie: Rosja w literaturze

poniedziałek, 27 września 2010

"Po drugiej stronie chmur zawsze jest czyste niebo"* - "Zapasy z życiem" Eric-Emmanuel Schmitt

   Słodka jak babeczka z kremem i prosta jak drut recepta na życie zawarta w naprawdę małej pigułce. Zza zebranych w powieści aforyzmów, sentencji i złotych myśli wyziera uśmiechnięta twarz Schmitta - niepoprawnego optymisty. Schmitta, który jednak nieodmiennie i tu zachwyca czytelnika swym stylem i magią symboli. Warto więc tę pigułkę połknąć, założyć różowe okulary i pozwolić autorowi czarować...
  Główny bohater "chudy, długi i płaski" Jun, dziecko ulicy handlujące pochodzącymi z przemytu zabawkami erotycznymi jest na jak najlepszej drodze do przegrania swego życia na samym starcie. Pozbawiony opieki matki, którą posądza o bycie tak dobrą dla świata, iż nie stracza jej już tej dobroci dla jedynego syna i którą w końcu porzuca ruszając w zatłoczone, szalone i bezlitosne ulice Tokio; pozbawiony ojca, który ciągle nieobecny w jego życiu z powodu pracy w końcu popełnia samobójstwo spowodowane depresją pracocholika; pozbawiony w końcu złudzeń, marzeń i nadziei. Jedynym bodźcem niepozwalającym chłopcu całkowicie pogrążyć się w poczuciu beznadziei i marazmu są słowa właściciela szkoły sumo, starca Shomintsu, który niestrudzenie powtarza Junowi: "Widzę w tobie grubego gościa". W końcu, mimo wcześniejszej niechęci, naigrywania a nawet odrazy Jun postanawia zrealizować prośbę starca i obejrzeć zapasy. W ten sposób czyni pierwszy krok ku swojej późniejszej przemianie. 
   Oglądając zmagania zapaśników sumo Jun dostrzega w ich walce sens, piękno i kunszt. Zwycięzca zawodów, Ashoryu yokozua (wielki mistrz) staje się jego idolem. Prosi też Shomintsu, by ten przyjął go do swojej szkoły i umożliwił zgłębianie tej sztuki. Jak się jednak okazuje, to nie sumo stanowi przedmiot badań chłopca, ale właśnie on sam. To on staje się dla siebie polem do badań, dociekań i nieoczekiwanych odkryć. Najpierw zmagał sie ze swoją powierzchownością, niestrudzenie starał się przytyć; następnie musiał stawić czoła prawdzie o swoich korzeniach, swoim pochodzeniu. Musiał wyznać Shomintsu, ale też przyznać przed samym sobą jaka jest prawda o jego rodzicach. Jun ćwiczył siłę woli, medytację, pogłębiał swą duchowość. Nie zawsze było to proste, o czym mówi swym niepowtarzalnym stylem Schmitt:
   "Tyle rozczarowań w ciągu jednego roku! Tyle przekonań, które runęły! Traciłem punkty odniesienia, chodziłem po cmentarzu martwych myśli, pomiędzy grobami moich dawnych poglądów, nie wiedząc, co myśleć."**
   W końcu jednak, i chyba pisząc o tym nie zdradzę żadnej tajemnicy, Jun osiąga sukces. Sukces, przez który autor rozumie nie osiągnięcie zamierzonego celu, ale umiejętność posuwania się w życiu naprzód. Poznaje też tajemnicę Shomintsu i prawdę, o swej matce (ten epizod, moim zdaniem tylko książce zaszkodził; przesłodził ją); odnajduje też swoją drogę na resztę życia. Jest więc happy end.
   Pisząc o "Zapasach z życiem" nie mogę nie wspomnieć o fragmencie, który totalnie mnie urzekł i oczarował, a mianowicie o korespondencji matki-analfabetki z Junem. Listy kobiety do syna były niezwykłe, zawierały ogrom treści pomimo, iż brak w nich było jakichkolwiek słów. Pierwszy zawierał znak po łzie - Jun odczytał go jako rozpacz matki po jego odejściu, w drugim za pomocą pasma mohru chłopak dopatrzył się chęć jego przytulenia przez matkę; trzeci - z odciskiem szminki na kopercie - wyrażał chęć ucałowania syna. Czwarty list z kamieniem mówił "Ciężko mi na sercu", a poprzez piąty matka Juna wyrażała prośbę o odpowiedź bądź apel o powrót syna - było w nim gołębie piórko; w szóstym natomiast kobieta darowywała synowi wolność przesyłając mu popsutą psią obrożę. Jak więc widać, chłopak deklarując obojętność wobec swej rodzicielki mijał się z prawdą, czy bowiem nie naciężej jest zrozumieć kogoś bez słów? I czy umiejętność ta nie świadczy o głębokiej znajomości danej osoby, umiejętności przenikania jej uczuć, myśli i nastrojów... Bardzo to magiczny i piękny rodzaj komunikacji dwóch najbliższych sobie osób, które dzieli mur pozorów i niedopowiedzeń.
*s. 66.
**s. 41.
Wydawnictwo i rok wydania: Znak, Kraków 2010.
Przekład: Agata Sylwestrzak - Wszelaki
Ilość stron: 74.
Moja ocena: 4/6.