Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prószyński i S-ka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prószyński i S-ka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 listopada 2013

Rodzina ze Wzgórz Strachu rodem - "Rodzina Casteel" - Virginia C. Andrews

   Schemat goni tu schemat, nie ma w tej książce nic nowego ani odkrywczego jeśli spojrzeć na nią z perspektywy choćby dwóch tomów cyklu o rodzinie Dollangangerów, które mi było dane przeczytać. Wartości literackie tej książki, nie oszukujmy się, również są znikome. Kto więc wyjaśni mi, jakim cudem ja, świadoma tego wszystkiego oderwać się od tej książki nie mogłam? Kto mi wyjaśni, jak to się stało, że nie dostrzegałam zmieniających się w szaleńczym tempie numerów stron, że nic nie było w stanie zakłócić mi jej lektury i wciąż wybiegałam łapczywie wzrokiem żądna wiedzy "Co dalej?!", a w końcu, jak to się stało, iż kiedy powieść się skończyła, siadłam tym faktem oszołomiona i spytałam "Jak to, to już?". Krytycy zapewne suchej nitki na "Rodzinie" by nie zostawili, ja sama świadoma jestem, że nazwać prozę tej autorki czymś więcej, niż czytadłem, byłoby przesadą; jednak uważam, iż miarą sukcesu pisarza jest ilość czytelników zatracających się w jego opowieściach. Ja się zatraciłam. 
   Trzeba Virginii Andrews oddać jedno - wie, co lubią czytelnicy. Tworząc swoje książki plącze życiorysy bohaterów lepiej niż wiąże węzły niejeden marynarz, niczym wytrawny muzyk na swym instrumencie gra na emocjach swoich czytelników, a napięcie buduje lepiej, niż domy stawia nie jeden budowlaniec. Owszem, nie jest artystką prozy, nie jest wirtuozem literatury, ale porządnym rzemieślnikiem, który to co robi, robi z pasją. Wielka z niej intrygantka, plącząca niczym cichy, przebiegły pająk sieć najzmyślniejszych intryg. Niczym wędkarz zarzuca na czytelnika przynętę, a ten, raz dający się złapać na haczyk jej nieprzewidywalnej opowieści przepływa uchwycony go całą historię, podczas gdy w miejsce jednych znaków zapytania pojawiają się kolejne, Nigdy kropki. I tak aż do... następnego tomu. 
   Tym razem Andrews nie prowadzi nas na salony, jak miało to miejsce w przypadku sagi Dollangangerów. Wręcz przeciwnie. Tym razem zabiera nas w odmęty biedy, do miejsca zapomnianego przez ludzi i Boga, na Wzgórza Strachu w Virginii Zachodniej. Tam mości nam nędzny barłóg w chacie przypominającej bardziej stajnię, niźli dom zamieszkany przez ludzi i każe przyglądać się scenom z życia trzypokoleniowej rodziny tytułowych Casteelów. Scenom tak przerażającym i bolesnym, że nieraz aż ciężko się o nich czyta - wszechobecnemu głodowi, chłodowi i niezrozumieniu. 
   W ogóle sama kreacja chaty, jest moim zdaniem jedną z mroczniejszych i ciekawszych kreacji domów w literaturze. Spowita atmosferą nadającą się idealnie na tło horroru, usytuowana w gotyckiej estetyce, to miejsce zdające się być przedsionkiem piekła. Tak wspomina swój dom rodzinny główna bohaterka powieści:
   "Pamiętam też, jak zimą ogołocone gałęzie wydawały jękliwe trzaski pod naporem lodowatych podmuchów, a uginające się konary chrobotały o dach chaty przypominającej szopę, kurczowo uczepionej zbocza pasma górskiego, przez mieszkańców Wirginii Zachodniej zwanego Wzgórzami Strachu. Wiatr na Wzgórzach Strachu wył i skowyczał, toteż okoliczni mieszkańcy mieli wystarczający powód, by z niepokojem wyglądać przez swoje małe, brudne okienka. Samo życie na górzystych stokach rodziło strach, zwłaszcza kiedy wiatrowi wtórowało przeciągłe wycie wilków i wrzaski rysi, a leśna zwierzyna włóczyła się wokół obejść. Często znikały małe domowe zwierzęta, a raz na mniej więcej dziesięć lat dziecko przepadało bez wieści."*
   Główną bohaterką powieści jest, jak to typowe dla twórczości Andrews, nastoletnia dziewczyna, Heaven Leigh Casteel, najstarsza z piątki rodzeństwa. Oprócz tego jest jeszcze Tom - jej przyrodni brat, młodszy jedynie kilka miesięcy, czujący z nią wyjątkowo silną więź, zakrawającą na nieco głębsze uczucie niż miłość braterska (schemat). Są mali, słabi, chorowici i wrażliwi, ale grający bardzo odległe skrzypce, Nasza Jane i Keith (niekiedy miałam wrażenie, że ich pojawienie się w powieści uzasadnia jedynie potrzeba autorki, by Heaven miała się kim opiekować. Zobaczymy, jak to wyjdzie w kolejnych częściach, w tej rola maluchów do tego się ograniczyła). No i wreszcie była Fanny, śliczna i frywolna, " środkowa" siostra, ze schematu się wykruszająca, a przez to jakaś płytka, jednowymiarowa. Dzielili oni nędzną chałupę ze schorowaną babcią, która chyba jako jedyna żywiła do dzieci jakiekolwiek ciepłe uczucia, oraz z dziadkiem, który był, ale jakoby go nie było, milczącym i opuszczającym szarą rzeczywistość na rzecz swej pasji - rzeźbienia. Rodziny dopełniała Sara, macocha Heaven, a matka pozostałej czwórki dzieci, stale wypatrująca oczy i kochająca miłością nieodwzajemnioną piekielnie ponoć przystojnego, lecz nieokrzesanego Luka Casteela. Sam Luke to postać diaboliczna (i nie jedyna taka, jak się w trakcie lektury przekonacie) tej powieści. Bardzo przekonywująco wykreowany pan życia i śmierci pozostałych członków rodziny, któremu wolno wszystko i który liczyć się z nikim nie musi. To na nim głównie zbierają się wypowiadane nieraz na głos złorzeczenia czytelnika, tak bardzo gorszy swym postępowaniem i oburza postawą. 
   Bardzo mało można napisać o fabule tej powieści by nie zahaczyć o spoiler. Ważkie wydarzenia ruszają galopem już na samym początku powieści i nie zatrzymują się ani na chwilę, przeistaczając się w ogromną lawinę zaskakujących zwrotów akcji. Bo wiele można zarzucić Andrews, ale na pewno nie brak wyobraźni czy przewidywalność. Już, już, myślisz czytelniku, że ją przejrzałeś, a tu bęc! - boczna furtka, nowa postać, eksplozja jakiegoś mało dotąd znaczącego epizodu lub ściana zamiast drzwi. 
   Powieść od strony "technicznej" bardzo przypomina pierwsze części sagi zapoczątkowanej "Kwiatami na poddaszu" - wręcz nie można się oprzeć wrażeniu, że autorka wygrzebała z jakichś szpargałów wzór na poczytną powieść i po prostu do niej podstawia nieco inne wydarzenia i zmienia imiona bohaterom. Akcja zawiązana zostaje bardzo szybko, punkt krytyczny powieści znajduje się na samym jej początku, a wszystko co dzieje się dalej sprowadza się do odseparowania bohaterów tak, by reflektor oświetlał tylko jednego z nich, stojącego pośród pustej sceny. Tu następuje analiza psychiki ów bohatera najczęściej połączona z jego przemianą. Na końcu akcja się ożywia, dodatkowo komplikuje po czym rozpoczyna się jakaś podróż predysponująca autorkę do napisania kolejnej części opowieści. Poza tym Andrews nie daje rady oprzeć się wielu swoim upodobaniom, jak chociażby narrator - bohater dziecięcy, najlepiej płci żeńskiej; wyeksponowanie relacji siostrzano-braterskich zakrawających na granice kazirodztwa, usilna potrzeba obsadzania w swych powieściach ról tylko osobami o ponadprzeciętnej urodzie, odpowiednich do podziwiania przez całą resztę bohaterów drugoplanowych. Przykłady te można mnożyć i przemnażać, a mimo to nie są one w stanie wpłynąć na odbiór powieści, bo tę czyta się po prostu świetnie.
   Virginia Andrews lubuje się w ukazywaniu życiowych dramatów swoich bohaterów. Tak samo w "Rodzinie Casteel" życie wali się rodzeństwu na głowy. Świat jej opowieści to miejsce wrogie i pełne rozczarować, żalu, bólu i cierpienia. Ludzie to istoty żądne krzywdy innych, która ma im w jakikolwiek sposób rekompensować męki, które stały się ich udziałem w przeszłości. Nad głowami jej bohaterów ciąży fatum, są dziedzicami  przegranego życia. Przeszłość i teraźniejszość bardzo się w prozie Andrews zacieśniają, a ta pierwsza determinuje drugą, generując ze skrzywdzonych dzieci okaleczonych psychicznie dorosłych umiejących jedynie krzywdzić innych. Receptą autorki na przetrwanie w świecie pełnym niesprawiedliwości jest dołączenie do rzeszy ludzi ją wyrządzających. Istoty uczciwe i niewinne nie mają tu racji bytu. Ostoję wartości moralnych i etycznych widzi autorka w dziecku, jednak w miarę jego dorastania zostają one wyparte przez kolejne przykre, a nawet drastyczne doświadczenia, tak, że w końcu nic z nich nie zostaje.
   Spotkałam się z twórczością Andrews po raz trzeci - i po raz trzeci wciągnęła mnie ona po uszy, wywołała burzę emocji, zaciekawiła do granic możliwości. Losy rodzeństwa Casteelów nie pozostawią żadnego czytelnika obojętnym. Tym dzieciom dzieje się niewyobrażalna krzywda, wyrządzana im dodatkowo ze strony najbliższych osób, które powinny je chronić i wspierać. Można zarzucać Andrews epatowanie okrucieństwem wobec dzieci, co zawsze jest chwytliwym materiałem działającym niczym lep na czytelnika, jednak w tej opowieści jest coś więcej, co powoduje, że naprawdę doskonale się ją czyta. To umiejętność autorki do szkicowania zaplątanych życiorysów, jej nieprzewidywalność, tendencja do utrzymywania odbiorcy w nieustannym napięciu i ciągłego go zaskakiwania. Ja niecierpliwie czekam na kolejny tom opowieści o losach Casteelów, a wam szczerze polecam tę część. 
*s. 5 (numeracja stron według ebooka)
Tekst stanowi oficjalną recenzję napisaną dla serwisu LubimyCzytać.pl
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Prószyński i S-ka, Warszawa 2013.
Wydanie: I.
Ilość stron: 544.
Przekład: Małgorzata Fabianowska.
Tytuł orginału: "Heaven"
Język orginału: angielski.
Moja ocena: 5/6.

wtorek, 15 stycznia 2013

"(...) musiał uczyć wilki dzikości, podczas gdy one nauczyły go tyle o byciu człowiekiem"* - "Pół życia" - Jodi Picoult

   Jodi Picoult posiadła tajemnicę okiełznywania życia, ujarzmiania go i przelewania na karty swych powieści. Natomiast wielki talent literacki umożliwił jej ożywianie opisywanych historii, nadawanie im wszelkich znamion rzeczywistości. Życie odbija się w kartach powieści tej pisarki niczym w lustrze, życie w nich kipi. A bohaterem wszystkich jej powieści, kiedy się tak głębiej zastanowić, jesteś Ty. Jodie pisze o Twoich problemach, Twoich dylematach, Twoich rozterkach; zna ból Twoich wspomnień, zna tajemnice, rozumie Ciebie lepiej niż Twoi bliscy, a nieraz niż Ty sam. Bo w centrum powieści tej amerykańskiej autorki zawsze stoi człowiek, którego Jodi zdaje się znać od podszewki. I odwija go z bawełny społecznych konwenansów, burzy wzniesiony wokół niego mur uprzedzeń, odziera go z szat własnych złudzeń. Pozwala mu się wyzwolić, zrozumieć siebie, pozwala poczuć szczęście. I to jest recepta na literacki sukces, którego miarą być może nigdy nie staną się wielkie nagrody czy wyróżnienia, ale podbite serca czytelników. A to o wiele więcej.
   Rodzina. Znowu to ona znalazła się "na tapecie" najnowszej powieści Picoult. Rodzina jakich wiele, a jednocześnie jedyna w swoim rodzaju. Rodzina przez lata się rozpadająca, przed laty podzielona i zmuszona tragicznym wypadkiem do ponownego połączenia się, by stanąć ze
sobą twarzą w twarz, spojrzeć sobie w oczy i zmierzyć się z przeszłością, pogrzebanymi pod tonami przemilczeń demonami i palącymi tajemnicami zepchniętymi w najdalsze zakamarki serca. Taka jest rodzina Warrenów. Żyjący latami w rozdarciu pomiędzy światem ludzi, w którym zdawać by się mogło znalazł się przez pomyłkę i uciekający tam, gdzie czuł się sobą, czyli w dziewicze kanadyjskie lasy wprost do wilczych watah, Luke. Jego porzucona, osamotniona, coraz bardziej oddalająca się od męża, ale wierna i kochająca żona Georgie. Będący wiernym odbiciem ojca, a jednocześnie różniący się od niego tak dalece, jak to tylko możliwe pod względem osobowości syn Edward, dorastający bez ojca, który wolał poświęcić się wilkom niż własnym dzieciom. I w końcu najmłodsza, córka Cara, zapatrzona w ojca jak w przysłowiowy obrazek, podzielająca jego pasję byle tylko być blisko niego. Ich wątłe i kruche relacje, przez lata przetykane kolejnymi kłamstwami, rozłąkami i tajemnicami, osiągają punkt krytyczny w czasie, gdy Edward staje się pełnoletni i postanawia ujawnić przed rodzicami prawdę o swej orientacji. Pokłóciwszy się z ojcem wyjeżdża bez słowa do Tajlandii; zrozpaczona po stracie syna i niemogąca wytrzymać dłużej bycia odtrącaną przez męża na rzecz jego pasji Georgie, rozwodzi się z mężem i zaraz po tym poślubia swego prawnika, rodząc mu bliźnięta. I stojąca w tym całym chaosie na rozstaju dróg Cara, chroniąca się przy ojcu, sącząca jad porzucenia przez brata i liżąca rany zdegradowania przez bliźniaki w hierarchii wartości swej matki. Kiedy Cara z ojcem doznają wypadku samochodowego, drogi tych z pozoru obcych sobie ludzi schodzą się na nowo, by nad łóżkiem Luka, znajdującego się w stanie wegetatywnym, zadecydować o jego dalszym losie, co wymaga jednakże rozprawienia się z przeszłością. 
   Opowieść Jodi kipi od skrajnych emocji i tajemnic. A genialne jest moim zdaniem rozpisanie powieści na głosy, co jest zarazem cechą charakterystyczną twórczości tej autorki. Jednocześnie przydaje to powieści głębi i dramatyzmu, bo raz obrany punkt widzenia i przyznane jednemu z bohaterów racje, podczas czytania fragmentu, w którym swoje pięć minut ma kolejny bohater, zostają całkowicie zburzone i wytrącone nam z ręki. Jak w życiu. Każdy człowiek ma swoją prawdę, a ta obiektywna jest sumą tych prawd - Jodi rozumie tę zasadę funkcjonowania świata i daje temu wyraz. Zadziwia jednocześnie asertywność autorki, jej olbrzymi dystans i obiektywizm: ciężko bowiem nie faworyzować któregokolwiek z bohaterów, ciężko nie trzymać bardziej strony jednej z postaci... Jodi natomiast udaje się to znakomicie. Opisuje, a nie ocenia. Ukrywa się za kurtyną i pozwala, by spektakl trwał. Mistrzyni autentyczności i animacji życia na kartach powieści. 
   Kolejną podziwu godną właściwością twórczości tej autorki, wychwalaną zasłużenie w nieskończonej ilości recenzji jej utworów jest zaangażowanie. Zarówno to jej, z jakim przygotowuje się do każdej kolejnej powieści, jak również samych powieści zaangażowanie społeczne. To pierwsze, to zdecydowanie wyraz szacunku autorki dla czytelnika, bo oto nie sprzedaje mu się bubla udekorowanego rzewną historyjką, a najstaranniej dopracowaną powieść, za co autorka ręczy nazwiskiem. Czytając "Pół życia" nadziwić się nie mogłam wnikliwości z jaką Picoult opisuje świat wilków, jej ogromnej i wszechogarniającej wiedzy na temat ich zwyczajów, stadnych zachowań, filozofii życia. To obezwładniające, jak bardzo przejęła się swoją rolą przybliżenia czytelnikom tego hermetycznego świata autorka. Ogrom jej  pracy mogą nieco zobrazować Podziękowania zamieszczone na końcu powieści. Dziękuje w nich między innymi Shaun'owi Ellis'owi, "prototypowi" literackiego Luka Warren'a, przyrodnikowi, który zgłębiał naturę wilków i z nimi żył. Fragment podczas którego Luk uczy Georgie wycia, autorka zna z własnej autopsji, ją uczył tego Ellis. Na brawa zasługuje też kompozycja powieści, w której nieprzytomny Luk również ma szansę na zabranie głosu i czyni to bardzo wymownie - snując analogie między światem wilków i ludzi, które są znakomitą pointą dla poszczególnych partii fabuły. Również opisy procesu, w czasie którego bohaterowie posługiwali się sporą wiedzą z zakresu neuromedycyny budzą szacunek, jeśli weźmie się pod uwagę, że wyłaniają się spod pióra laika, który wszystkie te arkana zgłębiał na potrzebę powieści. 
   Drugi rodzaj zaangażowania, tego społecznego  to poruszanie trudnej tematyki, będącej przedmiotem wielu kontrowersji. Bardzo mądre to posunięcie, bo skoro czytają ja miliony ludzi na całym świecie, skoro jej książki są pewnego rodzaju autorytetami dla czytelników, dlaczego by nie spróbować za ich pośrednictwem zmienić świata, uwrażliwić ludzi na pewne aspekty egzystencji. W "Pół życia" Picoult stawia czytelnika przed zagadnieniem eutanazji, czy też przerwania sztucznego podtrzymywania przy życiu, oraz, co za tym idzie transplantacji narządów. Problem jest tu naświetlony ze wszech stron, autorka sama stawia najtrudniejsze pytania nasuwające się w dyskusji w tym temacie, a następnie poprzez fabułę i przekonania swych postaci rozważa wszelkie możliwe "za" i "przeciw". Taki temat przewodni, będący tłem dla profesjonalnie opowiedzianej historii bardzo wzbogaca lekturę jej powieści; czytelnik czuje się wprawdzie przepuszczany przez emocjonalno-etyczny magiel, jednak ma szansę na wyrobienie sobie własnej opinii, która może kiedyś w życiu okazać mu się nieocenioną pomocą. 
   Picoult rozlicza się też w swojej powieści z mitem bohatera, jaki wyrósł wokół Luka Warrena  na podstawie jego heroicznych poczynań, czyniąc go osobą publiczną, rozpoznawalną, obdarzaną powszechnym uznaniem i podziwem. Tymczasem zwykła, szara rzeczywistość, znana tylko Georgie oraz dzieciom jest zupełnie odmienna od tej pokazanej okiem reporterskiej kamery. Z ich perspektywy to opowieść o człowieku złamanym, o niewywiązującym się z przysięgi małżeńskiej mężu i stale nieobecnym ojcu. To opowieść o człowieku, którego pasja przerodziła się w przerażającą obsesję unieszczęśliwiającą nie tylko go, ale i rodzinę, którą założył. O człowieku błądzącym i dokonującym stale złych wyborów. 
   Powieść amerykańskiej autorki to przebogata rzecz. Dodatkowo napięcie jest w niej stale podsycane subtelnymi znakami zapytania co do fabuły, które nieziemsko nurtują czytelnika prowokując do doszukiwania się na nie odpowiedzi i projektowania sobie najróżniejszych zakończeń. Wszystkie jednak wypadają blado przy tym, czym uracza nas autorka, a w nagłyc zwrotach akcji w pewnym momencie wprost ciężko się połapać. Jodi jest mistrzynią w wodzeniu czytelnika za nos, nic u niej nie jest pewne aż do samego końca. Jeśli natomiast o zakończeniu mowa, rozdział zatytułowany "Barney" był dla mnie niemałą niespodzianką, otuchą, tchnął nadzieją, nadawał sens wielu podjętym decyzjom i był tak wspaniale metafizyczny... 
   Przewrócenie pierwszej strony każdej powieści Picoult przenosi nas do świata jej opowieści. Rzeczywistość przestaje istnieć, a Ty zamieniasz się na życia z bohaterami czytanej książki; stajesz się każdym po kolei, co wymusza na Tobie zabieg autorki rozpisywania swych powieści na głosy. I wcale nie jest takie oczywiste, że możesz opuścić ten świat w dowolnie wybranym momencie - od książek tej pisarki naprawdę nie sposób się oderwać. A nawet gdy już zamkniesz którąkolwiek z nich, gdy odłożysz ją na półkę, historia dalej toczy się w Twojej wyobraźni; taką siłę ma twórczość Picoult.
*s. 449

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Uczta w sadzie owoców zakazanych - "Głos serca" - Jodi Picoult

   Debiut. I to debiut podwójny - Jodi Picoult jako pisarki i mój jako jej czytelniczki. Jak mogłam do tej pory nie zapoznać się z jej twórczością? Nie wiem, może znaczący był fakt, że do rzeczy zachwalanych przez wszystkich podchodzę zawsze z dystansem. Tym razem ów dystans okazał się jednak całkowicie zbędny, bo w powieść Picoult, wydaną nota bene dobrych 20 lat temu, weszłam jak nóż w masło i było mi w niej bardzo dobrze czytelniczo. Przyznam jednak szczerze, że cały czas szukałam między zapisanymi stronami fenomenu tej pisarki, nie znalazłam jednak niczego szczególnego, co mogłoby powodować, że trafia ona w gusta tak szerokich rzeszy odbiorców. Stawiam więc na to, iż podbiła ona serca czytelników pewną typowością i swojskością, bo jakby nie patrzeć, każdy może odnaleźć w jej opowieściach kwestie, które nie są mu obce. Po drugie, Picoult najwyraźniej stawia na uniwersalizm, pisze o problemach, które mimo upływu lat się nie dezaktualizują. W jej powieściach pulsuje krew, w jej powieściach tętni życie.
   Sieć relacji bohaterów Picoult jest aż gęsta od wzajemnych zależności i animozji, co tylko ubarwia fabułę i przydaje jej mocy. Jest nieszczęśliwa żona i mąż, którego największą i jedyną pasją jest praca. Jest zaniedbana przez ojca córka, która akurat wchodzi w trudny wiek dojrzewania i pierwszych miłości. Jest brat kochający swą siostrę uczuciem bezgranicznym, ale jednocześnie dość osobliwym. No i są oddani przyjaciele, Sam i Hadley, żyjący w swej idyllicznej, pachnącej jabłkami i kwieciem spowitej samotni, których przyjaźń zostanie zagrożona przez ich namiętności. Tę misternie utkaną pajęczynę wzajemnych relacji bohaterów autorka wciąż naciąga, wrzucając tu i ówdzie ważkie i mające niebagatelny wpływ na teraźniejszość wydarzenia z przeszłości. Ponury cień rzuca więc, i mocno determinuje małżeństwo Jane jej pełne przemocy i upokorzenia dzieciństwo w patologicznej rodzinie, będące jednak zarazem nierozerwalnym spoiwem jej miłości do brata. Kolejną kością niezgody, ale też próbą, przez którą przebrnął zwycięsko związek Jane i Oliviera była katastrofa lotnicza, z której cudem ocalała ich córka. Również w grzebiąc w życiorysach dwóch dwudziestopięciolatków, Sama i Hadley'a, można by odnaleźć ziarna wszystkich ich ówczesnych zahamowań czy uprzedzeń. Wszystkie wybory bohaterów autorka znaczy tragizmem, w jego starożytnym rozumieniu - jej postaci mają dwa lub więcej wyjść, przy czym żadne nie może zostać uskutecznione bez opłakanych konsekwencji; nie ma dobrego rozwiązania, może być tylko mniejsze zło. Nic więc dziwnego, że napięta do granic lina wzajemnych uzależnień bezustannie się zacieśnia, tworząc swego rodzaju pętle na szyjach bohaterów. Komu uda się wyjść bez szwanku, a kto polegnie w tej próbie sił, będącej mieszaniną pogoni za marzeniami i walki z własnymi demonami? Wydaje mi się, że to nie kwestia poznania faktów, a w wielu przypadkach jedynie ich interpretacji.
  Konstrukcja książki Picoult pomyślana została tak, by symulować życie najbardziej autentycznie, jak tylko się dało. Co mam na myśli? Brak ciągu chronologicznego w prezentowaniu wydarzeń idealnie odzwierciedla typową dla ludzi niemożność oderwania się od przeszłości i zaprzestania życia tym, co minione. Przeszłość tworzy przyszłość, a często bywa dla niej również siłą destrukcyjną. Picoult to rozumie i daje  temu wyraz w swej powieści. Tu zaznaczyć muszę, że umieszczenie przełomowego, wydawać by się mogło, wydarzenia gdzieś w środku fabuły nie było najlepszym posunięciem konstrukcyjnym, choć może z drugiej strony, zamysłem autorki było przeniesienie akcentu, uwypuklenie innych wątków kosztem budowania napięcia... Drugim zabiegiem, podobno typowym dla Picoult (wiem tylko ze słyszenia, nic innego jej pióra jeszcze nie czytałam) jest ukazywanie tych samych wydarzeń z perspektywy poszczególnych bohaterów. To zadziwiające, ale zarazem jakże prawdziwe, jak bardzo fakty, poddane subiektywnej obróbce indywidualnego punktu widzenia ulegają odkształceniom i deformacjom, tworząc niejednokrotnie swoje przeciwieństwa czy zaprzeczenia w zależności od oczu, które na nie patrzą. Psychika ludzka jest niezgłębiona; nie ma również jednej prawdy absolutnej, bo rzeczywistość tworzą u Picoult, tak jak w życiu, zsumowane prawdy wszystkich bohaterów. Autorka dokłada wszelkich starań, by czytelnik mógł je ze sobą skonfrontować i sam ocenić.  
   Jeśli nawet powieści Picoult nie da się określić inaczej niż mianem czytadła, co zapewne dla wielu z nas konotuje pejoratywne znaczenie tego słowa, to zaraz trzeba dodać, iż jest to czytadło z aspiracjami. Autorka stawia sobie poprzeczkę dość wysoko, wyposażając powieść w bardzo ciekawą konstrukcję i tworząc jej niewybredne psychologiczne zaplecze. Bez tego wszystkiego banalna historia, jaką obrała sobie amerykanka na "kręgosłup" swojej opowieści mogłaby być na jednej półce z "harleqinami" kładziona. Usilnie ucieka Picoult od zbytniej melodramatyczności i romansowej konwencji, nie udaje jej się jednak do końca od niej odejść, zdarzają się niezbyt chyba przemyślane i nienajszczęśliwsze zwroty ku rozpowszechnionym w popkulturze wzorcom powieści obyczajowej pod znakiem spódnicy. Początkowa antypatia bohaterów, która przeradza się w pałające uczucie, to motyw tak wyświechtany, że aż żenujące było czytanie o nim. W ogóle miałam jakoś wrażenie, że sceny romantyczno-miłosne były dla autorki nie lada wyzwaniem i nie zawsze udawało jej się uciec banałowi. Niemniej powieść jak na debiut autorki młodej, bo 25letniej wówczas pozwala mi na udzielenie jej za te schematy rozgrzeszenia.    
   "Głos serca" to powieść drogi, zarówno tej, którą trzeba przebyć geograficznie, by odnaleźć własne szczęście, jak i tej odbywanej w głąb siebie, by zrozumieć, czym to szczęście właściwie jest, by móc je zdefiniować. Interesującym zabiegiem jest też element epistolarny obecny w powieści pod postacią listów wysyłanych do Jane przez jej brata Joley'a, mających instruować ją na dalszą podróż, ale również zawierających intymne, nieraz bolesne wspomnienia z ich dzieciństwa. Myślę, że powieść Picoult ma niejakie właściwości terapeutyczne, człowiek czytając o problemach innych ludzi doznaje swoistego uczucia katharsis; stwierdza, że może nie jest mu jednak w tym jego życiu aż tak źle. Dodatkowo mogę z radością stwierdzić, że autorka nie napisała nam tu bajki. Choć nie odrzuca całkowicie nadziei i nie odwraca się plecami do wiary w lepsze jutro, to jeśli miałabym określić w kilku słowach, o czym traktuje opowiedziana przez nią historia, powiedziałabym, że jest to dramat złamanych żyć. 
Tekst stanowi oficjalną recenzję napisaną dla serwisu LubimyCzytać.pl

Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Prószyński i S-ka, Warszawa 2012.
Wydanie: I.
Ilość stron: 557.
Przekład: Agnieszka Barbara Ciepłowska 
Tytuł orginału: Songs Of The Humpback Whale.
Język orginału: angielski. 
Data powstania:1992.
Moja ocena: 5/6.

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Chcesz znać swoją przyszłość? Na pewno? - "Zapomniane" - Cat Patrick

    Pamięć ludzka jest zagadką, zagadką jest ludzki umysł w ogóle. Nawet przy obecnym rozwoju medycyny specyfika procesu zapamiętywania jednych wspomnień a zapominania o innych stanowi dla nas wielką niewiadomą. Wskutek wypadków zdarzają się amnezje, które czyszczą pamięć ludzką do stanu "tabula rasy". Ale czy ktoś słyszał o tym, by pamiętać przyszłość? Tak, pamiętać, a nie przewidywać. A taką właśnie specyficzną cechą obdarzyła swoją bohaterkę debiutująca amerykańska autorka Cat Patrick. Ten nietuzinkowy pomysł fabularny plus hipnotyzująca wręcz okładka sprawiły, iż zdecydowałam się zagłębić w historię London Lane, mimo iż zasadniczo literatura tego typu to nie moja bajka. I powiem Wam, że książka mnie zaskoczyła.     
   Powieść zaczyna się mało przekonująco, w dodatku styl jej pierwszych stron pozostawia baaardzo wiele do życzenia. Niemal namacalnie czuć jak autorka mozoli się, by zawiązać akcję, a już jej porównania (Wygląda, jakby przyjechał z Hollywood albo spadł z nieba - s.17) i dialogi (Hej - mówi do niego. - Hej - odpowiada on - s.20) przyprawiały mnie o zgrzyt zębów. Mało brakowało, a rzuciłabym książkę w kąt i tym samym popełniłabym błąd. Szczęśliwie miałam tyle cierpliwości, by doczytać do miejsca, w którym nastolatkę nawiedza senna wizja cmentarza, na którym płacze ona na czyimś pogrzebie. Tutaj moja ciekawość została mocno rozbudzona, styl, nie wiem jakim cudem, się nagle znacznie poprawił a mnie "Zapomniane" po prostu wciągnęło.
   Powieść opowiada historię dziewczyny, która żyje z notatkami w rękach. Dziewczyny, która każdego dnia na nowo musi poznawać otaczających ją ludzi, mimo, że spotyka się z nimi od lat; natomiast o tym, że dziś jest sobota wie stąd, że pamięta, iż jutro będzie niedziela. Każdej nocy o 4.33 jej pamięć się resetuje i minione chwile zostają z niej po prostu usunięte. Sama London tak mówi o swojej niesamowitej przypadłości:
   "Pamiętam przyszłość. Pamiętam przyszłość i zapominam przeszłość. Moje wspomnienia - te złe, i te nudne i dobre - dotyczą tego, co się jeszcze nie wydarzyło. Więc czy chcę, czy nie chcę - a nie chcę - będę pamiętać, jak stoję wśród ubranych na czarno postaci, otoczonych kamieniami i świeżo ściętą trawą, aż w końcu stanę wśród nich w rzeczywistości. Będę pamiętać pogrzeb póty, póki do niego nie dojdzie, póki ktoś nie umrze. A potem o nim zapomnę."*
Nietypowe, intrygujące i dające wielkie pole do prowadzenia akcji i stwarzania nieograniczonych niemal perspektyw fabuły. I Cat Patrick według mnie owe możliwości w pełni wykorzystuje. Po pierwsze autorka pozwala London eksperymentować ze zmienianiem przyszłości poprzez przypominanie sobie skutków wielu dziejących się w teraźniejszości wydarzeń. I, co najważniejsze, wynik tych manipulacji pozostaje bardzo długo tajemnicą zarówno dla bohaterki, jak i dla czytelnika. 
   Po drugie natomiast z dużym wyczuciem autorka przeplata wspomnienia z przyszłości z jednym, zasadniczym i uzupełniającym się o kolejne detale pod wpływem nowych bodźców wspomnieniem z przeszłości. Bardzo fajnie poradziła sobie Patrick z wątkiem powracającego wspomnienia, bardzo ciekawie i z wyczuciem odkrywała kolejne karty zagadki z przeszłości tworząc wciągającą fabułę, stopniując napięcie i stawiając przed czytelnikiem jątrzące do granic możliwości jego ciekawość kolejne znaki zapytania. Szczerze mówiąc - szkoda, że znam już zakończenie...
   Książka traktuje również o pierwszej miłości bohaterów, o pierwszych randkach, pocałunkach, motylkach w brzuchu i tym podobnych wątkach, w których łatwo o kicz. Tymczasem  Patrick balansując na tej cienkiej granicy udało się jej nie przekroczyć. W jakiś sposób przekazała czytelnikowi wszystkie emocje towarzyszące w tych chwilach, gdy nasze serce bije mocniej na widok "tego jedynego", przypomniała te nieśmiałe spojrzenia, elektryzujące muśnięcia rąk bardzo autentycznie. Jednak momenty mocno romantyczne, sentymentalne wręcz, rozładowywała burczeniem w brzuchu bohaterki lub chrapaniem bohatera. Świetny zabieg. 
   Może nie wszystko w "Zapomnianym" gra i  śpiewa, na upartego można się przyczepić do zbyt według mnie optymistycznego zakończenia, a już wątek Jonasa autorka zdecydowanie przesłodziła; niemniej wyczuwam w zakończeniu pewne zawieszenie sugerujące furtkę do kontynuacji powieści. Zaznaczam w tym miejscu, że już teraz się na nie piszę, bo chętnie bym jeszcze London i jej bliskim potowarzyszyła. Książkę polecam.
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Prószyński i S-ka.
*s. 39.
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Prószyński i S-ka, Warszawa 2012.
Wydanie: I.
Ilość stron: 312.
Przekład: Jan Hensel.
Tytuł orginału: Forgotten.
Język orginału: angielski.
Data powstania: 2011.
Moja ocena: 4/6 

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

"(...) postanowiły leczyć złamane serca, zamiast cerować skarpetki"* - "Za oknem cukierni" - Sarah-Kate Lynch

   Powieść słodka jak włoskie cantucci, gelato i tiramisu razem wzięte. Opowieść o tym, jak przepiękne toskańskie krajobrazy i specyficzna włoska aura mogą uleczyć nawet najbardziej poharatane serca. "Za oknem cukierni" to współczesna bajka, w której, choćby bohaterowie starali się nie wiem jak bardzo spartaczyć swoje życie, to jednak szczęśliwe zakończenie jest nieuchronne. Bardzo dobra lektura na leniwe letnie popołudnia, nie wymagająca zbytniej gimnastyki intelektualnej, za to posiadająca terapeutyczną moc zwiększania poziomu hormonów szczęścia. Bo dlaczego czasem mamy się nie zapomnieć i nie pozwolić by nas czarowano?
   Poukładane życie Lily Turner rozsypuje się w drobny mak za sprawą jednego zdjęcia. Zdjęcia, które ukazuje jej kochającego i oddanego męża (jak dotąd o nim myślała) wraz z jego drugą, włoską rodziną. Z dnia na dzień bierze urlop w firmie i opuszcza Nowy Jork podążając ku czarownym krajobrazom wzgórz Toskanii. W ślad za nią podążają jednak demony przeszłości - widmo matki-alkoholiczki, zaniedbującej swoje córki, niemożność zostania matką i wynikająca z tego przepaść dzieląca ją i jej siostrę, która z niezwykłą łatwością wydaje na świat kolejne pociechy oraz rozłąka z malutką Grace, którą musiała oddać jej biologicznej matce po sześciu cudownych dniach wspólnego życia.
   Dociera do uroczej Montevedovy, gdzie staje się obiektem zainteresowania osobliwego stowarzyszenia. Liga Owdowiałych Cerowaczek, bo o niej mowa, to motyw, który w całej książce podobał mi się najbardziej. Ten tajny klub zrzeszał w swych szeregach kilka mocno wiekowych pań, które postawiły sobie za zadanie łatać złamane serca. Klubowi przewodniczyły Violetta i Luciana, siostry Ferretti, właścicielki podupadającej cukierni, która, tak jak jej posiadaczki, lata świetności miała dawno za sobą. Pomysł Ligi Owdowiałych Cerowaczek, opisy zebrań, portrety charakterologiczne wdów i humor sytuacyjny przynależący do tej partii powieści to duży plus na jej korzyść. Przesympatyczne są wdowy z ich starczą gderaniną, przebiegłością, odpowiednio dozowaną zgorzkniałością, choć przede wszystkim dobrodusznością. Nostalgiczne i nastrojowe jest wspominanie przez nich lat, gdy kochały i były kochane; rozczula całowanie i przemawianie do portretów zmarłych ukochanych mężczyzn; wiara w przeczucie zwiastujące osobę ze złamanym sercem, objawiające się czuciem zapachu pomarańczy przez jedną z sióstr i bólem dużego palca u nogi drugiej nadaje książce nieco magiczną aurę.

   "(...) dziś nadszedł dzień, by te, które dobrze widzą miały oczy szeroko otwarte, te, które dobrze słyszą, nastawiły uszu, a te, które śpią, niech nie przerywają sobie drzemki"**
   Nie kryję, że nie jestem miłośniczką tego typu literatury - miłosne uniesienia, gorące romanse bohaterek i lukrowe zakończenia do mnie zdecydowanie nie przemawiają. A tu jest tak różowo i zakończenie - aż ocieka cukrem; jest szczęśliwe do granic przyzwoitości, momentami zakrawa wręcz na groteskę (przy jednym stole siedzą zdradzający i zdradzani, prawdziwi ojcowie, ojczymowie i gromadka ich dzieci i, o zgrozo, wszyscy są przeszczęśliwi... brrr). Jeśli chodzi o styl książki - nie ma się tu nad czym zbytnio rozwodzić, bo styl jest mocno popularny. Jedyne metafory, które wywoływały uśmiech na mojej twarzy to te używane przez członkinie Ligi, kiedy to staruszki porównywały leczenie złamanych serc do cerowania. Tak, to było proste i piękne w swej prostocie. Był jeden niespodziewany zwrot akcji, który mnie zaskoczył i ożywił fabułę, były momenty, kiedy w powieści dało się zaczytać, jednak uważam, że to pozycja raczej z sortu "dla nastolatek", chociaż osoby cokolwiek życiowo dośwadczone mogą ją czytać jako piękną, ale kompletnie pozbawioną odniesienia do rzeczywistości i prawdopodobieństwa życiowego bajkę.
Książkę otrzymałam do recenzji dzięki uprzejmości wydawnictwa Prószyński i S-ka
*s. 32.
**s. 33.
Wydawnictwo, miejsce i rok wydania: Prószyński i S-ka, Warszawa 2011.
Ilość stron: 280
Przekład: Bogumiła Nawrot
Moja ocena: 3/6

piątek, 18 marca 2011

"Każdy musi kroczyć wyznaczoną mu drogą"* - "Księga Nowej Drogi" - Joann Davis

   Mam wrażenie, iż ostatnimi czasy wśród autorów panuje "moda na przypowieści". Podstylizuję trochę swój tekst na Biblię, wplotę tu i ówdzie kilka głębokich cytatów, tam i siam wyłożę strzępy mglistej ideologii i ta dam!, będę miał arcydzieło - myśli sobie taki autor i pisze coś czemu do arcydzieła daleko, oj daleko. A zadatki były, ale trzeba by jeszcze nad tym przysiąść, trochę przygód wymyślić; wysilić się na coś nieco oryginalniejszego niż spotykani po drodze przez bohaterów ludzie (czyżby inspiracja "Małym Księciem" Exupery'ego?), którzy mają  sobie akurat tyle mądrości (przypadkowo oczywiście), że podzielą się z nią jeszcze z nimi... Nie, nie chodzi mi o to by kogoś tu objechać, ale wydawnictwo tak się rozmachało z szatą graficzną, że człowiek stawia poprzeczkę wysoko, a potem się rozczarowuje. Ot, kolejna przypowiastka...
   Fabuła zbudowana jest wokół wędrówki pasterza Jozue'go, dawnej służebnicy Elżbiety i jej podopiecznego Dawida, chłopca wydziedziczonego i okrutnie traktowanego przez ojca. Podróżują oni w poszukiwaniu enigmatycznej nowej drogi właśnie. Po co i dlaczego nie do końca wiadomo. No ale idą. Po drodze spotykają Bajarza, któremu opowiadają historie swego życia (opowieść Dawida zostaje uznana za zbyt smutną, wobec tego chłopiec musi opowiedzieć ją od nowa, by w jej świetle stać się osobą godną swej bajki, wielkoduszną i wspaniałomyślną, nieskażoną złem i niesprawiedliwością świata - zbyt idealistyczne jak dla mnie)... Spotykają Oriona Alchemika, Ślepca "widzącego uszami, odczuwającego rozumem i myślącego sercem", Obcego uosabiającego zło tego świata. W końcu autorka podsumowuje owe spotkania w sposób następujący:
   "Bajarz przypomniał Jozuemu o sile wytrwałości. Alchemik powiedział, że wszystko jest możliwe. Ślepiec ostrzegł, by nie dać się zwieść pozorom. Obcy zaś stanowił dowód, że - zaiste - wśród owiec czyhają wilki"**
 Moim skromnym zdaniem albo zupełnie bezcelowe w świetle takiego podsumowania było opisywanie przez połowę fabuły owych spotkań, albo książka pisana jest pod niewybrednego czytelnika, gdyż autorka zakłada, że przeczytawszy 100 stronic dużym drukiem nie pamięta on już o czym czytał. Ale mniejsza o to...  Każdy z tych napotkanych ludzi coś tam słyszał o poszukiwaniu Nowej Drogi i niczym mantrę powtarza jaka to nie jest trudna i mordercza misja, jakiej to wielkiej odwagi i siły nie wymaga. Ostrzeżenia te zostają jednak w świetle punktu kulminacyjnego powieści zawieszone w próżni, gdyż jak się okazuje nakłady sił  małego chłopca i... oślicy okazały się w zupełności wystarczające, aby wydobyć skarb z groty. Później pojawia się motyw tajemniczego zakonu krzewiącego na świecie owładniętym złem radosną nowinę zawartą w Prawie Zastępowania... Na czym ono polega? Na tym (cytat to modlitwa odnaleziona w dzbanie, którego odszukanie wieńczy podróż bohaterów):
   "Uczyń mnie narzędziem Twego pokoju, Tam, gdzie nienawiść - pozwól mi siać miłość, gdzie krzywda - przebaczenie, gdzie zwątpienie - wiarę, gdzie rozpacz - nadzieję, gdzie mrok - światło, tam gdzie smutek - radość. Albowiem dając - otrzymujemy, przebaczając - rodzimy się do życia wiecznego. Na tym bowiem opiera się Prawo Zastępowania"***
   No więc reasumując wzięłam i się tą książką zawiodłam... Zawiodłam się, bo po intrygującym i osnutym na motywie tajemniczej księgi znalezionej w domu odkupionym od zmarłego profesora literatury klasycznej zaostrzyłam sobie ząbki; zawiodłam się, bo wyłowiłam wiele ciekawych motywów i nurtów, jak choćby franciszkanizm, forma przypowieści, zgrabne porównania biblijne, opowieści z morałami czy nawet konstrukcję szkatułkową z opowiadaniami bohaterów odbiegającymi od głównej fabuły. Ale jakieś takie to wszystko pobieżne, niedopracowane, pisane mam wrażenie naprędce. Takie zbyt proste... Nie mniej jednak wydawnictwu należą się wielkie brawa za szatę graficzną, bardzo starannie i klimatycznie wydana książka. 
*s. 79.
**s. 103.
***s. 136.
Wydawnictwo, miejsce i rok wydania: Prószyński i S-ka, Warszawa 2009.
Ilość stron: 169.
Przekład: Anna Maria Nowak
Moja ocena: 3/6.