Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyzwanie Reporterskim okiem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyzwanie Reporterskim okiem. Pokaż wszystkie posty

sobota, 26 maja 2012

Duch Indii w słowach zamknięty - "Lalki w ogniu. Opowieści z Indii" - Paulina Wilk

   Panorama Indii - z kolejnych stron wyłania się kolejny jej fragment. Paulina Wilk  uchwyciła i zamknęła w swych słowach ducha Orientu, niczym czarodziejska lampa legendarnego dżina. Duch ten jednak nie spełnia życzeń; jego domeną jest kuszenie oraz przerażanie. Uwodzi on egzotycznym pięknem krajobrazu, paletą jaskrawych, nasyconych barw kobiecych sari oraz zapachami kardamonu, kminku czy curry roznoszącymi się w zamożnych domach w porze obiadu; przeraża natomiast nędzą slamsów, wszechobecnym brudem i cierpieniem żebraków. A wszystko to jednocześnie, nierozerwalnie ze sobą sprzężone i wzajemnie się uwydatniające. Naturalne, nieokiełznane i nie dające się zbalansować.  Takie właśnie są Indie ukazane w reportażu Wilk.
   Na jeden dzień ten azjatycki tygrys schował swe ostre pazury i kły inności i potulnie pozwala nam odkrywać swoje tajemnice.  Spędzamy w Indiach jeden dzień, ja przynajmniej odniosłam takie wrażenie. Na początku książki towarzyszymy bowiem biedakom w ich porannej toalecie odbywanej publicznie wprost na torach kolejowych, bądź też poboczu zatłoczonej zwykle ulicy, która o świcie pełni funkcję łaźni. Ostatni zaś rozdział przynosi nam wyciszenie i ukojenie, chwile zasłużonego wytchnienia w objęciach Morfeusza, czy może raczej na twardym jarmarcznym kramie, siedzeniu rikszy, czy wprost na gorącej jeszcze od całodziennego upału ziemi. Razem z Hindusami zaczynamy dzień, razem go kończymy. Jest to jednak niezwykle intensywny dzień, ponieważ zgłębiamy w jego trakcie rozległe spectrum zagadnień dotyczących życia w Indiach. 
   Autorka ukazuje nam ojczyznę Hindusów w dwóch płaszczyznach - pierwsza, pozioma, obejmuje przebieg dnia w czasie którego znajdzie się miejsce na poranną kąpiel, posiłek obwarowany wielorakimi regułami i zasadami odnośnie jego sporządzania, podawania czy jedzenia; czas na wyswatanie dzieci przy pomocy rubryki matrymonialnej bądź ogłoszeń w internecie; oddanie czci niezliczonym bóstwom, które otaczają Hindusów i towarzyszą im na każdym kroku. Będziemy również spacerować po mieście i utyskiwać na brak latryn, spóźniające się bądź nieprzyjeżdżające w ogóle autobusy (my będziemy narzekać, dla mieszkańców Indii to proza codzienności nie warta uwagi, oswojona, z którą się pogodzili). Potem udamy się na targ, by dać się omotać bogactwu oferowanych towarów, ulec czarowi baśniowych tkanin, zachłysnąć się barwami i zapachami, wejść do baśni tysiąca i jednej nocy... Na ziemię natomiast brutalnie sprowadzi nas korowód uciśnionych kalek bądź żebraków usiłujących uzyskać choćby przysłowiowy złamany grosz. Autorka zamienia się tu w wnikliwego socjologa, by wszystkie te zjawiska przełożyć z indyjskiego na nasz ugładzony, świeży świeżością regulowania życia prawami człowieka światopogląd. Oprócz tego Paulina Wilk obala też rozpowszechnione mity dotyczące choćby tradycji sati, jako dobrowolnej śmierci wdowy na stosie kremacyjnym zmarłego małżonka, czy też gorącego temperamentu Hindusów jako spadkobierców autora Kamasutry.
  Pionowa płaszczyzna opowieści Wilk to natomiast subtelne kroki wstecz, za kurtynę minionego. To podróż w czasie mająca nam przybliżyć historię Indii, wskrzesić choć na chwilę w naszej pamięci tak zasłużone dla tego kraju postaci, jak choćby Gandhiego czy Indirę Gandhi. To snute z pasją opowieści o indyjskiej mitologi, o ich wersji początku świata i stworzenia człowieka. 
    Rzadko zdarza się, aby książki gatunku non-fiction kusiły nas urzekającym, subtelnym i wyrafinowanym stylem; dbałość o estetykę formy bywa w przeważającej mierze atrybutem literatury pięknej. Odstępstwo od tej reguły; połączenie wciągającej treści z dopieszczonym i poetyckim wręcz stylem, to coś, co zdecydowanie przykuło moją uwagę w "Lalkach...". Paulina Wilk niewątpliwie dysponuje lekkim piórem, to czuć. A dzięki tej biegłości literackiej świat przez nią opisywany wręcz materializuje się w naszej wyobraźni. Z zadrukowanych kartek wznosi się Brama Indii, wypływa majestatyczny Ganges. Opisy są tak plastyczne i szczegółowe, że niemal czuje się panujący tam upał, niemal widziało się to, na co autorka patrzyła. Język przemawiający do wyobraźni. 
   Całości świetnie dopełniają nieliczne (aż szkoda), a trafne i interesujące zdjęcia. Autorskie, co warto podkreślić. Budują one klimat, stanowią świetne tło dla tekstu, ale przede wszystkim zachwycają.
   "<<Lalki w ogniu>>, napisane na podłodze małego hotelu w Kalkucie, powstały po ośmiu latach podróży do Indii. Są portretem kraju, który obnaża się przed przyjezdnym, ale niczego mu nie zdradza. To próba uchwycenia rzeczywistości, do której nie pasują żadne europejskie pojęcia".*
  Tak pisze autorka o swej publikacji. Ja z tych słów wyczytałam przede wszystkim zdziwienie, które przerodziło się w zafascynowanie i chęć jak najwierniejszego przekazania innym swojego odkrycia. Moim zdaniem udało się, wyszło autentycznie i ciekawie.  Wydaje mi się, że żeby tak pisać, trzeba ten kraj kochać. Trzeba chcieć wejrzeć głębiej, pod powłokę stereotypów i grubą warstwę uprzedzeń, by dojrzeć jego majestat i piękno. By spróbować go zrozumieć, trzeba najpierw żywić do niego ogromny szacunek. Bardzo mi się podobało, dlatego też ucieszyłam się wiadomością, że książka zyskała nominację do tegorocznej nagrody Nike, życzę powodzenia.
Tekst stanowi oficjalną recenzję napisaną dla serwisu LubimyCzytać.pl
*strona autorki
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Carta Blanca, Warszawa 2011.
Wydanie: I.
Ilość stron: 260.
Data powstania: 2011
Moja ocena: 5/6

czwartek, 17 maja 2012

Jak się reportażu pisać nie powinno - "Rwanda" - Piotr Kraśko

   Będą się sypać gromy, bo powiedzieć, że mnie ta książka zawiodła, to zdecydowanie za mało. "Rwanda" mnie zniesmaczyła; to co mi w niej zafundowano przekracza granice dobrego smaku, a jej treść i forma okazała się przeciwnie proporcjonalna do pokładanych przeze mnie w niej nadziei i oczekiwań, jakie sobie roiłam wobec lektury. 
   Nazwisko słynnego polskiego dziennikarza traktowałam jako gwarant solidnej i rzetelnej reporterskiej roboty; szczególnie w zestawieniu z taką marką, jak National Geographic, jego publikacja powinna być dopięta na ostatni guzik, dopieszczona; powinna grać i śpiewać... Byłam pewna, że dowiem się informacji, które dotąd były dla mnie nieznane, że zostaną postawione jakieś odkrywcze tezy, coś będzie wyjaśnione, jakieś mity padną... Tymczasem zonk. Książka stanowi jeden wielki zgrzyt. Mało co się tam trzyma kupy; styl kuleje, ilustracje o pomstę do nieba wołają, a ogólna całość mogłaby raczej posłużyć za wzór, jak reportażu pisać nie należy...
   Oskarżam tę książkę o nóż, jaki wbiła mi w serce jeszcze zanim na dobre rozpoczęłam zagłębianie się w tekst. Otóż zawsze, zanim przystąpię do lektury książki opatrzonej ilustracjami (w szczególności jeśli mam do czynienia z reportażem tego typu), lubię wiedzieć, kto jest tych zdjęć autorem. Według mnie bowiem zdjęcia w pozycjach reportażowych przemawiają do czytelnika w równej mierze, bądź nawet bardziej niż tekst. Dzięki nim autor "użycza" swoich oczu czytelnikowi pozwalając mu widzieć to, co sam ogląda. No więc szukam źródła fotografii, znajduję, a tam... Wikipedia. Z nóg mnie ścięło. Jak tak można? No jak? Jak autor chcący zachować poziom może ilustrować swój wywód zdjęciami pożyczonymi z ogólnodostępnego i mającego opinię trywialnego źródła? Przecież Kraśko sam chwali się w tekście umiejętnościami swojego fotografa, więc pytam: gdzie są zdjęcia? Rozumiem, że gdy szalała krwawa jatka autor nie był obecny na miejscu; rozumiem, że pojechał tam dopiero w 1996, ale chyba lepiej zaprezentować autorskie fotografie, niż wyławiać je z Wikipedii. W tym przypadku chyba wolałabym, by ich tam wcale nie było. Godzi to w moją czytelniczą dumę, gdy mi się coś takiego serwuje. 
   Wiele do życzenia pozostawia także dobór zdjęć, ich lokalizacja, a nade wszystko podpisy, jakimi zostały one opatrzone. Autor czy wydawnictwo, nie wiem kogo winić, uznało za świetny patent, by zdjęcia, które umieszczone są we wklejce opatrzyć cytatami z tekstu, który mniej więcej (bardziej mniej) mają ilustrować. A, że wklejka "obsługuje" tekst zarówno znajdujący się przed nią, jak i ten następujący po niej, zrobił się z tego niezły obrazkowy miszmasz. W praktyce czytając to, co już przeczytałam, nudziłam się; natomiast czytając to, co dopiero zostanie wyjaśnione w kontekście, ani za grosz nie rozumiałam, co autor miał na myśli. Fotografie pełnią więc swoją funkcję źle, niczego nie obrazują, są za to sprawczyniami zamieszania. 
   Oskarżam tę książkę również o to, że nikt się w niej zanadto nie przejmuje taką błahostką, jaką jest zdawać by się mogło, poprawność stylistyczna. W efekcie, aby zrozumieć sens niektórych zdań, musiałam je czytać co najmniej kilka razy. Klarowność przekazu całości burzy też częste urywanie wątku przez autora, na rzecz podejmowania następnego, z którego potem przeskakuje na zupełnie inny. Ciężko się w tym nie pogubić. Ciężko tym bardziej, że autor ewidentnie lubuje się w chwytaniu za ogon niezliczonej ilości srok - raz opisuje dialog z taksówkarzem, za chwilę pisze o trudach zawodu dziennikarza, a tylko czasem napomina coś o myśli przewodniej swojej publikacji, jaką jest rwandyjska masakra. Nie klei mi się to zupełnie... Lektura książki to niekończąca się pogoń za sensem, który wciąż umyka. Czasem wręcz nie można oprzeć się wrażeniu, że niektóre epizody czy dygresje mają jedynie "wypychać" przestrzeń, rozciągać ją. A mówi się, że jeśli nie ma się niczego do powiedzenia, najlepiej nie ubierać tego w słowa...
   Plusy? Są, choć nieliczne. Podoba mi się fakt, że Kraśko poprzestaje na kilku elementarnych szczegółach dotyczących genezy konfliktu między plemionami Tutsi a Hutu. Ja, jako osoba zaznajomiona z kilkoma dziełami o tej tematyce, żmudnie i ze zniecierpliwieniem się przez nie przedzieram w każdej kolejnej publikacji. Tu było to okrojone, sprowadzone do minimum niezbędnego dla zorientowaniu się w treści czytelnikowi nieobeznanemu z historią rwandyjskiego konfliktu. Fajnie. Częściowo moją przychylność zdobył też pomysł naświetlenia międzynarodowego tła konfliktu, jakim było starcie w Mogadiszu. Spowodowało ono bowiem, iż ONZ, które straciło tam kilkunastu ludzi i mnóstwo energii, postanowiło nie angażować się w sytuację w Rwandzie. Tu jednak muszę zauważyć, że stosunek ilości tekstu, jaki autor poświęca temu zagadnieniu zestawiony z ilością dotyczącą Rwandy daje mi podstawy do twierdzenia, że książka ta mogłaby być równie dobrze zatytułowana "Somalia". 
   Zawiodłam się strasznie na tej książce. Zamiast całej serii "W stanie wojny" w ramach której ukazała się owa książeczka, ja radziłabym panu Kraśko stworzyć jedną porządną publikację, która byłaby wypełniona treścią po brzegi i okraszona autorskimi zdjęciami. Po takie dzieło pobiegłabym w podskokach. Natomiast kieszonkowe wydanie, ilustracje zapożyczone z Wikipedii i chaotyczna treść nie wnosząca żadnego novum do mojej wiedzy o świecie to zdecydowanie nie są rzeczy, na które warto wydawać pieniądze.  
Recenzja dla serwisu Nakanapie.pl
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: G+J, Warszawa 2012.
Wydanie:I
Ilość stron: 96.
Data powstania: 2012.
Moja ocena: 2/6

środa, 30 listopada 2011

Tomek i gorączka złota - "Gorączka. W świecie poszukiwaczy skarbów" - Tomek Michniewicz

        Któż z nas nie marzył, by odnaleźć zakopany w ziemi, ukryty na dnie morza lub w mrocznych czeluściach jaskini kufer, wypełniony po brzegi mieniącym się złotem, rubinami i szmaragdami? Ileż to razy będąc dziećmi wyruszaliśmy z prowizoryczną mapą na poszukiwanie bogactw w zakamarkach swych podwórek pełni nadziei, że kilka ruchów łopatką odkryje przed nami nieprzebrane bogactwa? Później dorośliśmy. Poszliśmy do pracy ciułać grosz do grosza zapominając o swych marzeniach. Nie wszyscy jednak straciliśmy tę dziecięcą wiarę w cuda... Niektórzy podrośli, zmienili osprzęt, realia, lecz w ich głowach nadal kołacze się marzenie o ukrytym gdzieś skarbie. To ich tropem podążył Tomek Michniewicz.    
  "Gorączka" to opowieść o wielkich namiętnościach, obsesjach wręcz; o balansowaniu na granicy obłędu, o marzeniach, dla spełnienia których pewni ludzie gotowi są dzień w dzień ryzykować życiem. Autor dotarł do ludzi, którzy znają te uczucia z własnej autopsji. 
   Rozmawiał z człowiekiem, dla którego nieprzemyślana i spontaniczna wyprawa po wielki skarb z szemranym kapitanem Knightem skończyła się długotrwałym pobytem w wietnamskim więzieniu, ba, omal jej nie przypłacił życiem. Przedostał się na zaplecze kasyna w Las Vegas, by poznać tajniki "nabijania w butelkę" naiwniaków, którzy wierzą, że dane im będzie rozbić bank. Przemierzał meksykańskie pustynie tropem skarbów ukrytych przez hiszpańskich osadników, omijając najwymyślniejsze i najbardziej wyrafinowane pułapki, które mimo upływu czasu, nadal strzegą skarbu przed dostaniem się w niepowołane ręce. Nurkował w poszukiwaniu zatopionego w XVII wieku hiszpańskiego statku Atochy, która pochowała w wodnych odmętach wykradziony Indianom i przetopiony na złote artefakty skarb. Skarb wart dziś ponad miliard dolarów. W Afryce kontaktował się z zama zama, nielegalnymi wydobywcami złota z oficjalnych jaskiń, którzy dosłownie ładują ten drogocenny kruszec na taczkę. W końcu przyczynił się do ujęcia mafii kłusowników i handlarzy kością słoniową, których ofiarą padało wiele niewinnych zwierząt, brutalnie mordowanych tylko dla ich ciosów.  Tego wszystkiego autor doświadczył na własnej skórze, to sprawia, że jego książka pełna jest autentycznych emocji.
   Słowem: krócej byłoby wymieniać, gdzie autor tej książki nie był i z kim nie rozmawiał. To daje pojęcie o ogromie pracy i zaangażowaniu, z jakim podszedł Tomasz Michniewicz do obranego przez siebie celu. Myli się bowiem ten, kto myśli, iż wystarczyło pójść i poprosić, wyrazić swoje zainteresowanie, a rzeczone osoby opowiadały mu zaraz od a do zet o swojej, nieraz nielegalnej czy utrzymywanej w największej tajemnicy działalności. Mogę się założyć, że autorowi zdarzało się góry poruszać, by zamienić kilka słów z osobami, których historie opowiada nam w swojej doskonałej publikacji.  
   Opowiada i to jak opowiada. Zazdroszczę i pełna jestem podziwu dla umiejętności Michniewicza w zakresie operowania słowem - lepi z niego niczym z plasteliny... Co on zrobił z wstawkami historycznymi!!! Zamiast wynudzić czytelnika zlepkiem  suchych faktów i dat stanowiących background jego opowieści on reżyseruje nam tam historię na miarę "Titanica". Dosłownie! Czytając opis katastrofy morskiej hiszpańskiej floty zwożącej skarby dla Europejskiego monarchy z jego amerykańskich kolonii czułam się jak na projekcji tego oscarowego filmu, wcale nie przesadzam. Podobnie było z wszystkimi historycznymi przerywnikami mającymi wyjaśnić pochodzenie skarbów, których teraz namiętnie poszukują rozmówcy Tomasza - za każdym razem fabularna historia, wyposażona w wartką akcję, portrety charakterologiczne jej historycznych bohaterów. Za każdym razem pasjonująca i wciągająca opowieść. I ta jego bujna wyobraźnia, którą poruszy może najmniejszy bodziec, to przywiązywanie wagi do detali, które kryją za sobą wielkie tajemnice. Coś wspaniałego!
   "Trzymałem w ręku przedmiot, który spędził czterysta lat pod wodą, zagrzebany w piachu. To był świadek sztormu, który zatopił Atochę. Może ta prochownica należała do któregoś z przerażonych żołnierzy? Może cisnął ją na pokład, bo zawadzała mu, gdy w panice próbował przywiązać się do masztu, który i tak niebawem miał pęknąć z trzaskiem i zwalić się do morza, ciągnąc nieszczęśnika za sobą? Aż usłyszałem huk fal i wrzaski na pokładzie, który rozpadał się na kawałki. John kontynuował wyjaśnienia, dźwięki sztormu odpłynęły gdzieś, niknąc powoli..."*
   Muszę w tym miejscu schylić czoła również mrówczej pracy Michniewicza w zakresie resercherskiego zaplecza jego książki i jej zgodności z faktami historycznymi w najmniejszych detalach (nawet kolor sukni pewnej damy, która utonęła w katastrofie Atochy, czy rysy osobowościowe bohaterów sprzed kilkuset lat są tam naukowo potwierdzone) - dla osoby nie zajmującej się na co dzień historią zgromadzenie takiego zasobu informacji pozwalającego swobodnie operować tym materiałem to jednak przedsięwzięcie wiążące się z niemałym wysiłkiem... 
   Urzekła mnie w "Gorączce" też bliskość i brak dystansu autora do jego czytelników. Było to widoczne szczególnie, gdy w Afryce musiał zmieniać "na gorąco" plany swej podróży, by dostosować je do profilu książki. "To już nawet nie byli poszukiwacze skarbów, to byli po prostu etatowi ich zbieracze. (...) Umówmy się, że nie przelecieliśmy dziesięciu tysięcy kilometrów, żeby kopać rowy."** - napisał Michniewicz i zabrał czytelników ze sobą na wędrówkę po pustynnych wertepach. Mało się tam działo, ale był czas tak zwyczajnie pogadać z czytelnikiem, przemycić trochę survivalu... W ogóle często autor wprowadza czytelnika na zaplecze swojej książki. To jest fajne. Czułam się jakbym jechała z nim i jego przyjacielem długaśnymi amerykańskimi autostradami gawędząc niezobowiązująco. Super zabieg. 
   Tolerancja i otwartość na świat - to cechy, które bardzo cenię u autorów książek podróżniczych. Zaplusowują w mnie z miejsca osoby wyzbyte awersji do inności, ciekawe świata i posiadające szacunek do wszystkiego i wszystkich. Tych cech Tomaszowi Michniewiczowi na podstawie tekstu i moich odczuć podczas jego lektury odmówić nie mogę. Jego ufność i wiara w człowieka, jego wrażliwość nie pozwalały mu uwierzyć w brutalną walkę rasową w Johannesburgu; nie pozwalały jednoznacznie zaklasyfikować kłusowników, jako złych ludzi (szukał dla nich usprawiedliwienia; jednak nie znalazł). Podoba mi się wielka pokora Michniewicza wobec natury, wobec stworzenia. Tylko tacy ludzie potrafią dostrzec piękno świata i przekuć je w tekst nic zeń nie ujmując. 
   "Zdarzają się takie momenty w podróży, które nie tylko pamięta się do końca życia, ale i przeżywa ciągle na nowo. Krótkie i ulotne chwile niebycia sobą, a bycia gdzieś daleko, kiedy udaje się dotknąć świata tak naprawdę. Przez chwilę pod palcami miałem szorstką sierść dzikiej lwicy..."***
   Nie mogę nie zwrócić w tym miejscu uwagi na zdjęcia... Są piękne, duże, czytelne, znakomicie oddają klimat miejsc, w których przebywał autor ze swoimi przyjaciółmi. Jednak nie to mnie w nich najbardziej zachwyciło. Największe wrażenie zrobiła na mnie umiejętność przewidywania autora: czytam sobie "Gorączkę", czytam i myślę "ciekawe jak to wyglądało". Odwracam stronę, a tam bach!, kolorowe na lśniącym (bo papier publikacji też niczego sobie), mam podane jak na tacy zdjęcie ilustrujące ciekawe miejsca, osoby, znaleziska. To sprawia, że lektura książki dostarcza jeszcze większych wrażeń. Na medal zasługuje szczególnie jedno zdjęcie - zdjęcie zrobione kłusownikom i handlarzom kością słoniową, którego zrobienie mógł Michniewicz w niesprzyjających okolicznościach przypłacić życiem. 
   Michniewicz "wymiata". W "Gorączce" widzi więcej, niż wielu innych autorów literatury podróżniczej razem wziętych. Nie wyznaje dewizy, że aby zyskać miano wielkiego podróżnika, wystarczy pojechać, pozachwycać się tudzież ponarzekać, wrócić i można już wydawać książki. Nie. Michniewicz przeżywa, angażuje się, doświadcza, interweniuje. I nic nie jest na pokaz - czuć autentyczność. Jego książka zadrukowana jest pasją. Pozwolę mu napisać jeszcze kilka książek, zanim okrzyknę go swoim prywatnym następcą Kapuścińskiego na miarę XXI wieku. Czekam na nie z niecierpliwością, Panie Tomaszu. 
Tekst stanowi oficjalną recenzję napisaną dla portalu LubimyCzytać.pl
*s. 162-163.
**s. 250.
***s. 233.
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Otwarte, Kraków 2011.
Wydanie: I.
Ilość stron: 368.
Fotografie: Tomek Michniewicz.
Data powstania: 2010.
Moja ocena: 6/6.
Wyzwanie: Reporterskim okiem.

wtorek, 11 października 2011

Egzotyczna podróż z kosztorysem w tle - "Białe słonie, czyli niezwyczjna podróż zwyczajnych ludzi. Tajlandia, Birma" - Jerzy Opoka"

   Któż z nas nie marzy o dalekich podróżach w egzotyczne zakątki świata... Kto nie chciał by choć raz oderwać się od szarej codzienności i przenieść w huczący feerią barw krajobraz rafy koralowej czy naszpikowany cętkami i paskami dziki, afrykański świat. Najczęściej jednak pragnienia te pozostają w sferze marzeń, bo na ich zrealizowanie nie pozwalają nam czas, nieśmiałość czy najbardziej prozaiczne fundusze... Bzdura. Jerzy Opoka, autor "Białych słoni" pokazuje w swej książce namacalnie, że chcieć, to móc. 
   Liczyłam na kawał dobrej literatury podróżniczej opisującej zabytki, zwyczaje czy życie codzienne egzotycznych i orientalnych dla mnie krajów. Jednak chyba pomiędzy moimi oczekiwaniami jako czytelnika a intencyjnym odbiorcą, do którego autor skierował swój utwór zrodził się pewien dysonans. Krótko mówiąc - zamiast zachwytów pięknem i  majestatycznością Birmy i Tajlandii, które obrali za cel swej podróży Jerzy Opoka wraz z żoną, otrzymałam niemalże kosztorys tej eskapady wraz z garściami dobrych rad, które jednak dla polskiego czytelnika nie zamierzającego udawać się w dalekie wojaże nie zdadzą się na nic. Ja rozumiem, że książka, jak sam podtytuł nas informuje, opowiada o zwyczajnych ludziach, a zwyczajni ludzie z pieniędzmi się liczą; nie popadajmy jednak w skrajność - chyba tylko najbardziej znudzony podróżą człowiek, choćby nawet najzwyklejszy, zamiast rzucić się w szaleństwo zwiedzania i podziwiania ma czas i ochotę na tak skrupulatne notowanie cen. Jak więc widać, "Białe słonie" w swym zamyśle miały chyba być inspiracją dla czytelnika do wyruszenia po przeczytaniu śladami autora i to najlepiej jak najszybciej - w przeciwnym razie podawane ceny się zdezaktualizują i pozostaniemy zdani sami na siebie niczym dzieci we mgle.
   Nie wyczułam niestety w słowach autora podróżniczej pasji i otwartości na świat i inność. W moim, jak najbardziej subiektywnym odczuciu, autor w kontaktach z miejscową ludnością zachowuje pewną dozę nieufności i niezwykłą ostrożność - niech potwierdzeniem moich słów będą choćby sytuacje w których ironicznie (tak czułam) opisuje babcię, która prawdopodobnie utrzymuje się z pozowania turystom, bądź z miejsca "znielubia" jednego z przewodników za jego wygląd. 
   Brakowało mi w tej książce tego, co cenię w pozycjach literatury podróżniczej... Brakowało mi zachwytu, emocji, oczarowania, choćby posuniętego do granic naiwności, ale nie demaskującego egzotycznych atrakcji jako mało spektakularnych (jak się autorowi przydarzyło w przypadku skaczących kotów z klasztoru Nga Hpe Chaung) lub absurdalnej i niepraktycznej, mimo że będącej zwyczajem, któremu hołduje się od wieków (sytuacja z kobietami pagdaung, znanymi też jako kobiety żyrafy). Autor pisze w swojej książce następujące słowa:
  "Przed przyjazdem do Birmy obejrzałem dziesiątki zdjęć z Baganu i przeczytałem różne relacje i opisy, ale żadne, ale to żadne z nich nie są w stanie oddać tego, co się czuje, będąc tu, na miejscu. Nie ma takich słów, ani takich fotografii, choćby nawet najbardziej udanych, które odzwierciedlałyby jego skalę, bliskość i dostępność. To istna kraina baśni bądź też mityczne miejsce i aż trudno uwierzyć, że w XXI wieku pomiędzy zabytkami pamiętającymi początki birmańskiej państwowości a wysokimi palmami prędzej można spotkać duże stada wychudzonych w porze suchej krów, niż innego turystę."*
Żałuję wobec tego, że Jerzy Opoka nie dołożył wszelkich starań, by swoim odbiorcom przekazać choćby namiastkę tego piękna. Żałuję, że nie zrezygnował ze spisywania cenników i opisywania sfery logistycznej takiej orientalnej wyprawy na rzecz duchowych doświadczeń obcowania z egzotyką. Myślę, że to przydałoby uniwersalności jego publikacji. Powstała jednak nie literatura podróżnicza a metapodróżnicza, w której twórca instruuje zamiast opisywać, opiniuje zamiast przekazywać i doradza zamiast zachwycać. Bliżej "Białym słoniom" do poradnika podróżnika w stronę Birmy i Tajlandii (a zaryzykowałabym stwierdzenie, iż książka jest stricte poradnikiem, gdyż w końcowej partii tekstu autor zamieszcza przydatne adresy oraz słowniczek niezbędnych pojęć).
   Rzeczą, która mnie urzekła w "Białych słoniach" to przepiękne, genialnie wykonane fotografie. Oglądałam je zahipnotyzowana pięknem, które udało się autorowi w nich zamknąć i przemycić do Polski. Są fantastyczne! Urokliwe, pełne egzotycznego czaru, magii Wschodu... Są błyskiem na kartach tej książki. Wielkie brawa! Podobało mi się również, że Jerzy Opoka zrezygnował z przytłaczania odbiorcy nadmiernym, a pochodzącym z dostępnych powszechnie opracowań historycznym rysem obu państw, który niekiedy dominuje w tego typu publikacjach. Owszem, są historyczne dygresje i odwołania, ale nigdy nadmierne, a zawsze służące czemuś. 
   Reasumując: jeśli zamierzasz wyruszyć w kierunku Tajlandii i Birmy, w książce Jerzego Opoki znajdziesz multum przydatnych informacji, praktycznych porad i sprawdzonych rozwiązań. Pomoże ci ona ustrzec się również kłopotów natury komunikacyjnej czy gastronomicznej. Jeśli natomiast chcesz ją czytać dla pooddychania egzotycznym powietrzem poprzez zadrukowane strony... raczej nie pooddychasz. Gwarantuję natomiast ucztę dla oka.
Tekst stanowi oficjalną recenzję napisaną dla serwisu LubimyCzytać.pl
*s. 94-95
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Świat Książki, Warszawa 2011.
Wydanie: I
Ilość stron: 197.
Fotografie: Jerzy Opoka.
Moja ocena: 3/6

czwartek, 25 sierpnia 2011

Geografia ludobójstwa - "Nagość życia. Opowieści z bagien Rwandy" - Jean Hatzfeld

   Rwanda ma w sobie pewien fenomen. Fenomen każący przeżywać wielokrotnie wydarzenia z 1994 roku. Po co? By zrozumieć, uwierzyć, doznać katharsis? A może by nie zapomnieć, by przestrzec, by wyjawić światu prawdę? Może zależy to do przeżywającego? Bo inaczej odnajduje się w tych wspomnieniach ocalały, inaczej zabójca. Czym innym są dla relacjonujących je reporterów, a jeszcze inne wartości niosą dla niezaangażowanych w nie biernych obserwatorów z białego świata. Mnie Rwanda wprawia w osłupienie, przeraża, staje się symbolem apogeum ludzkich instynktów i przerażającym świadectwem, iż człowiek to istota niezgłębiona, zdolna do największych okrucieństw.
   "Nagość życia", powstała w 2000 roku stanowi pierwszą część trylogii reportaży o Rwandzie, którą stworzył francuski reporter, Jean Hatzfeld. Ponieważ przy wydawaniu w Polsce ich kolejność nie została zachowana, przeczytałam wcześniej ostatni z rwandyjskich reportaży, "Strategia antylop" (powstała w 2007), a na środkową - "Sezon maczet" (2003) czekam niecierpliwie, gdyż jej polska premiera ma się odbyć w lutym przyszłego roku. Sytuacja Hatzfelda jako reportażysty zajmującego się wydarzeniami w Rwandzie jest szczególna, gdyż to właśnie Francja, której jest obywatelem, miała w tym państewku swą strefę wpływów. I to właśnie odwrócenie się Francji plecami podczas rzezi w 1994 bolało Afrykaninów najbardziej - "Z założonymi rękami patrzyli jak umierają, prawie do ostatniego, oto cała prawda"(s. 134) . Musi więc Hatzfeld pokonać dwie bariery podczas rozmów - barierę bycia tym, którego ludobójstwo nie dotyczyło i, przepastniejszą chyba nawet, barierę swego pochodzenia. Udaje mu się to jednak. Cierpliwością zdobywa zaufanie ocalałych, szczerością prowokuje ich do zwierzeń. Jego intencje są jawne, sam określa je następująco:
"Celem tej książki nie jest jednak powiększanie stosu wydanych już opracowań, zbiorów dokumentów, powieści, czasem znakomitych. Tylko umożliwienie lektury tych dziwnych opowieści ludzi ocalałych."*
   Hatzfeld w swej książce podróżuje po Rwandzie, opisuje jej krajobraz, jej piękno, spokój, dziewiczość i naturalność. Ukazuje Rwandę jako raj na ziemi, nieskażony cywilizacją ogród obfitości, by zaraz przywołać wyłaniające się z wspomnień swych rozmówców apokaliptyczne sceny pełne krwi, przemocy i okrucieństwa.  Nie ma takiego miejsca w Rwandzie, gdzie Hatzfelda nie urzekłaby przyroda i nie ma takiego skrawka ziemi, który nie wchłonąłby krwi niewinnych ofiar, nie ma człowieka, który by nie był w ludobójstwo zamieszany - czy to chowając się na bagnach, czy siejąc śmierć z maczetą w ręku (choć w "Nagości życia" mówią tylko ocalali; zabójcy nie mają tu prawa głosu).
  Reporter rozmawia z przypadkowo spotkanymi ludźmi, rozmawia z każdym, kto chce mu swą historię powierzyć. Trudno jednak rozmawiać z tak doświadczonymi przez los rozmówcami - Hatzfeld musi mieć świadomość wagi emocjonalnej tych opowieści, tego, iż snute są one z samego jądra duszy. Musi być świadomy, że wiele słów ma teraz dla ocalałych zupełnie inne znaczenie (np. jedna z kobiet mianem "dobrego człowieka' określa swego wybawiciela, mimo iż widziała stosy maczet walające się po jego domu); musi "wyłapywać" kłamstwa nieintencjonalne, wynikające np. z niemożności pogodzenia się z prawdą, nieradzenie sobie z wyjawianiem prawdy; zapominanie, mieszanie faktów. Ocalali w swych rozmowach stosują, jak to nazywa, "sztukę delikatnych przemilczeń", którą on musi zrozumieć i przekazać, ale której nie wolno mu przeinterpretować i dopowiadać. Wiecie, jak to robi? Jego praca nad reportażem, to, oprócz rozmów i uczestniczenia w codziennym życiu Rwandyjczyków  to też "(...) spisywanie zawartości kaset, słowo w słowo, by odtworzyć klimat rozmowy i oddać melodię głosów."(s.141). Takie reporterstwo to prawdziwa sztuka.
   Choć niemal niezauważalnie, ale jednak czuć echa tych samych pytań. Jednak nie nazwałabym tych relacji wspomnień wywiadami, to raczej rozmowy sterowane, nastawione na uzyskanie odpowiedzi na pytania nurtujące świat, na pytania, które kładą się złowrogim cieniem najbardziej na tych, którzy przeżyli. O co pyta? Głównie nurtuje go powód ludobójstwa, przyczyna, zalążek. Pytani odpowiadają różnie, jednak najczęściej wskazują przywary Afrykaninów - chciwość, porywczość i zazdrość, oskarżają białych, wskazują w geście oskarżenia na intelektualistów, niektórzy widzą bardziej transcendentny motor tych wydarzeń (co w moim odczuciu nie jest zaściankową wizją świata, a jak najbardziej wytłumaczalnym, wobec rozmiaru tej masakry stanowiskiem):
"Myślę, że Szatan wybrał Hutu, by wypełnili wszystkie te okropieństwa, tylko dlatego, że było ich znacznie więcej i byli silniejsi, mogli wyrządzić więcej zła w zaledwie kilka miesięcy. Kiedy słyszę przez radio wiadomości o afrykańskich wojnach, czuję wielki niepokój. Myślę, że Szatan korzysta z tego, że Bóg zbyt długo był z dala od Afryki, i mnoży hekatomby."**
 Pyta też o morderców, o ich motywację. W tym miejscu muszę wyrazić swoje... nie wiem - zaskoczenie, zdegustowanie, zszokowanie może nawet terminem, jakim określa się w publikacji działalność pogrążonych w morderczym szale Hutu. "Pracowali" - uważam, że mniej trafnego określenia na zabijanie ludzi maczetą dobrać nie było chyba można, ale może ja po prostu ich pojmowania świata nie rozumiem. Nie wiem z czego wynika takie określenie, może to eufemizm, a może kolejny przykład mylenia pojęć... Wróćmy jednak do postrzegania morderców przez ich niedoszłe ofiary.W wielu wypowiedziach słyszy się tezę, iż prawdziwymi zabójcami byli inteligenci, humaniści i ludzie wykształceni; że to oni napędzali szary tłum - "To intelektualiści, że tak powiem ich wyemancypowali, wpajając ideę ludobójstwa i uwalniając od wahań" (s.88).  Potem rolę odegrały już tylko niepohamowane, wydobyte z głębi ludzkie instynkty i pierwotne żądze.
"Okaleczali nas, bo zasmakowali w dzikim okrucieństwie, nic więcej. Byli wśród nich zwykli Hutu, którzy zabijali zwyczajnie, źli Hutu, którzy zabijali ze złością, najczęściej interahamwe, i w końcu ekstremiści zła, którzy zabijali z ekstremalną złością.***
  Hatzfed na rzecz przekazu rezygnuje z nadrzędnej zasady obowiązującej dziennikarzy i wynikającej z ich etyki, a mianowicie postanawia nie wysłuchiwać wszystkich stron. Odbiera tu prawo głosu mordercom. Argumentuje swą decyzję chęcią zadośćuczynienia błędowi, jaki ogarnął opinię publiczną - świat uznał bowiem za ofiary Hutu udających się na exodus i umieszczonych w obozach w Kongo, zapominając o tułających się po bagnach Tutsich. Myślę, że to sprawiedliwy hołd.
Książkę otrzymałam do recenzji dzięki uprzejmości wydawnictwa Czarne
*s. 11
**s. 29
***s. 85
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Czarne, Wołowiec 2011.
Wydanie: I
Ilość stron: 193.
Przekład: Jacek Giszczak
Tytuł orginału: Dans le nu de la vie. Recits des marais Rwandais.
Data powstania: 2000
Moja ocena: 5/6
__________________________________________________
Jean Hatzfeld (ur. w 1949 roku) -  reporter, korespondent wojenny, pisarz. Opisywał upadek komunizmu w Europie Środkowej, pracował jako korespondent wojenny z objętych kryzysem zbrojnym krajów Bliskiego Wschodu oraz Haiti, Konga, Algierii i Burundi, trzy lata spędził w byłej Jugosławii, gdzie został ranny podczas ostrzału Sarajewa. Doświadczenia te zaowocowały dwiema książkami: L'Air de la guerre (1994) oraz La guerre au bord du fleuve (1999).
W 1994 roku wyruszył do Rwandy. Opublikował trzy książki poświęcone rwandyjskiej wojnie domowej: w 2000 roku Dans le nu de la vie. Récits des marais rwandais (nagrodzoną m.in. Prix Pierre Mille i Prix France Culture), w 2003 roku Une saison de machettes, za którą otrzymał Prix Joseph Kessel i  Prix Femina Essai, oraz Strategię antylop (La stratégie des antilopes), nagrodzoną w 2007 roku Prix Médicis, jedną z najbardziej prestiżowych francuskich nagród literackich. Za opublikowaną w 2009 roku w Polsce Strategię antylop otrzymał Nagrodę im. Ryszarda Kapuścińskiego 2010.

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Polaków portret własny - "Zapytaj jeża i inne historie. 13 reportaży" - Tomasz Słomczyński

   Słomczyński ustawia się z polaroidem w zakamarku polskiego podwórka. Ma stamtąd dobry widok, sam pozostając jednocześnie niemal niezauważonym. I robi zdjęcia, które natychmiast po błyskawicznym wywołaniu okazują się być bezbarwne, szarobure i ponure, zupełnie jak polska rzeczywistość. Ich zaletą jest jednak to, że pokazują czarno na białym jak jest. Bez ubarwień i światłocieni. Takie właśnie są reportaże składające się na zbiorek "Zapytaj jeża..." - proste, ale zarazem treściwe, szczere i obiektywne.
   Tomasz Słomczyński jest dziennikarzem "Polskiego Dziennika Bałtyckiego". Bezpośrednim wynikiem pracy dla owej gazety jest fakt, iż napisane przez niego teksty dotyczą głównie ludzi lub wydarzeń mających związek z tymi terenami. W tekstach przewijają się w przeważającej mierze nazwy miejscowości położonych w Polsce północnej, choć reporter podejmuje również tematykę ogólnopolską opisując np. aferę polityczną. Niemniej jednak z tych krótkich form prozatorskich wyłania się uniwersalny obraz Polski i Polaków, portret społeczeństwa z wyeksponowanymi przedstawicielami jego najniższych warstw. Zwykłymi, szarymi ludźmi, ich bolączkami, frustracjami i codziennymi zmaganiami.
   "Nie dostrzegam drogich kreacji, być może dlatego, że nie znam się na modzie. Widzę natomiast niewypowiedziane historie spozierające z ekranu komputera. Wystylizowane twarze, sylwetki coś mówią, z pewnością, tylko jeszcze nie wiem co..."*
   Tematyka reportaży Słomczyńskiego jest różnorodna - reporter pochyla się między innymi nad problemem więźniów (obszerny fragment tekstu poświęcony jest opisowi i analizie metod samookaleczenia; zjawisku powszechnemu w polskim więziennictwie, przynoszącemu realne korzyści zdesperowanym osadzonym); pisze też o kryminalnym środowisku, wyjaśnia arkana grypserki; ukazuje sytuację kobiet, które odwiedzają swoich mężczyzn w więzieniach. Inna grupa reportaży to teksty dotyczące afer - Słomczyński opisuje słynną aferę paliwową, w którą zamieszana była posłanka Ostrowska, pisze też o bezpodstawnie oskarżonym o pranie brudnych pieniędzy właścicielu kantoru, który nie otrzymał zadośćuczynienia za bezprawne aresztowanie, mało tego, nie zwrócono mu skradzionych w depozycie pieniędzy. Bohaterowie reportera to również mordercy zabijający w akcie rozpaczy lub z powodu schizofrenii, ludzie-mrówki utrzymujący się dzięki przemycaniu towarów przez granicę. Jest weteran z Kosowa, który nie pamięta, w jaki sposób zastrzelił znajomego, z którym pił poprzedniego dnia, to pracownice kradnące rybę z fabryki Almar, jak również ich szef, który usiłując wyegzekwować sprawiedliwość zostaje ograbiony przez policję z dokumentów firmy.
    Słomczyński to kolekcjoner polskich absurdów i paranoi (jego teksty nastawione są, jak odnoszę wrażenie, na ich eksponowanie i wytykanie, na obnażanie zawiłości prawa, którego paragrafy niejednokrotnie nijak się mają do sprawiedliwości; wiele tu scen rodem z "Procesu" Kafki). W jego tekstach pojawiają się również tematy mocno kontrowersyjne w przesiąkniętej konserwatywnym katolicyzmem Polsce - pisze o wazektomii, aborcji i bankach nasienia. Autor daje też świadectwo szalejącemu rasizmowi - w tekście "Na Baluba mówią: Żydzi" pojawiają się wzmianki o dotkliwych pobiciach czarnoskórych imigrantów przez obywateli naszego państwa.
   Reporter jest laureatem licznych nagród za dziennikarską działalność, ma na swoim koncie też tytuł Dziennikarza Roku (2009 i 2010) tygodnika Agora. Mnie w tekstach pana Tomasza ujmuje całkowita obiektywność i brak skłonności do oceniania, brak uprzedzeń. To bardzo dobre dziennikarstwo społeczne. Na duży plus zasługuje też pociąg dziennikarza do literackości -to sprawia, że jego reportaże po prostu dobrze się czyta. Teksty pana Tomasza są mocno ambitne zważywszy, iż powstały jako materiał redakcyjny gazety lokalnej. Pozostaje tylko życzyć niesłabnącego zapału i być może wkrótce będziemy mieli przyjemność poczytać utwór zakrojony na szerszą dziennikarską skalę; bo potencjał bezsprzecznie jest.
Tekst stanowi oficjalną recenzję napisaną dla serwisu LubimyCzytać.pl
*s.177.  
Wydawnictwo, miejsce i rok wydania: AREA, Gdańsk 2011.
Ilość stron: 181.
Wydanie: I.
Moja ocena: 4/6.
Wyzwanie: Reporterskim okiem
 _________________________________________________
Tomasz Słomczyński - urodził się w 1976 roku, wychował się w Sopocie, mieszka w Gdańsku. Za reportaż Na Baluba mówią: Żydzi otrzymał nagrodę Grand Prix konkursu im. Macieja Szumowskiego. Dwa inne teksty – Zapytaj jeża oraz Ciężka robota- przyniosły autorowi w latach 2009 i 2010 tytuł Dziennikarza Roku tygodnika Angora oraz nagrodę im. red. Piotra Różyckiego.

środa, 13 lipca 2011

"Pochowajcie człowieka, który chciał odkryć prawdę"* - "Sztuka politycznego morderstwa, czyli kto zabił biskupa" - Francisco Goldman

   Gwatemala - małe państewko w Ameryce Łacińskiej borykające się z bagażem problemów wewnętrznych przewyższającym jego siły. Latami drążył je robak społecznych nierówności, ucisku szarych obywateli ze strony zarówno rządzących, jak i wojska, targane było ogniem krwawej i niehumanitarnej wojny domowej, podczas której zdeptano fundamentalne prawa człowieka. Lecz w końcu znalazł się ktoś, kto pragnął uciszyć rozszalałe demony zniszczenia, pragnął przywrócić w swoim kraju wartości i podeprzeć rozchwianą moralność; chciał poprowadzić Gwatemalę ku lepszemu. Człowiekiem tym był biskup Gerardi. 26 kwietnia 1998 roku został on brutalnie zamordowany.
   Czym naraził się swym oprawcom biskup Gerardi? Swoim umiłowaniem do prawdy i swą działalnością na rzecz ochrony praw człowieka, która przybrała formę założonego przezeń Biura Praw Człowieka (ODHA). Przygotowało ono raport zatytułowany "Gwatemala. Nigdy więcej", który demaskował zbrodnie, tortury i masakry dokonywane przez wojsko oraz rząd na bezbronnych cywilach w latach 60. XX wieku. Udokumentowano w nim wiele morderstw, oszacowano iż skutkiem była śmierć 200 tys. cywilów. Oto jego fragment:
   "Zarąbali ich maczetami, udusili lub zastrzelili. Dzieci chwytali za nóżki i roztrzaskiwali o drzewo, a drzewo, o które roztrzaskiwali dzieci, uschło, tak często roztrzaskiwali o to drzewo tyle dzieci, że uschło."**
Nic więc dziwnego, że wobec tak jawnego oskarżenia winni nie mogli pozostać obojętni. Dokonali więc brutalnego mordu na apostole wolności i prawdy, czyniąc go jej męczennikiem i zamierzając w ten sposób odwieść innych, jego potencjalnych następców od szukania sprawiedliwości. Biskup Gerardi został śmiertelnie pobity kamienną płytą kiedy wieczorem wracał na plebanię z rodzinnej wizyty. W tę zbrodnię jednakże zaangażowanych było tak wiele osób, tak wiele osób uczestniczyło w jej przygotowywaniu choćby mając za zadanie obserwowanie duchownego czy zacieranie śladów, iż zyskała ona miano "zbrodni stulecia". Na czym więc polega sztuka eliminowania osób uwierających władzę?
   "(...) najpierw było planowanie i przygotowania, a potem etap drugi, czyli sama egzekucja. Był jednak również etap trzeci, który sędziowie określili jako kontynuację zabójstwa, a który był tak samo integralną częścią zbrodni, jak etapy wcześniejsze. Ów trzeci etap obejmował działania zmierzające do sparaliżowania wymiaru sprawiedliwości poprzez korumpowanie sędziów i dezinformację opinii publicznej za pośrednictwem mediów. W sprawie Gerardiego to właśnie ten etap był istnym majstersztykiem."***
   Teorii dotyczących zarówno winnych tego morderstwa, jaki i motywów, jakie nimi kierowały zasadniczo było  kilka, choć  w rzeczywistości tożsamość prawdziwego sprawcy była tylko tajemnicą poliszynela. Oprócz jaskrawej i niedającej się obalić tezy o winie wojskowych zagrożonych opublikowanym raportem podejrzany został współlokator, ksiądz Mario; wietrzono skandal polegający na zabiciu Gerardiego przez homoseksualistów, podejrzewano handlarzy narkotykami, posądzano paserów dzieł sztuki sakralnej czy w końcu bezdomnych zamieszkujących pobliski park. 
   Proces w tej sprawie był iście karkołomną batalią rozgrywaną między członkami ODHA a postawionymi w stan oskarżenia zaprzysiężonymi gwatemalskiej armii. Brak było w nim jakichkolwiek reguł, imano się wszelkich metod, by niewygodna prawda nie wyszła na jaw. Walka o prawdę zebrała swe krwawe pokłosie pod postacią torturowanych i bestialsko mordowanych bliskich osób weń zaangażowanych. W wyniku szantaży i zastraszań wielu prokuratorów musiało emigrować za granicę, kilkakrotnie zmieniali się też sędziowie. Jednak trudy i wyrzeczenia tych nielicznych, których nie udało się złamać doprowadziły do wyroków dla morderców duchownego. Było to nie tylko zwycięstwo w tej sprawie, ale też wielki krok w nową, lepszą przyszłość dla całego gwatemalskiego społeczeństwa, położyło kres bezprawiu wśród rządzących elit, przywróciło karność, wskazało ścieżkę ku uzdrowieniu panującego systemu. 
   Oprócz wszechstronnego naświetlenia kwestii zabójstwa biskupa w reportażu Goldmana wyłania się społeczna panorama ówczesnej Gwatemali. Panujące tam rządy śmiało określić można mianem oligarchii wspomaganej wojskową dyktaturą. Prym wiedzie tam plasująca się na wygodnej pozycji armia i skorumpowani politycy, dużo do powiedzenia mają członkowie rozlicznych mafii, natomiast zwykli szarzy obywatele cierpią ucisk. Powszechna jest cenzura, zdarza się inwigilacja i infiltracja; telefony są na podsłuchu, maile się tam przechwytuje.
   Czytając "Sztukę politycznego morderstwa..." obcujemy z jeszcze jedną sztuką, ze sztuką  dziennikarstwa śledczego; sztuką o tyle ryzykowną, co bardzo potrzebną w ówczesnym świecie. Książka ta powstawała przez osiem lat, wszystkie źródła poddawane były, jak deklaruje autor, dwukrotnej weryfikacji, jej dodatkowym atrybutem jest naoczność - Goldman był na miejscu zbrodni, rozmawiał z ludźmi powiązanymi ze sprawą, uczestniczył w rozprawach sądowych. Mówiąc lapidarnie, odwalił kawał dobrej i żmudnej roboty, "rozdmuchał" sprawę Gerardiego dając światu pretekst do zagłębienia się w gwatemalską kwestię, zwrócił oczy świata ku temu państewku, rozdrapał jego rany chroniąc przed gangreną, która już się w nie wdawała. Według mnie, wykorzystując moc słowa, którą posiadał wypełnił misję uwalniania prawdy. Świetna i wartościowa książka.
Książkę otrzymałam do recenzji dzięki uprzejmości wydawnictwa Czarne
*s. 262.
**s. 34.
***s. 315.
Wydawnictwo, miejsce i rok wydania: Czarne, Wołowiec 2011.
Ilość stron: 430
Przekład: Janusz Ruszkowski
Moja ocena: 5/6
Seria wydawnicza: Reportaż
Wyzwanie: Reporterskim okiem

sobota, 30 kwietnia 2011

"Nie zrozumiesz tego. Nie jesteś Turkiem"* - "Zabójca z miasta moreli. Reportaże z Turcji" - Witold Szabłowski

   Ta książka uratowała mi życie. Dosłownie, bo gdybym jej nie miała, najpewniej umarła bym z nudów na 2,5 godzinnych wykładach z niezbyt mnie interesującego przedmiotu. A tak zleciało jak z bicza strzelił. Podczas gdy mój profesor objawiał nam kulturę regionu, ja również zgłębiałam kulturę, tyle, że Turcji. Kolejnym dowodem na to, jak wciągające są reportaże Szabłowskiego niech będzie fakt, że czytałam książkę w autobusie, czego z reguły nie robię. 
  Reportaże Szabłowskiego mają klimat polsko - tureckich pogawędek przy piwku, choć niejednokrotnie dotyczą one trudnych spraw i tematów ocierających się o tabu. Dawno nie czytałam rzeczy tak panoramicznej zarówno pod względem wachlarza poruszanych aspektów, jak i rozmaitych na ich temat poglądów. 
   Szabłowski to może nie tyle profesjonalny reporter, co wielki pasjonat kraju o którym pisze. I może dlatego tak dobrze się to czyta. Autor ma dystans do siebie oraz do swoich rozmówców, nie ocenia, nie szufladkuje, po prostu słucha i gawędzi. Styl Szabłowskiego jest dość specyficzny - ma się wrażenie, iż to ciebie właśnie praży tureckie słońce, że to ty właśnie patrzysz na opisywane budowle, że widzisz łzy ocalonych od honorowych zabójstw kobiet; nie wyczuwa się niemalże papieru i tuszu, tak żywa i spontaniczna jest narracja w "Zabójcy...".
   Odkrywanie Turcji zaczynamy od poznania sylwetki niejakiego Nazima Hikmeta, słynnego tureckiego poety ( "Dla tureckiej poezji Hikmet jest Rejem, Kochanowskim i Mickiewiczem" - s. 21.) oraz łamacza niewieścich serc. Autor nie omieszkał skrupulatnie prześledzić jego genealogii i znalazł, a jakże, polskie korzenie - otóż pradziad Nazima nazywał się Borzęcki... Bierzemy udział w wielowiekowej dyskusji będącej owocem tureckiego pragnienia podziwu ze strony innowierców, której obiektem stała się Hagia Sophia i kolejne próby coraz to nowych architektów ukierunkowane na przyćmienie jej wielkości - żadnemu jak dotąd się to nie udało. Szabłowski zagląda Turkom do ich małżeńskich alków. Małżeńskich, ale też i przedmałżeńskich. I pyta: Co z tym seksem? Sprowokowani wyłuszczają przed czytelnikiem swój kulturowy absurd w tej materii - młody Turek niczego nie pragnie bardziej niż zbliżeń, jednak żaden z obywateli tego kraju nie poślubi nie-dziewicy. Seks to w ogóle w Turcji temat tabu, ale jak zacząć jątrzyć to wychodzą na jaw problemy z impotencją spowodowane "syndromem obrzezańca" (kojarzeniem wszystkiego co wiąże się z tym męskim narządem z bólem będącym wspomnieniem tego tradycyjnego rytuału), ponadto edukacja seksualna jest w tym kraju tak niesamowicie kulejąca, iż promocji prezerwatyw oraz zasadności ich użycia dokonuje się takimi słowami:
   "<<To jest wasz petlican, bakłażan>>. Tak na wsiach mówi na męski narząd. <<To, co z niego wylatuje, to mali Kurdowie. Jeśli mały Kurd wejdzie do brzucha waszej żony, będziecie mieli dziecko>>. (...) Nakładam na banana prezerwatywę i mówię: tu możecie złapać małych Kurdów. I jeszcze ich podpuszczam: ale tylko prawdziwy mężczyzna potrafi łapać dobrze!"**
   Turcja to kraj absurdów - największym kompleksem tego kraju jest jej zagadkowe położenie, bo to taka ni to Europa, ni to Azja. Turcy by woleli, żeby była bardziej Europa i dlatego pieczołowicie pretendują do członkostwa w Unii. W imię tego  nawet doszło do sytuacji, gdy kojarzące się z konserwatywną Turcją chusty zakrywające wszystko prócz kobiecych oczu zostały zakazane i aby móc je nosić trzeba z Turcji wyjechać, podobnie rzecz ma się z tradycyjnym męskim ubiorem wypartym przez bardziej europejskie garnitury. Jednak to nie zewnętrzna warstwa kulturowych insygnii oddala Turcję od europejskiej utopii - czymś, co nie da się zdjąć równie łatwo jak przestarzały i prymitywny czador jest zakorzenione głęboko w tureckim umyśle przekonanie o konieczności dokonania zbrodni honorowej, jako zadośćuczynienia za splamienie honoru. Przy czym jako podstawę do zamordowania młodej dziewczyny niejednokrotnie wystarczy okrutna, kąśliwa plotka. Szabłowski pyta Turków po prostu : dlaczego? i oto czego się dowiaduje; na pytanie co zabójca powiedziałby teraz swojej ofierze (siostrze, żonie, córce) odpowiadają:
   "Powiedziałbym, że ją kocham. Ze zrobiłem to, co musiałem. I wiem, że mnie zrozumie"***
Zbrodnie honorowe są palącym problemem Turcji, który, jak dowodzi autor nie szybko zostanie wyeliminowany, ponieważ wszelkie organy, które potencjalnie w każdym innym państwie mogłyby udzielić pomocy skazanej kobiecie składają się z mężczyzn przesiąkniętych identycznym światopoglądem, co niedoszli zabójcy; posądzone dziewczyny nie mogą więc liczyć na pomoc znikąd. W ogóle, jak pisze Szabłowski, kobiety nie mają w Turcji wesoło - legalna prostytucja niszczy życie wielu młodym kobietom, które mężowe niczym rzeczy sprzedają do agencji, a policja zamiast je wspomóc udaremnia im ucieczkę odwożąc do pracodawcy, który dotkliwie perswaduje im kolejne próby. Wieczorem ci sami policjanci przychodzą aby z ich usług skorzystać, a szefowie dają im jeszcze zniżkę w nagrodę. Swoje historie opowiedziały panu Witoldowi Saliha Ermez i Aysa Turkukcu, czytając je włos się na głowie jeży, a usta otwierają ze zdziwienia, iż takie rzeczy dzieją się na świecie na mocy prawa. A gdy jeszcze się doczyta, iż kobiet tych wyparły się rodzone córki, łza kręci się w oku. I nie jest to jakiś melodramatyzm, a życie właśnie, suche słowa, same fakty. 
   Kolejnym kompleksem Tureckim są trupy wyrzucane na brzegi pięknych kurortów wypoczynkowych. Szabłowski wyjaśnia, skąd się tam wzięły - to zwłoki nielegalnych imigrantów z ogarniętego wojną Iraku, usiłujących przedostać się za wszelką cenę do oazy spokoju, jaką jawi im się Turcja Władze biorą sobie za punkt honoru udaremnienie im ucieczki posuwając się nawet do zatapiania łodzi czy strzelania do tych ludzi. Powstał nawet specjalny zawód "czyściciela", który wyrusza przed świtem, by oczyścić rajskie plaże z tego rażącego oczy wczasowiczów widoku.  
   Zapewne zastanawiacie się kim jest ów tytułowy zabójca... Kojarzycie zapewne zamach na Jana Pawła II? No więc właśnie o jego niedoszłym zabójcy tu mowa. O Adanie Agcy i jego czynie rozmawia Szabłowski z rodziną Turka -  wysłuchuje usprawiedliwień, jakimi sypią na jego obronę, dowiaduje się, iż według samego Adana, zastrzelenie papieża miało być misją do której powołały go niebiosa. A potem słucha historii człowieka urzeczonego dobroci papieża ("Wiem, że bardzo za nim tęskni" s.181 - kwituje jego adwokat). 
byebyebusha - czyli wydarzenia, jakim było rzucenie w prezydenta USA odwiedzającego Turcję butem. Anegdota, nie anegdota, ocena samego zdarzenia to jedno, ale biznes, jaki się rozkręcił w przemyśle obuwniczym to zgoła odmienna kwestia. Wiele fabryk rościło sobie prawa do owego modelu, jednak patent na niego miał nie kto inny jak Ramazan Baydan. Odtąd jego szajsowate obuwie sprzedawało się świetnie, cóż, lepszej reklamy mieć nie mogło.
    Reportaże Szabłowskiego niczym mozaika układają się w całość błyszczącą przeróżnymi odcieniami tureckiej kultury. To takie przesiane przez sito reporterskiej selekcji odłamki tureckiej duszy. Smaczku książce dodają fotografie z różnych miejsc tamtej egzotycznej ziemi, ma której stopa autora "postała".  

*s. 64
**s. 62
***s.102
Fotografie pochodzą z internetu (źródło).
Wydawnictwo, miejsce i rok wydania: Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010.
Ilość stron: 206
Moja ocena: 4/6
Seria: Reportaż
Wyzwanie: Reporterskim okiem

niedziela, 30 stycznia 2011

"Tak chyba boli żal za życiem, jak myślisz, biały człowieku?"* - "Dzisiaj narysujemy śmierć" - Wojciech Tochman

   Tochman przywalił mnie tą książką jakby ważyła tonę, a ma zaledwie 150 stron... O ludobójstwie w Rwandzie trochę się już naczytałam, film obejrzałam, ale reportaż polskiego twórcy spowodował, iż jestem w wielkim szoku; mam w głowie nowe połączenia, ale nie są to synapsy neuronów, a jelita ofiar. Litery układające się w słowa niejednokrotnie raniły oczy niczym ostrze maczety, a emocje zawarte między nimi potrząsały mną z niewiarygodną siłą, namacalnie niemal łapiąc za ramiona.
   Obawiałam się, że reportaż ten będzie czytaniem już czytanego, przybranego jedynie w nową oprawę. Ale nie, nic podobnego. Tochman naprawę po coś do tej Rwandy jeździł, stawiał odkrywcze pytania, naświetlał problem z niedotykanej dotąd strony. Drążył nie dając się zbyć. Starał się zachować reporterski obiektywizm, ale nie wahał się wyciągnąć palec i stwierdzić: "To ty jesteś winny". Zamiast silić się jedynie na odkrywanie warstw ziemi z ofiar 1994 roku w poszukiwaniu nie wiadomo właściwie komu do czego potrzebnej  prawdy, Tochman zdziera maskę obłudy jaką obwarował się wobec nich świat.  
   "Dzisiaj narysujemy śmierć" to chyba jeden z najbardziej oskarżycielskich głosów w literaturze dotyczącej rwandyjskiego ludobójstwa, wymierzony w postawę Kościoła i jego sług. Nie wszystkich, rzecz jasna, każdego w różnym stopniu, ale jednak. Przywołuje Tochman ciekawą, ale jakże naciąganą moim zdaniem teorię jednego z księży, którzy czując się winnymi stosują śmieszna wręcz "spychologię", aby choć troch się oczyścić: ludobójstwo było według niego sposobem na ograniczenie rwandyjskiej populacji zastosowanym wobec oporu wiernych stosujących się do nauki kościoła, iż antykoncepcja jest złem. Tymczasem to księża właśnie, podczas rzezi w Gikondo zamiast ratować swych wiernych i błagać o ich życie zamknęli się na plebanii, wytargowawszy jedynie, by mordercy sprawili jatkę nie w świątyni, gdzie był wystawiony Najświętszy Sakrament, ale tuż przed nią. Modlili się, głusi na krzyki bólu i nieludzkiego cierpienia mordowanych Tutsich... Innym absurdem jest również duża liczba rzekomych opętań, przeprowadzanych egzorcyzmów. Zdaniem Tochmana służy to jedynie urzeczywistnieniu i podkolorowaniu kolejnej wymówki katów - to nie myśmy ich zabili, to Szatan. I teraz tego szatana się wypędza...
   Co mi się jeszcze w tej książce podobało? Zdecydowanie gra z czytelnikiem. Z czytelnikiem i sobą samym. Autor stawia pytanie: Po co ja o tym piszę? Dlaczego Ty, Czytelniku, chcesz o tym czytać?  Dzieli się z czytelnikiem uczuciami towarzyszącymi mu w pracy nad książką, zmniejsza tym dystans z odbiorcą, pokazuje, że wobec takiej zbrodni wszyscy jesteśmy jedynie dziećmi we mgle, które nigdy nie pojmą jak i dlaczego. 
    "(...) moje notatki pełne są poobcinanych kończyn, pełne są krwi, zakażonej spermy, siostry na pewno gwałcili, od wielu miesięcy wszystko to skrzętnie zapisuję po nocach, wszystko już mam, zabitych rodziców na co drugiej stronie, i dzieci, niebieskim długopisem, czarnym, zielonym, żeby potem po zmianie koloru notatek sprawnie znajdować początek i koniec każdej relacji, zabity tak, zabity siak, moje notesy są spuchnięte jak trupy w wodzie, wszystkie te ciała są przy mnie, martwe, ale i żywe, ich zabici rodzice o nic specjalnego, nic szczególnego, rwandyjska normalka, moje notesy cuchną, wszystko co w nich mam podchodzi mi do gardła."**
Obnaża autor schematy myślenie i postrzegania - ocaleni już zawsze będą naznaczeni piętnem zbrodni, której doświadczyli, w oczach świata będą najpierw ocalałymi właśnie a dopiero potem dobrymi ludźmi, czy fachowcami w danej dziedzinie. Cień maczety będzie unosić się nad nimi już do końca życia.  
   Miejsca w jakie prowadzi nas Tochman w swej książce sprawiają wrażenie jakby znajdowały się już u bram piekieł. Moje zdziwienie, gdy czytałam o muzeum rwandyjskich zwłok było porostu przeogromne. Okazuje się, iż szkołę w Kigali, która była miejscem jednego z największych masowych mordów przerobiono na... skład wyciągniętych z zbiorowych mogił zmumifikowanych zwłok ofiar. I leżą sobie tam, jedne na drugich, a ocalała z ludobójstwa kobieta opiekuje się nimi, ściera kurz, oprowadza chcących je obejrzeć... Prawdopodobnie znajduje się tam 840 mumii. Tylko nie potknij się o wystającą rękę... 
   Dużo miejsca poświęca też Tochman w swoim dziele losowi rwandyjskich kobiet.
   "Twój wróg, to Tutsi, ale Twój największy wróg, to kobieta Tutsi"***
To właśnie kobiety Tutsi w ludobójstwie cierpiały najbardziej. To im nie pozwalano po prostu umrzeć, wymyślano dla nich najbardziej wyrafinowane męczarnie i katusze, zarówno fizyczne i psychiczne. Masowe gwałty, to jeszcze nic, niekiedy musiały zabijać własne dzieci, uprawiać seks na oczach katów z własnymi synami, których ścinano, gdy byli jeszcze w ich ciele, kazano im zjadać własne martwe dzieci... Śmierć była tu zaszczytem i luksusem...
   Kolejny aspekt książki Tochmana to problem samobójstw ocalałych. Życie nie jest już dla nich możliwe, kobiety nie mogą sypiać z mężami, zbyt je to boli, zbyt przypomina przeżyte gwałty; mężczyźni nie mogą pogodzić się z odtrąceniem przez żony, zarzucają im, ze oddały siebie oprawcom. Matki nie potrafią kochać dzieci narodzonych z gwałtów. Nie zabiły  ich, pozwoliły przeżyć, myślały że to mini, ale nie, w twarzy dziecka wciąż widzą twarz kata... Prowadzi to do alkoholizmu, obłędów; w końcu też do samobójstw i morderstw.
   Sporo już przeczytałam o Rwandzie, ale ten reportaż był inny. Nad maskarą pochylił się humanista, nie opisywacz. Pochylił się człowiek świadomy swych słabości, a nie biały wśród czarnych, gorszych, który chce być mesjaszem odkrywającym przed światem nie wiadomo co. Epatowanie cierpieniem i szokowanie? Nie, tak po prostu tam było, po co ubierać zbrodnię w pawie piórka? Przeczytajcie i cieszcie się, ze nie musicie uczestniczyć. Bardzo, ale to bardzo wartościowa książka.
*s. 49.
**s. 81-82. 
***s. 48.
 Obrazy pochodzą z Internetu.
Wydawnictwo, miejsce i rok wydania: Czarne, Wołowiec 2010.
Ilość stron: 147.
Moja ocena: 6/6.
Seria wydawnicza: seria Reportaż.
Wyzwanie: Reporterskim okiem.

poniedziałek, 3 stycznia 2011

Moje lektury wyzwaniowe - Reporterskim okiem

Moje lektury wyzwaniowe:
1) Pandrioszka - Krystyna Kurczab-Redlich - książka zaplanowana też w ramach wyzwania Rosja w literaturze; już częściowo podczytana;)
2) Nocni wędrowcy - Wojciech Jagielski - Afryka, czyli obszar mojego nieustającego czytelniczego zafascynowania; książka wybrana przeze mnie również do wyzwania Od zmierzchu do świtu
3) Samsara. Na drogach, których nie ma - Tomasz Michniewicz - reportaż podróżniczy; przyciągnął mnie, nie ukrywam, szum medialny, jaki się wokół publikacji wytworzył; pozytywne recenzje na Waszych blogach przesądziły sprawę:)
4) Dzieci Groznego - Anse Seierstad - zaczęłam czytać, ale to nie był dobry czas; teraz mam okazję do niej wrócić
5) Biała gorączka - Jacek Hugo-Bader - książka również zaplanowana do wyzwania Rosja w literaturze
6) Chrystus z karabinem na ramieniu - Ryszard Kapuściński - na dobry początek blogowej przygody z autorem (dotąd czytałam jedynie jego "Cesarza")

A przeczytałam już:
1) Strategia antylop - Jean Hatzfeld - obraz powrotu skazanych za rwandyjskie ludobójstwo Hutu do ich domów, w sąsiedztwo bliskich ich ofiar z plemienia Tutsich; książka ze wszech miar warta polecenia
2) Skradzione anioły. Porwane dziewczęta Ugandy - Kathy Cook - czeka już na zrecenzowanie; książka opowiada o ugandyjskiej, rebelianckiej armii dzieci żołnierzy