Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przeczytać Europę. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przeczytać Europę. Pokaż wszystkie posty

sobota, 30 kwietnia 2011

"Nie zrozumiesz tego. Nie jesteś Turkiem"* - "Zabójca z miasta moreli. Reportaże z Turcji" - Witold Szabłowski

   Ta książka uratowała mi życie. Dosłownie, bo gdybym jej nie miała, najpewniej umarła bym z nudów na 2,5 godzinnych wykładach z niezbyt mnie interesującego przedmiotu. A tak zleciało jak z bicza strzelił. Podczas gdy mój profesor objawiał nam kulturę regionu, ja również zgłębiałam kulturę, tyle, że Turcji. Kolejnym dowodem na to, jak wciągające są reportaże Szabłowskiego niech będzie fakt, że czytałam książkę w autobusie, czego z reguły nie robię. 
  Reportaże Szabłowskiego mają klimat polsko - tureckich pogawędek przy piwku, choć niejednokrotnie dotyczą one trudnych spraw i tematów ocierających się o tabu. Dawno nie czytałam rzeczy tak panoramicznej zarówno pod względem wachlarza poruszanych aspektów, jak i rozmaitych na ich temat poglądów. 
   Szabłowski to może nie tyle profesjonalny reporter, co wielki pasjonat kraju o którym pisze. I może dlatego tak dobrze się to czyta. Autor ma dystans do siebie oraz do swoich rozmówców, nie ocenia, nie szufladkuje, po prostu słucha i gawędzi. Styl Szabłowskiego jest dość specyficzny - ma się wrażenie, iż to ciebie właśnie praży tureckie słońce, że to ty właśnie patrzysz na opisywane budowle, że widzisz łzy ocalonych od honorowych zabójstw kobiet; nie wyczuwa się niemalże papieru i tuszu, tak żywa i spontaniczna jest narracja w "Zabójcy...".
   Odkrywanie Turcji zaczynamy od poznania sylwetki niejakiego Nazima Hikmeta, słynnego tureckiego poety ( "Dla tureckiej poezji Hikmet jest Rejem, Kochanowskim i Mickiewiczem" - s. 21.) oraz łamacza niewieścich serc. Autor nie omieszkał skrupulatnie prześledzić jego genealogii i znalazł, a jakże, polskie korzenie - otóż pradziad Nazima nazywał się Borzęcki... Bierzemy udział w wielowiekowej dyskusji będącej owocem tureckiego pragnienia podziwu ze strony innowierców, której obiektem stała się Hagia Sophia i kolejne próby coraz to nowych architektów ukierunkowane na przyćmienie jej wielkości - żadnemu jak dotąd się to nie udało. Szabłowski zagląda Turkom do ich małżeńskich alków. Małżeńskich, ale też i przedmałżeńskich. I pyta: Co z tym seksem? Sprowokowani wyłuszczają przed czytelnikiem swój kulturowy absurd w tej materii - młody Turek niczego nie pragnie bardziej niż zbliżeń, jednak żaden z obywateli tego kraju nie poślubi nie-dziewicy. Seks to w ogóle w Turcji temat tabu, ale jak zacząć jątrzyć to wychodzą na jaw problemy z impotencją spowodowane "syndromem obrzezańca" (kojarzeniem wszystkiego co wiąże się z tym męskim narządem z bólem będącym wspomnieniem tego tradycyjnego rytuału), ponadto edukacja seksualna jest w tym kraju tak niesamowicie kulejąca, iż promocji prezerwatyw oraz zasadności ich użycia dokonuje się takimi słowami:
   "<<To jest wasz petlican, bakłażan>>. Tak na wsiach mówi na męski narząd. <<To, co z niego wylatuje, to mali Kurdowie. Jeśli mały Kurd wejdzie do brzucha waszej żony, będziecie mieli dziecko>>. (...) Nakładam na banana prezerwatywę i mówię: tu możecie złapać małych Kurdów. I jeszcze ich podpuszczam: ale tylko prawdziwy mężczyzna potrafi łapać dobrze!"**
   Turcja to kraj absurdów - największym kompleksem tego kraju jest jej zagadkowe położenie, bo to taka ni to Europa, ni to Azja. Turcy by woleli, żeby była bardziej Europa i dlatego pieczołowicie pretendują do członkostwa w Unii. W imię tego  nawet doszło do sytuacji, gdy kojarzące się z konserwatywną Turcją chusty zakrywające wszystko prócz kobiecych oczu zostały zakazane i aby móc je nosić trzeba z Turcji wyjechać, podobnie rzecz ma się z tradycyjnym męskim ubiorem wypartym przez bardziej europejskie garnitury. Jednak to nie zewnętrzna warstwa kulturowych insygnii oddala Turcję od europejskiej utopii - czymś, co nie da się zdjąć równie łatwo jak przestarzały i prymitywny czador jest zakorzenione głęboko w tureckim umyśle przekonanie o konieczności dokonania zbrodni honorowej, jako zadośćuczynienia za splamienie honoru. Przy czym jako podstawę do zamordowania młodej dziewczyny niejednokrotnie wystarczy okrutna, kąśliwa plotka. Szabłowski pyta Turków po prostu : dlaczego? i oto czego się dowiaduje; na pytanie co zabójca powiedziałby teraz swojej ofierze (siostrze, żonie, córce) odpowiadają:
   "Powiedziałbym, że ją kocham. Ze zrobiłem to, co musiałem. I wiem, że mnie zrozumie"***
Zbrodnie honorowe są palącym problemem Turcji, który, jak dowodzi autor nie szybko zostanie wyeliminowany, ponieważ wszelkie organy, które potencjalnie w każdym innym państwie mogłyby udzielić pomocy skazanej kobiecie składają się z mężczyzn przesiąkniętych identycznym światopoglądem, co niedoszli zabójcy; posądzone dziewczyny nie mogą więc liczyć na pomoc znikąd. W ogóle, jak pisze Szabłowski, kobiety nie mają w Turcji wesoło - legalna prostytucja niszczy życie wielu młodym kobietom, które mężowe niczym rzeczy sprzedają do agencji, a policja zamiast je wspomóc udaremnia im ucieczkę odwożąc do pracodawcy, który dotkliwie perswaduje im kolejne próby. Wieczorem ci sami policjanci przychodzą aby z ich usług skorzystać, a szefowie dają im jeszcze zniżkę w nagrodę. Swoje historie opowiedziały panu Witoldowi Saliha Ermez i Aysa Turkukcu, czytając je włos się na głowie jeży, a usta otwierają ze zdziwienia, iż takie rzeczy dzieją się na świecie na mocy prawa. A gdy jeszcze się doczyta, iż kobiet tych wyparły się rodzone córki, łza kręci się w oku. I nie jest to jakiś melodramatyzm, a życie właśnie, suche słowa, same fakty. 
   Kolejnym kompleksem Tureckim są trupy wyrzucane na brzegi pięknych kurortów wypoczynkowych. Szabłowski wyjaśnia, skąd się tam wzięły - to zwłoki nielegalnych imigrantów z ogarniętego wojną Iraku, usiłujących przedostać się za wszelką cenę do oazy spokoju, jaką jawi im się Turcja Władze biorą sobie za punkt honoru udaremnienie im ucieczki posuwając się nawet do zatapiania łodzi czy strzelania do tych ludzi. Powstał nawet specjalny zawód "czyściciela", który wyrusza przed świtem, by oczyścić rajskie plaże z tego rażącego oczy wczasowiczów widoku.  
   Zapewne zastanawiacie się kim jest ów tytułowy zabójca... Kojarzycie zapewne zamach na Jana Pawła II? No więc właśnie o jego niedoszłym zabójcy tu mowa. O Adanie Agcy i jego czynie rozmawia Szabłowski z rodziną Turka -  wysłuchuje usprawiedliwień, jakimi sypią na jego obronę, dowiaduje się, iż według samego Adana, zastrzelenie papieża miało być misją do której powołały go niebiosa. A potem słucha historii człowieka urzeczonego dobroci papieża ("Wiem, że bardzo za nim tęskni" s.181 - kwituje jego adwokat). 
byebyebusha - czyli wydarzenia, jakim było rzucenie w prezydenta USA odwiedzającego Turcję butem. Anegdota, nie anegdota, ocena samego zdarzenia to jedno, ale biznes, jaki się rozkręcił w przemyśle obuwniczym to zgoła odmienna kwestia. Wiele fabryk rościło sobie prawa do owego modelu, jednak patent na niego miał nie kto inny jak Ramazan Baydan. Odtąd jego szajsowate obuwie sprzedawało się świetnie, cóż, lepszej reklamy mieć nie mogło.
    Reportaże Szabłowskiego niczym mozaika układają się w całość błyszczącą przeróżnymi odcieniami tureckiej kultury. To takie przesiane przez sito reporterskiej selekcji odłamki tureckiej duszy. Smaczku książce dodają fotografie z różnych miejsc tamtej egzotycznej ziemi, ma której stopa autora "postała".  

*s. 64
**s. 62
***s.102
Fotografie pochodzą z internetu (źródło).
Wydawnictwo, miejsce i rok wydania: Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010.
Ilość stron: 206
Moja ocena: 4/6
Seria: Reportaż
Wyzwanie: Reporterskim okiem

niedziela, 19 grudnia 2010

"Być może w czasie świąt bardziej jesteśmy podobni do aniołów niż w innych porach roku?"* - "W zwierciadle, niejasno..." - Jostein Gaarder

   Niespodziewany gość, dla którego zwyczajowo pozostawia się wolne miejsce i nakrycie przy stole, niekiedy może przyjść do nas w nieco innej postaci. Wiadomo - Boże Narodzenie to czas cudów i magii. Jeśli jakaś bezwłosa postać o bosych nogach przycupnie na parapecie Waszego okna w wigilijną noc, to prawdopodobnie będzie to anioł chcący podyskutować z Wami mimo późnej pory o ludziach, życiu i dziele stworzenia... Poczęstujcie go może pierniczkiem czy innym makowcem, ale uwaga - jeśli macie więcej niż "naście" lat, jest bardzo prawdopodobne, iż jego mądrości wydadzą Wam się nieco nudnawe...
   Akcja książki rozgrywa się w Norwegii, a główną bohaterką jest mała dziewczynka Cecylia Skotbu, która podczas swojej choroby prowadzi z filozoficzne rozmowy z aniołem Arielem. Niestety nie zdobyła ona mojej sympatii - dziewuszysko z niej bowiem rozpieszczone, zafochane na cały świat i dość egocentryczne; choć może jej ciężka choroba po części usprawiedliwia te zachowania. Piękna natomiast jest miłość dziewczynki do młodszego brata Lassiego.
   Dziewczynka pozostaje unieruchomiona w swym pokoju na piętrze, podczas gdy na parterze domu odbywają się święta Bożego Narodzenia. Atmosfera świąt udziela się małej Cecylce jedynie dzięki docierającym do niej zapachom i odgłosom, a także zdającemu jej relację z poczynań domowników bratu. 
   Cecylka nie nudzi się jednak - kiedy tylko domownicy udają się na zasłużony wypoczynek do jej pokoju wdziera się sam anioł. Ariel nie jest typowym aniołem z stereotypowych wyobrażeń utrwalonych w kulturze i sztuce. O tym zresztą zdążymy się dokładnie i szczegółowo przekonać, gdyż większą część książki stanowią właśnie rozważania dwójki bohaterów odnośnie różnic i podobieństw między ludźmi a aniołami (w wersji Gaardera). Rozważania tak szczegółowe, że autor za niezbędne uznał przeanalizowanie na tym polu wszystkich zmysłów. Możemy również poznać koncepcję autora dotyczącą olbrzymiej roli dzieciństwa w dziele stworzenia (Bóg stworzył rzekomo Adama i Ewę, jako małe, raczkujące po raju i bawiące się w nim dzieciaki), czy nowej wizji Boga - istoty niewszechmocnej, pozbawionej patosu i dalekiej od swego wizerunku w ludzkich wyobrażeniach. 
   Gaarderowska koncepcja byt ziemskiego człowieka zbyt optymistyczna nie jest:
   "To wy dla nas jesteście cieniami, Cecylio, a nie odwrotnie. Przychodzicie i odchodzicie. To wy nie trwacie. Pojawiacie się nagle i za każdym razem, kiedy nowo narodzone dziecko kładzie się na brzuchu matki, jest to równie cudowne. I tak samo nagle znikacie. Bóg puszcza was jak bańki mydlane."**
   Pojawiają się również rozważania dotyczące sensu istnienia i zagospodarowania wszechświata, a raczej są to tezy wysuwane przez samego Ariela, nie podlegające większej dyskusji. Kosmos to mianowicie miejsce swawoli i rozkoszy niezliczonych aniołków, które  siedząc sobie na planetach i rozmyślając obserwują ziemię i ludzi (ziemia wiruje oczywiście li i jedynie po to, by im tę obserwację usprawnić), tudzież śmigają sobie w najlepsze na kometach, niczym dzieci na zjeżdżalni. Słońce natomiast:
   "(...) nie świeci samo z siebie. Jest tylko zwierciadłem, któremu światła użycza Bóg."***
   Książka niestety mnie wynudziła niesamowicie. Jedyne co mnie jakoś przy niej zatrzymało to śladowe fragmenty magii  - tej świątecznej ale nie tylko. Bardzo sympatyczny jest fragmenty gdy Ariel podczas nocnych eskapad z Cecylią na narty i sanki demonstruje swe anielskie zdolności jak np. przechodzenie przez pnie drzew czy kroczenie po popękanej tafli jeziora. Zakończenie utworu jest dość melancholijne, choć nie da się ukryć, iż zaskoczeniem nie jest.
*s. 97.
**s. 66.
***s. 139.
Wydawnictwo, miejsce i rok wydania: Jacek Santorski & CO Wydawnictwo, Radom 1998.
Ilość stron: 191.
Przekład: Iwona Zimnicka
Ilustracje: Radowit Dąbrowski
Moja ocena: 3/6
Wyzwanie: Znalezione pod choinką

sobota, 11 grudnia 2010

"Granat (...) był i pozostanie przede wszystkim owocem nadziei"* - "Zupa z granatów" - Marsha Mehran

   Jak w garnku bulgoczą rozmaite składniki, często na pozór ze sobą kontrastujące w rzeczywistości uzupełniające się i tworzące wspólnie niezapomniane smakowe wrażenie, tak w powieści Mehran zestawienie na pozór odległych od siebie motywów i wątków dało powieść wciągającą, wykwintną i pozostawiającą po sobie apetyt na jeszcze. Trzy szczypty irańskiej egzotyki wymieszać z irlandzką charakternością i rubasznością, dodać trochę rewolucyjnej goryczki i miłosnych zawirowań. Gotować przez 294  stron, stopniowo doprawiając arkanami kulinarnej sztuki wschodu. Doprawić realizmem magicznym do smaku. Mi smakowało; ba, odkryłam niewątpliwie kolejną ulubioną potrawę.
  Do sennego, irlandzkiego miasteczka Ballinacroagh, gdzie życie toczy się swym ustalonym, od dawna niezmiennym torem, zjeżdżają ni stąd, ni zowąd trzy orientalne piękości. Siostry Amnipur - Mardżan, Bahar i Lejla - słynące z magicznej niemal umiejętności przyrządzania potraw, wzbudzają skrajne uczucia w mieszkańcach miasteczka, których życie wywracają niemal do góry nogami swą decyzją o otworzeniu restauracji Cafe Babilon w lokalu, gdzie niegdyś znajdowała się ciastkarnia Włocha Delmonico.
   Mnie w książce Mehran ujęła umiejętność kreślenia postaci. Nikt tu nie jest w tle, każdy ma dopisaną historię swego życia, przemyślaną i ciekawą; każdy ma indywidualną, złożoną i orginalną osobowość. Zauważyć się daje również zasada kontrastu, jaką kieruje się autorka kreując trzy główne bohaterki na istoty piękne, delikatne wręcz eteryczne, co wyróżnia je na tle groteskowych, karykaturalnie zarysowanych irlandzkich bohaterów. Dodatkowo Iranki to postaci raczej tragiczne, podczas gdy Irlandczycy sprawiają wrażenie wyjętych z komediowej farsy - nawet ich zawały serca, choroby czy śmierć nie są pozbawione pewnej dozy komizmu i karykaturalności.
    Z każdej strony "Zupy..." wydobywa się, dający się niemal strzepywać magiczny pył. Między literkami wędrują krasnoludki (o ich istnieniu jest święcie przekonany sprzedawca, który daje sobie wmówić, iż to skrzaty właśnie, a nie krnąbrni bliźniacy, podbierają mu piwo, obiecując zapłacić na świętego nigdy). Mardżan wspomina też magię letnich wieczorów w rodzinnym Teheranie, kiedy członkowie rodziny wynosili na dach poduszki i barwne tkaniny, i omotawszy się tym czarodziejskim otoczeniem usypiały kołysane do snu opowieściami o baśniach Szecherezady.
   Mehran zarysowuje również starannie tło kulturowe i społeczne dwóch opisywanych w powieści krajów; przybliża je czytelnikowi opisując funkcjonujące w każdym z nich legendy i zwyczaje. Pisze na przykład o społeczności druciarzy mieszkających w wędrownym obozowisku nieopodal Ballinacroagh - byli to Romowie, posługujący się łamanym językiem, trzymający na społecznym marginesie częściowo z własnego wyboru, utrzymujący się z żebraniny. Przywołuje również legendę o patronie Irlandii, świętym Patryku i górze nazwanej jego imieniem - podczas wspinaczki na nią świętego otoczyło stado diabłów, pod postacią kosów; dzięki żarliwej modlitwie święty stawił opór szatańskim zakusom na swą duszę. 
   Nie brak też w książce dygresji będących wykładami mądrości wschodu dotyczących mocy ziół, przypraw i konkretnych potraw z nich przyrządzonych. Jedzenie ma tu o wiele większą moc, niż powszechnie nam znane dostarczanie energii. Kardamon i migdały na przykład miały tak silną moc miłosnego oszałamiania, iż władca z dynastii Achemenidów zauroczony ich aromatem zorganizował w swym pałacu 69 miłosnych nocy. Jedzeniu przypisuje Mehran również właściwości studzenia zbyt gorących temperamentów (zwanych garm) za pomocą zimnych pokarmów - jak np. ryby, jogurt, arbuzy czy soczewica; oraz rozgrzewania chłodnych - sard, jedzeniem gorącym - cielęcina, fasola mung, figi. Z kronikarską dokładnością i zaangażowaniem pasjonatki opisuje też autorka charakterystykę poszczególnych komponentów orientalnej kuchni. Przywołam tu tytułowy granat - owoc symboliczny (zupa z tego owocu uratowała dwukrotnie młode Iranki z poważnych opresji):
   "Granat - jabłko grzechu pierworodnego, owoc dawno utraconego raju - chroni się w skórzanym karminowym pancerzu, stosowanym za czasów rzymskich jako łuska ochronna.  Wystarczy jednak obrać go z gorzkiej skóry, a ukaże szczęśliwemu łasuchowi soczyste purpurowo-granatowe wnętrze, którego eksplozja w ustach jest jak spełnienie aktu miłosnego."** 
   Smaki i zapachy przenoszą młode Iranki w krainę swych lat dziecinnych, Teheran. Jednak najczęściej są to wspomnienia bolesne, które rozdrapują niezbyt jeszcze zabliźnione rany. Siostrom Amnipur przyszło żyć w owładniętym rewolucyjną krwawą zawieruchą Teheranie. Ludzie, z którymi się stykały, uwikłali je w walkę o sprawy które w rzeczywistości były dla nich jedynie pustymi sloganami. Przywdziewały czarne czardory, wykrzykiwały hasła postulujące śmierć Zachodu i Ameryki, która była według rewolucjonistów synonimem zepsucia i odejścia od ich narodowych tradycji. Studenci organizowali marsze przeciw reżimowi szacha, które to demonstracje były krwawo tłumione; wspominają masakrę zwaną Czarnym Piątkiem, kiedy miejski Plac Żale spłynął krwią demonstrantów mury tworzących go budynków upstrzone zostały krwawymi odciskami dłoni mnóstwa ofiar tej jatki. Z Iranu dwie starsze siostry wyniosły oprócz przerażających wojennych wspomnień, również złamane serca - Mardżan przeżyła prześladowania i tortury w imię swego uczucia, Bahar natomiast skazana została na życie w cieniu bezustannego lęku przed mężem tyranem. 
   "Zupa z granatów" to piękna i mądra książka o szukaniu - szukaniu swego miejsca na świecie, szukaniu spokoju i szczęścia, szukaniu miłości i zrozumienia oraz samego siebie. Często okazuje się, ze to czego szukamy jest tuż obok, tylko nie potrafimy sobie tego uświadomić. Polecam gorąco.
   I jeszcze coś dla tych, którzy chcieliby zaaranżować sobie swoje własne Cafe Babilon i przekonać się czym młode Iranki podbiły żołądki i trafiły do skutych lodem Irlandzkich serc:) Smacznego: 
Zupa z granatów
2 duże posiekane cebule
2 łyżki oliwy z oliwek
1/2 szklanki żółtego łuskanego grochu, 
dwukrotnie opłukanego
6 szklanek wody
1 łyżeczka soli
1/2 łyżeczki mielonego czarnego pieprzu
1 łyżeczka kurkumy
2 szklanki posiekanej natki pietruszki
2 szklanki posiekanej świeżej kolendry
1/4 szklanki posiekanej świeżej mięty
1 szklanka posiekanych szalotek
1/2 kg mielonej jagnięciny
3/4 szklanki ryżu,
dwukrotnie opłukanego
2 szklanki soku z granatów
1 łyżka cukru
2 łyżki soku z cytryny
2 łyżki sproszkowanej anżeliki
   W wysokim garnku obsmażyć cebulę na złoty kolor. Dodać łupany groch, ryż, wodę, sól, pieprz i kurkumę, doprowadzić do wrzenia. Dusić na wolnym ogniu przez 30 minut. Wsypać nać pietruszki, kolendrę, miętę i szalotki. Dusić następne 15 minut. Z mięsa ulepić średniej wielkości klopsy, włożyć do garnka wraz z resztą składników. Dusić pod przykryciem przez 45 minut.
***
Fesendżun
1/2 kg posiekanych orzechów włoskich
oliwa z oliwek
1 i 1/4kg piersi kurczęcia bez skórki i pokrajanej w kostkę
3 duże cebule, pokrajane w talarki
6 łyżek przecieru z granatów rozpuszczonego w 2 szklankach gorącej wody
1/2 łyżeczki soli
1/2 łyżeczki mielonego czarnego pieprzu
1 łyżka cukru
2 łyżki soku z cytryny
    Orzechy mleć w mikserze przez minutę a następnie obsmażać na oliwie przez 10 minut, nie przerywając mieszania. Odstawić. Pokrajanego kurczaka z cebulą obsmażyć w głebokim rondlu na złoty kolor. Dodać orzechy, przecier z granatów i pozostałe składniki. Doprowadzić do wrzenia. Zmniejszyć ogień i dusić pod przykryciem przez 45 minut albo dopóki sos z granatów nie zgęstnieje.
*s. 294.
**s. 226.
Wydawnictwo, miejsce i rok wydania: Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2009.
Ilość stron: 294.
Przekład: Jolanta Kozak.
Moja ocena: 5/6.
Seria: z miotłą

wtorek, 7 grudnia 2010

"Lubie mojego tatę, ale nie lubię kiedy mnie bije i zadaje mi ból"* - "Tatusiu, proszę nie" - Stuart Howarth

   "Tatusiu proszę nie" to bardzo trudna, przytłaczająca wręcz ciężarem zawartych w niej treści książka. Fakt, iż historia, którą opowiada w niej czytelnikowi autor wydarzyła się naprawdę sprawiał, iż niejednokrotnie miałam łzy w oczach i ciarki na myśl o okropieństwach do jakich zdolni są ludzie. I to w imię czego? Własnego widzimisię, czy może raczej zaspokojenia chorego popędu. Zdumiewa ludzka brutalność, ale równie wielkie zaskoczenie powoduje fakt jak silne jest małe dziecko; ile ma w sobie mocy i samozaparcia maleńki chłopczyk, który znosi wyrafinowaną przemoc i nieludzkie upodlenie wciąż mając nadzieję, że tatuś w końcu będzie go kochał...
   Stuart Howarth urodził się w roku 1968 w Anglii. Miał dwie starsze siostry: Shirley (cierpiącą na rozszczep kręgosłupa i unieruchomioną na wózku inwalidzkim) oraz Christinę. Jego życie już od samego początku naznaczone było skrajną nędzą - dzieci z braku łóżeczka spały w szufladzie, nosiły ubrania skradzione ze sznurów z praniem, cierpiały bezustanny głód, musiały żebrać o jedzenie czy w końcu były świadkami pijackich libacji w swoim domu. Rodzina Stuarta była do tego stopnia dysfunkcyjna i niezdolna do zapewnienia dzieciom podstawowych potrzeb, że chłopczyk za wspaniałe miejsca uważał szpital czy szkołę - tam czuł się kochany, bezpieczny, interesowano się nim tam. Dzieci były zaniedbane, miały wszy i robaki. Jednak przyczyną ich prawdziwego dramatu był ich ojczym.
   David Howarth został adopcyjnym ojcem dzieci wskutek lekceważenia i niekompetencji sądu. Kiedy tylko za wychodzącą do pracy matką zamykały się drzwi chłopczyk i jego dwie siostry przeżywali swą codzienną gehennę poniżania, dręczenia psychicznego (wygłodniałe musiały patrzyć jak ojciec zajada się ciastkami, których im nie wolno było ruszyć), bicia i zastraszania. Ojczym więził dzieci, torturował je, W końcu zwyrodniały tata nie zawahał się też zafundować im przeokrutnego i upadlającego molestowania seksualnego.
   Książka opowiada o naturze mechanizmów, jakim poddawane są ofiary przemocy i molestowania, zwłaszcza dzieci, które nie znają innego modelu życia. Wydaje im się, iż przyczyna zła, które staje się ich udziałem leży w nich samych, w ich złym zachowaniu. Poza tym myślą, iż nie ma innego życia, że w każdym domu jest tak samo i że to normalne.
"Zawsze chciałem być dobrym chłopcem, żeby rodzice mnie kochali. Dlatego nigdy nie powiedziałem nikomu z zewnątrz o tym, co się u nas dzieje. Zakładałem, że w innych domach jest tak samo i ze nikogo nie będzie to obchodzić. Powiedzą mi tylko, żebym przestał być taki niegrzeczny."**
   Jedyną metodą funkcjonowania było dla Stuarta zapominanie o wszystkim, co widział. A widział rzeczy przerażające: był świadkiem zrzucenia swojej młodszej siostry Clare ze schodów przez ojca, bo denerwował go jej płacz; widział ojca molestującego jego starsze siostry, uprawiającego seks ze zwierzętami oraz maltretującego je.
   "Im bardziej tata nade mną się znęcał, tym częściej powtarzałem w myślach: "Proszę, tato, nie", ale on nie przestawał, nigdy mi nie odpuszczał. Zmieniał się, z dnia na dzień stawał się coraz bardziej zły i zagniewany, coraz bardziej mną zniesmaczony. Wiedziałem, że jestem paskudny, bo to też ciągle mi mówił. Rozumiałem, że dlatego moim rodzicom tak trudno mnie kochać, ale nie wiedziałem, co zrobić, by stać się lepszym i godnym ich miłości."***
   Poza tym zgubny był fakt społecznego postrzegania zwyrodniałego ojca - dla mieszkańców miasteczka ojczym Stuarta był dobrym ojcem, żywicielem rodziny, mężem, który przygarnął kobietę wraz z trójką dzieci, w tym jednym niepełnosprawnym.
   Nawet kiedy koszmar rodziny Stuarta dobiegł końca w psychice chłopca a później młodzieńca pozostały ślady tak dotkliwe, iż rzutowały na całe jego późniejsze życie, uniemożliwiając normalne funkcjonowanie w społeczeństwie, tworzenie szczęśliwej rodziny. Dorosły Stuart popadł w alkoholizm, nie stronił też od narkotyków; pasjonował się hazardem. Nie był w stanie czerpać przyjemności ze zbliżeń ze swoją żoną ani być dobrym ojcem dla swoich dzieci, które w rzeczywistości kochał nad życie. Podobne katusze niemożności przystosowania się do życia przeżywała również jego siostra Christina, popadając w ciągłe depresje i nie umiejąc panować nad emocjami do tego stopnia, iż zaatakowała męża nożem.
"Mój umysł i ciało należały do dorosłego mężczyzny, ale emocjonalnie wciąż czułem się małym chłopcem."****
   Stuart dokonywał samookaleczeń, ciął sobie nadgarstki, wpadał w furię tracąc panowanie nad sobą; miewał też niejednokrotnie myśli samobójcze, kończące się nieudanymi targnięciami na własne życie. Jedynym lekiem mogła być konfrontacja z przeszłością, z ojczymem; wyjaśnienia i rozmowa mogłyby przynieść bardzo terapeutyczny skutek i może nie wyleczyć mężczyznę, ale pozwolić mu zamknąć pewien etap życia. Zakończyła się ona jednak tragicznie i Stuart trafił do więzienia.
   Tam od nowa przyszło mu zmagać się z nieprzychylną rzeczywistością kierującą się jedynie prawem silniejszego. Bohater opowiada o zniewagach i poniżeniu jakie musiał znosić, o wyższości strażników, którzy rażąco nadużywali własnej władzy, wyładowując frustracje pod przykrywką prawa. Wiedząc o przeszłości więźnia, o jego doświadczeniu molestowania w dzieciństwie uprzykrzali mu żywot licznymi i nadgorliwymi osobistymi rewizjami; nie szczędzili też komentarzy i uwag, posuwając się nawet do zapytania go, czy to co robił z nim tatuś mu się podobało.
   Stuart podołał przeciwnościom losu głównie dzięki oddaniu i miłości swojej dziewczyny Tracey, oraz wsparciu ze strony matki i sióstr. Jednak jego świadectwo jest swoistym apelem i przykładem do czego może doprowadzić znęcanie się nad dzieckiem w dzieciństwie. Cierpi potem nie tylko ono, ale cień jego przeszłości kładzie odbija potem swój destrukcyjny wpływ na całym jego otoczeniu, na tych, których pokocha. Stuart apeluje do czytelników:
"Dzieci trzeba uczyć, co oznacza niestosowne zachowanie. Trzeba im mówić o tym w szkole, na lekcjach wychowania seksualnego. Nie wystarczy powiedzieć: "nie rozmawiaj z obcymi", bo większość ofiar dobrze zna swoich dręczycieli. Zazwyczaj należą oni do rodziny, mają nad dziećmi jakąś władzę, cieszą się ich zaufaniem. Dlatego tak trudno zrozumieć, że to, co im ludzie robią, jest złe."*****
*s. 43.
**s. 51.
***s. 42.
****s. 116.
*****s. 232.

Wydawnictwo, miejsce i rok wydania: Hachette, Warszawa 2010.
Ilość stron: 240.
Przekład: Maria Frączak, Roboto Translation
Seria: pisane przez życie
Moja ocena: 5/6

niedziela, 28 listopada 2010

"Uczuciem osamotnienia można się podzielić tylko z tymi, którzy doświadczyli w życiu tego samego"* - "Śladami drzewa sandałowego" - Asha Miró i Anna Soler-Pont

   Ta książka to prawdziwy misz-masz, zarówno kulturowy, historyczny jak i geograficzny. Akcja powieści w różnych swych etapach rozgrywa się na trzech kontynentach: w Azji, Afryce i Europie. Wraz z bohaterami powieści znajdujemy się raz w Bombaju, raz w Addis Abebbie, kiedy indziej w Barcelonie czy na Kubie. Powieść wprawdzie jest fikcją literacką, lecz autorki nie ukrywają, iż inspiracją byli dla nich prawdziwi ludzie i autentyczne historie ich życia. Książka pokazuje nam w piękny sposób fakt, iż świat jest mały i potwierdza porzekadło, że góra z górą się nie zejdzie, ale człowiek z człowiekiem może. Mimo różnic kulturowych i ogromnej odległości. Jest też kroniką drogi jaką człowiek musi przebyć po świecie, aby dotrzeć... w głąb siebie.
   Książka składa się z trzech części: w pierwszej zarysowane są losy trojga dzieci: Solomona, Muny i Sity. Dzieciństwo Solomona przypadło na okres etiopskiej rewolucji mającej na celu obalenie rządów Hajle Sellasje (1974 rok). Wraz z chłopcem jesteśmy świadkami strajków i demonstracji ludności pragnącej wyrwać się spod jarzma cesarskiego terroru i ucisku, umierających dotąd z głodu. Kiedy podczas wojennej zawieruchy ginie na froncie jego ojciec, niewiele starsza siostra podejmuje decyzję o skorzystaniu z rządowego programu pomocy sierotom i odsyła chłopca wraz z innymi małymi Etiopczykami na stypendia na Kubę. Odbywamy więc z Solomonem kilkudziesięciodniową tułaczkę niezliczonymi środkami transportu (od autokaru począwszy na statku "Africa-Cuba" skończywszy), która, zwieńczona chorobami, wycieńczeniem czy nawet  śmiercią gruźliczą wielu małych podopiecznych, dostarcza ich w końcu ku portom przeznaczenia. Tu mają otrzymać dach nad głową i edukację.
  Poznajemy też dwie młodziutkie Hinduski, Munę i Sitę. Kiedy zostały osierocone, a ich wychowaniem zajęło się wujostwo, jedenastoletnia Muna musiała wykonywać karkołomne, często przekraczające jej wytrzymałość prace, zajmowała się też malutką siostrą. Wkrótce jednak ich drogi się rozeszły - Sitę oddano do sierocińca, Muna natomiast została sprzedana (!) do niewolniczej pracy w fabryce dywanów (proceder ten był częstokroć dokonywany mimo woli matek; dzieci pracowały całe dnie, znęcano się nad nimi fizycznie przy braku wydajności). Wkrótce jednak szczęście uśmiechnęło się do dziewczynki, odsprzedano ją pewnej bogatej rodzinie jako służącą; trafiła tam pod opiekę życzliwej Chamki. Sita natomiast po pobycie w sierocińcu, gdzie przeżywała wielkie problemy adaptacyjne owocujące odrzuceniem i nienawiścią ze strony innych dziewczynek, oraz bezustanną tęsknotą za życiem w pełnej rodzinie, zostaje odesłana do chcącego ją adoptować, zamieszkałego w Barcelonie małżeństwa. 
   Druga część przenosi nas w czasie o trzydzieści lat. Dzieci stały się dorosłymi, jedne ułożyły sobie życie, inne wciąż szukają sensu swej egzystencji. Do jednych los się uśmiechnął, innym wciąż rzuca kłody pod nogi. Nie ma już zagubionych, bezbronnych dzieci - ich miejsce zajęła gwiazda Bollywoodzkiego kina, architekt i lekarz. Są od siebie skrajnie różni, jedno co ich łączy to bezustanne poszukiwanie prawdy o sobie i potrzeba powrotu do korzeni. 
   "Solomon (...) tęsknił za zapachem palonej kawy, świeżo ściętego drewna eukaliptusa i palonego drzewa sandałowego".**
   Autorki dołożyły wielu starań, aby przybliżyć czytelnikowi niby ukradkiem dynamiczność przemian politycznych, społecznych i gospodarczych oraz skutki, jakie te przemiany niosą dla ludności te kraje zamieszkującej. Anna Soler-Pont, jest założycielką agencji literacko-filmowej skupiającej swe działania na zagadnieniach dotyczących międzykulturowych relacji; ukazuje więc też w książce ważki problem przenikania i mieszania się kultur oraz trudności adaptacyjnych, jakie temu nierozłącznie towarzyszą. Autorki wskazują też, szczególnie w trzeciej części, która ma formę wiadomości mailowej Sity z Etiopii do swej barcelońskiej przyjaciółki (dlaczego Sita stamtąd do niej pisze pozostawiam Waszej dociekliwości) na palące problemy wielu krajów ówczesnego trzeciego świata. Dowiadujemy się na przykład, iż Etiopii grozi status "kraju starców" wskutek zaawansowanej adopcji niechcianych i porzuconych dzieci przez zagraniczne pary. W Bombaju natomiast dopiero wtedy zaczęto podejmować pierwsze nieśmiałe kroki prowadzące ku zakazowi pracy nieletnich. 
   Smaczku książce dodają niewątpliwie wstawki dotyczące obyczajów i tradycji danych kultur, które ja osobiście w książkach tego typu uwielbiam, bo obok swej wartości poznawczej ułatwiają czytelnikowi zaklimatyzowanie się w literackiej rzeczywistości. Towarzyszymy więc tu Etiopkom przy robieniu symbolicznego tatuażu na czole,  jesteśmy świadkami przerażającego zamiaru utopienia noworodka płci żeńskiej, który nie ma wprawdzie miejsca, jest natomiast często stosowaną i raczej akceptowana praktyką w krajach wielu częściach Indii. Możemy poznać relację o akcie sati, czyli rytualnego samobójstwa wdowy dokonywanego po śmierci męża czy w końcu patrzymy na ludzi błagających o uzdrowienie u murów etiopskiej świątyni, którzy równie często znajdują tam po prostu śmierć.
   Wszystko było by pięknie, ale jest pewne "ale". Mianowicie wszyscy, którzy mieli styczność z wcześniejszą twórczością Ashy Miró (ja znam już choćby jej "Córkę Gangesu") poczują w pewnym momencie lektury efekt deja vu. Historia jednej z dziewczynek jest bowiem historią samej autorki; efektem są identyczne wątki, przytoczone niemal słowo w słowo sformułowania, w ogóle cała część o dzieciństwie jest żywcem stamtąd wzięta (czy odwrotnie, ale mniejsza o to). I co o tym myśleć? Owszem, ktoś kto nie zna innych książek nie poczuje się w żaden sposób oszukany; ja się poczułam. To historia jej życia, związana z ogromem emocji i towarzysząca autorce w każdej minucie jej życia, tak. Ale literatura rządzi się swoimi prawami. A takie powielanie fabuły trąci mi nastawieniem na zysk li i jedynie. Szkoda, bo to wyraźna rysa na szkle naprawdę dobrej powieści...
*s. 240.
**s. 169.
Wydawnictwo, rok i miejsce wydania: Sonia Draga, Katowice 2009.
Ilość stron: 288.
Przekład: Danuta Kałuża.
Moja ocena: 5/6.

czwartek, 11 listopada 2010

"I za wszystkich innych żołnierzy, którzy zginęli na tej ziemi"* - "Patologie" - Zachar Prilepin

   Grozny, miasto jakich wiele. Jednak dla grupki rosyjskich żołnierzy oddelegowanych na wojnę rosyjsko-czeczeńską będzie ono już zawsze wzbudzać złowieszcze skojarzenia. Tam walczyli o przeżycie, o każdą sekundę, każdy oddech, każde uderzenie serca. Tam stracili wszystko co mieli, łącznie ze swoim człowieczeństwem; tam poznali smutną prawdę o ludziach i o sobie samych. 
   Zachar Prilepin urodził się w 1975 roku, mieszka w Niżnym Nowogrodzie. Jest filologiem, pisarzem i dziennikarzem. Służył jako kapitan OMON-u na wojnach w Czeczenii w 1996 i 1999 roku. W "Patologiach" ujmuje on swe autentyczne doświadczenia w ramy literackości, chcąc przy tym pozostać wiernym ich brutalności i drastyczności. Nie sili się na dopisywanie tej historii sztucznych idei, nie ozdabia rosyjsko-czeczeńskiej wojny przekłamanym patosem. Od chwili znalezienia się w wrogim mieście, gdzie każdy mieszkaniec najchętniej udusiłby przybyszów gołymi rękami, życie młodych chłopaków biegło w myśl paraleli: żyjesz, by zabijać; zabijasz by przeżyć. Codziennie musieli ryzykować życie wykonując rozkazy - a to rozbrajanie rebeliantów, kiedy indziej byli posyłani po konkretnych, niebezpiecznych dla Rosjan, ludzi. W końcu tracą w tym wszystkim głowę, dają się ponieść duchowi wojny, rodzi się w nich nieposkromiona agresja, szał, morderczy amok, pozwalający na zabicie człowieka gołymi rękami, uduszenie go i podarcie jego twarzy.
   Prilepin pisze po prostu, jak było. A na to często brak słów. Można nieludzkość wojny wyrazić jedynie prostymi słowami, językiem niemal atawistycznym, okraszonym gęsto przekleństwami. Książka Prilepina to zdecydowanie rzecz dla ludzi o mocnych nerwach, niektóre opisy bowiem przyprawiają o mdłości. Bardzo plastycznie przybliża autor czytelnikowi okropności wojny: potoki krwi i ludzkich wnętrzności, proste i rzeczowe obrazy zabijania, namacalne niemalże obrazy zwłok:
   "Pośmiertna zbiórka. Pozioma parada... Twarzami ku niebu. (...) Pierwszy leżący z brzegu trup wyciąga do mnie powykręcane palce, idę w ich stronę, widzę tylko te palce. Nie ma paznokci czy wszystko się tak spaliło? Nie, w słońcu ręce są różowe. Obrączka "nierozłączka" na serdecznym palcu. Dwa paznokcie sterczą dęba, wkrzepnięte w oderwane mięso. Gdzieś ty chciał się zakopać? Kogo złapać za gardło?"**
"Strzela jeszcze parę razy w goły, bulgocący różowymi bąbelkami brzuch coraz słabiej rzucającego się człowieka. Po szóstej czy siódmej kuli Czeczen zaczął lekko przebierać nogami, jakby chciało mu się sikać, a potem znieruchomiał. Następne kule wchodziły już w miękkie, bezwładne ciało.Tylko głowa po paru strzałach stopniowo rozsypywała się, rozłupywała, rozpadała, traciła formę: oko zawisło na nitce, a potem gdzieś odleciało z białymi odłamkami kości, mózg rozbryznął się w ohydne gluty (...)"***
   Tym, co stanowi niewątpliwą wartość książki są kontrasty. Dostarczają ich wspomnienia wkradające się w najmniej oczekiwanych momentach w myśli rosyjskiego żołnierza. Wspomnienia z dzieciństwa, z młodości; to właśnie dzięki nim poznajemy bohatera, dowiadujemy się czegoś o jego rodzinie, o ukochanej Daszy i o życiu w Rosji. Jegor Taszewski, literackie alter ego autora był półsierotą, wychowywał go ojciec, ale umarł gdy chłopiec miał sześć lat; matki wcale nie znał. Po śmierci ojca wychowywał się w domu dziecka, spragniony miłości i poczucia przynależności bardzo przywiązał się do suczki Dezi, z którą wiąże wiele wspomnień.
   Językiem zupełnie odmiennym od tego, którym mówi o wojnie; językiem pełnym zdrobnień i spieszczeń, językiem czułym, delikatnym, pieszczotliwym; stylem poetyckim niemalże opisuje narrator chwile spędzone z narzeczoną Daszą. Dasza ma "brzuszek" i "pupkę", życie z Daszą to życie pozbawione trosk, spędzane na upajaniu się sobą nawzajem gorszeniu otoczenia swym nieposkromionym uczuciem. To właśnie we wspomnieniach z przedwojennego życia, które pozwalają przeżyć to piekło, Prilepin daje nam popis swego wspaniałego stylu, raczy wysublimowanymi językowymi perełkami typu:
   "Myśli krótsze niż zdania. I w za dużych ubraniach, rękawy imiesłowów wiszą jak u Pierrota"****
W ogóle operuje Prilepin niesamowitym według mnie stylem, którego niestety nie ma możliwości zaprezentować w książce o tematyce wojennej. Już początkowy fragment "Patologii" demaskuje autora jako pisarza ambitnego i utalentowanego. Opis tonięcia i walki z żywiołem podczas zatopienie autobusu po wypadku drogowym porównany z rodzeniem się dziecka i wychodzeniem na świat z łona matki prowadzi Prilepin tak gładko jakby podobne zabiegi artystyczne były dlań elementem języka codziennego. Bardzo dobra proza.
   Zgoła inne jest życie wojenne młodych żołnierzy w Groznym. Codziennością są tu libacje alkoholowe, dodatkowych atrakcji dostarczają takie rewelacje, jak powszechne ataki silnej biegunki (spowodowane sikaniem kucharza do garnków z kapuśniakiem, by się nie zepsuł).  Żołnierze prowadzą ze sobą również "egzystencjalne" rozmowy, których tematami są m. in.: kobiety czy Bóg i jego piąte przykazanie zmieszane w czasie tej wojny z błotem. Jednak nad tymi chwilami względnego odpoczynku niczym mroczne widmo wisi aura bezustannego niepokoju; stale należy być czujnym, bo zagrożenie może nadejść w każdej chwili. 
   "Patologie" to bardzo trafny tytuł dla utworu traktującego o okrucieństwie wojny. Nic już nie jest normalne ani ludzkie. Żołnierze giną niejednokrotnie bez najmniejszego sensu, umierają choć przy odrobinie normalności mogliby żyć dalej; są ofiarami przypadku i wynaturzenia. Przestają więc pytać dlaczego umarli, zamiast tego zaczynają zastanawiać się po co żyli. Kiedy młody chłopak umiera postrzelony tuż pod drzwiami szkoły, a o jego przetrwaniu mogłyby zadecydować sekundy, Taszewski nie zastanawia się już czy ta śmierć miała sens. Szuka natomiast sensu jego życia - żył by dać życie córeczce, która urodziła mu się poprzedniego dnia. Patologiczne są nawet sny:
"W nocy śnił mi się Zakała. Obierał - jak ziemniaka - głowę martwego Czeczena. Starannie zeskrobywał nożem skórę, spod której ukazywała się biała czaszka."*****
   Jedno, co pozostało młodym Rosjanom z dawnego świata to siła przyjaźni i poczucie solidarności. Każdy jest odpowiedzialny nie tylko za siebie, ale również za pozostałych członków ich żołnierskiej grupy, których z akcji na akcję pozostaje coraz mniej. Jedną ręką osłania siebie, drugą swego przyjaciela. Wielu nie udaje się wydrzeć ze szpon śmierci, umierają już niemal wciągnięci do schronu, giną na rękach swych kompanów. Nie sposób nie przyznać racji Taszewskiemu: "Wojna jest zła...".  
*s. 215.
**s. 107-108. 
***s. 170.
****s. 103, tak Dasza opisuje czytaną książkę. 
*****s. 70.
Wydawnictwo, rok i miejsce wydania: Czarne,  Wołowiec 2010.
Przekład: Małgorzata Buchalik.
Ilość stron: 306.
Moja ocena: 4/6
Seria: Inna Europa, inna literatura.
Wyzwanie: Rosja w literaturze.

środa, 29 września 2010

"Dziadek mnie obmacuje. I każe mi obmacywać jego"* - "Milczenie" - Beate Teresa Hanika

   Trzynastoletnia Malwina to z pozoru normalna nastolatka. Ale pozory mylą. Jej normalność kończy się wraz z przekroczeniem progu mieszkania dziadka. Tam zaczyna się dramat dziewczynki; dramat tym bardziej bulwersujący, iż zgotowany jej przez osoby najbliższe. Malwina właściwie od zawsze cierpiała z powodu obojętności, toksyczności i zwykłego wygodnictwa najbliższych; każda z liczącej sześć osób,  rodziny dziewczynki dołożyła w mniej lub bardziej świadomy sposób własny kamień do stosu przygniatającego nastolatkę. W końcu jednak ofiara postanawia położyć kres swej gehennie...
   Rodzina Malwiny to w rzeczywistości obcy dla niej ludzie. Matka bezustannie uskarżająca się na silne migreny do tego stopnia zamknęła się w swym hipochondrycznym świecie, że dzieci, mąż i cały świat zewnętrzny przestały ją w najmniejszym nawet stopniu interesować. Ojciec - despota pochłonięty bez reszty swoją pracą, nieumiejący podjąć z własną córką jakiegokolwiek dialogu, zawsze głuchy na oczywiste sygnały, jakie ta mu wysyła. W końcu rodzeństwo: starszy brat Paul, najbliższa Malwinie osoba, która odsuwa się od niej i ignoruje ją akurat wtedy, gdy jest jej najbardziej potrzebna oraz siostra Anne, zapatrzona bezustannie w czubek własnego nosa nastolatka za największy życiowy dylemat mająca pytanie co na siebie włożyć. Oni wszyscy w swej obojętności i egoizmie pchali Malwinę w ręce jej kata, każąc dziewczynce odwiedzać dziadka, zawozić mu jedzenie; tłumaczenie starca iż wnuczka jest jego ulubienicą wystarczyło im za całe usprawiedliwienie swego lenistwa.
   To nie było do końca tak, że oni nie wiedzieli. Podświadomie znali prawdę, ale bronili się przed nią rękami i nogami. Po co burzyć swój pozornie uporządkowany świat, po co stawać do konfrontacji, skoro można jednym słowem uciąć wyznania, uciszyć skargi, odciąć się od tego, nie uczestniczyć w tym i udawać, iż nic takiego się nie dzieje, a zwierzenia Malwiny to tylko mrzonki i urojenia głupiej i rozpuszczonej smarkuli.  W końcu więc dziewczynka poddała się. Chodziła do dziadka wiedząc jakie piekło ją tam każdorazowo czeka. Dziadek zatroszczył się również by jego ofiara nie mówiła za dużo:
"Musimy tylko uważać, żeby nikt się nie dowiedział, bo inaczej mi ciebie zabiorą, rozumiesz Malwinko, rozdzielą nas, powiedzą, że masz nie po kolei w głowie... Potępią cię. "**
   Była też babcia. Babcia chora na raka. Ona kochała Malwinę najmocniej... ona najmocniej Malwinę skrzywdziła. Dawała przyzwolenie na molestowanie dziewczynki, milczała, udawała że nic się nie dzieje, nie powstrzymywała kata a co więcej pchała w jego ramiona niewinną ofiarę. Ta podła, samolubna kobieta wynagradzała wnuczce cierpienia i upokorzenia wizytami na placu zabaw i ciastkami, które z uśmiechem przynosiła do pokoju, gdy jej mąż zwyrodnialec zakończył już swe obrzydliwe "zabawy" z dziewczynką. W końcu wymusiła już na łożu śmierci przerażającą obietnicę, iż wnuczka nigdy nie odsunie się od dziadka-oprawcy i nie zdradzi ich tajemnicy... To właśnie babcia w rzeczywistości ponosi największą winę za cierpienia Malwiny - dziadek był przecież zboczony, zwyrodniały, chory psychicznie; babcia była normalna.  
   Wszyscy oni zaszczepili w dziewczynce poczucie beznadziejności i bezradności, wspólnym działaniem krępowali jej ręce i kneblowali usta. Malwina nie miała gdzie szukać pomocy, godziła się więc na zgotowany jej los. Oddalała się coraz bardziej od siebie samej, zapominała, starała się nie myśleć, nie czuć; pragnęła zniknąć:
Mogłabym na przykład zemdleć i już nigdy się nie obudzić albo trafić do szpitala, spędzić tam kilka lat pod kołdrą, aż dorosnę a dziadek umrze - i wszystko rozwiąże się samo. ***
    Dwa tygodnie, podczas których rozgrywa się akcja książki to czas wielu zmian w życiu Malwiny. Przede wszystkim zostaje wówczas zburzona willa, która była dotychczasowym azylem i niemalże drugim domem dziewczynki i jej przyjaciółki Lizzy. To z willą właśnie wiążą się nieliczne szczęśliwe wspomnienia z dzieciństwa Malwiny - "wielce poważne" pakty, przyrzeczenia i obietnice zawierane z koleżanką, ich walki na "śmierć i życie" z chłopakami z miasta o dominację i władanie nad tym opuszczonym domem; to właśnie tam dziewczynka mogła być sobą, to tam czuła się spokojna i bezpieczna. Poza tym Malwina poznaje czym jest prawdziwe, czyste i bezinteresowne uczucie, czym jest prawdziwa bliskość z drugą osobą, możliwość zaufania - zakochuje się w Wariacie, szesnastolatku z którym dotąd toczyła zaciekłe boje i któremu złamała nos. To właśnie uwaga jaką jej poświęca, to jego pragnienie przeniknięcia zapieczętowanego jarzmem tajemnicy umysłu dziewczyny skłania Malwinę do przyjrzenia się samej sobie, daje jej siłę do walki i odwagę by wykrzyczeć całą prawdę o swojej krzywdzie. Jest jeszcze pani Bitschek, znienawidzona przez dziadka sąsiadka-Polka, która patrzy, widzi i mówi. To dzięki niej Malwina w końcu przemawia; sąsiadka opowiada jej historię swej przyjaciółki Kasi, która wraz z młodszą siostrą rzuciła się ze skały, by położyć kres molestowaniu seksualnemu, którego zaznawały ze strony ojca. To ta obca kobieta sprawia, iż dziewczynka stopniowo odnajduje w albumie swych wspomnień poszczególne karty z dzieciństwa; karty zapełnione upokorzeniem, cierpieniem i niemocą; sprawia, iż Malwina przestaje być jedynie skorupą, której dusza lawiruje w przestworzach, by jak najmniej czuć. To ona przekłuwa mydlaną bańkę, uwalnia z niej Malwinę i oddaje ją światu.
* s. 142.
** s. 118 - 119.
***s. 126 - 127.
Wydawnictwo i rok wydania: Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Przekład: Anna Wziątek
Ilość stron: 213
Moja ocena: 5/6

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

"Tak było z jej matką, z jej babcią i tak samo będzie z nią"* - "Jestem tu od wieków" - Mariolina Venezia

   Wspaniała saga. Książka, która wciąga i pochłania czytelnika (mnie przynajmniej wciągnęła bez reszty). Nagle, ni stąd, ni zowąd, znalazłam się w małym włoskim miasteczku Grottole, które znajduje się "przy samym obcasie włoskiego buta"**, w roku 1861. Na co natrafiłam? Na poród długo oczekiwanego i upragnionego syna dona Francesko, ojca sześciu już córek, założyciela rodu, którego perypetie i historyczne uwikłania miałam śledzić przez następnych siedem pokoleń.
   Bohaterów ma książka bez liku - oprócz głównej linii rodowej, autorka skrupulatnie, barwnie i szczegółowo kreśli losy ich przyjaciół, wrogów, znajomych. Niejednokrotnie gubiłam się niemal w tych włoskich imionach, potem narysowałam drzewko (idąc przykładem autorki, która również zamieszcza taki genealogiczny schemat w swej książce).
   Bohaterowie Venezi żyją uwikłani w historię Włoch oraz pośrednio, historię świata. I choć czynne uczestniczenie w historycznych zawieruchach przynosi zwykle więcej złego, niż dobrego, jest ono niejako wpisane w ludzki żywot. Historia wyznacza miejsce człowieka w świecie i niejednokrotnie kształtuje go poprzez różne doświadczenia, czyni odporniejszym bądź odbiera nadzieję. Losom seniorów rodu za tło służy wojna brygantów z wojskami Piemontu, były to czasy triumfu Garibaldiego i skrajnej nędzy chłopów włoskich. To właśnie historia, pod postacią brygantów, przywiązała don Francesca do konia i wlokła przez jego ojczystą ziemię aż do chwili wydania ostatniego tchnienia w bólach i mękach.
Potem nadszedł czas Albiny - jej zazdrości o starszą siostrę i jej nieszczęśliwego małżeństwa, którego to nieszczęścia przyczyną był jej toksyczny charakter. Dzieci kobiety umierały zaraz po urodzeniu lub na choroby takie, jak tyfus, malaria czy gruźlica, tak, że została jej tylko Candida. Mąż Vincenzo zdradził zimną i nieprzystępną żonę.
   Candida od samego swego dzieciństwa była dzieckiem nietypowym; przyjmowała życie, jakim było i cieszyła się tym co miała. Umiała godzić się z losem; tak było gdy zadurzyła się w Jezusie, co wywołało bunt matki - pamiętała ona ucieczkę starszej, znienawidzonej siostry z księdzem i zabroniła dziewczynce przesiadywania w kościele. Bunt przyszedł dopiero, gdy Candida zakochała się w Colino - synu konkurenta ojca w interesach. Rodzic wymierzył córce policzek, jako karę - nie odwiodło to jednak dziewczyny od jej miłości. Złożyła ona przysięgę, iż wzamian za szczęśliwy finał jej uczucia, zwróci Bogu zabranego mu przez jej ciotkę człowieka. W dorosłe życie Candidy wkrada się I wojna światowa, do której Włochy przystąpiły w 1915 roku. W jej skutek, aby nie zostawiać ukochanej żony i nie przerywać, nawet bohaterską śmiercią przeszczęśliwego małżeńskiego pożycia Colino celowo się ogłusza, co zwalnia go z oddelegowania na front. Życiu Candidy towarzyszy też rozkwit ruchu faszystowskiego - parady, mundury z pumpami, czarne koszule i przemowy Mussoliniego, to rzeczywistość, w której najbardziej odnalazł się Oreste - dziwaczny, apodyktyczny i mający transwestycyjne skłonności wuj Candidy.
   Po Candidzie, jako żeńska kapłanka rodu nastaje Alba - dziecko ze wszech miar dziwaczne - już od swych narodzin przysparzała matce kłopotu, wykarmiła ją oślica Filomena. Dziewczyna uwielbiała czystość, jadła tylko, by przeżyć i kochała matematykę za jej uporządkowanie i ład. Również ciąże Alba przechodzi bardzo ciężko, wskutek swych jedzeniowych nawyków jest ona wręcz wychudzona. Malutka Gioia rodzi się ze zwichniętym biodrem.
Gioia była dzieckiem swoich czasów - matka musiała dbać, by nie padła ofiarą substancji odurzających, które właśnie się pojawiły wśród rzesz członków komuny, do których dziewczyna przynależała; nie uchroniła ją jednak od gwałtu, jakiego dokonał na niej Alex w ruinach domu jej prapradziada. Uczestniczyła w Festiwalu Umbria Jazz w 1978 roku, a potem kąpała się nago, jak typowe dziecko-kwiat. Potem zamieszkała w Paryżu, gdzie żyła życiem wyzwolonej seksualnie aktorki. Była piękną kobietą, przeżyła wartościowy romans z Grekiem Spirosem, którego skutkiem zapragnęła powrócić na łono ojczyzny, choć znaczyło to dla niej długie sądowe procesy. W ojczyźnie zastaje ją upadek muru berlińskiego w 1989 roku; tam też wychowuje córkę Albę.
    Oprócz bohaterów rodu, który zapoczątkował don Francesko w książce przewijają się liczne niezwiązane z rodziną postaci, które potem wżeniają się w nią, bądź łączą więzami przyjaźni. Tak rzecz ma się z Lucrezią, potomkinią półdzikich ludzi z Rabbi, która cechując się wyższym stopniem ucywilizowania zostaje służącą w domu Concetty i odbija narzeczonego jej córce Angelice. Giuseppe, który wyemigrował do "Hameryki" i tam dorobił się majątku nie był bowiem w stanie oprzeć się urokowi jej tyłeczka. Z ich związku rodzi się Rocco - dziecko zakochane w... maciorze, która zastępowała mu zapracowaną i wciąż nieobecną po śmierci ojca matkę. Rocco traci umiejętność mówienia będąc świadkiem mordu na świni; traci również pieniądze, które zostawił mu umierając ojciec, ale po krachu na giełdzie w 1929roku, zdewaluowały się i został z nich psi grosz. Zostaje on później mężem Alby i ojcem Gioi, mimo, iż czuje powołanie do stanu kapłańskiego.
   "Jestem tu od wieków" to również świadectwo zabobonu, jaki szerzył się wśród włoskich chłopów "od wieków" - echem odbijają się weń opowieści o świętym Piotrze, diable i damie z białym prosiaczkiem, która ukazuje się zbłąkanym wędrowcom. Wierzono w duszę, które uciekają z piekła i urządzają leśne harce, by wabić i pojmywać dusze chrześcijańskie. Venezia przedstawia prężną i cieszącą się niezwykłą popularnością działalność znachorek rozpoznających osobę, która była sprawcą uroku po adekwatnym do jej płci momencie ziewania podczas modlitwy. Również działanie profilaktyczne przeciw urokowi hołdowało zabobonom - nie było Włocha, który by na widok małego chłopca ubranego na czarno nie złapał za swe genitalia, małym dzieciom moczącym się w nocy dawano jako antidotum nowonarodzone myszki do zjedzenia, jedzono też przez siedem dni serca wyrwane jaskółkom wierząc, iż przyczyni się ta czynność do osiągnięcia sukcesu.
   Książka obfituje w liczne epizody i dygresje, przepełnione akcją i atmosferą czarów i tajemniczości oraz zabobonu, utkane precyzyjnie i misternie. Czytelnik czuje się, jakby przez wieki podglądał bohaterów przez dziurkę od klucza, podsłuchiwał przez ścianę za pomocą szklanki. Towarzyszymy im w alkowach sypialni, na uniwersytetach i frontach, wiemy niejednokrotnie o bohaterach Venezii więcej, niż oni o sobie nawzajem; ba, nawet więcej, niż oni wiedzą o sobie sami. Witamy radośnie nowych członków rodu na świecie, żegnając nad ich trumnami łza się kręci w oku. Do postaci wykreowanych przez autorkę nie sposób się nie przywiązać - można ich lubić bądź nie, nie można natomiast być wobec nich obojętnym. Są to postaci charakterne, wyraziste - w końcu to żywiołowi i energiczni Włosi.
Mnie osobiście książka bardzo kojarzy się z utworem Olgi Tokarczuk "Prawiek i inne czasy". Gorąco polecam wielbicielom sag, książek o przemijaniu i następowaniu po sobie pokoleń z nutką nostalgii i melancholii. Bardzo nastrojowa książka.
*s. 249.
**s. 115.

Wydawnictwo i rok wydania: W. A. B., Warszawa 2009.
Przełożyła: Alina Pawłowska - Zampino
Ilość stron: 318
Moja ocena: 5/6.