Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadania. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 grudnia 2013

"Wśród swoich" - Amos Oz

   Wśród swoich można czuć się obco. Wśród swoich można czuć się bardzo samotnie; można doznawać przytłaczającego niezrozumienia, odrzucenia i wyalienowania. Można żyć z ludźmi, a jednocześnie być od nich oddzielonym niewidzialnym murem, który uniemożliwia szczerą i nieobwarowaną pozorami relację. Moje pierwsze spotkanie z twórczością Amosa Oza to spotkanie udane. Autor zachwycił mnie swą prostotą i skromnością środków artystycznych, a jednocześnie umiejętnością niezwykle dosadnego ukazywania dramatu człowieka. 
   To bardzo cicha książka, jednak pamiętać należy, że tylko w ciszy można dobrze wszystko usłyszeć. Usłyszeć niespokojne bicie czyjegoś serca, czyjś urywany oddech, dźwięk, jaki wydają porcelanowe kubki poruszane drżeniem czyichś rąk. Oz opisuje życie w kibucu Jikhat położonego obok Tel Awiwu. Choć jest to raczej miejsce fikcyjne, może być zarazem miejscem uniwersalnym, a autor, dorastający w kibucu Hulda znał realia życia w takiej instytucji z własnej autopsji i, co można wywnioskować na podstawie stworzonych przez niego obrazów, bynajmniej nie był jego entuzjastą. Kibuc bowiem, to swego rodzaju komuna rządząca się nieznanymi dotąd żadnej innej organizacji prawami i zasadami, a zorientowana na dobro ogółu, wymagająca jednocześnie od jednostki wielu poświęceń i wyrzeczeń dla dobra wspólnej sprawy. Szybko jednak okazuje się, że jest to tylko mrzonka, nierealna utopia nie wytrzymująca zderzenia z codziennością. 
 "W pierwszych dniach kiedy powstawał kibuc wszyscy byliśmy rodziną. Owszem, wtedy też zdarzały się w naszej rodzinie różne pęknięcia, ale byliśmy sobie bliscy. Co wieczór siadaliśmy i śpiewaliśmy do późna w nocy pieśni pełne zapału albo nostalgii. A nocami chodziliśmy spać do tych samych namiotów i jeśli ktoś mówił prze sen, wszyscy to słyszeliśmy. A dzisiaj wszyscy mieszkają w osobnych mieszkaniach i jeden na drugiego tylko ostrzy pazury."*
Twórcy tej organizacji zdawali się zapomnieć, że u podstaw każdej organizacji społecznej leży człowiek ze swymi emocjami, pragnieniami i awersjami; że nie da się zagłuszyć indywidualizmu i go podporządkować czemukolwiek. Ukrywane żale, tajone poczucie niesprawiedliwości czy tłumione uczucia zawsze w końcu dadzą o sobie znać eksplodując ze zdwojoną siłą. 
   "Wśród swoich" to zbiorek ośmiu opowiadań skomponowanych chronologicznie - wydarzenia mające miejsce w pierwszym stanowią następstwo tych w kolejnym i tak dalej. Są one jednak tylko tłem, gdyż na pierwszy plan wysuwa Oz człowieka i jego wnętrze. Gdyby zechciał nieco "posklejać" poszczególne opowiadania pewnymi epizodami i dopowiedzeniami, wyszłaby autorowi bez trudu całkiem zgrabna powieść. Zdaje się jednak, że autor celowo wybiera formę opowiadań, by dać bohaterom coś własnego;  by pokazać że stąd dotąd, od tej wielkiej litery do tamtej kropki to teren danego bohatera i nikogo innego -tak silną wyczuwam z jego strony antypatię do rzeczywistości, w której dane mu było dorastać, choć nie mówi on tego wprost.
   Bohaterowie, których sylwetki przybliża nam autor tworzą przekrój przez kibucową społeczność. Znajdziemy tam zarówno ludzi wkraczających dopiero w życie, jak szesnastoletni Mosze Jaszar, który pozbawiony rodziny, wstąpienie do kibucu poczytuje za życiową szansę. Dopiero tam czuje, że do kogoś przynależy i że może coś osiągnąć; do samego końca jednak nie udaje mu się wyzbyć poczucia własnej odrębności. Są też ci, którzy na naszych metaforycznych oczach odchodzą z tego świata, jak bohater opowiadania "Esperanto", Martin Vandenberg, jeden z założycieli kibucu, komunistyczny purysta oraz rzecznik zniesienia wszelkich granic, zarówno tych państwowych, jak i bardziej metafizycznych, jak choćby język, którym ludzie się posługują - jego zdaniem dopiero wtedy możliwe byłoby pojednanie ziemskich narodów. Są tacy, co czują się oszukani przez społeczność, której służą - Roni Szindlin sam musi radzić sobie z niesprawiedliwością jaka spotyka jego synka Juwala, pomiatanego przez inne dzieci. Chcąc pozostać z zgodzie z społecznymi regułami Roni musi wyrzec się swych ojcowskich uczuć, musi je tłumić i wmawiać sobie, iż robi to dla dobra swego dziecka. Intuicji jednak nie da się oszukać, a wściekłość czasem przejmuje kontrolę nad rozsądkiem. Kolejnym bohaterem rozdartym pomiędzy powinnościami wobec społeczności kibucu a własną drogą życiową jest Jotam, któremu jikhatowa starszyzna staje na drodze do zdobycia wykształcenia, powołując się na zasadę równości wszystkich mieszkańców i konieczności spełnienia określonych wymogów, by kontynuować naukę. Władza zarządu kibucu jest tak wszechogarniająca, iż ingeruje nawet w kierunek jego potencjalnych studiów, narzucając mu taki, który da Jotamowi zawód użyteczny społecznie. Przykłady można by mnożyć, powielając je o Cwiego Prowizora, o opuszczoną przez męża Osnat, czy o Nachuma Aszerowa, któremu nastoletnią córkę uwiódł przyjaciel wysoko postawiony wśród władz kibucu. Wszyscy oni demaskują wady i ułomności rzekomej utopii, w którą wierzyli. Mnóstwo tu też postaci drugoplanowych równie zawiedzionych, rozczarowanych i zamkniętych w bańkach własnej samotności. 
   W zbiorku czuć dalekie echa Holokaustu oraz wojen toczonych przez Żydów z Palestyńczykami o ziemię, lecz to nie one stanowią główną istotę zbiorku; są raczej tylko delikatnym szkicem odległego planu. Również organizacja społeczności kibucowej nie ma tu jakiegos większego znaczenia, choć przyznać muszę, że takie instytucje, jak choćby "dzieciniec", czyli miejsce, gdzie śpią wszystkie dzieci, z dala od rodziców, wydały mi się mocno groteskowe i zbędne. Kibucownicy jednak z tak dalece pragnęli zniesienia własności prywatnej, iż w ten sposób chcieli podkreślić, że dzieci należą do całej społeczności, a nie do swoich rodziców.
  "(...) każdy Żyd w epoce, w której doszło do Zagłady i w kilka lat po powstaniu Państwa Izrael, każdy z nas  musi się uważać za człowieka na służbie. To są najbardziej krytyczne lata w całych dziejach  narodu żydowskiego."*** 
- mówili najbardziej zagorzali zwolennicy tego ustroju czy może organizacji. Wydaje mi się jednak, że dali się oni ponieść wyobraźni i nie obliczyli marzeń na ich rzeczywiste skutki. Usiłując uszczęśliwić ludzi na siłę zapędzili się w kozi róg, w którym szczęśliwy już nie był nikt. Jest więc pewien uniwersalizm w opowiadaniach Oza, jest pewna prawda o życiu i o człowieku wypowiadana w cichych, pełnych nostalgii i melancholii słowach. Szczęścia nie da się ująć w ramy, nie można go określić żadnymi zasadami, a każdy system oparty na ciągłych poświęceniach jednostki musi w końcu paść, gdyż, jak to stwierdza jedna z bohaterek: 

   "(...) większość ludzi potrzebuje chyba więcej ciepła i miłości , niż inni są w stanie im dać, i że tej rozbieżności między popytem a podażą nie zdoła zmienić żadna z kibucowych komisji. Kibuc zmienia nieco porządek społeczny, ale natura ludzka się nie zmienia, jest niełatwa (...). Zazdrości małostkowości, zawiści nie da się wyrugować raz na zawsze przez głosowanie w instytucjach kibucu.***
*s. 107.
**s. 121.
***s. 135.
Książkę otrzymałam do recenzji dzięki uprzejmości księgarni Matras
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Rebis, Poznań 2013.
Wydanie: I
Ilość stron: 152
Przekład: Leszek Kwiatkowski
Tytuł orginału: "Bejn chawerim"
Moja ocena: 4/6.

środa, 19 września 2012

Zachwyca czy nie zachwyca? - Nawiedzony dom. Opowiadania zebrane - Virginia Woolf

   Ta recenzja jest bluźniercza. Nie zdziwię się jeśli za moment na mą głowę posypie się grad kamieni. Jednak chcąc być w zgodzie z własnym sumieniem orzec muszę: nie podobało mi się. Już dawno się tak nie wynudziłam, już dawno mnie żadna książka od siebie tak nie odtrącała. Nieraz zamiast śledzić fabułę, która gdzieś mi umykała po kilku pierwszych linijkach każdego opowiadania zastanawiałam się, co jest ze mną nie tak, że zamiast "ochać" i "achać", bo przecież Woolf, bo klasa sama w sobie, ja zaczynam liczyć strony do końca. Brnęłam jednak dzielnie przez książkę, bo może jeszcze jedno opowiadanie i doznam olśnienia; jednak nic takiego nie nastąpiło... Doceniam warsztat autorki, jej zachłanność wobec życia i umiejętność obserwowania ludzi... Niestety, z odrobiną nieśmiałości, gdyż niecodziennie zdarza mi się krytykować klasyk, stwierdzić muszę, iż najwidoczniej nie to ładne, co ładne, lecz co się komu podoba.
   Na palcach jednej ręki niemalże zliczyć bym mogła opowiadania, które mnie zainteresowały. Marna to statystyka, jeśli w zbiorze "Nawiedzony dom" zawarto ich 47. Przyjrzyjmy się może pokrótce tym, które wyróżniają się na tle całości. "Dziennik pani Joan Martyn" to z pewnością opowiadanie szczególne. Autorka opowiada w nim o osobliwym znalezisku pewnej archeolożki, jakim był dziennik krewniaczki jej gospodarza. Twórczyni tego pamiętnika żyła i przelewała na papier swe emocje i spostrzeżenia w okolicach (bagatela!) 1480 roku. Woolf opowiada nam tu baśń z XV-wieczną Anglią w tle; całość czyta się jak średniowieczny epos rycerski, z zamkami i księżniczkami. Urokliwe. Kolejnym opowiadaniem, którego tytuł jest dla mnie znaczący, i nie muszę pobieżnie przeglądać tekstu, by przypomnieć sobie treść, jest "Niebieska zasłona" - Woolf puszcza tu samopas wodze swej wyobraźni ożywiając zwierzątka będące jedynie nadrukiem na tytułowej zasłonie. Na krótką chwilkę obdarowuje je życiem, nadaje im autonomię; tym samym odpowiadając na pytanie, które z pewnością nurtowało niektórych z nas w dzieciństwie, a mianowicie, co dzieje się z rzeczami/zabawkami, gdy śpimy. "Wdowa i papuga: historia prawdziwa" to również pocieszny utworek. Woolf serwuje nam pod tym tytułem opowieść stylizowaną nieco na przypowieść o biednej wdowie, która otrzymuje spadek po bracie i odtąd zmagać się musi z losem, który igra ze staruszką. Jak się jednak okazuje pozorna jego nieprzychylność w efekcie jest dla kobiety zbawienna, również dobroć staruszki odgrywa w finale znaczącą rolę. Zakończenie tego opowiadania było istną wisienką na torcie zajmującej całości. Ciekawe wydaje mi się opowiadanie "Dama w lustrze: refleksja" - jeśli już przebrniemy przez właściwe Woolf rozgadanie, czy przegadanie nawet, dotrzemy do ciekawej pointy rodem z Alicji po drugiej stronie lustra, tyle że ta "Alicja" jest nieco leciwsza, a jej kraina czarów spowita jest bardziej dekadencką atmosferą. Metafizyczny i wzbudzający wiele refleksji jest staw z opowiadania "Czym fascynuje staw", w którym wyobraźnia Angielki pobudza do życia mgliste wspomnienia odwiedzających go ludzi i ich egzystencjalnych trosk na przestrzeni wieków, to swoista elegia za minionym, a jednocześnie pean ku czci istnienia utrzymany w nieco balladowej konwencji. Interesujące były również opowiadania oparte na zabiegu tragedii pozorów, w których w trakcie odkrywała się przed czytelnikiem zgoła inna, niż mogłoby się zdawać, prawda - "Trzy obrazy" oraz "Spadek". Wspomnę jeszcze o opowiadaniu może nie tyle dobrym i satysfakcjonującym, co przyjemnym w odbiorze, a mianowicie "Kundelka Gipsy" - tu przejednała mnie niebywała osobowość zwierzęcej bohaterki, odmienna od całej reszty utworów tematyka oraz zgrabne i symboliczne zakończenie. I to byłoby na tyle, jeśli chodzi o ranking opowiadań, które są ciekawe, inne, a przynajmniej "mogą być". Cała reszta jest według mnie nudna, jednolita i zlewa się ze sobą jak rozgotowany ryż.
   Woolf w centrum swoich zainteresowań literackich stawia człowieka i wszystko, co z nim związane. Rozbiera ludzką naturę na czynniki pierwsze, prześwietla człowieczą psychikę, ogląda ją pod mikroskopem swej wnikliwej analizy. Nic jednak odkrywczego w niej nie zauważa, bo jaki człowiek jest, każdy widzi. Czasem udaje jej się błysnąć jakimś odkrywczym wnioskiem czy zaskoczyć czytelnika trafną myślą; zdarza się to jednak tak rzadko i jest tak niezwykle ulotne, że nie daje satysfakcji z obcowania z prozą angielki; umyka nam zanim zagłębimy się w kolejną opowieść. 
   Autorka piętnuje ludzkie przywary, obnaża niedoskonałości, traktuje swój tekst niczym kanon moralności, do którego przykłada ludzi wszelkich stanów, zawodów i poglądów, niemal się ciesząc, gdy coś odstaje, bo ma wtedy pole do rozważań. A może ciesząc się również na fakt, że nie ona jedna jest w wiktoriańskim rozumieniu ówczesnej, purytańskiej wręcz etyki, przeżarta zepsuciem? Wszak nie trzeba dużo szukać, by odnaleźć różne niuanse w jej biografii, które nie świadczą zbyt pozytywnie o jej własnej osobowości - życie w cieniu choroby psychicznej, echa molestowania seksualnego w dzieciństwie i podejrzenie skłonności homoseksualnych to chyba nader wystarczający bagaż życiowego niedopasowania, by stać się siewcą skandalu... A ona nam tu pisze o herbatkach, szpilkach i broszkach... I jeszcze dodaje, iż "(...)  literatura jest zapisem naszego niezadowolenia."* Cóż za powściągliwość, co za umiejętności kamuflowania tego, co w jej duszy gra, cóż za nieszczerość... Kłamiesz, oj kłamiesz Virginio! Ja tego nie kupiłam.
   Dodatkowo całość podzielona jest na cztery części wyznaczające czas powstania danych opowiadań (opowiadania wczesne, lata 1917-1921, 1922-1925 oraz lata 1926-1941), co dla mnie nie było w zasadzie wyznacznikiem niczego, nie zaobserwowałam bowiem jakichkolwiek zmian w warsztacie pisarki, czy w zakresie poruszanej przez nią tematyki. Monotonia, monotonia i jeszcze raz monotonia. Długie opisy, jeszcze dłuższe przemyślenia, skomplikowane aż do granic nieczytelności metafory - tak jest na początku zbioru, tak samo jest na jego końcu. Brak tu jakiegokolwiek progresu, próżno szukać innowacji. Swoisty, przyciężkawy styl autorki przetacza się niczym walec po treści jej utworów miażdżąc ich sensy, ucinając im skrzydła i mącąc odbiór. 
   Na domiar złego atmosfera u Woolf jest gęsta od egzaltacji, a całość trąci stęchlizną poglądów, jest sztywna niczym zasznurowany gorset i przesycona zaduchem prababcinej szafy. Tułamy się więc między kolejnymi salonowymi nasiadówkami, proszonymi obiadami i niedzielnymi popołudniowymi herbatkami, co byłoby znośne, gdyby autorka nie kazała nam wałkować tego do znudzenia, zmieniając tylko nieco temat i odrobinę inaczej szkicując detale bohaterów. Irytująca była również maniera językowa autorki przejawiająca się w nadużywaniu pewnych zwrotów i utartych powiedzonek oraz niemożebny jazgot narracyjny, liczne myślowe przeskoki, miotanie się między tematami i wplatanie dygresji, co zaiste jest kobiece, ale mnie tylko dezorientowało.
    Woolf pisze o życiu, filtruje ludzkie postawy wobec istnienia, w jej prozie daje się usłyszeć echa ówczesnej sytuacji politycznej - I wojna światowa, czasy międzywojenne. Doskonale zdaje ona sobie sprawę, z niemożności konfrontacji wielu ludzi z obiektywną prawdą, sama jak się wydaje również miała z tym niemały problem; widzi maski i pozory, jakie przybiera ludzkość. Życie stanowiło dla tej zagadkowej osobowości trudny orzech do zgryzienia, i mimo sporego doświadczenia, wiele było przed nią jeszcze nieodkrytego. A pisze o tym tak:
  Bo jeśli życie da się w ogóle do czegoś porównać, to chyba tylko do pędu przez tunel metra z prędkością pięćdziesięciu mil na godzinę, skąd na drugim końcu wypada się bez jednej szpilki we włosach! Ląduje się nago u stóp Boga! Koziołkuje się po asfodelowych łąkach, jak te paczki w szarym papierze po zsuwni na poczcie. Włosy rozwiane, jak ogon wyścigowego konia. Tak, to chyba oddaje raptowność życia, te nieustanne utraty i wytchnienia; a wszystko takie przypadkowe, takie nagłe...**
Tak. Czego by się nie powiedziało o twórczości Woolf, nie można odmówić Virginii wielkiej pokory, jaką przejawia wobec swego istnienia i wszelkich z nim związanych spraw.W jej prozie często spotykamy wątki świadczące o przekonaniu o znikomości człowieka we wszechświecie. Mnie osobiście ułamki prozy tej pani zawarta w zbiorze "Nawiedzony dom" nie przekonały do jej twórczości, jednak w konfrontacji z jej biografią sprawiły, że zainteresowała mnie ona jako osoba. Osoba, która mimo swoistej etykiety, jaką narzucała na nią jej epoka, potrafiła zachować do wszystkiego dystans, a nawet pewną dozę humoru. I choć nie mogę się z nią zgodzić, iż (...) umarli piszą świetnie(...) ***, to sama Virginia wyciąga do mnie pojednawczo rękę z kolejnego cytatu, z tego samego bodajże opowiadania, i: "(...) przyznaję, że we współczesnym pisarstwie jest niewiele zachwycających rzeczy. - W tej sprawie zgadzam się absolutnie. **** Cóż, nic dodać, nic ująć.


 Tekst stanowi oficjalną recenzję napisaną dla serwisu LubimyCzytać.pl
 
*s. 145.
**s. 119.  
***s.146.
****s. 142.
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012.
Wydanie: I.
Ilość stron: 462.
Przekład: Magda Heydel
Tytuł orginału: A Hannted House. The Complete Shorter Fiction.
Język orginału: angielski. 
Data powstania: 1917-1941
Moja ocena: 2/6.

sobota, 3 grudnia 2011

Trwoga dawkowana - "15 blizn" - antologia opowiadań grozy

   Strach jest jak narkotyk. Mimo, że nas paraliżuje, ogranicza, dezorganizuje... mimo to wszystko lubimy się bać. Pragniemy tego stanu buzującej adrenaliny, tego napięcia, uczucia gęsiej skórki, przejmujących dreszczy, pracującej na najwyższych obrotach wyobraźni. Stąd wszystkie horrory, stąd niesamowite i przerażające opowieści - ludzie poszukują sytuacji, w których te skrajne uczucia nimi zawładną, prowokują konfrontację z nimi. To, czego się boją paradoksalnie przyciąga ich jak magnes, hipnotyzuje. W "15 bliznach" przestraszyć nas spróbują czołowe postaci świata literatury grozy oraz pisarze stawiający w tej dziedzinie dopiero pierwsze kroki. Do dyspozycji mają formę tak nieprzejednaną i surową jak opowiadanie. Czy obudzą nasze demony? 
Zielińska, Campbell, Darda, F. Paul Wilson, Joe Hill oraz Łukasz Śmigiel byli najbliżsi poruszenia struny przerażenia w mojej duszy. To oni wraz z ich całkowicie różnorodnymi historiami, zupełnie odmiennie położonymi akcentami i zgoła innym podejściem do tematu pozostawili w moim umyśle tytułowe blizny, zasiali w głębi umysłu ziarno niepewności, dostarczyli wyobraźni dodatkowe bodźce do snucia koszmarnych majaków. Konstatacja? W mojej pamięci utkwili zarówno autorzy polscy, jak i zagraniczni. Wniosek? Polska literatura grozy to proza ambitna, kunsztowna i trzymająca wysoki poziom.
Muszę wyróżnić jedyną przedstawicielkę płci pięknej w tym zbiorze, która w moich oczach zabłysła swym fenomenalnym "Ostatnim kuszeniem Ewy Betulev" – Aleksandrę Zielińską. Pomysł delikatnie nasuwa mi mgliste  i raczej nie wychodzące poza sferę nastroju skojarzenia z "Mistrzem i Małgorzatą" Bułhakowa, niemniej jednak Kraków został w nim wystylizowany niemalże na przedsionek piekła, bohaterowie na żądne krzywdy innych kreatury, a kościoły zostały przemienione w sądy, w których jurysdykcję sprawuje sam szatan. Wszystko to wykute w materii dojrzałego i  świadomego języka.
Zaraz za Zielińską plasuje się w moim rankingu Śmigiel i jego "Mściciel krwi". Tworzy on świat w stanie rozkładu, opisuje krwawe święto Moru, w czasie którego dochodzi do rytualnych morderstw, brutalnych zabójstw starców i kalek, pośród dekoracji stworzonych z pozszywanych szczątek ludzkich. Swym bohaterem natomiast czyni im podobnego Capelbota i jego równie odrzucającego towarzysza Przerazę, plądrującego nekropolię w poszukiwaniu "części wymiennych" dla przyjaciela. Przyjdzie im rozwikłać zagadkę tajemniczej śmierci trzech panien von Lipitz i stawić czoła siłom nadprzyrodzonym, a wszystko to przy akompaniamencie niewybrednego, rubasznego i mocno czarnego humoru oraz nastroju ponurej groteski.
Zaimponował mi, choć już nie kreacją świata przedstawionego, a umiejętnością stopniowania napięcia do granic wytrzymałości, Stefan Darda. Stawia on czytelnika w niekomfortowej sytuacji – zmusza do dokonywania wraz z bohaterem wyboru, gdy tak naprawdę wyboru nie ma. Zaskakuje bardzo nieprzewidywalnymi zwrotami akcji, jątrzy wzburzoną psychikę nieoczekiwaną pointą.
F. Paul Wilson to również zwolennik ostrej niczym hak pointy, również ceni sobie akcenty psychologiczne, które u niego graniczą już z nadprzyrodzonymi zdolnościami. Wilson jednak postawił na wyrazistsze i bardziej spektakularne sylwetki bohaterów, stworzył mroczniejszy nastrój wielkiej posiadłości pełnej tajemnic.
Campbell jako jedyny nie ujął mnie literacko niczym szczególnym, a najautentyczniej przestraszył. Dotknął moich największych lęków, wprowadził mnie w sferę duchów, dał czuć ich oddech za plecami, a to mnie przeraża i paraliżuje. Mimo, że jego opowiadanie było typowe, wręcz kliszowe i szablonowe, to czytając je naprawdę się bałam. On pozostawił w mojej wyobraźni swój ślad.
Nie mogę nie docenić również Joe Hilla - jego "Twitterowanie z Cyrku Umarłych" było fenomenalnym przykładem na wielką moc przemilczeń, na paraliżujące działanie tego, co dopiero kołacze się w naszej wyobraźni. Również forma - rejestr rozmowy przez komunikator Twitter - wyróżnia tekst tego autora spośród pozostałych. Wielka jest jego sztuka gry na emocjach, na codziennych animozjach; wielka, a wręcz terapeutyczna. I żałuję, że najpierw przeczytałam notkę biograficzną, w której zdradzono, iż prawdziwe nazwisko autora to King. Z tych Kingów. To jednak zobowiązywało, ale spokojnie, Hill się wybronił.
Talentu prozatorskiego nie mogę odmówić również Mastertonowi. Opowiadanie Mastertona miało w sobie wszystko, co dobre opowiadanie grozy mieć powinno: ciekawy koncept, fenomenalne opisy słownych "efektów specjalnych" (fajerwerki elektryczności sprzężone z wybuchającymi zwłokami towarzyszące pojawieniu się mitycznego Iblisa), wartką akcję z kilkoma trupami po drodze i momenty, kiedy czytelnik zastyga zdjęty trwogą. Jednak w moim odczuciu trąciło ono nieco zbyt mocno klasyką gatunku, opierało się na zbyt już zużytym motywie demonicznym; autor przyjął w nim za proste rozwiązanie, jakim było osadzenie w roli głównej uniwersalnego i wdzięcznego bohatera, taksówkarza.
Opowiadanie Palińskiego chętnie bym poddała amputacjom i dosztukowaniom. Sic! Ujęłabym przydługi początek opisujący spacer autostopowicza w deszczu, natomiast pociągnęłabym fabułę dalej, uraczyła czytelnika jeszcze kilkoma wybrykami głównego bohatera, mocniej ponaciągała żądne skrajnych emocji czytelnicze nerwy. Tymczasem zanim tak naprawdę coś zaczęło się dziać, opowiadanie się skończyło, pozostawiając po sobie zawieszone w literackiej próżni, acz przewidywalne, niedopowiedziane zakończenie. Podobnie u Cichowlasa - były tu naprawdę dobre momenty, które wybroniły ogólne przekombinowanie, przysłoniły miszmasz wątków zgrabnie łącząc całość motywem inwazji kosmitów i puentując niezaprzeczalnym przesłaniem o złej kondycji ludzkości.
Największy zawód? Chyba Ketchum. Wiadomo, upadek boli dotkliwiej, gdy spada się z dużej wysokości, a w świetle wielu pochlebnych recenzji ostatniej książki tego autora („Jedyne dziecko”) oczekiwałam naprawdę dużo. Co dostałam? Satyrę, przeżute zrzędliwości, antybohatera, któremu koniec końców, niczym ślepej kurze, trafia się ziarnko. Opowiadanie było do przeczytania, projekcje myśli bohatera były nawet zabawne, ale przecież ja się chciałam bać...
Również zapadające w pamięć, ale pochodzące chyba z nieco innej bajki, jest dziełko Edwarda Lee - ta sama szuflada: wstawki kipiące erotyzmem, odrobina krzywego zwierciadła, szczypta fantastyki na fundamencie toksycznych i radioaktywnych odpadów, pozawieszane enigmatyczne sensy, których rozszyfrować niepodobna... Epatowanie odrazą? – owszem. Na strach miejsca tu niestety nie starczyło.
Pozostałe opowiadania nie pozostawiły na mnie najmniejszej blizny, ba, nawet draśnięcia. Przemknęły i zapadły w niepamięć z różnych powodów. Przekombinowanie, przesadzona enigmatyczność, chęć niesienia niejasnych przesłań... Kain wprawdzie kusi mnie surrealistyczną alegorią wizji apokaliptycznego ludzkiego losu, jednak przesłanie to, przy całej obudowie, jest zbyt proste. Kazimierz Krycz Jr. sięgnął po najbanalniejszy z motywów - motyw nieszczęśliwej miłości, a w to wplótł jeszcze bardziej wysłużonego bohatera: psychopatę maniaka. Z takiego nagromadzenia banału nie mogło być porządnej grozy. Ocenę opowiadania Rostockiego pozostawię w zawieszeniu, gdyż jest ono kontynuacją, czy może raczej retrospekcją, dla prozy zamieszczonej w „11 cięciach”. Motyw aniołów zła wydaje się chwytliwy, jednak całość jest pozbawiona wyrazu. Walka dobra ze złem, czy może większego zła z mniejszym też mnie nie porwała. Jako osobna całość, opowiadanie raczej mnie nie poruszyło, ale może w zestawieniu z drugim członem miałoby pozytywniejszy wydźwięk. Mort Castle również poszumiał w rozwinięciu swego popisu, całość natomiast zbyt krótkim, rzeczowym, lecz niezbyt spektakularnym zakończeniem. Zakończeniem, w świetle którego całość jest przegadana i wydaje się być watą słowną upychaną, byle czymś ją wypełnić.
Umrzeć ze strachu się nie dało. Zbiorek jest nierówny literacko. Jednak chyba z założenia miał być parabolą skrajnych emocji i różnorakich wartości literackich, treści w stylu „dla każdego, coś dobrego”. Sam dobór nazwisk niejako predestynuje antologię do stania się polem popisu zarówno dla „wyjadaczy” gatunku, jak i dla jego debiutantów. Zaskakuje mnie jednak fakt, iż niejednokrotnie uczniowie przyćmili swym talentem mistrzów. Czyżby szło nowe?
 Tekst stanowi oficjalną recenzję napisaną dla portalu LubimyCzytać.pl
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Replika, Kraków 2011.
Wydanie: I.
Ilość stron: 424.
Przekład: Marcin Kiszela, Bartosz Czartoryski, Zygmunt Halka
Moja ocena: 4/6.

środa, 18 maja 2011

"Niełatwo jest wyżyć z pisania opowiadań"* "Wszystkie boże dzieci tańczą" - Haruki Murakami

"Wszystkie boże dzieci tańczą" to zbiór 6 opowiadań połączonych wspólnym motywem trzęsienia ziemi. Murakami znów pochylił się nad zwykłym człowiekiem i jego zwykłymi problemami, o których opowiedział w sposób niezwykły.   Zbiorek to prawdziwy miszmasz tematyczny i gatunkowy - mamy tam do czynienia z namiastką fantastyki, odnaleźć można również bajkowe wątki, dopatrzyć się onirycznych motywów.
   Bohaterowie są iście Murakami'owscy - to ludzie z przeszłością, smutną raczej, niż szczęśliwą. To typowi outsiderzy z reguły nierozumiani przez bliskich, opuszczeni przez nich, pokieraszowani emocjonalnie, na wpół wypaleni. Wszystkich jednak łączy pragnienie szczęścia i poszukiwanie sensu życia, odpowiedzi na dręczące ich pytania o przeszłość. To ludzie targani surowym wiatrem ich własnego przeznaczenia, który niejednokrotnie nieźle ich wychłostał. Mamy tu porzuconego przez żonę właściwie bez powodu  Komuro ("UFO ląduje w  Kushiro"); Junko, odnajdującą swoje prawdziwe ja w blasku ognia ognisk palonych na plaży wraz z panem Mitake ("Krajobraz z żelazkiem"). Mamy Yoshiy'ego poszukującego ojca, bo dłużej nie może on znieść życia "dziecka bożego", jakie zafundowała mu matka w zadośćuczynieniu za brak ojca ("Wszystkie boże dzieci tańczą"). Poznajemy historię Satsuki, która wiodła tak zgorzkniałe życie, zbudowane na krzywdzie, jakiej doznała w przeszłości, iż ukoić mogły je nie luksusy, na które mogła sobie hojnie pozwalać, ale złapanie we śnie węża, mającego zjeść wypełniający ją kamień ("Tajlandia"). Poznajemy również Katagiri'ego i pana Żabę, którzy walczyli dzielnie z Dżdżownicą, aby ta nie zmiotła z powierzchni ziemi japońskiej metropolii ("Pan Żaba ratuje Tokio"). W końcu przyglądamy się życiu Jumpeja, który był życiowym nieudacznikiem i zupełnie nie liczącym się twórcą, dopóki nie zrozumiał, co się w życiu naprawdę liczy i nie zaczął żyć jego pełnią ("Ciastka z miodem").   
   Murakami mistrzowsko porusza się nawet w oszczędnej formie opowiadania. Nakreśla życiorysy swych postaci, wplata w nie wiele epizodów wzbogacających odbiór, buduje niebanalne metafory, robi pauzy i wielokropki w najbardziej intrygujących momentach akcji. Nie liczy się w tych utworach fabuła, ale raczej emocjonalny świat postaci, ich wspomnienia, myśli  i odczucia. Przestrzeń stworzona jest przez słowa i dlatego kawa może "nie mieć treści, tylko formę". Taka poezja prozy.
   Rzeczą charakterystyczną dla twórczości Japończyka jest też właściwa jego utworom atmosfera. Ciężko określić słowami, co odczuwa się czytając jego dzieła, ale ja przynajmniej zawsze odnoszę wrażenie wewnętrznego niepokoju prozy pióra Murakamiego. W fabularnym powietrzu zawieszone jest jakieś oczekiwanie, cichy i niewypowiedziany lęk, niewiadomego pochodzenia napięcie. Ta atmosfera uzależnia...
   Istotnym tematem podjętym w jednym z opowiadań jest temat twórczości i jej krytyki. Murakami przypisuje jednemu z bohaterów własne poglądy na te bardzo mu bliskie tematy, opisuje akt twórczy, wypowiada poglądy dotyczące wyższości powieści nad opowiadaniami, niemocy tworzenia, krzywdzących słów krytyków i ich wpływu na nastawienie autora do własnej działalności:
   "(...) opowiadanie jako gatunek literacki staje się coraz bardziej przestarzałe, jak biedny suwak logarytmiczny"**
W końcu tak oto podsumowuje styl swojego bohatera pisarza.
   "Posiadał swój własny styl i potrafił zmienić głębokie brzmienie muzyki i delikatne odcienie światła w ogrodach w spoisty, przekonujący tekst."***
Czy Wam to czegoś nie przypomina?
*s. 161. 
**s. 149.
***s. 170.
Wydawnictwo, miejsce i rok wydania: MUZA, Warszawa 2007.
Ilość stron: 181.
Przekład: Anna Zielińska - Elliott
Moja ocena: 4/6
Wyzwanie: Haruki Murakami, literatura japońska

sobota, 9 października 2010

Daj mi! - Irina Dienieżkina

   Pot, krew, łzy i sperma - tymi określeniami możnaby najkrócej opisać treść opowiadań współczesnej rosyjskiej pisarki, młodziutkiej Iriny Dienieżkiny, który to zbiorek jest jej debiutem literackim. Upadły wszystkie priorytety, nie ma miejsca na sentymenty czy wartości, marzenia gdzieś się ulotniły lub zostały zmieszane z błotem, a nadzieja nie ma już racji bytu  bo jeden dzień jest gorszy od drugiego - taki obraz mentalności rosyjskiej młodzieży wyłania się z prozy młodej autorki. Obraz szokujący, przerażający, wstrząsający i na wskroś smutny. Świat przedstawiony Dienieżkiny to świat rządzący się prawem pięści, pełen niewypowiedzianej agresji każącej bić, kopać, tratować i niszczyć; świat, który w zasadzie nie jest już światem, a tylko narkotycznym zwidem bądź alkoholowym majakiem. Młodzi ludzie próbują rozpaczliwie odnaleźć w tym wszystkim miłość i sens życia, bardzo często gubiąc przy tym samych siebie... 
   Książka zawiera jedenaście opowiadań. Tematyka większości z nich istotnie traktuje o trudnym dorastaniu rosyjskiej młodzieży, ba, dzieci nawet. Mówi o ich konfrontacji z brutalnym światem, w której są z miejsca przegrani nie mając wsparcia rodziców, nie mając wzorców i autorytetów. Dienieżkina kreśli obraz typowego rosyjskiego nastolatka: członka zespołu raperskiego grającego wieczorami w różnych klubach, upijającego się potem, narkotyzującego, "pieprzącego się" z przypadkowym partnerem, którego i tak kolejnego dnia nie będzie pamiętać, a następnego dnia przesypiającego wykłady na uczelni, na którą nie wiedzieć jakim cudem się dostał - to pierwszy model; jest jeszcze typ zabijaki: jego życie to istna walka o przetrwanie, nie wie co to litość i skrupuły, bije, kopie, łamie kości, nos, wyrywa mięso, rozrywa skórę... Mocniej, dotkliwiej, więcej krwi. Sam też nieraz staje sie ofiarą; guzy, siniaki, wybite zęby, liczne rany, szwy - to jego cechy charakterystyczne. Płeć piękna u Dienieżkiny to istoty zamknięte w swym kokonie straconych złudzeń i złamanych serc, starające się zdobyć choćby namiastkę uczucia poprzez seks byle gdzie z byle kim. Młodzi Rosjanie swój bunt, nienawiść i żal do świata wyrażają poprzez muzykę. Oto "próbki" ich  twórczości:
"Zajebię wszystkich dupków i palantów
Naćpanych, najaranych elegantów.
Wepchnę im wyzwiska
Z powrotem do pyska
Moje życie to siłownia, seks i mleko.
A ty, gówniarzu, trzymaj się z daleka,
Śmierdzisz mi bełtem i szlugami.
Zajebię cię jak psa, spieprzaj do mamy!*"
   Do opowiadań tej kategorii zaliczyć można:
Daj mi!:
Lapa, Dienia, Niger, Sacharow, Jasznikow, Andriej - to lista amantów bohaterki opowiadania, rosyjskiej studentki.  Z każdym z nich łączy ją uczucie, a raczej relacja innego rodzaju; jedni uganiają się za nią, za innymi ugania się ona, a jeszcze inni z kolei  pociągają  ją ku sobie jedynie fizycznie; poznaje ich na czacie, na uczelni lub podczas pijackich nasiadówek po koncertach a czasem poprostu podczas bijatyki, której jest świadkiem czekając na stacji na autobus.  Jest też przyjaciółka - wyzwolona Wołkowa pasjonująca się poznawaniem bogatych, starszych panów i sypianiem z nimi, nie gardzi też prezentami, jeśli ją nimi chcą obdarować. W "Daj mi!" miłość to już tylko pusty, pozbawiony treści dźwięk; coś za czym wszyscy gonią, ale nikt właściwie nie wie czym ona jest i przez to zapewne nigdy jej nie znajdzie poniewierając się pomiędzy jej złudzeniami i bezwartościowymi związkami.
Waleroczka:
Sielski, mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka, obrazek "fabrycznych" dzieci jadących na kolonie.  Szybko jednak przechodzą one rozmaite inicjacje - od seksualnych, jak w przypadku Irki, która bez słowa oddała się Tarasowi, tylko dlatego, że wieczorem przyszedł do jej pokoju, czy Kati i Ignata uprawiających seks po pięciu minutach dyskotekowej znajomości, po swego rodzaju wyzwolenie i pozbycie się etykietki "chłopca do bicia", jak było to w przypadku tytułowego Waleroczki, bitego za wszystko, czyli w gruncie rzeczy za nic, stale posiniaczonego i zakrwawionego, który w akcie zemsty zmawia się z kilkoma miejscowymi i urządza swym dotychczasowym oprawcom jatkę. Dopiero wtedy zyskuje ich szacunek i spokój. Nad całą "imprezą" czuwa przymykając z reguły oko nauczona doświadczeniem pracy z rozwydrzonymi przedszkolakami i wypalona wewnętrznie, Lidia. Jej plany związane z pedagogicznym podejściem do dzieci szybko poszły w zapomnienie w starciu z rzeczywistością, nauczyła się, że autorytetem dla dzieci jest przede wszystkim siła a swoje działania ograniczyła jedynie do niezbędnego minimum, polegającego na tym, by jej podopieczni się nie pozabijali.
Song for lovers
Pomieszane losy grupy studentów z roku, w której aż gęsto od uczuć i skrywanych namiętności nieszczęśliwie niestety ulokowanych akurat w osobach kochających bądź zakochanych w kimś innym. Nastolatki spotykają się na koncertach, piją, ćpają, "pieprzą się" bezsensownie z innymi, chcąc pozbyć się uczucia odrzucenia, które takie zachowanie tylko pogłębia. Na zewnątrz uśmiechnięci, w środku to wraki ludzi poszukujący pocieszenia tam, gdzie otrzymać mogą jedynie rozczarowanie. Na tle innych historii wyróżnia się miłość wykolczykowanego rapera, heroinisty i pijaka Antona do Nastii. Jest to uczucie czyste, mocne i prawdziwe do tego stopnia, iż chłopak rzuca dla niej nałóg a po odrzuceniu... płacze. "Zdechnę bez ciebie" - powtarza jej do samego końca; to chyba z jego ust pada jedyne w tej książce w pełnym tego słowa znaczeniu "kocham".
Moja piękna Ann:
Pierwsze miłosne rozczarowanie trzynastoletniego Zająca - chłopca "zbyt nieśmiałego, zbyt naiwnego i zbyt uczciwego". Jego ukochana zdradziła go na dyskotece z innym, on się upił. A następnego dnia, jak gdyby nigdy nic, swoim zwyczajem czekał pod jej klatką na ławce z lodami dla niej.
Uczucie "na dysdans":
Niespełniona miłość Maszki wyznawana jej obiektowi, Aloszy na kartkach przypiętych do uczelnianej tablicy ogłoszeń. Miłość stale negowana i skazywana bezustannie na niepowodzenie przez Nastię, pesymistyczną koleżankę bohaterki, uważającą Loszę za "szpanera i babiarza". I może gdyby nie nieśmiałość Maszy wszystko potoczyłoby się inaczej? Bo Losza w rzeczywistości był chłopakiem miłym i życzliwym, ale nieziemsko zapracowanym, któremu w głowie troska o byt, a nie umizgi i miłostki...  
Locha-rottweiler:
Ludka postanawia popełnić samobójstwo w sylwestrową noc, jest pijana i przytłoczona bezsensem życia. Nieoczekiwanie z pomocą przychodzi jej obiekt wcześniejszych westchnień, ochroniarz poznany na imprezie dla bankowców, Alosza. Ratuje jej życie, wciąga przez okno do mieszkania i odchodzi. Niby nic się nie zmieniło, a jednak chłopak pozostawił w jej życiu olbrzymi ślad; podarował jej je od nowa. Niby nic, a więcej, niż niejedna osoba zdoła nam podarować przez całe życie.
Isupow:
Kolejne miłosne rozczarowanie, olbrzymie pokłady sympatii, uczuć i nadziei kierowane w stronę osoby, która po bliższym poznaniu okazuje się ich zdecydowanie nie warta. Potwierdzenie tezy, iż nastolatki często kochają nie daną osobę, ale swoje o niej wyobrażenie. 
Ty i ja:
Swoiste slajdy, kolaże i projekty życia konstruowane dla nieosiągalnego zapewne obiektu westchnień przez nied0szłą samobójczynię. Z miłości, jak przypuszczam. Ślady, pozostałości dawnych znajomości towarzyszą ludziom całe życie, często znacznie na nie wpływając. Życie człowieka jako pogoń za szczęściem, kończąca się zawsze porażką, pytaniem: "Dlaczego to wszystko takie straszne?".
Postscriptum
Miłość, a raczej strach przed krzywdą, którą może nam wyrządzić druga osoba często doprowadza do obsesji, do szaleństwa. Marta kreuje w swym chorobliwym umyśle wizje pastwienia się ukochanego nad jej zwłokami: "Tym nożykiem wydłubie mi oko i spuści się do dziurki (...). Zaklnie i wsadzi mi nożyk w usta. Przerżnie, spuści się." ** Zapobiegawczo planuje więc wcześniej sama go zamordować. Gdy Mark ją całuje i proponuje spacer, ona obmyśla mordercze strategie. Nawet czynność tak prozaiczna jak smarowanie masła na chleb rodzi w chorym umyśle Marty myśl, iż partner zechce zabić ją nożykiem do masła.
   Od tematyki trudnego dorastania i miłosnych rozczarowań zdecydowanie odstają dwa opowiadania. Tu Dienieżkina wdaje się w konwencje fantastyczną, zaludnia świat przedstawiony postaciami z... koszmaru sennego.
Śmierć na czacie:
Kiedy ktoś puka do twoich drzwi, przygotuj się, iż może to być... śmierć, która "obraca kosę w łapkach" i "wzrusza ramionkami". Ale spokojnie, zrób jej herbaty,  poczęstuj pierniczkami, pozwól poczatować w sieci. I tylko nie rób zdziwionej miny, gdy potem zamiast miłości, znajdziesz na czacie... śmierć. 
Wasia:
Najbardziej szokujące, a wręcz obrzydliwe opowiadanie, ale ono właśnie podobało mi się najbardziej. Do Rosji nie widzieć czemu zawitały groteskowe zielone stwory (choć może były jedynie tworami patologicznej wyobraźni bitego przez wszystkich, rodziców nie wyłączając, małego Wasi). Stwory te żywiły się obierkami i skorupami jaj, brutalnie mordowali i zjadali bezdomnych lub w porywie dzikiej chuci gwałciły staruszki. Czoła stawić tym nietypowym terrorystom postanowił Wasia właśnie. Zwłoki zmarłego dziadka nasmarował lisim jadem i wrzucił do śmietnika potworom na pożarcie. Jad otruł maszkary, Wasia uczynił to w akcie zemsty (jeden z zielonych wydłubał mu oko), ale przy okazji stał się bohaterem uwalniając miasto od plagi potworów, ale tego nikt nie dostrzegł. Opowiadanie pozbawione jest jakiegokolwiek znamienia estetyki, szokuje los chłopczyka - koledzy wybijają mu rurką zęby, biją cegłami po głowie, matka go wyzywa, dziadek opluwa, ojciec okłada kapciem; szokuje zachowanie malca, który pociechy szuka w erotycznych rozmowach telefonicznych, szokują wypowiedzi dziesięciolatka: żadna nie jest pozbawiona przekleństw i wulgaryzmów.
*s. 36.
**s. 163.
Wydawnictwo i rok wydania: Świat Książki, Warszawa 2004.
Przekład: Małgorzata Buchalik.
Ilość stron: 175
Moja ocena: 4/6
Wyzwanie: Rosja w literaturze

sobota, 6 marca 2010

Ślepo podążając za szczęściem bardzo łatwo je przeoczyć - "Odette i inne historie miłosne" - Eric-Emmanuel Schmitt



















Dotąd znałam Schmitta jako autora tekstów przeznaczonych do wystawiania na scenie, takich jak "Małe zbrodnie małżeńskie" i "Tektonika uczuć". Teraz odkryłam jego oblicze prozatorskie i muszę przyznać, że bardzo mi się ono podoba. Forma się zmieniła, ale ze Schmitta dramaturga w Schmitt'cie prozaiku pozostała tematyka obracająca się w sferze relacji damsko-męskich.
Książka jest zbiorkiem ośmiu krótkich opowiadań, ukazujących życie ośmiu różnych kobiet. Jednakże wszystkie je łączy nieustający pęd do poszukiwania szczęscia w życiu, przy czym dla każdej z bohaterek ma ono inną definicję. Dla Wandy Winnipeg, awansującej społecznie dzięki kolejnym bogatym zamążpójściom, wyrachowanej nowobogackiej gminnego pochodzenia, która wstydząc się przeszłości ukuła sobie potrzeby wysoko postawionych znajomych nową tożsamość, sensem życia okazuje się uszczęśliwienie osoby, która przed wieloma laty okazała dlań odrobinę serca i dobroci. Cynicznej i rozczarowanej życiem, w którym brak jest ideałów Helene szczęście przynosi dopiero pogodzenie się z zastaną, pełną wad i niedociągnięć rzeczywistością oraz umiejętność cieszenia się z tego, że jest jak jest; kochania życia nie "za" ale "pomimo". Gdy nagła śmierć odbiera jej Antoine'a - męża, który był jej "przewodnikiem po życiu" pozwalającym jako tako funkcjonować w świecie znienawidzonym przez Helene, kobieta do reszty pogrąża się w marazmie. Jednakże pamięć o tym wyjątkowym człowieku, którego więcej niż tylko akceptowała, każe jej wziąść się w garść. Helene zaczyna podróżować, bo "Antoine uwielbiał podróże". I to właśnie dzięki temu krokowi los stawia na jej drodze człowieka, który prawdopodobnie wypełni sensem resztę jej dni. Tajemnicza i zaskakująca jest historia Odile Vernisi, paryżanki żyjącej w wymaginowanym świecie ułudy. Choroba zmienia jej życie w koszmar, w którym po mieszkaniu przemyka w nieznanych celach obca kobieta, w którym mąż bez powodu od niej odchodzi i pobiera się z młodszą, ma z nią dzieci; w końcu dochodzi do tak niewyjaśnionych zdarzeń jak odnalezienie na półce wydrukowanej pracy doktoranckiej nad którą właśnie pracuje. Odile widzi zjawiska niewyjaśnialne i uczestniczy w niezrozumiałych wydarzeniach - taki jest jej chory świat... Dla tej kobiety szczęściem może być już tylko całkowity triumf choroby, który da jej ukojenie wynikające z całkowitej utraty pamięci. Szczęścia nie udaje się odnaleźć Aimee - jej życie upływa pod znakiem kochanka Georges'a, który, mimo deklarowanego jej płomiennego uczucia pozostawia ją samą sobie po 25 latach romansu. Na domiar złego pięćdziesięcioletnia Aimee traci pracę. Wtedy dokonuje specyficznego podsumowania swojego życia, ponieważ czyni to przez przymat materialnych dowodów uczucia mężczyzny - rezultat okazuje się pożałowania godny. Biżuteria od Georgesa jest bowiem nic nie warta, a podarowany jej przezeń obraz Picassa to falsyfikat. Kobieta gorzknieje, ale bierze się w garść. W końcu dowiaduje się jednak, iż jest chora na raka. Spełnieniem dla niej okazuje się zemsta - fałszywe dzieło Picassa postanawia zapisać jako orginał łatwowiernej i naiwnej jej zdaniem opiekunce, jako nauczkę, iż dobroć w życiu nie popłaca. Jak wiele dobrego przyniesie ta decyzja nie będzie jej dane się dowiedzieć... Wszystko, co potrzebne do szczęścia miała rzekomo Isabelle - była piękna, bogata, mąż ją bardzo kochał. Jednak pewne wydarzenia sprawiły, iż kobieta dowiedziała się, że żyje w świecie fikcji - Samuel miał bowiem drugą rodzinę, miał dzieci z inną. Isabell częściowo rozumiała męża - choroba sprawiła, iż nie mogło dojść między nimi do stosunku, co uniemożliwiało im posiadanie dzieci - mimo to dręczyła męża swymi humorami i milczeniem. Doprowadziło to do tragedii. Wtedy Isabell traci swoje szczęście, tylko wydawać by się mogło po to, by wreszcie zrozumieć jak wiele było jej dane i docenić szczęśliwą przeszłość. Ułudą szczęścia musiała zadowolić się bosonoga księżniczka, która postanowiła korzystać z życia na przekór wszystkiemu. Dziewczyna na jedną jedyną noc w życiu przemieniła się w tajemniczą boginię, by uwieść nieziemsko przystojnego aktora. Zaryzykowała i triumfowała; wiedziała, czego chce. Zupełnie jednak nie jest świadoma, iż pozostaje w pamięci swego kochanka Fabiano na zawsze. Mężczyzna po 15 latach próbuje ją odszukać i choć na happy end jest już za późno, poznaje tajemnicę Donatelli. Szczęście dla innych ludzi umie wskrzesać z popiołów Odette, czyni to jednak kosztem własnego. Uczy ona ukochanego pisarza, Baltazara Balsana dostrzegać realne wartości we własnym życiu, wyciąga go ze szponów depresji. Robi to, bo umie brać życie takim, jakie jest, umie godzić się z losem i nawet lubić to kim jest i jacy są jej bliscy ( nie ma problemu z akceptacją homoseksualizmu syna). Umie też kochać, przez duże k - mądrze i nieegoistycznie. Ostatnia historia mówi o więźnarkach umieszczonych na Syberii za postawę antystalinowską. Największym strapieniem kobiet jest brak jakiegokolwiek kontaktu, choćby nawet korespondencyjnego, z córkami. Przemyconym ołówkiem na kartkach z posklejanych papierków od papierosów piszą one do sywch dzieci listy. Listy te nie zawierają jednak rad ani wyjaśnień; piszą natomiast o czymś, co pozwala zachować pozory normalności. Córki nazywają potem zbiór tych listów "najpiękniejsza książką świata", jest to ich swoiste dziedzictwo, spadek po matkach.
Schmitt kreśli bardzo głębokie portrety psychologiczne swoich bohaterek, ukazuje wszystkie motywacje i uwarunkowania, które zdecydowały o podjęciu takiej a nie innej decyzji. Schmitt zna kobiety. Nie zawsze jego bohaterki mają kolorowo; opowiadania są raczej gorzkie w smaku. Zawierają jednak spory ładunek prawdy o życiu - w ślepej pogoni za szczęściem łatwo je przeoczyć. Szczęście najczęściej jest bardzo blisko, trzeba tylko umieć je dostrzegać. Czasem najbardziej unieszczęśliwić umie właśnie pragnienie bycia szczęśliwym. Taki paradokslany i absurdalny wniosek...
Ilość stron: 242
Moja ocena: 4+/6