Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cormac McCarthy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cormac McCarthy. Pokaż wszystkie posty

piątek, 1 listopada 2013

Sunset Limited - Cormac McCarthy

   Skromna gabarytowo książka, która zawiera w sobie olbrzymi ciężar filozoficzny. Skłania do przemyśleń, do zatrzymania się i zastanowienia. Nie da się jej czytać szybko, może nawet by dotrzeć do sedna należałoby przeczytać ją kilka razy. Ja wielokrotnie obracałam słowa w myślach nieśpiesznie wysysając z nich sensy. To dramat, może nie do końca pod względem gatunkowym, zdecydowanie zaś w aspekcie tematycznym. To dramat człowieka uwikłanego w życie. Z każdą stroną zalewał mnie coraz mocniej dekadentyzm, na którego fali McCarthy nieodmiennie płynie. Ale tym razem w żagle mu dmucha nieco inny wiatr. Bryza.
   Rzecz jest o dwóch takich co zgłębiali tajniki istnienia. Prosty, banalny wręcz zamysł, a jakie wykonanie. Zwykła niezwykła rozmowa, której początek dał znaczący zbieg okoliczności.
   Bohaterowie McCarthy'ego nie mają imion. To typowi literaccy everymani. Tym, co ich określa jest kolor ich skóry, gdyż dialogi w książce podzielone są na kwestie Czarnego i Białego. Określa ich także ich przeszłość: biały był człowiekiem światłym, profesorem; czarny natomiast jest, jak sam o sobie mówi, "durnym wiejskim czarnuchem z Luizjany" (s.64), który ma za sobą niechlubną odsiadkę w mamrze. Dzieli ich także kwestia religijności - profesor to ateista, Murzyn natomiast doznał nawrócenia i teraz pragnie przekazać wieść o bożym miłosierdziu światu. Ścierają się ze sobą przypadkowo na stacji nowojorskiego metra Sunset  Limited. Spotkanie staje się pretekstem do podjęcia polemiki między dwoma skrajnie różnymi światopoglądami i systemami wartości. 
   Rozmawiają właściwie o Wszystkim, a czynią to w sposób tak niezobowiązujący i pozbawiony jakiegokolwiek patosu; tak zwyczajny i tak bardzo daleki od teologiczno-filozoficznych dysput, że  aż uderzający i rozbrajający. Prawdziwy. Również sceneria tej polemiki jest znacząca - tłem dla ich rozważań jest nędzna klitka czarnego, wyposażona w najniezbędniejsze do życia przedmioty, dzielona niejednokrotnie z narkomanami i złodziejami. To właśnie "między prostotą" rozgrywa się bój jasności z mrokiem. To właśnie pomiędzy kawą a odgrzewanym obiadem mężczyźni poruszają takie zagadnienia jak Bóg, życie, szczęście, dobro i zło, wiara, Biblia i polemika z nią. 
   Nie wiem, jak chronologicznie plasuje się ta pozycja w dorobku literackim autora, widzę tu jednak pewne novum - McCarthy, kojarzący mi się dotąd jednoznacznie jako wieszcz schyłku, piewca upadku i skończonego zła zaczyna dopuszczać do głosu na kartach swojej prozy przeciwstawną tezę. Nie stawia kropki po wygłoszonej przez białego hipotezie, jakoby świat było to "(...) straszne miejsce. Pełne strasznych ludzi" (s. 35). Teraz pojawia się tam znak zapytania, jaki stanowią poglądy czarnego. Poglądy nota bene znajdujące moje uznanie. Nie są to bowiem owoce ślepego zapatrzenia w naukę kościoła (celowo piszę to małą literą), a efekty zdroworozsądkowego podejścia do kwestii wiary, wynikającego z wielu doświadczeń życiowych i zdobytego dzięki nim dystansu. "Nie jestem wątpiący - przyznaje.  - Ale zadaję pytania" (s. 58). 
   Znacząca jest tu też symbolika koloru skóry - McCarthy za jej pomocą kontrastuje zewnętrzne z wewnętrznym. Jasność fizyczna białego jest przydymiana przez jego mroczną duszę i na odwrót - ciemna fizjonomia czarnego rozświetlana jest blaskiem jego wiary i wynikającej z niej nadziei. Roztacza więc przed nami tym samym autor wachlarz niezliczonych szarości, byśmy w tej gamie mogli odnaleźć siebie. Bo apokalipsy nie będzie. Apokalipsa jest codziennie, dla każdego ma wymiar osobisty, inny w zależności od odcienia, który jest mu najwłaściwszy. 
   Wiele tu dekadentyzmu sygnowanego znakiem najlepszej mccarthy'owskiej jakości, jednak jest to dekadentyzm oswojony, pijący z jednej miski z iskierką nadziei. Bardzo przemawia do mnie dobór postaci - monopol na prawdę o życiu ma tu natura, a nie nauka; prostota, a nie kultura. Autor znów stawia na atawizm, lecz tym razem nie jest to wartość pejoratywna. Zbawić świat zdoła tylko prymitywne życie - w myśl zasady czym się zatrułeś, tym się lecz. I czarny jest jednym z pierwszych proroków. 
   "Bo siedzisz tutej przy moim stole, głuchy na Boga jak upadłe anioły, i czekasz, cobym ci zaserwował kolejną herezję byś ją mógł do serca przytulić i dodatkowo się utwierdzić w swojej niewierze."*
Demaskuje poetyckimi w swej prostocie i nieporadnej trafności słowami postawę białego (uwielbiam ten język nieociosany bohaterów McCarthy'ego, wielkie brawa dla tłumacza, że go nie stłamsił przekładem). I choć nikt nie święci tu triumfu a zakończenie pozostawia wiele dla rozważań i kontemplacji czytelnika, to jednak ma się wrażenie, że w trackie lektury było się świadkiem czegoś niezwykłego, ze wywróciło się Istnienie podszewką na wierzch i rozwikłało tajemnicę splotu niektórych nici, którymi zostało zszyte. Nie wszystkich, rzecz jasna, i zapewne każdy dojrzał inne. Jedni te czarne, inni białe.
Książkę otrzymałam do recenzji dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego 
*s. 62
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013.
Wydanie: I.
Ilość stron: 126.
Przekład: Robert Sudół.
Tytuł orginału: "Sunset Limited"
Język orginału: angielski.
Moja ocena: 5/6.

poniedziałek, 12 marca 2012

Pijacka epopeja - "Suttree" Cormac McCarthy

   Ilekroć sięgam po książki McCarthy'ego zadaję sobie nieodmiennie pytanie: Co mnie do tego skłania? To mocna, bardzo męska proza. Momentami wręcz odrażająca, pełna odstręczających opisów, pejzaży literackich rodem z najobrzydliwszych śmietnisk, cuchnąca fetorem rozkładu - zarówno fekaliów, zwierzęcych trucheł czy ludzkich zwłok, jak i rozkładających się systemów wartości czy konającej etyki. Tak, że u McCarthy'ego nie jest lekko, łatwo ani bynajmniej przyjemnie. A jednak ma w sobie ten pisarz, mają w sobie jego dzieła jakiś specyficzny magnetyzm. Może to syndrom atawistycznego pociągu do świata ludzkich instynktów? A może to coś jeszcze głębszego... Często po lekturze powieści tego amerykańskiego pisarza nie mogę oprzeć się wrażeniu, że właśnie dotknęłam krwawiącej i rozdrapanej jego demaskatorskim piórem żywej duszy człowieczeństwa, takiego, jakim ono jest; bez cywilizacyjnych fundamentów, bez moralnej nadbudowy. Dla mnie McCarthy zawsze będzie najszczerszym portrecistą ludzkiej natury, najtrafniejszym psychologiem mrocznej kondycji świata.
   Cornelius Suttree to typowy bohater outsider. Mieszka na barce zacumowanej na rzece płynącej przez Knoxville, trudni się połowem ryb, pozostały czas spędza obcując z podobnymi sobie osobliwościami ze społecznego marginesu na przemian upijając się bądź pakując w tarapaty owocujące konfliktami z prawem. Nie ma rodziny - bo sam ją porzucił, nie ma zobowiązań - bo żyje z dnia na dzień troszcząc się jedynie o zaspokojenie podstawowych potrzeb. Można by go słusznie zaszufladkować jako drania i życiowego nieudacznika, jednakże na przestrzeni powieściowej fabuły ciężko jest się z nim nie zaprzyjaźnić. Sut bowiem jest wierny w swych poczynaniach specyficznemu kodeksowi ulicznika. To w jego imię ratuje bezustannie z tarapatów swego poznanego w więzieniu młodego przyjaciela Harrogate'a, gdy ten wpada na kolejne, coraz bardziej szalone pomysły na, zawsze nielegalne, zdobycie kilku groszy. To w imię tego honoru pomaga gejowi Leonardowi pozbyć się rozkładających zwłok jego ojca, by rodzina wciąż mogła pobierać za niego zapomogę, pomaga wyciągnąć psa z pomyj; w jego imię wytka ślepcowi kilka dolarów czy przynosi ryby śmieciarzowi. Kodeks ulicy ma dla niego większą wartość niż pieniądze, większą nawet niż własna wolność, od stracenia której za sprawą swych szemranych znajomych niejednokrotnie dzieli bardzo wątła granica.
   Suttree to postać bardzo tajemnicza - jego przeszłość, która powraca do niego za sprawą jednej rozmowy telefonicznej i zmusza do skonfrontowania ze sobą, to przeszłość gorzka, pełna ran i bólu. Stanąwszy nad grobem bliskiej sobie osoby widzi w nim niczym w lustrze wszystkie swoje błędy i niedociągnięcia; swoje zaniedbania. To doświadczenie jednak nie daje mu katharsis; nie zmienia niczego w jego życiu, niczego nie uczy. Nad Suttree'm ciąży jakieś niewytłumaczalne fatum, będące siłą destrukcyjną we wszystkich jego relacjach z kobietami. Czego się nie dotknie, jakiej więzi nie doświadczy, to wszystko prędzej czy później rozpada się w proch, obraca wniwecz. Jego kobiety to przeważnie prostytutki, z którymi łączy go tylko fizyczność. Kiedy w grę zaczyna wchodzić coś więcej los szybko interweniuje, by nie pozwolić bohaterowi McCarthy'ego wyrwać się ze szpon swej samotności. 
   W "Suttree'm" McCarthy mocno zarysowuje motyw człowieka przechodnia na świecie. Książka ta, jak żadne inne mi znane dzieło amerykańskiego pisarza, emanuje przejmującym egzystencjalizmem, raczy nas ogromną dawką dekadentyzmu przemyconego w refleksjach bohatera o świecie i życiu; o ludzkim losie i sensie istnienia.
"Stara farba na starej tabliczce niewyraźnie wzbraniała mu wstępu. Tę tabliczkę widocznie ktoś odwrócił, bo teraz napis odnosił się do świata zewnętrznego. Mimo to poszedł dalej. Powiedział, że tylko tędy przechodzi."*
Podejmuje też problematykę przemijania, podaje przykłady dawnej świetności i jej upadku, aby podkreślić znikomość i kruchość ludzkiego życia - nieważne jak przeżyte, w perspektywie machiny dziejów jest tylko nieznaczącym pyłkiem, zdaje się wzdychać McCarthy. Widać to szczególnie w scenie, gdy jego bohater ogląda fotografie z albumu rodzinnego z ciotką; gdy zwiedza ruiny starego dworku. Widać to w scenie pogrzebu - niezwykle smutnej, obciążonej ogromnym bagażem emocji, w której fabuła zdaje się zwalniać swój bieg, by Suttree wspólnie z czytelnikiem mogli poczuć transcendentny pierwiastek ich istnień. By mogli się zastanowić nad tym "(...) co dziecko może wiedzieć o mroczności Bożych wyroków? Albo o ciele tak słabym, że będącym niewiele więcej niż snem." **. Przejmująca scena uwydatniająca kruchość i ulotność ludzkiego życia.
   Suttree to powieść ukazująca pstrą od połatanych łachmanów i kłującą wielomiesięcznym zarostem hałastrę typów z społecznego marginesu. McCarthy w swej powieści ukazuje panoramę życiowych nieudaczników, wśród których znaleźć można między innymi szmaciarza, złomiarza, śmieciarza, kaleki, węglarzy ze szkapami, koźlarza-kaznodzieję, homoseksualistów, obdartych i brudnych poławiaczy pereł... Ten nędzarski korowód uzupełniają również prostytutki i karlice-wiedźmy. McCarthy konsekwentnie uprawomocnia rację bytu w literaturze postaci, na których cały panteon pisarzy-estetów spuścił ciężką kotarę zapomnienia. To o ich losach pisze, nad nimi się pochyla. I robi to bardzo wiernie ryzykując zniesmaczenie czytelnika, zyskuje orginalność i uznanie tych, którzy są tolerancyjnie na wszelkie przejawy sztuki. I nie epatuje przy tym brzydotą i złem; on je po prostu opisuje. 
   Wydawca obiecuje w "zajawce" na okładce, iż mamy do czynienia z "najzabawniejszą" książką McCarthy'ego. Nie wiem, co wydaje się mu aż tak zabawne; mnie "Suttree" poruszył, skłonił do refleksji, zasiał we mnie niepokój. By mnie rozśmieszył - tego stwierdzić nie mogę. Jeśli w powieści występują jakieś formy humoru, to chyba jedynie śmiech przez łzy. Ja dostrzegłam w niej stoickie pogodzenie z życiem; poniżej były tylko troski wynikające z instynktu przetrwania i hołdowania uzależnieniom; a na tle tego wszystkiego jedyne wyższe uczucie - przyjaźni - scementowanej i podsycanej wspólną niedolą.
   "Suttree" to bardzo dobra powieść, wnikająca w głąb ludzkiej duszy... McCarthy zachwycił mnie swoją nową techniką "mrocznego magicznego realizmu", uraczył niespotykanymi przeze mnie dotąd w jego twórczości opisami bytów z pogranicza jawy, mar sennych, narkotycznych majaków śnionych w chorobie. Doskonałe są te jego apokaliptyczne wizje przesycone symbolizmem i trwogą wynikającą z zapowiedzi kresu. Antyestetyka prowadzi tu za rękę antyutopię; ludzie są zezwierzęceni, ale wśród panujących we współczesnej Ameryce animozji (fabuła rozgrywa się w 1951 roku, czyli w przededniu walki Murzynów o swoje prawa) do rasy czarnej ulica zdaje się unosić ponadto; tu jedna rasa - ludzka rasa pije razem. Czyżby więc kolejny przekaz o wyższości natury nad cywilizacją? 
   Mój doskonały piewca turpizmu rozłożył mnie swą powieścią na łopatki. Słyszałam głosy mianujące "Suttree'go" dziełem życia McCarthy'ego. Nie czuję się na siłach wyrażenia swego poglądu na ten temat, za mało znam jego utworów; powieść nie zdetronizowała w mojej prywatnej hierarchii fenomenalnej "Drogi", ale to może za sprawą sentymentu, który do niej żywię. Uplasowała się jednak na bardzo wysokim miejscu, więc może coś w tym jest. Wiem na pewno, że ostatni akapit to istny majstersztyk, który zasiał w moim umyśle ziarno niepokoju i był kropką pod znakiem zapytania o ludzką kondycję i relację Bóg-człowiek, jakim jest cała powieść. Pod upiornym znakiem zapytania. 
   "Myśliwy kryje się gdzieś w szarym lesie nad rzeką i na polach rozkwitającego sorgo, i w ścisku zwieńczonych blankami miast. Dzieło jego widać wszędy dookoła, a jego psy nie znają zmęczenia. Widziałem je we śnie, żądne dusz żyjących na tym świecie, zaślinione i dzikie, o oszalałych z głodu ślepiach. Uciekaj przed nimi."***
 Tekst stanowi oficjalną recenzję napisaną dla serwisu LubimyCzytać.pl
*s.201
**s.225
***s. 665
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011.
Wydanie: I.
Ilość stron: 665.
Przekład: Maciej Świerkocki.
Tytuł orginału: Suttree.
Język orginału: angielski.
Data powstania: 1989.
Moja ocena: 5/6

piątek, 17 czerwca 2011

"Smutne życie, smutni ludzie, żałość zesłana od Boga i taki frasunek straszny, że człowiek sam się prosi o śmierć"* - "W ciemność" - Cormac McCarthy

    Źle zaczęłam przygodę z twórczością McCarthy'ego. Źle, bo najpierw przeczytałam jego fenomenalną "Drogę" i poprzeczka została już na wstępie ustawiona bardzo wysoko. I tym razem jednak autor daje popis swego mistrzowskiego warsztatu, zarówno w kwestii kreacji bohaterów, jak i budowania atmosfery. "W ciemność" to proza budząca niepokój, ale jednocześnie hipnotyzująca i wciągająca.     
   McCarthy zabiera czytelnika w mroczną baśń. Zaczyna się niewinnie - za górami, za lasami, na leśnej polance w małej chatce żyją sobie siostra i brat, Rhinty i  Culla Holme. Rodzi się im dziecko - (tu słychać złowieszczy chichot grozy, której udało się wszystkich oczekujących sielskiej opowieści wyprowadzić na manowce) - owoc ich kazirodczego związku. Mężczyzna, aby pozbyć się balastu, zabiera noworodka na polankę i tam pozostawia na pastwę ciemnej, zimnej nocy; siostrze postanawia powiedzieć, że chłopczyk umarł. Dziewczyna, kiedy dochodzi do siebie po porodzie, wypytując brata oraz posiłkując się  instynktem macierzyńskim poznaje prawdę i wyrusza w świat na poszukiwanie dziecka, które jej odebrano. Jej brat wyrusza za nią. Wędrują oni swoimi śladami nie będąc tego świadomym.
   W swej podróży spotykają korowód postaci rodem z najgorszych sennych mar - ludzi brzydkich, zdeformowanych, groteskowych. Rzeczywistość dzieła to świat w epoce swego rozkładu - zachwiany jest system wartości, zbrodnia staje się w nim rzeczą powszednią, ludzie są zgorzkniali a ich dusze pożerają robaki. Nawet pod płaszczykiem życzliwości kryje się masa negatywnych emocji. McCarthy zaludnia powieść ludźmi, których człowieczeństwo zostało zezwierzęcone - bardzo dużo daje powieści zabieg wprowadzenia trzech tajemniczych postaci ludzi - nieludzi, które wędrują równolegle do dwójki głównych bohaterów, siejąc na swojej drodze spustoszenie, mordując i masakrując. Te żywe trupy skupione wokół swego przywódcy są nośnikiem niezrozumiałego prawa, nośnikiem bezlitosnej i spaczonej sprawiedliwości zdziczałego świata, która zbrodnią każe zbrodnię nie bacząc na niewinne ofiary, a zbrodniarza puszcza wolno.
   Atmosfera powieści McCarthy'ego nie budzi najprzyjemniejszych skojarzeń - opisywane przestrzenie trącą wonią rozkładu, kuszą nieprzeniknioną nocą kryjącą w sobie nurtujące acz niepokojące kształty. Drzewa uginają się nie pod ciężarem owoców, a wisielców; uśmiech dziecka to nie radosne kwilenie, ale ślad po podciętym nożem gardle. Nie sposób jednak nie zauważyć, iż McCarthy z brzydoty potrafi wysnuć piękno i podać je czytelnikowi w swych jakże plastycznych opisach. Bo kto umie tak malowniczo zobrazować rozkład wisielca jeśli nie McCarthy, piewca turpizmu:
  "Druciarz na swoim drzewie pogrzebowym był darem niebios dla ptaków. Sępy, które zlatywały się tu w dzień, by haczykowatymi dziobami buszować wśród guzików i kieszeni niczym niesforne pieski, szybko obrały trupa nie tylko z łachmanów. Pod drzewem wyrosła czarna mandragora, jak zawsze z nasienia wisielca, a wiosną pierś szczerzącego zęby w żółtym uśmiechu druciarza przebiła rosnąca gałąź i wyglądało to tak, jakby ktoś włożył mu do butonierki zieleniący się co roku kwiat. Rzadki zimowy śnieg pokrył nieco już wyłysiałą i uschniętą głowę jak gdyby zadumanego wisielca, którego nawet myśliwi nie dostrzegali pośród nagich gałęzi. Aż wreszcie nadwątlonym przez mróz, słońce i deszcz szkieletem zakołysał wiatr i kości druciarza posypały się jedna po drugiej na ziemię. Wtedy w odludnym lesie na drzewie pozostał jedynie zbielały i nadgryziony zębem czasu mostek przypominający klatkę dla ptaków."**
   Autor w swej powieści sięga pod ludzką skórę, by zdemaskować kryjące się tam pierwotne, atawistyczne zło. Obnaża prawdę o człowieku, jako istocie definiowanej przez kierujące nią mordercze instynkty. Świat McCarthy'ego to świat pozbawiony litości i miłosierdzia, a jedyne szlachetne uczucie ponosi klęskę w tej lawinie zła. "W ciemność" zawiera liczne motywy z mccarthy'owskim znakiem jakości, jak choćby sama formuła powieści drogi czy motyw kanibalizmu. Bardzo wymowne jest zakończenie - Culla spotyka na swojej drodze ślepca pokładającego zaufanie w Bogu, zmierzającego radośnie wprost przed siebie i chwalącego Pana. Nie wie on jednak, iż u kresu jego wędrówki rozciąga się śmiercionośne bagno... Jakże wymowna pointa podsumowująca wymowę utworu...
Książkę otrzymałam do recenzji dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego
*s. 115
**s. 264
Wydawnictwo, miejsce i rok wydania: Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011.
Ilość stron: 269
Przekład: Maciej Świerkocki
Moja ocena: 5/6

poniedziałek, 12 kwietnia 2010

"Byli niczym pielgrzymi z podań, połknięci przez jakąś granitową bestię, zagubieni w jej wnętrznościach"* - "Droga" - Cormac McCarthy

   To pierwsza z ośmiu książek zaplanowanych przeze mnie do przeczytania w ramach naszego elitarnego;) wyzwania Pulitzera, które na swoim blogu zorganizowała Zaczytana. I w tym miejscu chciałabym podziękować Jej za natchnienie mnie do przeczytania tak wspaniałej książki, jaką była dla mnie "Droga". Pochłonęła mnie ona bez reszty. I gdyby nie wydarzenia ostatnich dni, nie pozwalające skupić się na niczym innym niż pogrążaniu się w żalu, zdziwieniu i smutku, recenzja ta ukazałaby się o wiele wcześniej, bo książkę wprost pochłaniałam jeszcze w piątek wieczorem.
   Książka ukazuje nam wizję świata postapokaliptycznego. Co dokładnie było przyczyną jego zagłady? Nie do końca wiadomo. Po złogach popiołów sypiących się z każdej niemal strony utworu wnioskować można, iż miała miejsce niewyobrażalnych rozmiarów pożoga, nie dająca się ugasić i pochłaniająca w swych bezlitosnych płomieniach wszystko, co napotkała na swojej drodze, z ludźmi włącznie. Przeżyć udało się tylko nielicznym - pielgrzymują oni więc po gruzach swej cywilizacji w poszukiwaniu wody, pożywienia oraz uciekając i kryjąc się przed sobą nawzajem. Drugi człowiek stał się najgorszym wrogiem w tym innym, nowym i złowrogim świecie - każde natknięcie się na nieznajomą istotę ludzką niemalże w stu procentach stanowi śmiertelne niebezpieczeństwo.
   Przez taki właśnie świat podróżują ojciec z synkiem. Idą w stronę morza spodziewając się znaleźć tam jakiekolwiek perspektywy do dalszego życia, tak przynajmniej tłumaczą to sobie nawzajem. W rzeczywistości ich podróż jest jedynym sensem jaki zdołali odnaleźć w świecie, który już ich nie potrzebuje. Mają też siebie nawzajem i tylko jeden nabój w magazynku rewolweru - muszą więc iść, nie mając innego wyjścia. Ich oczom nieustannie ukazuje się widok przyprawiający o dreszcze:

   "Wszędzie zasuszone trupy. Mięso popękane na kościach, ścięgna wyschnięte na rzemienie(...). Skurczeni i pomarszczeni jak mumie z bagien (...), pożółkłe sztachety zębów. Każdy bosy niczym pielgrzym surowej zakonnej reguły, bo dawno skradziono im buty".**
   "Ludzie siedzący o świcie na chodniku, nadpaleni i kopcący się w ubraniach. "***
   "Plamy zakrzepłej krwi na trawiastym ściernisku i sploty szarych trzewi w miejscach, gdzie dowleczono i oprawiono pomordowanych. Po drugiej stronie muru ciągnął się fryz ludzkich głów, o upodobnionych twarzach, wysuszonych i zdeformowanych, rozciągniętych grymasem, z zapadłymi oczami."****
"Sylwetki na wpół wessane w asfalt, ściskające siebie, z rozwartymi do krzyku ustami."*****
   Idą więc ojciec z synem przez ten umarły i dogorywający świat, żywiąc się tylko tym, co uda im się znaleźć w opustoszałych domach, w spalonych supermarketach, najczęściej jednak głodując. Sypiają w lesie lub w rozwalających się domach, pamiętając jednak, by nigdzie nie pozostać zbyt długo, bo mogłoby to spowodować odnalezienie ich przez "złych ludzi". Wywołałoby to opłakane skutki, w rezultacie najprawdopodobniej skończyliby oni jako posiłek dla nowej generacji kanibali, których pojęcie humanitaryzmu oraz człowieczeństwa spłonęło wraz z życiem na Ziemi, którzy to nie wahali się zjadać nawet własne noworodki, piekąc je przedtem niczym dziczyznę na rożnie.
   Zdumiewająca jest więc w świetle nowych praw obowiązujących w świecie gehenny wrażliwość i dobroć chłopczyka, urodzonego przecież już w tej bezlitosnej rzeczywistości, nie znającego innej cywilizacji. Nazywa on siebie i ojca "niosącymi światło"; uważa ich za dobrych ludzi, pyta tatę błagalnie, czy oni sami nie zjedzą nigdy człowieka. Żal mu nawet własnych niedoszłych zabójców; on właśnie wyprasza od ojca z ich głodowych racji żywnościowych pokarm dla zagłodzonego niemal staruszka. Nasuwa się tu myśl, iż dobro i moralność nie muszą być pochodnymi założeń cywilizacyjnych - one widocznie tkwią lub po prostu nie tkwią w człowieku; są jego osobistymi cechami, niezależnymi od niczego; a może to miłość, jakiej doznał od ojca wyzwala w tym małym człowieku to, co piękne.
   Książkę cechują bardzo surowe, jednowyrazowe w kwestiach dialogi, które według mnie bardzo odzwierciedlają świat, w którym są wypowiadane. Bohaterowie McCarthy'ego nie mogą mówić inaczej - ascetyczne w słowa komunikaty, szkielety dialogów ukazujące swą nagość nawet już w graficznym wyglądzie. Ten surowy język postaci z "Drogi" uległ wszak destrukcji wraz z światem do którego przynależał. Większość słów jest całkowicie zbędna - ich desygnaty bowiem strawiły płomienie, odeszły one w zapomnienie. Komunikacja ojca z synem służy w dużej mierze jedynie zabiciu ciszy i pustki, która zalega wokół.
   Jedynym minusem książki, który nie wiem, czy przypisać mam autorowi, czy też może winić zań tłumacza jest nagminne nadużywanie słowa "okutani" na określenie owiniętych kocami bądź innymi tkaninami ojca i synka. O jej jak mnie to w końcu zaczęło drażnić, wręcz oczami nad tym słowem wywracałam, a ono wracało natrętnie wciąż i wciąż. Ludzie, inwestujcie w synonimy... To taka moja uwaga. W nijakim jednak stopniu nie zatarło to moich pozytywnych wrażeń, książka bowiem dla mnie osobiście jest godna wielu pochwał. Polecam:)
*s. 7.
**s. 26.
***s. 34.
****s. 86.
*****s. 179.

Wydawnictwo i rok wydania: Wydawnictwo Literackie, Kraków 2008.
Przekład: Robert Sudół
Ilość stron: 267
Moja ocena: 6/6
Książka otrzymała nagrodę Pulitzera w 2007 roku.