Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ZNAK. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ZNAK. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 września 2014

Biblioteczka Nateczka: Z rodziną najlepiej wychodzi się na ... drzewie - "Wierszyki rodzinne" - Michał Rusinek

    Jeśli uważacie, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu, to czuję się zobowiązana wyprowadzić Was z błędu. Bo choć przekonanie  to zapewne odziedziczyliście w spadku po dziadku, w obliczu przezabawnej książki Michała Rusinka z wierszykami dla dzieci, całkowicie się ono zdezaktualizowało. Od dziś z rodziną najlepiej wygląda się na drzewie... genealogicznym, rzecz jasna. Już sama książka stanowi namacalny dowód, iż najlepiej jest, gdy wszystko zostaje w rodzinie - słowa autora bowiem kreską ożywiła jego osobista siostra.  I wyszła książka cudeńko, naładowana bardzo pozytywną energią, wprawnie szyta cieniutką nicią porozumienia bratersko-siostrzanego. 
   Inspiracją dla autora do stworzenia tej książki był... żart rysunkowy, na który natknął się kiedyś podczas lektury New Yorker'a. Proponowano w ów dowcipie sporządzenie drzewa genealogicznego za 2 dolary, a w obrazek prezentujący przykładowe splątane gałęzie naszych pokrewieństw i spowinowaceń wpisany był "chyba Napoleon Bonaparte" oraz "dwie małpy". Trzeba przyznać, iż jakkolwiek luźne podejście do tematu odtwarzania więzi rodzinnych reprezentowała owa anegdota, to jednak tkwiło u jej podstaw ziarenko prawdy, z którego kiełkują wszelkie motywacje do odkurzania starych albumów i metryk w poszukiwaniu własnych korzeni. Zazwyczaj bowiem bardzo pragniemy odkryć wśród ludzkiego listowia Kolumba, Kopernika czy choćby jakiegoś dobrze sytuowanego szlachcica, a jak wnikliwie byśmy nie grzebali, jednego możemy być pewni - wszyscy pochodzimy od małp. A co pomiędzy? Tu proponuję zdać się na wybujałą i zwinnie łażącą po drzewach wyobraźnię autora. 
   Jaskiniowiec, Rzymianin, Wiking. Tatar, co złapał katar; dwórka po profesjonalnym kursie dygania; pirat, który okazał się piratką. Wszystkie to postaci rozsiadły się na rusinkowym drzewku, zawadiacko machając nogami (choć to podobno niegrzecznie, ale kto by się tym przejmował). Machają i prowokują. Do czego? Do marzenia, do snucia najśmielszych domysłów i  nawet sensacyjnych teorii spiskowych. Może gdzieś wśród Waszych przodków znajdzie się też Podróżnik jakiś, co był w miastach ponad trzystu? A może Czarownica, która jakiegoś Waszego wujka oczarowała i tak ciotką Waszą została? 
   Co dobrego kryje się w książce Rusinka pomiędzy wierszami? Na pewno trening wyobraźni, jeśli zachęceni marchewką, którą dynda nam przed nosem podążymy tropem autora i zechcemy wspólnie z naszymi dzieciakami /rodzeństwem/wnukami/etc. powymyślać takie najbardziej nieprawdopodobne biografie dla naszych własnych przodków. Po drugie, "Wierszyki rodzinne" budzą uśpioną ciekawość i mogą być doskonałym pretekstem do zgłębiania dziejów naszych rodzin, do zapoznawania dziecka z dalszą i bliższą rodziną, odwiedzania dawno niewidzianych krewnych i snucia niesamowitych historii z cyklu " a ciocia mojej babci, kiedy była w Twoim wieku"... no ja mogę tego typu opowieści i gawęd słuchać dłuuugimi godzinami. A jeśli nasi przodkowie już odeszli - wtedy możemy wybrać się w sentymentalną podróż w czasie wertując stare zdjęcia. Zamyślić się, przypomnieć sobie z melancholią na przykład smak cukierków, którymi po cichu raczyła nas prababcia (moje miętówki smakowały wojną, bo ich smak mieszał się z opowieściami matki mojego dziadka o tym, co było jak "przyszli Niemcy", a jej mąż umarł na zawał w wieku 33 lat, wróciwszy z 140 kilometrowej, pieszej wędrówki za chlebem). 
   Dlaczego jeszcze warto wydać na tę książeczkę pieniądze? Już choćby dla samej estetycznej przyjemności obcowania z nią. Naprawdę jest przepięknie wydana. Twarda oprawa, zacniejszy i porządniejszy papier, a ponadto: fantastyczne, zabawne i zawadiackie ilustracje wypełniające książkę dosłownie po brzegi. Jest kolorowo, każda strona to wysmakowane wesołe miasteczko intensywnych barw i z duszą wyrysowanych postaci. Aż się chce w ramki oprawić, w dziecięcym pokoju zawiesić i patrzeć. A wiele prac Joanny Rusinek ma też niesamowitą atmosferę, no są po prostu magiczne. Ilustratorka książek dziecięcych na pewno warta uwagi. 
   Czego jeszcze nie można pominąć, a co na plus wielki książeczki przemawia, to zwinność jej wiersza, melodyjność rymów, ten żwawy i pozytywnie nas naładowujący rytm. Choć znajdą się tu wierszyki skłaniające doi refleksji i wprowadzające nas w dość melancholijny nastrój, to jednak ogromna większość wierszowanych opowieści to zabawne miniaturki uśmiech wywołujące i z łatwością wpadające w ucho. Do nauczenia i powtarzania, do wymyślania melodii i wyśpiewywania, skacząc na jednej nodze w klasy czy przez skakankę. Nie byłabym oczywiście sobą, gdybym Wam tutaj jednej z moich ulubionych rymowanek nie zacytowała. Moje serce podbił i humorem w sobie zawartym rozbroił totalnie "Obcokrajowiec". A leci to tak:
Mamy w rodzinie obcokrajowca;
mówi się o nim "ta czarna owca!".
Bo gdy go o coś pyta teściowa,
nie odpowiada jej ani słowa.
Kiedy do niego mówi szwagierka,
on tylko dziwnie tak jakoś zerka.
Gdy go teść pyta: "Pogadasz z teściem?",
to on zastyga w dziwacznym geście. 

W obcokrajowcu wreszcie coś trzasło
i raz przy stole spytał: "Gdzie masło?".
Wszyscy zamarli, aż wreszcie żona
"Czemu milczałeś - pyta zdumiona - 
choć się do ciebie tyle mówiło?".
On na to odrzekł: " Bo masło było". 
   Ta książeczka to furtka do przeszłości. Nie, nie majestatyczne, ciężkie, stęchlizną trącące i żelazem kute drzwi. Furtka, przy której kica zając, ale tym razem nie zabiera nas do krainy czarów. Tym razem ma dla nas farby, byśmy mogli pokolorować jawiącą nam się na czarno biało historię i sprawić, by w metaforycznych żyłach naszych dawnych przodków na nowo popłynęła krew. I nawet jeśli na naszym drzewie nie siedzi żaden Napoleon, to na pewno odnajdziemy tam wiele ciekawych postaci, bohaterów dnia codziennego. I dowiemy się kim my jesteśmy, skąd pochodzimy i co tworzymy oraz gdzie jest nasze miejsce i rola w trybach ogromnej machiny świata. Bo w ostatecznym rozrachunku i tak najważniejsza jest rodzina.
Tekst stanowi oficjalną recenzję napisaną dla serwisu
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Znak emotikon, Kraków 2013.
Ilustracje: Joanna Rusinek.
Wydanie: I.
Ilość stron: 160.
Moja ocena: 5/6

wtorek, 24 stycznia 2012

Llosa obnażony... teoretycznie - "Listy do młodego pisarza" Mario Vargas Llosa

    Zacznijmy od tego, że nie wierzę, iż ktoś może nauczyć kogoś tworzenia. Według mnie z takimi predyspozycjami trzeba się po prostu urodzić,  a potem to w sobie pielęgnować. I nie jest to bynajmniej pochodna romantycznego widzenia twórcy jako bożego pomazańca; nic z tych rzeczy. Myślę jednak, że to kwestia bardziej rozwiniętej wyobraźni, kwestia większej wrażliwości. Dlatego też do najświeższej na polskim rynku publikacji Llosy (jednego z moich nota bene ulubionych pisarzy) podeszłam nie jako do podręcznika dla adeptów sztuki słowa, ale jako do specyficznej autobiografii artystycznej. Zaostrzyłam sobie ząbki, spodziewając się wielkich wynurzeń i wyszeptanych mniejszą czcionką tajemnych trików wielkiej literackiej sławy. Miałam nadzieję zdemaskować jego talent, rozebrać go na czynniki pierwsze, poznać w czym tkwi sekret llosowskiego geniuszu. I co? - zapytacie. I... kolejne szelmostwo.
   Studiowałam filologię polską i muszę z niejakim zażenowaniem, ale też przede wszystkim uczciwie stwierdzić, iż niewiele nowych informacji odnośnie warsztatu literackiego wniosła lektura zbiorku swoistych listów Llosy do zasobu mojej w wiedzy tym temacie. I tu rodzi się moje podejrzenie, iż autor nie powiedział czytelnikowi wszystkiego. Bo przecież chyba geniusz na miarę Nobla ma w zanadrzu większy arsenał środków wyrazu artystycznego, niż najlepszy nawet wykładowca akademicki. Tymczasem Llosa rozwodzi się nad aspektem czasu, przestrzeni i kreacją narratora; pisze o planach, w jakich można realizować narrację (obiektywny i subiektywny) czy w końcu o kompozycji powieści szkatułkowej (porównuje ją też do rosyjskiej matrioszki), technice "naczyń połączonych" oraz o faktach ukrytych, czyli tym, na czym każdy dobry kryminał stoi. 
   Jak więc widać, nie ma w tym zakresie fajerwerków.  Kto, podobnie jak ja, liczył na podany na tacy klucz do tego, jak czytać Llosę, ten niewątpliwie się przeliczył. Może gdzieniegdzie da się znaleźć wytrych do jego literackiego świata, jakąś mglistą wskazówkę, ale nadal i tak sam się musisz czytelniku do niego włamać swą interpretacją. Autor w swych listach prowadzi jasne i klarowne wykłady o teorii formy powieściowej. Wyciąga te swoje króliki z kapelusza, ale nadal nie wiadomo jak się one tam znalazły. Mało jest stricte llosowskiej, unikatowej  techniki; dużo zebranych porad ogólnych, wypracowanych na przestrzeni dziejów.
   Jednak nie zawarty w książce przekaz merytoryczny był w moim przypadku czymś, co czyniło lekturę króciutkich esejów noblisty wartościowym doświadczeniem. Ja czytałam "Listy do młodego pisarza" jako zbiór myśli i poglądów Llosy na płaszczyznę literacką i wszystko, co się z nią wiąże. Bowiem w zasadniczym i bezpośrednim wykładzie czynionym wyimaginowanemu przyjacielowi-uczniowi, przemyca autor mniej lub bardziej czytelne własne przekonania dotyczące roli artysty i postrzegania poszczególnych aspektów jego twórczej działalności. Można oczywiście z nimi polemizować, jak jednak większość z nich podzielam. Zdaniem noblisty "Fikcja to kłamstwo skrywające głęboką prawdę"*, natomiast "(...) autor nie wybiera tematów, to one wybiera jego"**. Narrator jawi mu się jako "(...) postać utworzona ze słów"***, pisarze zaś jego zdaniem to ci, "(...) którzy poprzez słowo pisane potrafią stwarzać światy"****. Llosa twierdzi również, słusznie moim zdaniem, iż "Szczerość lub nieszczerość nie jest w literaturze sprawą etyki lecz estetyki"*****
   Jedyne, z czym w poglądzie Llosy na literaturę bym polemizowała, to jego zdanie, iż nie istnieje coś takiego jak rozdział tematu i formy. Twierdzi on, iż są one ze sobą nierozerwalnie sprzężone i wzajemnie się determinują. Według mnie natomiast odrębną kwestią jest co się opowiada i jak się opowiada.
   Interesujący jest pogląd Llosy głoszący, iż fundamentem twórczej pasji jest bunt autora wobec zastanej rzeczywistości. Przekłada się on zdaniem Peruwiańczyka na tworzenie innych światów; lepszych, właściwszych. Na potwierdzenie tej tezy autor wysuwa argument cenzurowania literatury przez wszystkich historycznych uzurpatorów, jako narzędzia siania rewolucji, jako swoistej "ambony zbuntowanych". Nie zgodzić się nie sposób. Zanegować nie można też poglądu dotyczącego talentu, jako czegoś nie danego odgórnie, lecz nabywanego poprzez pracę, dyscyplinę i wytrwałość.
   Siła Llosy tkwi w plastycznej i barwnej metaforze. Dzięki niej nawet nudnawy wykład teoretyczny przeradza się w pełną wrażeń opowieść. Autor porównuje powołanie literackie do tasiemca - gnieździ się on w umyśle pisarza i podporządkowuje jego wszystkie czyny własnym żądzom; proces twórczy jawi mu się jako odwrócony striptiz dokonywany przez autora przed czytelnikiem; tu wdzięki wykwitają nie poprzez obnażenie, ale ukrycie wielu kwestii. Mocną stroną publikacji są także liczne dygresje oscylujące wokół tematu i ale wprowadzające do wywodu interesujące niuanse z kulis warsztatów literackich takich sław prozy, jak Flaubert (jego listy do kochanki Colette) czy tegoż pisarza technika doboru właściwego słowa, owocująca wykrzykiwaniem stworzonych akapitów w parkowej alejce, by wsłuchać się w ich brzmienie. Lekturę ożywiają też liczne zwroty do czytelnika, którego autor sytuuje tu w roli swego dyskutanta o meandrach techniki powieściowej i przypisuje mu rzekome autorstwo wyimaginowanych listów, na które jego tekst jest odpowiedzią.
   Oczywiście Llosa nie wyzbył się swej szelmowskiej przewrotności i z wielkim rozmiłowaniem i przekorą wkłada w "usta" czytelnika-rozmówcy wiele przekonań i opinii, które określają go samego, czerpiąc przyjemność z jego milczenia, niemożności wypowiedzenia się i wymuszonej pasywności.
   W "Listach do młodego pisarza" Llosa często wciela się w rolę krytyka literackiego eksponując swoje przekonania odnośnie obfitej garści pozycji z literatury światowej. Koncentruje się jednak, w tym procesie ilustrowania tez przykładami, w przeważającej mierze na utworach autorstwa pisarzy iberoamerykańskich (Marquez, Cortazar). Wielokrotnie odwołuje się do dzieł twórców, których już na początku tekstu wymienia jako swoich mistrzów, a są między innymi Faulkner, Hemingway czy Camus. I tak oto podrzucił mi on wiele ciekawych pozycji, których zapewne inaczej nigdy bym nie odkryła. I teraz, zamiast pouczona radami noblisty rzucić się do tworzenia, siądę i będę dalej czytać.
Tekst stanowi oficjalną recenzję napisaną dla serwisu LubimyCzytać.pl
*s. 12.
**s.20
***s. 43
****s.10
 *****s. 38
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Znak, Kraków 2012.
Wydanie: I.
Ilość stron: 128.
Przekład: Marta Szafrańska-Brandt.
Język orginału: hiszpański.
Moja ocena: 4/6.
Wyzwanie: Projekt Nobliści.

czwartek, 17 listopada 2011

Przez Kongo i Amazonię w głąb ludzkiej duszy - "Marzenie Celta" - Mario Vargas Llosa

   Miałam pewne obawy sięgając po tę książkę. Dotyczyły one wpływu nagrody Nobla, otrzymanej przez Llosę w ubiegłym roku na "ponoblowską" twórczość autora. Nie wiedzieć czemu, szykowałam się na coś komercyjno-masowego, populistycznego, na produkt wysoce homogenizowany. Po przeczytaniu "Marzenia Celta" stwierdzam z czystym sumieniem - Llosa wielkim pisarzem jest; obronił Nobla w pięknym, mistrzowskim  stylu. Przypieczętował go powieścią mądrą, głęboką, napisaną z wielkim rozmachem, bardzo ambitną, a jednocześnie z dobrymi, poczciwymi llosowskimi akcentami.
   Przyznam szczerze, nie wiem od czego zacząć tę recenzję... "Marzenie Celta" po prostu trzeba przeczytać, by w pełni docenić jego głębię i przekaz. By znaleźć się na przełomie wieków XIX i XX; by pokłuć oczy swojej duszy i wyobraźni obrazami ofiar szalejącego ówcześnie kolonializmu i jego bestialskich nadużyć; by przemierzyć z Rogerem Casementem dziewicze dżungle Amazonii i Konga; by zastanowić się raz jeszcze nad istotą człowieczeństwa i najskrytszymi sekretami ludzkiej duszy. Trzeba je przeczytać, by przekonać się na własne oczy, jak wielkiego natchnienia może dostarczyć nobel; jak wysoko stawia się potem sobie poprzeczkę i jak ambitnym zadaniom można sprostać. Trzeba je przeczytać, by móc powiedzieć, że zna się dzieło na miarę Nobla. 
   Roger Casement, tytułowy Celt, to postać historyczna. Postać o tyle ciekawa, o ile kontrowersyjna; złożona ze sprzeczności, posądzana o perwersyjne skłonności, obudowana pełną niedomówień i luk skłaniających do snucia domysłów, legendą. Roger to zarazem humanista i pełen wrażliwości na innych ludzi syn rozumu i oświecenia, jak i oddany bez reszty i po grób swym marzeniom i ideom romantyk. To rzecznik humanitaryzmu, etyki i moralności; dyplomata i państwowy urzędnik, a zarazem uznany za zdrajcę i posądzany o pedofilię skazaniec. Prawda na temat jego osoby nigdy jednak nie ujrzy już światła dziennego - pokrył ją zbyt grubą warstwą historyczny kurz zapomnienia, przemilczeń i przekłamań. Cień Casementa już nigdy nie przyoblecze się w właściwy mu odcień szarości. Llosa stworzył mu więc obfitującą w możliwie najpełniejszą gamę odcieni czerni i bieli, twórczą biografię, pokusił się o własną interpretację jego czynów i motywów, które na nie wpłynęły. A wszystko to z szelmowskim uśmiechem człowieka znającego życie i ludzi, zdolnego zaakceptować ludzkie słabości i grzeszki. Noblista Casementa nie rehabilituje, nie sądzi... on po prostu wskrzesza jego legendę.
   W "Marzeniu Celta" Llosa stawia czytelnikowi filozoficzne pytanie - "unde malum?". "Skąd zło?". A w zasadzie stwierdzić można, że powtarza owe pytanie po swym mistrzu, Josephie Conradzie, którego zresztą czyni jednym z bohaterów powieści (Casement poznaje w Kongu Józefa Korzeniowskiego, trzynaście lat później czyta "Jądro ciemności" Josepha Conrada. Obaj mieli głowy pełne młodzieńczych ideałów, którymi się wymieniali podczas długich rozmów pod palącym, afrykańskim słońcem, ich obu Afryka nauczyła życia, obu pozbawiła złudzeń). Llosa uzupełnia kronikę cierpień ludzkości o wydarzenia z Amazonii podczas "epoki kauczuku", dodaje również przelaną podczas powstania wielkanocnego krew irlandzkich bojowników o niepodległość. Casement poszukuje odpowiedzi na nie w czasie swej dwudziestoletniej bytności w kolonizowanym Kongo oraz niespełna rocznego pobytu w Amazonii, gdzie pełni funkcję dyplomaty i konsula brytyjskiego. W czasie swych podróży widzi ludzkie okrucieństwo posunięte do granic wyobraźni, widzi szał zadawania bólu, rozmiłowanie w wymyślnych i wyrafinowanych torturach; ogląda zezwierzęcenie białego człowieka, który swą protekcje nad rdzennymi mieszkańcami kolonii wykorzystuje by pastwić się nad nimi.
   Zamykał oczy, a w zawrotnym wirze pojawiały się i znikały hebanowe ciała z wężykami czerwonawych blizn przecinających ich plecy, pośladki i nogi, kikuty obciętych ramion dzieci i starców, twarze wychudłe, podobne do trupich, jakby odpłynęło z nich życie, pozbawione tłuszczu i mięśni, powleczone tylko skórą, jakby pozostała im zaledwie czaszka oraz ten wyraz czy zastygły grymas wyrażający nie tyle ból, ile bezkresne zdumienie tym, co się dzieje. I stale to samo, te same fakty powtarzały się we wszystkich wioskach i wioseczkach (...).*
Kongo i Amazonia odkryły przed Casementem rąbka tajemnicy na temat zła tkwiącego w ludzkich duszach i umysłach. Dzieci kultury i cywilizacji, dzieci Europy zmieniały się w żądne krwi i zadawania cierpień bestie. Wypalanie znaku CA (skrót od nazwy firmy kauczukowego potentata), pal, dyby, spuszczanie z wysokości, miażdżenie genitaliów, powieszenie, zastrzelenie, utopienie w rzece, obcięcie kończyn czy oczu i uszu, zakuwanie w dyby, podpalenie, strzelanie do Indian jak do żywych tarcz - to tylko garść spośród rozlicznych metod uskutecznianych przez białych, aby wymusić na krajanach ślepe posłuszeństwo i zmobilizować do jeszcze cięższej pracy przy dostawach kauczuku.
Jeśli nauczyłem się czegoś w Kongu, to tego, że nie ma gorszej i bardziej krwiożerczej bestii, niż istota ludzka.**
Zamiast siać wśród  rdzennych mieszkańców chrześcijaństwo, postęp, technikę i krzewić cywilizacje, jak pierwotnie usprawiedliwiali swe kolonizacyjne działania, sami uwsteczniali się i dawali prym najdzikszym instynktom.
   Choć tak odległe od siebie (...) Kongo i Amazonię łączyła pępowina. Horror powtarzał się z nieznacznymi wariacjami, wywołany żądzą zysku, grzechem pierworodnym towarzyszącym gatunkowi ludzkiemu od jego zarania, tajnym inspiratorem niezliczonych bezeceństw. A może chodziło o coś innego? Czyżby diabeł wygrał już swoją odwieczną walkę?***
    Obserwując niedolę rdzennych mieszkańców Afryki czy Amazonii Casement zauważył w niej analogię do losów swojej ojczyzny, Irlandii, zniewolonej przez brytyjską potęgę. Irlandczycy również zostali skolonizowani przez Anglię, ich również Anglia wykorzystywała. Efektem owych przemyśleń była teza o konieczności zbrojnego przeciwstawienia się brytyjskiemu ciemiężcy, jako jedyna skuteczna droga ku wolności. Myśli te, zaprzątając Casementowi głowę, uczyniły zeń iście romantycznego i tragicznego bohatera, wyznawcę mesjanizmu, spiskowca i zdrajcę kraju, na łonie którego się wychował na rzecz wolnej Irlandii - jego marzenia. Marzenia Celta.
   Casementa poznajemy, gdy czeka w celi na wyrok, a w zasadzie na potencjalne ułaskawienie.  Świat zdaje się wówczas zapominać o jego zacnych czynach i olbrzymich zasługach w dziedzinie respektowania praw człowieka; sir Roger jest szykanowany i zniesławiony za sprawą odnalezionych przez Scotland Yard sekretnych dzienników, w których opisywał swe perwersyjne erotyczne poczynania i śmiałe lubieżne wizje. Równolegle autor wprowadza nas, poprzez skonstruowane naprzemiennie rozdziały, pozwalające śledzić losy bohatera właściwie od jego narodzin w tajniki życia Casementa; ukazuje jego troski, marzenia, przemyślenia. Odziera go przed czytelnikiem z tajemnic, obnaża kierujące nim motywacje, wskazuje skutki, a potem powoli, słowo po słowie, rekonstruuje ich przyczyny. Konstrukcja taka prowokuje do przemyślenia, jak złożoną i nieodgadnioną istotą jest człowiek; unaocznia nam również, jak często ludzkie postępki wymykają się jednoznacznej, obiektywnej ocenie. Że nie wspomnę już o tym, jak wspaniale i pasjonująco czyta się takie "powoli odkrywane karty".
   Oprócz wnikliwej analizy ludzkiej psychiki i poruszenia problematyki nieprzejrzanych otchłani ludzkiej osobowości  Llosa porusza w swej powieści również motyw kondycji ludzkiej na świecie. Jego Casement to gorący patriota, który zanim zapragnął zawalczyć o swój kraj był wiecznym wędrowcem, bezustannym tułaczem po morzach i lądach, niezwiązanym z jakimkolwiek miejscem na ziemi. Wszystko na świecie jest ulotne: zaszczyty, przyjaźnie, szczęście; jednego dnia Roger pławił się w pochwałach i odbierał zaszczytne tytuły, następnego natomiast oczekiwał w ciemnej celi o chlebie i wodzie na egzekucję. Nawet po jego śmierci doczesne szczątki Casementa przebyły długą drogę nim spoczęły w ziemi ojczystej. Llosa tak podsumowuje ów trop:
   [Casement] Nie czuł się nigdy przywiązany do jednego miejsca, bo taka była kondycja człowieka: przechodnia, wygnańca na tym padole łez, na tym etapie drogi, którą po śmierci mężczyźni i kobiety powrócą do zagrody, do źródła, gdzie będą żyć przez całą wieczność.****
"Marzenie Celta" to dzieło wybitne, dzieło na miarę Nobla. Z mojej strony - owacje na stojąco.
Tekst stanowi oficjalną recenzję napisaną dla portalu LubimyCzytać.pl
*s. 89. 
**s. 93. 
***s. 151.
****s. 354.
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Znak, Kraków 2011.
Wydanie: I.
Ilość stron: 434.
Przekład: Marzena Chrobak.
Tytuł orginału: El sueno del celta.
Język orginału: hiszpański.
Data powstania: 2010.
Moja ocena: 6/6.
Wyzwanie: Projekt Nobliści.

poniedziałek, 3 października 2011

Podaruj mi... księżyc z nieba - "Fonsito i księżyc" - Mario Vargas Llosa

  Urzekająca jest ta opowiastka napisana przez ubiegłorocznego noblistę z myślą o dzieciach. Króciutka, nieprzegadana, pozbawiona typowego dla tego rodzaju historii przeładowania metaforyzmem czy natrętnego moralizatorstwa. I choć autor kieruje ten swój króciutki utwór do małego odbiorcy, widać między wersami mrugnięcie okiem do dorosłego czytelnika - Llosa prowokuje nas w ten sposób do odkurzenia swych wspomnień sprzed lat, przywołania uczuć i emocji towarzyszących młodzieńczym czy przedszkolnym wręcz zauroczeniom, uświadomienia sobie, co się naprawdę liczy i co sprawia, że kręci się ten nasz świat. Historia małego Fonsita, który znajduje sposób, by dla swej ukochanej sięgnąć gwiazd wzrusza i wywołuje nostalgiczny uśmiech właśnie dzięki swej naiwności i prostocie.   
   Pamiętacie małego, przebiegłego chłopczyka, synka don Rigoberto z "Pochwały macochy" oraz "Zeszytów don Rigoberta"? Tytułowy Fonsito to właśnie on we własnej osobie, tyle że ugrzeczniony i pozbawiony swych perwersyjnych skłonności. Tym razem nasz mały bohater... zakochał się. Obiektem jego westchnień jest piękna, cud-miód szkolna koleżanka Nereida. Zapytana o zgodę na pocałunek dziewczynka żąda (ach te kobiety...) od swego amanta podarunku w postaci, nawet nie gwiazdki, a całego księżyca. Biedny Fonsito zdesperowany wpatruje się w księżyc, myśli, myśli, aż w końcu znajduje: najprostszy, banalny wręcz, acz wymagający niezwykłej przebiegłości sposób, jak ów księżyc Nereidzie sprezentować. 
   Ta kilku zdaniowa wręcz historyjka niesie ze sobą wielką wiarę w siłę uczucia, w możliwość spełnienia swych marzeń, a przede wszystkim ukazuje, jak wiele jesteśmy w stanie zrobić, by uszczęśliwić ukochaną osobę. Niebywałego, magicznego wręcz klimatu przydaje opowieści Llosy oprawa graficzna - piękne i niebanalne ilustracje tworzą aurę czarów i baśniową atmosferę. 
    Sięgając po tę książkę obawiałam się, iż Llosa otrze się o Exupery'ego, bądź zapuści się zbyt głęboko w las przypowieści. Nic podobnego. Noblista stworzył prostą, nie aspirującą do roli zmieniania świata na lepsze historię pewnej dziecięcej... nawet nie miłości. Dziecięcego zauroczenia. Wplótł w nią romantyczny pierwiastek księżycowej nocy i pierwszego pocałunku, i ponownie podbił moje serce. Minusy? Ta historia jest stanowczo, zdecydowanie za krótka.
Tekst stanowi oficjalną recenzję napisaną dla portalu LubimyCzytać.pl
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Znak emotikon, Kraków 2011.
Wydanie: I.
Ilość stron: 30.
Przekład: Marzena Chrobak.
Ilustracje: Katarzyna Borkowska.
Tytuł orginału: Fonchito y la Luna.
Język orginału: hiszpański.
Data powstania: 2010.
Moja ocena: 4/6.
Wyzwanie: Projekt Nobliści.

wtorek, 22 lutego 2011

"(...) życie jest jak bańka mydlana i w sumie nie warto się rodzić"* - "Bornholm, Bornholm" - Hubert Klimko-Dobrzaniecki

    Wiele spodziewałam się po tej książce, ale to, co dostałam przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Już pierwsze słowa, pierwsze zdania powieści sprawiły, że pozwoliłam się autorowi czarować i prowadzić przez swój literacki świat. Te słowa pachniały malinami, przywodziły na myśl ukradkowe, nieśmiałe spojrzenia znane z czasów pierwszej, młodzieńczej miłości; lenistwo letniego popołudnia... Sączyło się z tych słów pożądanie, niewypowiedziane obietnice, buzująca niepewność...
   Pierwszy rozdział książki to poezja po prostu. Klimko-Dobrzaniecki patrzy w nim na kobietę oczyma, którymi każda kobieta pragnie, by na nią patrzono. Oferuje jego bohater swej oblubienicy najczystszą i najprawdziwszą formę miłości idealnej, jaką może mężczyzna kobiecie zaoferować, wielbi ją, adoruje... Pokazuje w tym rozdzialiku jak bardzo kochać potrafi mężczyzna, kreuje baśniowo-romantyczny świat relacji damsko-męskich, świat delikatny jak bańka mydlana, jak płatki róż; świat zapomnienia i zatracenia się w sobie nawzajem. Jednak już kolejny rozdział wprowadza do stworzonego przez ów literacki eden nastroju czytelnika zgrzyty. Różom wyrastają ciernie, bańka pęka. Sen się kończy, budzimy się!, budzimy!. Dalej jest szara i nostalgiczna proza życia...
   "Bornholm, Bornholm" to powieść rozpisana na dwa głosy. Dwa męskie głosy, które mówią naprzemiennie z dość odległych czasów i miejsc. Dwa głosy, które z pozoru nie mają ze sobą nic wspólnego, jednak po zagłębieniu się w lekturę okazuje się, iż łączy je znacznie więcej, niż można by sądzić. Po pierwsze obaj bohaterowie borykają się z życiem uszytym jakby nie na ich miarę, tu za długim, tu przyciasnym, a tam uwierającym. Kto zafundował im taki los? Kobiety ich życia, żony i matki.
   Pierwszy bohater to Niemiec, Horst Bartlik, przykładny mąż i ojciec, poza tym "człowiek od much i motyli" (uczył biologii w szkole). Pewnego dnia zdaje on sobie sprawę, iż żyje pod jednym dachem i sypia w jednym łóżku z kompletnie obcą mu osobą, iż łączą go z żoną tylko dzieci. Próbuje pozbyć się sznureczków, które żona przyczepiła mu niczym drewnianej marionetce i za które przez całe życie pociągała; Horst buntuje się, upomina o prawo do szczęścia, do bycia sobą. Stopniowo ale stanowczo uwalnia się spod przysłowiowego pantofla wiecznie niezadowolonej, oschłej i zimnej żony; pomagają mu w tym kolejne romanse. Noc z profesorową w pensjonacie, przyłapanie na seksie sekretarki i dyrektora szkoły... to wszystko na nowo czyni Horsta pewnym siebie, rozbudza uśpioną męskość, podnosi poziom testosteronu.
   Życie Horsta przypadło na znamienny okres w historii świata - austriacki pajac, jak nazywa Hitlera Horst zmierzał akurat do podpalenia lontu, który doprowadzić miał do największej eksplozji, do wybuchu II wojny światowej. Horst Hitlera wręcz nienawidzi, brzydzi się jego zamiarami, nie rozumie i nie widzi ich sensu, dokonuje nawet akcji sabotażu, "bezczeszcząc" jego portret w szkole, w której pracuje. Nienawidzi Hitlera, nienawidzi wojny, ale iść na nią musi. I tak właśnie trafia na Bornholm, wysepkę zajętą już przez swoich rodaków, gdzie szczerze mówiąc wojna robi sobie wakacje, i gdzie Horst ma nie przymierzając, jak u Pana Boga za piecem. Żadnych strzałów, bomb, okopów... jedynie  regularne raporty o aktualnym stanie środowiska na wyspie i... laba. A wiadomo, że najgłupsze rzeczy przychodzą człowiekowi do głowy z nudów, więc Horst z nudów właśnie  przeżywa na wyspie liczne romanse, z których jeden okazuje się być szczególnie owocny.  Jednak znów nie ma happy endu, kobieta znów niszczy ich potencjalne szczęście w zarodku, znów przedstawicielka płci żeńskiej sieje spustoszenie, które niczym klątwa dosięgnie nawet kolejne pokolenie, dosięgnie syna, który nigdy nie pozna ojca...
   Drugi bohater to syn właśnie. Syn, pochylony nad łóżkiem przebywającej w śpiączce matki i sączący jej do ucha niczym truciznę, słowa skarg, oskarżeń i żali za los jaki mu zgotowała. Korzysta on z okazji, iż wreszcie to matka musi go wysłuchać i wylewa w luźnych dygresjach wspomnienia swego smutnego życia. W dzieciństwie przekarmiany lekami, odseparowany od kolegów, wychuchany, wydmuchany, zamknięty w złotej klatce. Upokarzany jako mąż i ojciec przez pierwszego teścia, doświadczony najbardziej,  jak tylko może być doświadczony człowiek, który daje życie a potem traci to, co miał najdroższego.  Opowiada o swoim życiu w Anglii, o znajomości z wspaniałymi staruszkami, Olem i Kristine, którzy byli dlań niczym prawdziwi rodzice. Syn to postać rozdarta między chorą miłością do matki, a pragnieniem wyzwolenia się z jej metafizycznych szpon.
    "Nie wiem, nie jestem pewien, czy wróciłem, bo ty już nic nie możesz zrobić, a ja mogę żyć, jak chcę, bo gdybyś dalej miała władzę, to ta wyspa byłaby dla nas obojga za mała, czy raczej wróciłem, bo w głębi duszy tak bardzo cię kochałem, że nigdzie na świecie bez tej twojej upiornej miłości nie mogłem się odnaleźć..."**
Syn staje niejednokrotnie z poduszką nad śpiącą matką, snuje rozważania jak piękne byłoby życie człowieka wolnego, nie stać go jednak na czyn, choć może...
   "Bornholm, Bornholm" to opowieść o nieudolnych próbach latania z podciętymi skrzydłami. To opowieść o mężczyznach, którzy związani są z wyspą nie tylko jako z miejscem, oni mają syndrom wyspy w swoich umysłach, oni sami są wyspami, otoczonymi przez innych ludzi, a jednak samotnymi, nierozumianymi, wyobcowanymi ze świata, który nie może dać im stabilizacji.
    "Wiesz, mamo, a może  to jest tak, że to miejsce, ta wyspa działa na tych, którzy się tu urodzili, jak echo. Gdziekolwiek będziesz poza nią, zawsze odbije się echem w twoim sercu i wrócisz, nawet jeślibyś z tym miejscem wiązał najgorsze wspomnienia."***
Jaka relacja łączy obu narratorów i ich oddalone od siebie czterdziestoletnim odstępem czasu narracje? Nigdzie nie ma tego powiedzianego wprost, są tylko pomosty, są ukryte przejścia, subtelne znaki, które wyłapie uważny czytelnik, i które utworzą niewidoczną nić porozumienia i przejścia z jednej płaszczyzny literackiej do drugiej. Fotografie oglądane przez jednego z narratorów są akurat w drugiej opowieści robione; odnaleziony w szopie zabytkowy aparat fotograficzny to własność drugiego bohatera. Bo co więcej zostaje po człowieku, niż wspomnienia i przedmioty... Piękny, nostalgiczny i bardzo skłaniający do refleksji zabieg fabularny, jestem pod wrażeniem.      
   Myślę, iż nie popełnię nadużycia, gdy stwierdzę, iż powieść Dobrzańskiego jest dość antyfeministyczna. Brak w niej pozytywnej kobiecej postaci. Zasadniczo wyróżnić można albo kobiety zimne, oschłe, toksyczne i siejące spustoszenie w życiu kochających je mężczyzn (żona Horsta, matka drugiego bohatera, jego pierwsza żona, potem Annie, czy nawet poczciwa Kristine), bądź kobiety niewierne, szukające pocieszenia w przelotnych romansach za plecami mężów (sekretarka i profesorowa). W ogóle teoria związków damsko-męskich w wydaniu pana Dobrzanieckiego to bardzo pesymistyczna i smutna wizja. Mężowie i żony żyją by zdradzać i zdradzają, by żyć. Zdrada w jego świecie literackim to nie patologia, a warunek konieczny, by podtrzymać przy życiu małżeństwo. Żal się człowiekowi robi, gdy czyta, iż mężowie żon, które poroniły czy nie miały ochoty na zbliżenia z powodu choroby dziecka szukali pociechy u prostytutek. Ale taki właśnie jest świat "Bornholmu...", robaczywy, odarty ze złudzeń, ostry i twardy. Taki męsko-życiowy.
Książkę otrzymałam do recenzji dzięki uprzejmości wydawnictwa ZNAK
*s. 241.
**s. 71.
***s. 72.
Wydawnictwo, miejsce i rok wydania: ZNAK, Kraków 2011.
Ilość stron: 244.
Seria wydawnicza: PROZA.
Moja ocena: 5/6.
Wyzwanie: Bracie, siostro... rodzino

poniedziałek, 27 września 2010

"Po drugiej stronie chmur zawsze jest czyste niebo"* - "Zapasy z życiem" Eric-Emmanuel Schmitt

   Słodka jak babeczka z kremem i prosta jak drut recepta na życie zawarta w naprawdę małej pigułce. Zza zebranych w powieści aforyzmów, sentencji i złotych myśli wyziera uśmiechnięta twarz Schmitta - niepoprawnego optymisty. Schmitta, który jednak nieodmiennie i tu zachwyca czytelnika swym stylem i magią symboli. Warto więc tę pigułkę połknąć, założyć różowe okulary i pozwolić autorowi czarować...
  Główny bohater "chudy, długi i płaski" Jun, dziecko ulicy handlujące pochodzącymi z przemytu zabawkami erotycznymi jest na jak najlepszej drodze do przegrania swego życia na samym starcie. Pozbawiony opieki matki, którą posądza o bycie tak dobrą dla świata, iż nie stracza jej już tej dobroci dla jedynego syna i którą w końcu porzuca ruszając w zatłoczone, szalone i bezlitosne ulice Tokio; pozbawiony ojca, który ciągle nieobecny w jego życiu z powodu pracy w końcu popełnia samobójstwo spowodowane depresją pracocholika; pozbawiony w końcu złudzeń, marzeń i nadziei. Jedynym bodźcem niepozwalającym chłopcu całkowicie pogrążyć się w poczuciu beznadziei i marazmu są słowa właściciela szkoły sumo, starca Shomintsu, który niestrudzenie powtarza Junowi: "Widzę w tobie grubego gościa". W końcu, mimo wcześniejszej niechęci, naigrywania a nawet odrazy Jun postanawia zrealizować prośbę starca i obejrzeć zapasy. W ten sposób czyni pierwszy krok ku swojej późniejszej przemianie. 
   Oglądając zmagania zapaśników sumo Jun dostrzega w ich walce sens, piękno i kunszt. Zwycięzca zawodów, Ashoryu yokozua (wielki mistrz) staje się jego idolem. Prosi też Shomintsu, by ten przyjął go do swojej szkoły i umożliwił zgłębianie tej sztuki. Jak się jednak okazuje, to nie sumo stanowi przedmiot badań chłopca, ale właśnie on sam. To on staje się dla siebie polem do badań, dociekań i nieoczekiwanych odkryć. Najpierw zmagał sie ze swoją powierzchownością, niestrudzenie starał się przytyć; następnie musiał stawić czoła prawdzie o swoich korzeniach, swoim pochodzeniu. Musiał wyznać Shomintsu, ale też przyznać przed samym sobą jaka jest prawda o jego rodzicach. Jun ćwiczył siłę woli, medytację, pogłębiał swą duchowość. Nie zawsze było to proste, o czym mówi swym niepowtarzalnym stylem Schmitt:
   "Tyle rozczarowań w ciągu jednego roku! Tyle przekonań, które runęły! Traciłem punkty odniesienia, chodziłem po cmentarzu martwych myśli, pomiędzy grobami moich dawnych poglądów, nie wiedząc, co myśleć."**
   W końcu jednak, i chyba pisząc o tym nie zdradzę żadnej tajemnicy, Jun osiąga sukces. Sukces, przez który autor rozumie nie osiągnięcie zamierzonego celu, ale umiejętność posuwania się w życiu naprzód. Poznaje też tajemnicę Shomintsu i prawdę, o swej matce (ten epizod, moim zdaniem tylko książce zaszkodził; przesłodził ją); odnajduje też swoją drogę na resztę życia. Jest więc happy end.
   Pisząc o "Zapasach z życiem" nie mogę nie wspomnieć o fragmencie, który totalnie mnie urzekł i oczarował, a mianowicie o korespondencji matki-analfabetki z Junem. Listy kobiety do syna były niezwykłe, zawierały ogrom treści pomimo, iż brak w nich było jakichkolwiek słów. Pierwszy zawierał znak po łzie - Jun odczytał go jako rozpacz matki po jego odejściu, w drugim za pomocą pasma mohru chłopak dopatrzył się chęć jego przytulenia przez matkę; trzeci - z odciskiem szminki na kopercie - wyrażał chęć ucałowania syna. Czwarty list z kamieniem mówił "Ciężko mi na sercu", a poprzez piąty matka Juna wyrażała prośbę o odpowiedź bądź apel o powrót syna - było w nim gołębie piórko; w szóstym natomiast kobieta darowywała synowi wolność przesyłając mu popsutą psią obrożę. Jak więc widać, chłopak deklarując obojętność wobec swej rodzicielki mijał się z prawdą, czy bowiem nie naciężej jest zrozumieć kogoś bez słów? I czy umiejętność ta nie świadczy o głębokiej znajomości danej osoby, umiejętności przenikania jej uczuć, myśli i nastrojów... Bardzo to magiczny i piękny rodzaj komunikacji dwóch najbliższych sobie osób, które dzieli mur pozorów i niedopowiedzeń.
*s. 66.
**s. 41.
Wydawnictwo i rok wydania: Znak, Kraków 2010.
Przekład: Agata Sylwestrzak - Wszelaki
Ilość stron: 74.
Moja ocena: 4/6.

poniedziałek, 5 kwietnia 2010

"(...) podczas gdy ty i ja śpimy, dzieją się straszne rzeczy. Szakal wypruwa flaki zająca a świat toczy się dalej"* - "Czekając na barbarzyńców" - J. M. Coetzee

   Mam co do tej książki mieszane uczucia - miałam dać 3, ale w końcu oceniłam ją na 4. Mimo, że książka czytała mi się dość długo, to czytało ją się przyjemnie; mimo, że miejscami nie wiedziałam o co chodzi, myślę, że może to nie być efektem niedojrzałej jej konstrukcji a raczej przedświątecznego zamętu, podczas którego przyszło mi ją czytać. W każdym razie sama idea utworu bardzo mi się podobała. Na pewno skłoniła mnie ona do sięgnięcia po inne dzieła autora.

   "Czekając na barbarzyńców" otwiera przed nami wrota strachu, niewyjaśnionej obawy, życia w ciągłej niepewności, jakie przyszło wieść mieszkańcom jednego z miast na peryferiach bliżej nieokreślonego Imperium. Co jest przyczyną ich ciągłego stresu i niepokoju? Otóż są nią barbarzyńcy. Barbarzyńcy, którzy wprawdzie nic złego mieszkańcom Imperium nie zrobili, jednakże intuicyjne poczucie niesprawiedliwości, jakiej dopuścili się wobec nich "cywilizowani" obywatele Imperium, odbierając im bezprawnie ich najlepsze, wydarte jałowej pustyni ziemie pod budowę miasta, każe im oczekiwać najgorszego, a mianowicie straszliwej i okrutnej zemsty.
    Głównym bohaterem powieści jest jeden z urzędników Imperium, reprezentant władzy administracyjno-sądowniczej, mężczyzna w podeszłym wieku, rozmiłowany w badaniach ruin zamierzchłej cywilizacji, dobrym jedzeniu oraz młodych kobietach. Mimo, iż, jak mówi: "Nie miał zamiaru wplątywać się w tę historię", jego nieprzeciętne poczucie moralności i zwykła, ludzka empatia dla drugiego człowieka przekraczająca granicę pochodzenia i przynależności do formy kulturowej nie pozwalała mu bezczynnie patrzeć na okropieństwa, jakich dopuszczali się inni urzędnicy na bogu ducha winnych barbarzyńcach czy nawet na wziętych za nich rybakach, czy koczownikach, którzy nota bene ze sprawą nie mieli nic wspólnego. Nastrój sympatii, jaki żywił mężczyzna do wroga społecznego sprawił, iż stał się on ofiarą licznych plag, które się nań posypały.
    Strach ten był jak najbardziej bezzasadny, opierający się jedynie na urojeniach i wmawianiu sobie czarnych scenariuszy, jakkolwiek doprowadził do wcielenia w życie starej jak świat zasady, iż najlepszą obroną jest atak. W imię szeroko rozumianego bezpieczeństwa publicznego wojska wyprawiały się więc w głąb pustyni spędzając stamtąd ofiary, nad którymi można było się pastwić pod osłoną prawa - przesłuchania skonstruowane na ramie dochodzenia do prawdy przemocą, tortury prowadzące do stałych okaleczeń, jak np. oślepianie czy nieludzkie warunki wskutek których więźniowie umierali doprowadziły do przeobrażenia się prężnego miasta Imperium w "królestwo cierpienia".
    Na stronicach dzieła autor snuje również historię pewnej nietypowej miłości swego co nieco sędziwego już bohatera do młodej dziewczyny wywodzącej się z plemienia barbarzyńców, pojmanej, okaleczonej (wypalono jej oczy, połamano nogi) i pozbawionej rodzica, który umarł wskutek krwawych przesłuchań. Starzec trzyma żebraczkę u siebie, odbywa z nią erotyczne seanse, daje jej pracę w kuchni. Nie potrafią się oni jednak do siebie zbliżyć - prosty, czarno-biały świat dziewczyny nijak nie przystaje do wielopłaszczyznowej konstrukcji relacji i postrzegania życia ludzi cywilizowanych. Postanawia więc oddać dziewczynę jej światu - przedsiębierze ekstremalną podróż wgłąb pustyni w czasie nieprzychylnej podróżnikom pory roku; zmagając się w przeciwnościami natury atmosferycznej, brakiem pożywienia i meandrami bagiennego ukształtowania terenu, dostarcza dziewczynę jej współplemieńcom.
    Powróciwszy do Imperium zostaje postawiony w stan oskarżenia o konszachty z wrogiem i spiskowanie przeciwko obywatelom Imperium. Jest morzony głodem, poniewierany, lżony i poniżany; w końcu, gdy występuje jako obrońca torturowanych barbarzyńców (próbuje odwieść lud od publicznej ich chłosty) urządzają mu generalną próbę powieszenia, w której omal nie traci życia na szubienicy.
    W końcu jednak rozdrażnieni barbarzyńcy tracą cierpliwość i rozbijają w proch całą wysłaną przeciwko nim armię; ludzie masowo emigrują z miasta w głąb Imperium. Wojskowi bezceremonialnie opuszczają miasto, grabiąc i kradnąc co się tylko da a ludność pozostawiając na pastwę losu. Wtedy znajdujący się w wielkim upodleniu sędzia bierze stery w swoje ręce - wystawia warty, wydaje dyspozycje co do zaopatrzenia w żywność i opał na nadchodzącą, srogą zimę.
    Książka Coeztee to filozoficzna opowieść o zagadnieniu sprawowania władzy nad krajem, o istocie człowieczeństwa oraz o zasadzkach pogrążania się w nieuzasadnionej fobii. Może stanowić ostrzeżenie poprzez wskazanie skutków nadużywania władzy, zarówno politycznej jak i wojskowej, nie w trosce o dobro ogółu, a jedynie dla łechtania własnego ego. Jest to przypowieść o wartości wolności i potrzebie pokory wobec inności. W końcu jest to rozważanie o wzajemnej relacji natury i cywilizacji, z plusem dla tej pierwszej jednak.
* s. 32.
Wydawnictwo i rok wydania: ZNAK, Kraków 2003.
Ilość stron: 240
Moja ocena: 4/6
Książka wylosowana w ramach IV rundy stosikowego losowania u Anny (Przeczytałam książkę).