Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Albatros. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Albatros. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 marca 2012

Irytujące autora skłonności - "Aniołowie zniszczenia" - Keith Donohue

   Powieść nie jest zła. Tylko jej autor jest strasznie irytujący... Ma wyobraźnie, ma dar lekkiego pióra; brakuje mu tylko, hmm, jak by to określić... konsekwencji i zdecydowania. Posiada on za to w nadmiarze tendencji do "przekombinowywania", do nadmuchiwania swej twórczości niczym balonu, z którego w efekcie uchodzi powietrze, a cały potencjał ulatnia się wraz z nim. Skutek? Niedopracowane, marniutkie zakończenie, podporządkowane propagowanym w powieści treściom. Za to i jeszcze za niedociągnięcie pewnych wątków, które były po prostu świetne, pan Donohue podpadł mi najmocniej.
   Fabuła powieści jest dość pogmatwana - jej charakter doskonale oddaje porównanie do śladu, jaki pozostawia rzucenie kamienia na wodę - kompozycji wielu koncentrycznych okręgów skupionych wokół wspólnego środka, jakim w "Aniołach zniszczenia" jest ucieczka małoletniej Eriki z jej chłopakiem Wiley'em z rodzinnego domu. Sprawy nie ułatwiają też liczne retrospekcje i podejmowanie naprzemiennie danych wątków w kolejnych rozdziałach. Owszem, zabieg taki sprzyja stopniowaniu napięcia i rozbudzaniu ciekawości czytelnika, jednak u Donohue dzieje się to kosztem jasności przekazu. 
   Kolejną natrętną tendencją, jaką przejawia według mnie autor, to produkowanie bohaterów na potęgę, bez większej konieczności ich zaistnienia w powieściowej rzeczywistości. Są bo są, pojawiają się, raczą czytelnika i współbohaterów jakimiś mądrościami życiowymi, a potem rozmywają się w niewyjaśnionych okolicznościach. Szczególnie mam tu na myśli enigmatycznego człowieka w płaszczu i kapeluszu, śledzącego dziewczynkę, dla którego racji bytu w "Aniołach zniszczenia" nie widzę kompletnie. Albo inaczej - był on postacią bardzo udaną literacko, ale koniec końców autor o nim niestety zapomniał...
   Donohue napisał powieść uroczą, nawet momentami wzruszającą i, nie powiem, nie najgorzej grającą na emocjach czytelnika. Jednak chyba sypnęło mu się zbyt dużo cukru... Dodatkowo całość wydaje mi się mdła, bo główny wątek - wątek tajemniczego pojawienia się Norah - w świetle całej historii znacząco traci na ostrości. Moment kulminacyjny powieści dał mi nawet powody do twierdzenia, że autor wymyślił świetny motyw dziewczynki o transcendentnym i mistycznym statusie bytowym, a cała powieść "Aniołowie zniszczenia" jest tylko fabułą, w którą wątek ten, niczym w niedopasowaną sukienkę, ubrał. Coś mi się tam po prostu nie klei, coś odstaje... Nie znajduję uzasadnienia dla konieczności pojawienia się Norah w tej historii, bo i tak do przodu akcję popchnął kto inny. Gdyby nie obawa przed spoilerem, wyłożyłabym tu konkretniejsze argumenty na potwierdzenie mojej tezy, lecz nie mogę. 
   Czytając powieść nie mogłam oprzeć się wrażeniu, iż Donohue uwielbia "ornamenty" - tak chciałabym określić wszystkie wizje, surrealistyczne momenty historii, wszystkie majaki bohaterów, ich przerażające projekcje... I są to świetnie zrealizowane epizody, najwyższej jakości wstawki stanowiące dla powieści porządny zastrzyk jakościowy. Sprawiły mi one, jako czytelnikowi ogromną ucztę wyobraźni, ale cóż, skoro kilkadziesiąt stron później autor pali wszystkie możliwości, które one wniosły na panewce jednym zdaniem, jednym zwrotem akcji... Donohue jest zbyt zachowawczy w stosunku do swoich bohaterów, boi się, tak czuję, postawić przysłowiowej kropki nad i, boi się przeciąć linii ich życia. Zupełnie w moim odczuciu niepotrzebnie jednych wybiela, a innym zostawia boczne furtki... Trochę więcej radykalizmu i mielibyśmy bardziej przekonującą powieść.        
    Amerykański prozaik irytująco balansuje na granicy realizmu i mistyki, liżąc i liżąc tę kruchą powłoczkę, która je oddziela, ale nie mając w sobie na tyle zdecydowania, by ją przebić, i pozwolić obu światom funkcjonować równolegle. I aż sama miałam ochotę mu podać igłę, aż sama chciałam autora za tę granicę przepchnąć. Z jednej strony są młodzi, gniewni i zbuntowani Wiley i Erica, przemierzający kolejne stany USA, by wcielić się w szeregi Aniołów Zniszczenia (to akurat był najlepszy według mnie wątek tej powieści), a z drugiej... No właśnie. Aniołowie? Czy może zwykli ludzie? Zjawy i zmory czy tylko wyrzuty sumienia? Mnie odpowiedzi na te pytania nie usatysfakcjonowały. Donohue czyni aluzje, daje czytelnikowi wiele nadziei, prowokuje do odważnych domysłów, a kiedy przychodzi chwila prawdy, robi krok w tył.
   Powieść czytało mi się przyjemnie, pomijając te irytujące skłonności autora,o których wyżej pisałam. Jeśli jednak miałabym ją komuś polecić, to chyba wyłącznie młodzieży - przesłania, które zawarł w niej autor dojrzałemu czytelnikowi mogą wydać się zbyt uproszczone i utopijne.
Tekst stanowi oficjalną recenzję napisaną dla serwisu LubimyCzytać.pl
 
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Albatros, Warszawa 2011.
Wydanie: I.
Ilość stron: 448.
Przekład: Anna Dobrzańska.
Tytuł orginału: Angels of Destruction.
Język orginału: angielski.
Data powstania: 2009.
Moja ocena: 3/6

wtorek, 6 września 2011

Błękitne niebo nad Afganistanem - "Urodzony w cieniu talibów" - Andrea Busfield

   "Urodzony w cieniu talibów" został Fouad. I istotnie cień ten kładł się na jego życiu już od pierwszych dni okrutnym i przynoszącym bezkresne cierpienie jarzmem. Ojca praktycznie nie pamięta - zginął w bitwie jako bojownik o wolność; wcześniej zmarł, pogryziony przez psa, jeden z jego starszych braci. Drugi natomiast został zakatowany przez talibów, którzy wtargnęli do jego rodzinnego domu, grabiąc i przy okazji porywając siostrę Minę. Fouad został z matką sam. Przez jakiś czas mieszkali kątem u jego ciotki, jednak warunki życia graniczyły tam ze skrajną nędzą, a to rodziło frustrację i wieczne kłótnie. Gdy tylko nadarzyła się okazja przeprowadzili się więc do cudzoziemców - matka pracowała tam jako pomoc domowa. Tak chłopiec poznał Georgie, Jamesa i May.
   Powieść jest efektem trzyletniego pobytu autorki w Kabulu, gdzie była ona redaktorem naczelnym lokalnej gazety finansowanej przez NATO. Afganistan uwiódł Busfield i rozkochał w sobie wielką i głęboką miłością - to się w tej prozie czuje. Czuć zachwyt pięknem afgańskich krajobrazów, błękitem tamtego nieba, czuć głębokie współczucie dla jego obywateli wypływające z wielkiej sympatii, jaką ich obdarzyła. Takie oto, będące potwierdzeniem swych uczuć słowa, wkłada w usta swego dziecięcego bohatera:
  "(...) się przekonałem, że poza sporami polityków, poza zamachowcami samobójcami i ich morderstwami, poza żołnierzami i ich bronią ludzie są dobrzy. Że Afgańczycy są dobrzy."*
Autorka opisując sceny walk, zamachów, przywołując krwawe jatki urządzane przez bezwzględnych talibów ani na chwilę nie zapomina o uświadomieniu czytelnikowi jak bardzo wydarzenia te kontrastują z urokiem tego egzotycznego zakątka świata; jak bezlitośnie burzą jego odwieczny, majestatyczny czar.
    "A Wasz kraj już od samego początku wydawał mi się zachwycający: niesamowita sceneria, te cudowne wezwania do modłów, które budziły mnie codziennie o piątej rano; ludzie, którzy mimo tak ciężkiego życia potrafili zachować ducha. Pewnego dnia pojechałam odwiedzić obóz dla uchodźców, żeby porozmawiać z nimi o nadchodzących wyborach. Ci ludzie byli tak przerażająco biedni, że zbierali nawóz zwierzęcy, żeby mieć czym palić w zimie, a jednak kiedy się pojawiliśmy, natychmiast poczęstowali nas herbatą i jakimiś resztkami chleba, które im zostały, bo byliśmy gośćmi."**
   Busfield wskazuje również na zjawiska, za przyczyną których Afganistan pogrąża się coraz bardziej w biedzie i kryzysie. Wskazuje rozwiązania, możliwości. Zamieszcza w swej powieści krytykę praktyki uprawy maku, który uzależnia chłopów afgańskich prowadząc ich gospodarstwa do ruiny i skazując rodziny na nędzę; proponuje rozwój gospodarki opartej na pozyskiwaniu kaszmiru, co mogłoby przynieść ubogim wieśniakom znaczne dochody. Podkreśla w końcu potrzebę edukacji jako broni przeciwko talibom, którzy swą uzurpatorską politykę motywują rzekomymi naukami płynącymi ze studiów nad Koranem.
  Innowacyjne jest w powieści ukazanie potencjalnego spojrzenia młodego Afgańczyka na cywilizację i kulturę zachodu. Takiego ujęcia tematu jeszcze w powieściach tego typu nie spotkałam. Busfield natomiast wkłada w usta Fouada monologi pełne zdziwienia i niezrozumienia, jakby tak się zastanowić, uzasadnionego. Zachód jawi mu się jako kraina całkowitej rozwiązłości, braku kręgosłupa moralnego i bezdennego ateizmu; że o drastycznym prymacie przywiązania do materializmu nad duchowością już nie wspomnę. Przezabawne, ale pod dozą humoru ukrywające głębokie treści są dociekania Fouada istoty świętowania urodzin Jezusa (Bożego Narodzenia) kiedy widzi upijającego się do nieprzytomności Jamesa czy rozważania nad orientacją seksualną May, dowiedziawszy się, iż planuje poślubienie kobiety.      Autorka zamieszcza w swej opowieści liczne opisy rytuałów i obyczajów, które budują nastrój, wzbogacają fabułę, przenoszą nas wprost na kolorową i tonącą w słonecznym blasku, zakurzoną ulicę Kabulu. Bo czy wiedzieliście, że afgańska panna młoda musi udawać smutek w dniu swego wesela, by oddać tym hołd rodzinie, którą opuszcza? Czy słyszeliście jak Afgańczycy obchodzą Święto Ofiar na pamiątkę ofiary Ibrahima w postaci syna? Ja o tym dowiedziałam się dopiero podczas lektury.
   Osobna, a dość rozbudowana i obfita w przykłady i ilustrujące je historię jest kwestia pozycji kobiety w Afganistanie. Że w kulturach muzułmańskich płeć piękna plasuje się na pozycji mocno upodrzędnionej w stosunku do mężczyzn - to fakty powszechnie znane. Ale Busfield serwuje czytelnikom epizod dotyczący kobiety, której policja obyczajowa obcięła palce, bo ta pomalowała paznokcie. U Busfield wyznanie miłości, jakie wyszeptał do Georgie roznamiętniony Chaled (Afgańczyk) brzmiało, parafrazując: jesteś miłością mego życia; jeśli mnie porzucisz, to Cię zabiję. Tu ojciec sprzedaje córkę za narkotyki, tu talibowie bezkarnie porywają młode dziewczyny i sprzedają je do pracy jako służące.
   W Afganistanie żyje się ciężko - śmierć panoszy się tam i sprawuje niepodzielną władzę, a w swej służbie ma zamachy, uzależnienia, choroby (jak choćby cholera), nędzę czy ataki talibów. Ale jednak jego piękno i majestat przebija się przez te ponure cegły tworzące mur odgradzający czytelnika od słońca jego świetności. Ludzie jednak są tam odporni na kaprysy losu, który ich nie oszczędza, zdają się być pogodzeni z przeznaczeniem, gotowi przyjmować wszystko bez słowa sprzeciwu bogaci w głębokie życiowe doświadczenie:
"Każde z nas dostało swoją porcję cierpienia. (...) Ostatecznie żyjemy w Afganistanie."***
   "Urodzony w cieniu talibów" to sentymentalny portret tego prastarego i posiadającego wielowiekowe tradycje i przebogatą kulturę państwa. To historia zakazanej miłości angielki do przystojnego afgańskiego łamacza niewieścich serc, to obrazy dzielnic skrajnej nędzy skontrastowane z przepychem posiadłości bossów mafii, to opowieść o cierpieniu i pochwale życia wypływającej ze świadomości jego ulotności. To Afganistan, który ma duszę dziecka, doświadczenie wiekowego starca i radość życia właściwą nieposkromionej młodości.
Tekst stanowi oficjalną recenzję napisaną dla serwisu LubimyCzytać.pl
*s. 265. 
**s. 167. 
***s. 59.
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Albatros, Warszawa 2011.
Wydanie: I
Ilość stron: 368.
Przekład:  Zofia Uhrynowska-Hanasz.
Tytuł orginału: Born under a million shadows.
Język orginału: angielski.
Data powstania: 2009.
Moja ocena: 4/6
________________________________________________
Andrea Busfield - urodziła się w Wielkiej Brytanii. Z zawodu jest dziennikarką; przez 15 lat pracowała dla "The Sun" i "News of the World". Jako reporter po raz pierwszy odwiedziła Afganistan w 2001 roku. W latach 2005-2008 była redaktorem naczelnym ukazującej się w Kabulu gazety finansowanej przez NATO. Po wyjeździe z Afganistanu pisarka mieszkała przez kilkanaście miesięcy na Cyprze, przygotowując drugą powieść, "Aphrodite's War". 
Źródło tekstu - nota na okładce.
Zdjęcie

wtorek, 21 czerwca 2011

"Nie możemy myśleć o tym, by zmienić kolor naszej skóry (...). Powinniśmy myśleć o tym, aby zmienić świat"* - "Sekretne życie pszczół" - Sue Monk Kidd

   Karolina Południowa, kraina, rzec by się chciało mlekiem, a na pewno miodem płynąca. Ale nawet w raju jak się okazuje, nie można uniknąć cienia, goryczy i bólu. Powieść Sue Monk Kidd to pełna ciepła opowieść, w której poruszane są jednak tematy trudne i bolesne. To opowieść o szukaniu prawdy, o dostrzeganiu innego człowieka, o przekraczaniu barier narzuconych przez społeczeństwo i dorastaniu. A wszystko w magicznej atmosferze o słodkim smaku miodu i zapachu dojrzałych brzoskwiń.
   Tajemnica sprzed lat nie daje nastoletniej Lily spokoju. Okoliczności, w których utraciła matkę pamięta tylko jako niejasny przebłysk, na nic nie zdają się również próby wyciągnięcia jakichkolwiek informacji na jej temat od ojca, z którym relacji dziewczynki nie można bynajmniej określić nawet jako poprawnych. Niekochana, nierozumiana i surowo karana przez T. Raya za wszelkie najdrobniejsze przewinienia oparcie znajduje tylko u swej czarnoskórej opiekunki, Rosaleen. W ciągu dnia Lily pomaga ojcu sprzedawać brzoskwinie z jego plantacji, czego szczerze nienawidzi, nocami natomiast wyciąga z sekretnej skrytki rzeczy swojej matki - rękawiczki, fotografię oraz obrazek czarnej Marii - i marzy...
   Los i notatka zamieszczona na odwrocie obrazka Czarnej Madonny prowadzą dziewczynkę wraz z jej towarzyszką do miasteczka Tiburon, wprost do domu trzech sióstr pszczelarek o orginalnych imionach August, June i May. Lily oprócz azylu i ukojenie szuka w ich różowym domu odpowiedzi na nurtujące ją od zawsze pytanie o przeszłość swojej matki. Dom trzech sióstr to istna oaza i cichy, bezpieczny azyl  - dziewczynka odnalazła tam nie tylko schronienie, ale również przyjaźń i... miłość. Jednak nawet tak sielskie miejsce nie jest pozbawione trosk, o czym można się przekonać śledząc losy May. Swoją drogą za tę kreacje należą się autorce gromkie brawa. Upośledzona wskutek śmierci siostry bliźniaczki kobieta odczuwa na własnej skórze zło tego świata; najmniejszy wypadek jest w stanie doprowadzić ją do histerycznego płaczu z którym radzi sobie zapisując tragedie na małych karteczkach i wtykając je między kamienie jej osobistej "ściany płaczu". Jak się okazuje jednak - nie ma leku na zło tego świata. Jedynym rozwiązaniem na ukojenie jest więc dla niej odejście z niego...
   Lata 60. w Stanach Zjednoczonych to również ważny historycznie czas, wtedy bowiem odbyła się batalia mająca na celu przyznanie praw obywatelskich czarnoskórym mieszkańcom. To czas działalności Martina Lutera Kinga; czas, kiedy czarnoskórzy postanowili zrzucić więzy dyskryminacji i poniżenia, zapragnęli możliwości uczestnictwa w nabożeństwach, prawa do głosowania. Zapragnęli, by wreszcie dostrzeżono w nich wnętrze, a nie tylko ich fizyczność, na którą nie mieli przecież wpływu. Nie obyło się jednakże bez walki. Ofiarą niezadowolenia białych z równouprawnienia podwładnych im dotychczas Murzynów padła między innymi Rosaleen - idąc do okręgu wyborczego zostaje ona brutalnie pobita przez miejscowych radykałów. 
   "T. Ray nie wierzył, żeby Murzynki były mądre. Ponieważ pragnę opowiedzieć tutaj całą prawdę, a to oznacza również najgorsze, ja osobiście uważałam, iż mogą być mądre, lecz oczywiście nie tak mądre, jak ja, gdyż byłam biała. Jednak leżąc teraz w łóżku w miodowni, potrafiłam myśleć tylko o jednym: jaka ta August jest inteligentna, jaka kulturalna, i bardzo mnie to dziwiło. Dzięki temu uświadomiłam sobie, że drzemią we mnie uprzedzenia."**
    Sue Monk Kidd w swej powieści podjęła się trudnej roli równouprawnienia czarnoskórego bohatera na kartach literatury. Posługuje się tu też ciekawym motywem Czarnej Madonny, tajemniczym i mistycznym, ale jednocześnie swojskim i jakże wymownym, ponieważ, jak tłumaczyła August: "wszyscy potrzebują Boga, który byłby podobny do nich"***. Czarna Madonna była najprawdopodobniej figurą ze statku, ale spragnieni pocieszenia Murzyni zobaczyli w niej swoją Marię i uwierzyli, iż do owego drewnianego posągu zstąpił właśnie jej duch. Kult Czarnej Marii wnosi do powieści pierwiastek transcendentny i magiczny, pełni funkcję ukazywania siły jedności czarnoskórych bohaterów, rehabilituje ich jako wspaniałych ludzi.
*s. 229.
**s. 88-89.
***s. 152.
Wydawnictwo, miejsce i rok wydania: Albatros, Warszawa 2005.
Ilość stron: 318.
Seria wydawnicza: Literka.
Moja ocena: 5/6.
Wyzwanie: Bracie, siostro... rodzino, Papierowy zwierzyniec

niedziela, 26 września 2010

"Czy znacie głód? To jest ból nie do zniesienia. Zastanawiam się, kiedy przestanę być głodna w szkole..."* - Dziennik Ma Yan. Z życia chińskiej uczennicy - prezentacja: Pierre Haski

   Rozgoryczenie i głębokie poczucie niesprawiedliwości przepełniają zwięzłe notatki młodej chińskiej dziewczynki, która pewnoego dnia usłyszała od matki, iż z powodu braku pieniędzy musi zakończyć edukację, by pomóc rodzicom zapracować na życie i kształcenie jej dwóch młodszych braci. Uczucia te jednak nie pogrążyły jej w rezygnacji. Zdesperowana, doszukująca się w swym wykształceniu jedynej szansy na godziwe życie, a nawet przeżycie, dla siebie i swojej rodziny Ma Yan, wykrzykuje w swych dziennikach swój zdecydowany sprzeciw. Jest to również swoisty apel, prośba o pomoc płynąca z Chin ku uśpionej w swym dostatku na niedolę i nędzę ludzką reszcie świata. 
   Ogrom nadziei jaką młodzi Chińczycy pokładają w swym wykształceniu uwidacznia się najbardziej w momentach, kiedy trzynastolatka opisuje mechanizmy i zasady funkcjonowania chińskiego przybytku wiedzy. I nie jest to bynajmniej miejsce radości i beztroski. Na porządku dziennym są kary cielesne i to tak dotkliwe, że jak pisze dziewczyna "jednemu dziecku oderwano kawałek ucha". Samo do niej dotarcie nastręcza wielu trudności - idąc pieszo w upale bądź mrozie dzieci niejednokrotnie nękane są przez złodziei czy pastuchów, chcących wyłudzić od nich jedzenie lub po prostu wyładować frustracje. W szkole dzieci wciąż cierpią głód - Ma Yan i jej brat za całe wyżywienie mają miskę ryżu, a niekiedy zdarza się im głodować nawet kilka dni. Edukacji niesprzyja również różnorodność językowa na terenie Chin - nieraz dzieci niemal nie rozumieją nauczyciela mówiącego w nieznanym im dialekcie. Za cały strój Ma Yan muszą starczyć jej kupione raz na ponad rok, jedne spodnie i bluzka, które pierze raz w tygodniu. Również zdobycie pomocy naukowych graniczy niemal z cudem - na długopis dziewczynka oszczędzała nie dojadając przez długi czas. 
   Władze państwowe "umywają ręce" a swą misję edukacyjną realizują jedynie teoretycznie, poprzez rozpowszechnianie sloganów mających uświadamiać społeczeństwu nadrzędną konieczność kształcenia dzieci. Ta obojętność w zestawieniu z zakrzewioną w narodzie chęcią edukowania się prowadzi do takich tragedii, jak np. opisany w "Dzienniku" wybuch fajerwerków w jednej ze szkół, które to fajerwerki produkowały dzieci, by opłacić swych nauczycieli (zginęły 42 osoby). Ofiarą obojętności władz był również zakatowany w przypływie szału przez bezradnego ojca 7letni chłopczyk, tylko za to, iż chciał iść do szkoły.
   Ma Yan zawiera w swym pamiętniku historię rodziny. Wstrząsająca jest szczególnie przeszłość dziadka Yan od strony ojca. W wieku 4 lat ojciec-żebrak sprzedał go za... 2 kilo ryżu, potem jego właściciele oddali go na śmierć w czasie wojny, by ratować własnych synów (śmierć członka rodziny zwalniała pozostałych z obowiązku służby). Jedynym szczęściem w jego życiu była miłość i oddanie jego żony - poślubiona w wieku 13 lat babcia Yan czekała wiernie na swego męża walczącego na frontach... 12lat. Również matka Ma Yan nie ma łatwego życia - cierpiąc na wrzody żołądka rezygnuje z leczenia harując ciężko na wykształcenie swych dzieci. 
   Z "Dziennika..." wyłania się też obraz współczesnych, w co momentami ciężko uwierzyć, Chin. Kontrast pomiędzy rejonami, a konkretnie wielkimi miastami, jak Pekin czy Szanghaj, które skorzystały na wzroście ekonomicznym, a rejonami zamieszkanymi przez utrzymujących się z prymitywnego rolnictwa na jałowych terenach chłopów, jest wprost nie do uwierzenia. Poraża również obojętność a nawet nieświadomość bogatszych mieszkańców na los ich nędznych rodaków. Wieśniacy nie tylko głodują, często też cierpią pragnienie - brak jest w wielu miejscowościach bieżącej wody; zastępuje ją gromadzony śnieg lub deszczówka. Życie rodziny Ma to także mordercze zbiory facai, specyficznej trawy, na którą jest w Chinach popyt - władze jednak zabraniają owego działania, gdyż w wyniku eksploatacji zieleni tereny kraju ulegają pustynnieniu. Tak więc jedyna forma zarobku dla chińskich wieśniaków stała się zarazem działalnością przestępczą. Nie mają jednak wyboru.
   Po co żyjemy? Bogaci ludzie umierają, zaznawszy przedtem wszelkich przyjemności. To jest szczęśliwa śmierć. Ludzie, co nie mają pieniędzy, żyją ze łzami w oczach. Kiedy umierają, jest to śmierć bolesna. Taka jest prawda.**

* s. 219. 
**s. 171.
Wydawnictwo i rok wydania: Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2004.
Przełożył: Wiktor Dłuski.
Ilość stron: 294.
Moja ocena: 5+/6.