Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mario Vargas Llosa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mario Vargas Llosa. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 stycznia 2012

Llosa obnażony... teoretycznie - "Listy do młodego pisarza" Mario Vargas Llosa

    Zacznijmy od tego, że nie wierzę, iż ktoś może nauczyć kogoś tworzenia. Według mnie z takimi predyspozycjami trzeba się po prostu urodzić,  a potem to w sobie pielęgnować. I nie jest to bynajmniej pochodna romantycznego widzenia twórcy jako bożego pomazańca; nic z tych rzeczy. Myślę jednak, że to kwestia bardziej rozwiniętej wyobraźni, kwestia większej wrażliwości. Dlatego też do najświeższej na polskim rynku publikacji Llosy (jednego z moich nota bene ulubionych pisarzy) podeszłam nie jako do podręcznika dla adeptów sztuki słowa, ale jako do specyficznej autobiografii artystycznej. Zaostrzyłam sobie ząbki, spodziewając się wielkich wynurzeń i wyszeptanych mniejszą czcionką tajemnych trików wielkiej literackiej sławy. Miałam nadzieję zdemaskować jego talent, rozebrać go na czynniki pierwsze, poznać w czym tkwi sekret llosowskiego geniuszu. I co? - zapytacie. I... kolejne szelmostwo.
   Studiowałam filologię polską i muszę z niejakim zażenowaniem, ale też przede wszystkim uczciwie stwierdzić, iż niewiele nowych informacji odnośnie warsztatu literackiego wniosła lektura zbiorku swoistych listów Llosy do zasobu mojej w wiedzy tym temacie. I tu rodzi się moje podejrzenie, iż autor nie powiedział czytelnikowi wszystkiego. Bo przecież chyba geniusz na miarę Nobla ma w zanadrzu większy arsenał środków wyrazu artystycznego, niż najlepszy nawet wykładowca akademicki. Tymczasem Llosa rozwodzi się nad aspektem czasu, przestrzeni i kreacją narratora; pisze o planach, w jakich można realizować narrację (obiektywny i subiektywny) czy w końcu o kompozycji powieści szkatułkowej (porównuje ją też do rosyjskiej matrioszki), technice "naczyń połączonych" oraz o faktach ukrytych, czyli tym, na czym każdy dobry kryminał stoi. 
   Jak więc widać, nie ma w tym zakresie fajerwerków.  Kto, podobnie jak ja, liczył na podany na tacy klucz do tego, jak czytać Llosę, ten niewątpliwie się przeliczył. Może gdzieniegdzie da się znaleźć wytrych do jego literackiego świata, jakąś mglistą wskazówkę, ale nadal i tak sam się musisz czytelniku do niego włamać swą interpretacją. Autor w swych listach prowadzi jasne i klarowne wykłady o teorii formy powieściowej. Wyciąga te swoje króliki z kapelusza, ale nadal nie wiadomo jak się one tam znalazły. Mało jest stricte llosowskiej, unikatowej  techniki; dużo zebranych porad ogólnych, wypracowanych na przestrzeni dziejów.
   Jednak nie zawarty w książce przekaz merytoryczny był w moim przypadku czymś, co czyniło lekturę króciutkich esejów noblisty wartościowym doświadczeniem. Ja czytałam "Listy do młodego pisarza" jako zbiór myśli i poglądów Llosy na płaszczyznę literacką i wszystko, co się z nią wiąże. Bowiem w zasadniczym i bezpośrednim wykładzie czynionym wyimaginowanemu przyjacielowi-uczniowi, przemyca autor mniej lub bardziej czytelne własne przekonania dotyczące roli artysty i postrzegania poszczególnych aspektów jego twórczej działalności. Można oczywiście z nimi polemizować, jak jednak większość z nich podzielam. Zdaniem noblisty "Fikcja to kłamstwo skrywające głęboką prawdę"*, natomiast "(...) autor nie wybiera tematów, to one wybiera jego"**. Narrator jawi mu się jako "(...) postać utworzona ze słów"***, pisarze zaś jego zdaniem to ci, "(...) którzy poprzez słowo pisane potrafią stwarzać światy"****. Llosa twierdzi również, słusznie moim zdaniem, iż "Szczerość lub nieszczerość nie jest w literaturze sprawą etyki lecz estetyki"*****
   Jedyne, z czym w poglądzie Llosy na literaturę bym polemizowała, to jego zdanie, iż nie istnieje coś takiego jak rozdział tematu i formy. Twierdzi on, iż są one ze sobą nierozerwalnie sprzężone i wzajemnie się determinują. Według mnie natomiast odrębną kwestią jest co się opowiada i jak się opowiada.
   Interesujący jest pogląd Llosy głoszący, iż fundamentem twórczej pasji jest bunt autora wobec zastanej rzeczywistości. Przekłada się on zdaniem Peruwiańczyka na tworzenie innych światów; lepszych, właściwszych. Na potwierdzenie tej tezy autor wysuwa argument cenzurowania literatury przez wszystkich historycznych uzurpatorów, jako narzędzia siania rewolucji, jako swoistej "ambony zbuntowanych". Nie zgodzić się nie sposób. Zanegować nie można też poglądu dotyczącego talentu, jako czegoś nie danego odgórnie, lecz nabywanego poprzez pracę, dyscyplinę i wytrwałość.
   Siła Llosy tkwi w plastycznej i barwnej metaforze. Dzięki niej nawet nudnawy wykład teoretyczny przeradza się w pełną wrażeń opowieść. Autor porównuje powołanie literackie do tasiemca - gnieździ się on w umyśle pisarza i podporządkowuje jego wszystkie czyny własnym żądzom; proces twórczy jawi mu się jako odwrócony striptiz dokonywany przez autora przed czytelnikiem; tu wdzięki wykwitają nie poprzez obnażenie, ale ukrycie wielu kwestii. Mocną stroną publikacji są także liczne dygresje oscylujące wokół tematu i ale wprowadzające do wywodu interesujące niuanse z kulis warsztatów literackich takich sław prozy, jak Flaubert (jego listy do kochanki Colette) czy tegoż pisarza technika doboru właściwego słowa, owocująca wykrzykiwaniem stworzonych akapitów w parkowej alejce, by wsłuchać się w ich brzmienie. Lekturę ożywiają też liczne zwroty do czytelnika, którego autor sytuuje tu w roli swego dyskutanta o meandrach techniki powieściowej i przypisuje mu rzekome autorstwo wyimaginowanych listów, na które jego tekst jest odpowiedzią.
   Oczywiście Llosa nie wyzbył się swej szelmowskiej przewrotności i z wielkim rozmiłowaniem i przekorą wkłada w "usta" czytelnika-rozmówcy wiele przekonań i opinii, które określają go samego, czerpiąc przyjemność z jego milczenia, niemożności wypowiedzenia się i wymuszonej pasywności.
   W "Listach do młodego pisarza" Llosa często wciela się w rolę krytyka literackiego eksponując swoje przekonania odnośnie obfitej garści pozycji z literatury światowej. Koncentruje się jednak, w tym procesie ilustrowania tez przykładami, w przeważającej mierze na utworach autorstwa pisarzy iberoamerykańskich (Marquez, Cortazar). Wielokrotnie odwołuje się do dzieł twórców, których już na początku tekstu wymienia jako swoich mistrzów, a są między innymi Faulkner, Hemingway czy Camus. I tak oto podrzucił mi on wiele ciekawych pozycji, których zapewne inaczej nigdy bym nie odkryła. I teraz, zamiast pouczona radami noblisty rzucić się do tworzenia, siądę i będę dalej czytać.
Tekst stanowi oficjalną recenzję napisaną dla serwisu LubimyCzytać.pl
*s. 12.
**s.20
***s. 43
****s.10
 *****s. 38
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Znak, Kraków 2012.
Wydanie: I.
Ilość stron: 128.
Przekład: Marta Szafrańska-Brandt.
Język orginału: hiszpański.
Moja ocena: 4/6.
Wyzwanie: Projekt Nobliści.

czwartek, 17 listopada 2011

Przez Kongo i Amazonię w głąb ludzkiej duszy - "Marzenie Celta" - Mario Vargas Llosa

   Miałam pewne obawy sięgając po tę książkę. Dotyczyły one wpływu nagrody Nobla, otrzymanej przez Llosę w ubiegłym roku na "ponoblowską" twórczość autora. Nie wiedzieć czemu, szykowałam się na coś komercyjno-masowego, populistycznego, na produkt wysoce homogenizowany. Po przeczytaniu "Marzenia Celta" stwierdzam z czystym sumieniem - Llosa wielkim pisarzem jest; obronił Nobla w pięknym, mistrzowskim  stylu. Przypieczętował go powieścią mądrą, głęboką, napisaną z wielkim rozmachem, bardzo ambitną, a jednocześnie z dobrymi, poczciwymi llosowskimi akcentami.
   Przyznam szczerze, nie wiem od czego zacząć tę recenzję... "Marzenie Celta" po prostu trzeba przeczytać, by w pełni docenić jego głębię i przekaz. By znaleźć się na przełomie wieków XIX i XX; by pokłuć oczy swojej duszy i wyobraźni obrazami ofiar szalejącego ówcześnie kolonializmu i jego bestialskich nadużyć; by przemierzyć z Rogerem Casementem dziewicze dżungle Amazonii i Konga; by zastanowić się raz jeszcze nad istotą człowieczeństwa i najskrytszymi sekretami ludzkiej duszy. Trzeba je przeczytać, by przekonać się na własne oczy, jak wielkiego natchnienia może dostarczyć nobel; jak wysoko stawia się potem sobie poprzeczkę i jak ambitnym zadaniom można sprostać. Trzeba je przeczytać, by móc powiedzieć, że zna się dzieło na miarę Nobla. 
   Roger Casement, tytułowy Celt, to postać historyczna. Postać o tyle ciekawa, o ile kontrowersyjna; złożona ze sprzeczności, posądzana o perwersyjne skłonności, obudowana pełną niedomówień i luk skłaniających do snucia domysłów, legendą. Roger to zarazem humanista i pełen wrażliwości na innych ludzi syn rozumu i oświecenia, jak i oddany bez reszty i po grób swym marzeniom i ideom romantyk. To rzecznik humanitaryzmu, etyki i moralności; dyplomata i państwowy urzędnik, a zarazem uznany za zdrajcę i posądzany o pedofilię skazaniec. Prawda na temat jego osoby nigdy jednak nie ujrzy już światła dziennego - pokrył ją zbyt grubą warstwą historyczny kurz zapomnienia, przemilczeń i przekłamań. Cień Casementa już nigdy nie przyoblecze się w właściwy mu odcień szarości. Llosa stworzył mu więc obfitującą w możliwie najpełniejszą gamę odcieni czerni i bieli, twórczą biografię, pokusił się o własną interpretację jego czynów i motywów, które na nie wpłynęły. A wszystko to z szelmowskim uśmiechem człowieka znającego życie i ludzi, zdolnego zaakceptować ludzkie słabości i grzeszki. Noblista Casementa nie rehabilituje, nie sądzi... on po prostu wskrzesza jego legendę.
   W "Marzeniu Celta" Llosa stawia czytelnikowi filozoficzne pytanie - "unde malum?". "Skąd zło?". A w zasadzie stwierdzić można, że powtarza owe pytanie po swym mistrzu, Josephie Conradzie, którego zresztą czyni jednym z bohaterów powieści (Casement poznaje w Kongu Józefa Korzeniowskiego, trzynaście lat później czyta "Jądro ciemności" Josepha Conrada. Obaj mieli głowy pełne młodzieńczych ideałów, którymi się wymieniali podczas długich rozmów pod palącym, afrykańskim słońcem, ich obu Afryka nauczyła życia, obu pozbawiła złudzeń). Llosa uzupełnia kronikę cierpień ludzkości o wydarzenia z Amazonii podczas "epoki kauczuku", dodaje również przelaną podczas powstania wielkanocnego krew irlandzkich bojowników o niepodległość. Casement poszukuje odpowiedzi na nie w czasie swej dwudziestoletniej bytności w kolonizowanym Kongo oraz niespełna rocznego pobytu w Amazonii, gdzie pełni funkcję dyplomaty i konsula brytyjskiego. W czasie swych podróży widzi ludzkie okrucieństwo posunięte do granic wyobraźni, widzi szał zadawania bólu, rozmiłowanie w wymyślnych i wyrafinowanych torturach; ogląda zezwierzęcenie białego człowieka, który swą protekcje nad rdzennymi mieszkańcami kolonii wykorzystuje by pastwić się nad nimi.
   Zamykał oczy, a w zawrotnym wirze pojawiały się i znikały hebanowe ciała z wężykami czerwonawych blizn przecinających ich plecy, pośladki i nogi, kikuty obciętych ramion dzieci i starców, twarze wychudłe, podobne do trupich, jakby odpłynęło z nich życie, pozbawione tłuszczu i mięśni, powleczone tylko skórą, jakby pozostała im zaledwie czaszka oraz ten wyraz czy zastygły grymas wyrażający nie tyle ból, ile bezkresne zdumienie tym, co się dzieje. I stale to samo, te same fakty powtarzały się we wszystkich wioskach i wioseczkach (...).*
Kongo i Amazonia odkryły przed Casementem rąbka tajemnicy na temat zła tkwiącego w ludzkich duszach i umysłach. Dzieci kultury i cywilizacji, dzieci Europy zmieniały się w żądne krwi i zadawania cierpień bestie. Wypalanie znaku CA (skrót od nazwy firmy kauczukowego potentata), pal, dyby, spuszczanie z wysokości, miażdżenie genitaliów, powieszenie, zastrzelenie, utopienie w rzece, obcięcie kończyn czy oczu i uszu, zakuwanie w dyby, podpalenie, strzelanie do Indian jak do żywych tarcz - to tylko garść spośród rozlicznych metod uskutecznianych przez białych, aby wymusić na krajanach ślepe posłuszeństwo i zmobilizować do jeszcze cięższej pracy przy dostawach kauczuku.
Jeśli nauczyłem się czegoś w Kongu, to tego, że nie ma gorszej i bardziej krwiożerczej bestii, niż istota ludzka.**
Zamiast siać wśród  rdzennych mieszkańców chrześcijaństwo, postęp, technikę i krzewić cywilizacje, jak pierwotnie usprawiedliwiali swe kolonizacyjne działania, sami uwsteczniali się i dawali prym najdzikszym instynktom.
   Choć tak odległe od siebie (...) Kongo i Amazonię łączyła pępowina. Horror powtarzał się z nieznacznymi wariacjami, wywołany żądzą zysku, grzechem pierworodnym towarzyszącym gatunkowi ludzkiemu od jego zarania, tajnym inspiratorem niezliczonych bezeceństw. A może chodziło o coś innego? Czyżby diabeł wygrał już swoją odwieczną walkę?***
    Obserwując niedolę rdzennych mieszkańców Afryki czy Amazonii Casement zauważył w niej analogię do losów swojej ojczyzny, Irlandii, zniewolonej przez brytyjską potęgę. Irlandczycy również zostali skolonizowani przez Anglię, ich również Anglia wykorzystywała. Efektem owych przemyśleń była teza o konieczności zbrojnego przeciwstawienia się brytyjskiemu ciemiężcy, jako jedyna skuteczna droga ku wolności. Myśli te, zaprzątając Casementowi głowę, uczyniły zeń iście romantycznego i tragicznego bohatera, wyznawcę mesjanizmu, spiskowca i zdrajcę kraju, na łonie którego się wychował na rzecz wolnej Irlandii - jego marzenia. Marzenia Celta.
   Casementa poznajemy, gdy czeka w celi na wyrok, a w zasadzie na potencjalne ułaskawienie.  Świat zdaje się wówczas zapominać o jego zacnych czynach i olbrzymich zasługach w dziedzinie respektowania praw człowieka; sir Roger jest szykanowany i zniesławiony za sprawą odnalezionych przez Scotland Yard sekretnych dzienników, w których opisywał swe perwersyjne erotyczne poczynania i śmiałe lubieżne wizje. Równolegle autor wprowadza nas, poprzez skonstruowane naprzemiennie rozdziały, pozwalające śledzić losy bohatera właściwie od jego narodzin w tajniki życia Casementa; ukazuje jego troski, marzenia, przemyślenia. Odziera go przed czytelnikiem z tajemnic, obnaża kierujące nim motywacje, wskazuje skutki, a potem powoli, słowo po słowie, rekonstruuje ich przyczyny. Konstrukcja taka prowokuje do przemyślenia, jak złożoną i nieodgadnioną istotą jest człowiek; unaocznia nam również, jak często ludzkie postępki wymykają się jednoznacznej, obiektywnej ocenie. Że nie wspomnę już o tym, jak wspaniale i pasjonująco czyta się takie "powoli odkrywane karty".
   Oprócz wnikliwej analizy ludzkiej psychiki i poruszenia problematyki nieprzejrzanych otchłani ludzkiej osobowości  Llosa porusza w swej powieści również motyw kondycji ludzkiej na świecie. Jego Casement to gorący patriota, który zanim zapragnął zawalczyć o swój kraj był wiecznym wędrowcem, bezustannym tułaczem po morzach i lądach, niezwiązanym z jakimkolwiek miejscem na ziemi. Wszystko na świecie jest ulotne: zaszczyty, przyjaźnie, szczęście; jednego dnia Roger pławił się w pochwałach i odbierał zaszczytne tytuły, następnego natomiast oczekiwał w ciemnej celi o chlebie i wodzie na egzekucję. Nawet po jego śmierci doczesne szczątki Casementa przebyły długą drogę nim spoczęły w ziemi ojczystej. Llosa tak podsumowuje ów trop:
   [Casement] Nie czuł się nigdy przywiązany do jednego miejsca, bo taka była kondycja człowieka: przechodnia, wygnańca na tym padole łez, na tym etapie drogi, którą po śmierci mężczyźni i kobiety powrócą do zagrody, do źródła, gdzie będą żyć przez całą wieczność.****
"Marzenie Celta" to dzieło wybitne, dzieło na miarę Nobla. Z mojej strony - owacje na stojąco.
Tekst stanowi oficjalną recenzję napisaną dla portalu LubimyCzytać.pl
*s. 89. 
**s. 93. 
***s. 151.
****s. 354.
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Znak, Kraków 2011.
Wydanie: I.
Ilość stron: 434.
Przekład: Marzena Chrobak.
Tytuł orginału: El sueno del celta.
Język orginału: hiszpański.
Data powstania: 2010.
Moja ocena: 6/6.
Wyzwanie: Projekt Nobliści.

poniedziałek, 3 października 2011

Podaruj mi... księżyc z nieba - "Fonsito i księżyc" - Mario Vargas Llosa

  Urzekająca jest ta opowiastka napisana przez ubiegłorocznego noblistę z myślą o dzieciach. Króciutka, nieprzegadana, pozbawiona typowego dla tego rodzaju historii przeładowania metaforyzmem czy natrętnego moralizatorstwa. I choć autor kieruje ten swój króciutki utwór do małego odbiorcy, widać między wersami mrugnięcie okiem do dorosłego czytelnika - Llosa prowokuje nas w ten sposób do odkurzenia swych wspomnień sprzed lat, przywołania uczuć i emocji towarzyszących młodzieńczym czy przedszkolnym wręcz zauroczeniom, uświadomienia sobie, co się naprawdę liczy i co sprawia, że kręci się ten nasz świat. Historia małego Fonsita, który znajduje sposób, by dla swej ukochanej sięgnąć gwiazd wzrusza i wywołuje nostalgiczny uśmiech właśnie dzięki swej naiwności i prostocie.   
   Pamiętacie małego, przebiegłego chłopczyka, synka don Rigoberto z "Pochwały macochy" oraz "Zeszytów don Rigoberta"? Tytułowy Fonsito to właśnie on we własnej osobie, tyle że ugrzeczniony i pozbawiony swych perwersyjnych skłonności. Tym razem nasz mały bohater... zakochał się. Obiektem jego westchnień jest piękna, cud-miód szkolna koleżanka Nereida. Zapytana o zgodę na pocałunek dziewczynka żąda (ach te kobiety...) od swego amanta podarunku w postaci, nawet nie gwiazdki, a całego księżyca. Biedny Fonsito zdesperowany wpatruje się w księżyc, myśli, myśli, aż w końcu znajduje: najprostszy, banalny wręcz, acz wymagający niezwykłej przebiegłości sposób, jak ów księżyc Nereidzie sprezentować. 
   Ta kilku zdaniowa wręcz historyjka niesie ze sobą wielką wiarę w siłę uczucia, w możliwość spełnienia swych marzeń, a przede wszystkim ukazuje, jak wiele jesteśmy w stanie zrobić, by uszczęśliwić ukochaną osobę. Niebywałego, magicznego wręcz klimatu przydaje opowieści Llosy oprawa graficzna - piękne i niebanalne ilustracje tworzą aurę czarów i baśniową atmosferę. 
    Sięgając po tę książkę obawiałam się, iż Llosa otrze się o Exupery'ego, bądź zapuści się zbyt głęboko w las przypowieści. Nic podobnego. Noblista stworzył prostą, nie aspirującą do roli zmieniania świata na lepsze historię pewnej dziecięcej... nawet nie miłości. Dziecięcego zauroczenia. Wplótł w nią romantyczny pierwiastek księżycowej nocy i pierwszego pocałunku, i ponownie podbił moje serce. Minusy? Ta historia jest stanowczo, zdecydowanie za krótka.
Tekst stanowi oficjalną recenzję napisaną dla portalu LubimyCzytać.pl
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Znak emotikon, Kraków 2011.
Wydanie: I.
Ilość stron: 30.
Przekład: Marzena Chrobak.
Ilustracje: Katarzyna Borkowska.
Tytuł orginału: Fonchito y la Luna.
Język orginału: hiszpański.
Data powstania: 2010.
Moja ocena: 4/6.
Wyzwanie: Projekt Nobliści.

niedziela, 16 stycznia 2011

"Jak ubogie musi być życie tych, co nie mają, tak jak my, ludzi, którzy gawędzą" * - "Gawędziarz" - Mario Vargas Llosa

   Książki Llosy lubię i to bardzo. Ilekroć sięgnę po jego książkę, autor nieodmiennie mnie czymś zaskakuje, ukazuje swoje inne oblicze twórcze; niczym królika z kapelusza wyciąga całkiem dotąd nieLlosowką w moim przekonaniu tematykę i świetnie się porusza w przestrzeni tworzonego przez siebie świata. Podbija przy tym moje czytelnicze serce za każdym razem od nowa. Był już Llosa-romantyk ("Pochwała macochy"), był Llosa-autor kryminałów ("Kto zabił Palomina Molero?"), teraz przyszła pora na noblistę etnologa...
  Jak wielki wpływ może mieć na ludzkie życie przypadek? Fundamentalny, okazuje się. Podczas pobytu we Florencji narrator (którego nie sposób tu nie utożsamiać z autorem), niespodziewanie natrafia na wystawę zdjęć ukazujących codzienne życie i obyczaje rdzennych mieszkańców Ameryki Południowej, plemienia Macziguengów. Jego szczególną uwagę przykuł znajomo wyglądający mężczyzna, pełniący wśród sfotografowanych szczególną rolę, rolę gawędziarza. Odtąd daje się on porwać nurtowi wspomnień, który tworzy fabułę powieści. Llosa zaczyna gawędzić...
   Saula Zurutasa poznał autor za czasów studenckich. Już wtedy wyróżniał się on nie tylko fizycznie (miał znamię zakrywające mu niemal połowę twarzy), ale również jego zainteresowania i poglądy były nietypowe. Fascynował go bowiem prymitywny świat mieszkańców dziewiczej puszczy, ich wierzenia, poglądy, sposób patrzenia na świat. Ponadto był rzecznikiem pozostawienia ich jako nietkniętych cywilizacją za wszelką cenę, postulował równowartość ich świata rodem z epoki kamienia łupanego ze światem współczesnego białego człowieka. Równowartość, a może nawet wyższość.
   Powieść Llosy sprawia wrażenie "nie trzymającej się kupy". Kolejne rozdziały przeplatając się ze sobą ukazują odmienne płaszczyzny fabularne oraz stylistyczne (swoją drogą autor bawi się stylem niczym dziecko plasteliną, lepi w poszczególnych partiach gawędziarza zdania nieudolne, zbliżone do mowy zapisanej naprędce, prostej, gdzie niczym mantra powtarzają się zwroty "tak było, być może" i "tego się przynajmniej dowiedziałem").  Jednak im głębiej w fabułę się zapuszczamy, tym bardziej oba światy zdają się do siebie zbliżać, Llosa chucha już niemal na szyję swemu bohaterowi. I tak raz słuchając opowieści narratora Llosy o pracy przy nakręcaniu programów telewizyjnych na tematy kulturalne, a w następnym rozdziale przenosimy się w samo serce dziewiczej puszczy, towarzyszymy Macziguengom w ich wędrówkach i codziennym, przesyconym magią i baśniowością, choć twardym i surowym życiu.
   "(...) niebywale wysokie drzewa, gładkie laguny, nieodmiennie płynące rzeki - przywodziły na myśl świat dopiero co stworzony, nieskalany obecnością człowieka, roślinny i zwierzęcy raj. Docierając zaś do plemion, dotykaliśmy prehistorii. Toczyło się tu żywiołowe i proste życie odległych przodków: myśliwych, zbieraczy, łuczników, nomadów, magików, animistów. (...) świat jeszcze nie ujarzmiony, epoka kamienia, kultury magiczno-religijne, poligamia, zmniejszanie głów (...) czyli zarania dziejów ludzkości. "**
   Cała fabuła to tropienie, podążanie śladami nieuchwytnego gawędziarz, który snuje się między zaroślami buszu i grubymi pniami porastających dżunglę drzew. Wydaje nam się, iż już za moment schwycimy go za rękę, lecz okazuje się, iż zostaliśmy podstępnie wplątani w kolejną jego opowieść, a on sam w tym czasie zdążył już zniknąć nam z oczu. Kim właściwie jest ten owiany aurą tajemnicy i niedopowiedzeń człowiek? To łącznik rozproszonej odwieczną tradycją wędrowania wspólnoty, to siewca wieści, to pamięć plemienia. Umożliwia on trwanie Macziguengom, przechowuje w swej pamięci mentalny zapis tego, kim są, pozwala im pielęgnować ich świadomość plemienną.
   Powieść to przede wszystkim głębokie studium mitologii macziguengeńskiej: ich wierzeń, przesądów, podań kosmologicznych, prób interpretacji świata. Mnie to wciągnęło bez reszty. To świat iście baśniowy, magiczny, fantastyczny, choć niejednokrotnie przerażająco brutalny i niezrozumiały w swych twardych i absurdalnych, zdawać by się mogło regułach, dla ludzi uwikłanych w cywilizację. Zwykły katar znamionuje tu diabelskie opętanie (nie znający leków umierali na pospolite choroby a zwiastunowi niechybnej śmierci przypisywali zdroworozsądkowo i z braku innego wyjaśnienia, nadprzyrodzoną moc), natomiast znaki tatuowane na twarzy i ciele miały przyciągać szczęście i oddalać nieszczęście. Piękne, wymagające pokładów niewyczerpanej wyobraźni i opierające się na naiwnej interpretacji świata wolnej od naukowych wtrętów macziguengeńskie legendy wyjaśniają wszystko, co może stanowić dla człowieka zagadkę istnienia. Wyjaśniają w  sposób dosadny, pełen fantazji, mimo, iż szyty grubymi nićmi prymitywnego i ograniczonego rozumu. Skąd się wzięły komety? pyta młody Macziguenen. Było to tak... i już snuje się niesamowita legenda o duchach i nadprzyrodzonoych bytach. Skąd gwiazdy, świetliki; skąd noc i dzień? Na wszystko jest gotowa odpowiedź: dawno, dawno temu... Usiądź i słuchaj.
*s. 53.
**s. 63.
Wydawnictwo, miejsce i rok wydania: Rebis, Poznań 1997.
Ilość stron: 206.
Przekład: Carlos Marrodan Casas.
Moja ocena: 5/6.
Seria wydawnicza: Salamandra.
Wyzwanie: projekt Nobliści.

środa, 3 listopada 2010

"Dlaczego masz taką zgorzkniałą minę, chudy śpiewaku?"* - Kto zabił Palomina Molero? - Mario Vargas Llosa

   Kto zabił Palomina to właściwie wiadomo od początku, ale nie wiadomo do końca. Tak, tak, Llosa znów pogrywa sobie z czytelnikiem. Obiecuje kryminał, jest ofiara, są śledczy, jest nawet dochodzenie i w momencie, gdy sprawa wydaje się już rozwiązana, a jako przyczynę śmierci nieszczęsnego śpiewaka boler wskazują Silva i Lituma jego wielką acz niewłaściwie ukierunkowaną miłość, autor jedna sceną w barze burzy pewność czytelnika, sieje niepewność i wprowadza zamęt. Bo może faktycznie Palomino zginął z ręki rozjuszonego narzeczonego, a może powody były bardziej prozaiczne? Może, jak wieść gminna niesie, chodziło o wykryty przemyt? Może o przesyłanie tajemnic wojskowych do Ekwadoru? A może po prostu była to "pedalska sprawa"? Wybierz sobie czytelniku, Llosa pozwala. Ale najpierw poigraj z bohaterami, pograj z autorem, zasmakuj stylu i nasyć się atmosferą, skosztuj noblisty, bo warto...
   Już pierwsza scena powieści nie pozostawia złudzeń, że nie będzie słodko, gładko ani przyjemnie. Jest rok 1954, spokojny, upalny dzień w Peru zostaje zakłócony odnalezieniem przez pastuszka pasącego swe kózki nieopodal miasteczka Talara trupa młodego chłopaka w stanie godnym największego pożałowania:
   "Chłopak był jednocześnie powieszony i przybity do starego drzewa chleba świętojańskiego w pozycji tak absurdalnej, że przypominał bardziej stracha na wróble lub przerażoną kukłę, niż trupa. Przed albo po zabiciu rozerwano go na strzępy z bezgranicznym okrucieństwem: usta miał rozcięte, nozdrza rozerwane, skrzepy zaschniętej krwi, siniaki i rany na całym ciele, ślady po oparzeniach papierosami i jakby tego było mało, próbowano go wykastrować, ponieważ jego jądra zwisały prawie do połowy uda. Był bosy, nagi od pasa w dół, w postrzępionym podkoszulku. Młody brunet, szczupły i kościsty. W roju much, które krążyły wokół jego twarzy, błyszczały czarne, kędzierzawe włosy."**
Sprawę niemal natychmiast bierze w swe ręce duet miejscowych śledczych: porucznik Silva i jego towarzysz, pożal się Boże policjant, Lituma. Przesłuchują, tropią, dociekają. Kolejne rozmowy ujawniają przed nimi nowe szczegóły układające się w historię o romantycznej i tragicznie zakończonej miłości wbrew rozsądkowi, ludziom i obyczajom. Rozmawiają z matką zmarłego, ta mówi im o zwolnieniu syna z obowiązku wojskowego, który ten jednak podjął na ochotnika. Idąc tym tropem przesłuchują pułkownika Mindreau, który z miejsca staje się podejrzany odmawiając współpracy; jest też jego co najmniej dziwna córka, Alicja. Zadymy w miejscowej knajpie uzupełniają wiedzę Silvy i Litumy o pijackie zwierzenia porucznika Dufo, chłopaka córki Mindreau. Anonim prowadzi ich do drzwi dony Lupe w sąsiednim Amotape. Tam historia układa się w mogłoby się wydawać logiczną całość. Ale nie o rozwiązanie tu przecież chodzi, tu chodzi o rozwiązywanie.
   Swoich bohaterów Llosa dopieszcza, dopina na ostatni guzik, tworzy postaci wyraziste, niebanalne, przemyślane konstrukcyjnie pod każdym względem. I nie ma znaczenia czy są to główni bohaterowie, postaci drugoplanowe czy "statyści" który dostał się zaledwie epizodzik. Autor wszystkich wyposaża w przemyślany, nietuzinkowy charakter; wszystkim lepi niepowtarzalne fizjonomie. Już postać głównego bohatera, policjanta Litumy wyróżnia się na tle innych literackich kreacji. Lituma to bowiem osoba najmniej nadająca się do zawodu, który wykonuje i zdająca sobie z tego doskonale sprawę. Jest on raczej - jak określił to bardzo trafnie jego przyjaciel - "sentymentalnym zasrańcem". Litumie  bowiem myślenie logiczne przychodzi w wielkich bólach, jeśli w ogóle przychodzi. Same za to i zupełnie nieproszone zjawiają się w jego głowie romantyczne obrazy zmarłego Palomina i jego kochanki podczas miłosnych schadzek; zamiast parać się zbieraniem kolejnych dowodów, Lituma najspokojniej w świecie oddaje się urojeniom, kreuje w swej głowie niemal namacalne obrazy, czasem wprost słyszy rzewne bolero w wykonaniu denata. Lituma to humanista, byłby z niego niezły pisarz lub artysta, ale na litość!, nie policjant. 
   Istną wisienką na torcie powieści Llosy są projekcje Litumy-bardziej-romantyka-niż-policjanta. Jakże one mnie urzekły, przyprawiły o dreszczyk, rozsiały iście romantyczną aurę... Lituma patrzy na świat sercem, więcej od innych czuje, więcej widzi. Bo jak inaczej wyjaśnić jego wizje:
   "W oddali wciąż słychać było dźwięki gitary, a Litumie przyszła do głowy fantastyczna myśl, że tym, kto gra tam, w ciemnościach, nad brzegiem rzeki, patrząc w księżyc, jest chudzielec."***
   "Policjant obserwował dziewczynę i próbował dojrzeć przy jej boku Palomina Molero. Trzymali się za ręce, szeptali czułe słówka, patrząc sobie z upojeniem w oczy. Ona, mrugając rzęsami, szeptała mu do ucha: <<Zaśpiewaj mi coś ładnego, proszę>>."****
   Llosa oczywiście nie byłby Llosą, gdyby nie upchnął tu i ówdzie, a w zasadzie wszędzie, gdzie się da, właściwej sobie lubieżności. Swoiste erotyczne rozpasanie najwyraźniej widać w wątku zalotów porucznika Silvy do jego "słodkiej grubaski", sporo odeń starszej właścicielki knajpy, dony Adriany. "Do cholery, szaleję za grubą." - wyznawał Litumie, na jej widok oczy płonęły mu pożądaniem, podgląda ją kąpiącą się w jeziorze ze skały przez lornetkę czy nawet pokazuje jej swą męskość podczas oddawania moczu w mało romantycznej scenerii obory ze świniami. Ponadto autor przemyca inne zbereźności w  postaci niewinnych zdawać by się mogło szczegółów - podczas przesłuchań Litumę dobiegają bowiem ryki oślicy, którą "pieprzą" i są one tak donośne, iż ciekawskie dzieci biegną zobaczyć, jak osioł "w nią wchodzi", a wszystko to niby na marginesie, niby przypadkiem. Jednak nie dajmy się zwieść, to zamierzona lubieżność szczegółu, specyficzny erotyzm detalu, nadający całość smaczku, pod który chętnie podpisuje się autor. Światem Llosy kręci erotyka.
   Detale służą Llossie również do kreowania w powieści specyficznego nastroju koszmaru sennego - skarłowaciałe drzewa, wyglądające jak czarownice; rozdeptane raki zgrzytające pod stopami policjantów, rozgwiazda pokryta mrówkami, sęp rozdziobujący jaszczurkę; zewsząd spoziera na bohaterów nieunikniona i niema śmierć, w powietrzu unosi się ostrzeżenie a może zapowiedź czegoś mrocznego, strasznego. Nastrój ten wydobywa Llosa jeszcze bardziej zestawiając elementy diaboliczne z sielankowymi, bo tu pasą się kózki, tam pastuszek pogania owce czy osiołki... Wogóle cała sceneria Talara to krajobraz rodem z horroru: zajazd jest prymitywny i mizerny, zamiast podłogi ma klepisko, dach z blachy zgrzyta na wietrze a ściany pokoi pełne są szpar. Nie lepiej prezentuje się też wybrzeże czy miejscowe domy; wszystko spowija atmosfera melancholii, popadania w ruinę i nieuchronnej destrukcji. A nad tym smutnym pejzażem unosi się smród ryb.
   Na uwagę zasługują również u noblisty kreacje kobiet. Jak w "Pochwale macochy" powodem do dumy don Rigoberta był zad jego żony, tak tu porucznik Silva dostaje obłędu na punkcie "pysznej grubaski", "samicy", jego osobistej "królowej Talara" dony Adriany. Llosa oddaje w swych powieściach hołd atawistycznej kobiecie o bujnych, rubensowskich kształtach. Jakież to dalekie od współczesnych ideałów kobiecości... 
*s. 21.
**s. 7.
***s. 16. 
****s. 89.
Wydawnictwo, miejsce i rok wydania: Rebis, Poznań 1995.
Ilość stron: 142.
Przekład: Enrique Porcel Ortega.
Moja ocena: 5/6.
Wyzwanie: projekt Nobliści.

sobota, 20 marca 2010

Apologia fizyczności, rozpasania i wybujałej seksualności - "Pochwała macochy" - Mario Vargas Llosa

   Mam mieszane uczucia co do tego utworu, a nieznajomość innych dzieł autora uniemożliwia mi obiektywne spojrzenie na pozycję "Pochwały macochy" w jego dorobku artystycznym; nie mam żadnego punktu odniesienia. Ja osobiście odbieram ją jako bardzo nierówną pod względem wartości literackich jakie sobą reprezentuje, a niektóre rozdziały (te dotyczące łazienkowych zmagań i rozmyślań don Rigoberta) najzwyczajniej bym wyrzuciła, bo tylko moim zdaniem powieści szkodzą. Choć sama nie wiem, mam pewną teorię o ich pożyteczności dla pełnego przekazu... Mam z tą "Macochą" mały kłopot.
   Powieść ocieka seksem. Chyba każda wariacja na temat erotyki jest tam w mniejszym lub większym stopniu realizowana. Poczynając od wyuzdanej miłości małżeńskiej przekraczającej wszelkie granice przyzwoitości, poprzez seks lesbijski, aż po kazirodztwo połączone z pedofilią wręcz. Bohaterowie powieści szukają rozlicznych sposobów na pomnożenie doznań seksualnych; fizyczna strona miłości przemienia się w ich rozwiązłych umysłach niemal w obsesje. Ich fantazje budzą niesmak a niejednokrotnie przyprawiają też o mdłości.
Akcja główna powieści dzieje się w Limie, zaś jej bohaterami są czterdziestoletni don Rigoberto oraz jego druga żona i obiekt kosmatych myśli, które co noc urzeczywistnia, donia Lukrecja. Przez strony powieści przewijają się też rozliczne postaci z analizowanych przez autora obrazów, w które wciela się a to don Rigoberto, a to jego żona. Lukrecja jest więc w rozwiązłej wyobraźni męża wcielającego się w rolę mitycznego Kandaulesa, króla Persji, jego królową, której piękny zad słynie na całe królestwo. "Ona jedynie - o, ukochana! - obdarzona jest zadem. Dlatego jestem jej wierny; dlatego ją miłuję." - tymi słowami, sprowadzając jednocześnie swą żonę do roli obiektu seksualnego, Kandaules opisuje swe uczucie względem żony. Zad Lukrecji był też powodem śmierci jednego z jego niewolników - chcąc się przekonać czy najmężniejszy z jego poddanych posiądzie jego żonę, król zaproponował eksperyment. Niewolnikowi się nie udało (zapewne peszył go fakt, iż jest obserwowoany przez męża Lukrecji), w zadośćuczynieniu upokorzenia, jakiego doznała posłuszna żona, król kazał Atlasa ściąć. Przechwalając się tez zadem żony przed ministrem Gygesem pozwolił temu obserwować go uprwiającego miłość z żoną, by udowodnić mu to naocznie.
Innym razem, za przyczyną innego dzieła, Lukrecja staje się Dianą z obrazu Bouchera, zażywającą kąpieli w towarzystwie swej służącej Justyniany. Potem obie będą się kochać. Pikanterii ich igrszkom dodawać ma świadomość, iż są podpatrywane przez pacholę - małego Alfonsa, syna don Riogoberta z pierwszego małżeństwa. Lukrecja - Diana podnieca się myślą, iż chłopiec pić będzie wodę do której oddawała ona mocz; iż psy przyglądające się psotom kobiet zaczną spragnione lizać ich ciała....
Francois Boucher - Diana po kąpieli(1742), olej na płótnie, Paryż, Luwr
Lukrecja jako italska Wenus wodzi też na pokuszenie swym nagim ciałem młodego nauczyciela gry na fortepianie, zobligowanego przez don Rigoberta do relaksowania i nastrajania jego żony na nocne harce muzyką. Uczynek jest tym bardziej niecny, iż chłopiec czuje w sobie boskie powołanie i pragnie wstąpić w krótce do klasztoru.
Tiziano Vecelio - Wenus z Amorem i Muzyką, olej na płótnie, Madryt, Muzeum Prado
   Jednakże najbardziej chyba zdeprawowanym bohaterem jest nie kto inny, jak mały Fonsito. Dziecko, które ledwo przyjęło komunię świętą o twarzy małego cherubinka jest właśnie najbardziej wyrachowanym, pozbawionym jakiegokolwiek poczucia moralności i przyzwoitości potworem. On właśnie wymusza na macosze szantażem względy, by poprzez swój misterny plan, zakładający seks z macochą, wzniecanie w niej pożądania i kochanie się z nią pod dachem ojca, bądź to pod jego nieobecność, bądź podczas jego wieczornej toalety, doprowadzić w końcu do rozpadu związku ojca - a wszystko to z robi z miną słodkiego i rozkosznego niewiniątka. Tytuł książki - "Pochwała macochy" - jest zarazem tytułem wypracowania na dowolny temat zadanego rzekomo chłopcu w szkole, które to wypracowanie posłużyło mu do demaskacji Lukrecji przed swym ojcem.
   Książka Llosy, jakkolwiek momentami wręcz odrażająca, może byc moim zdaniem bodźcem do dyskusji na temat tego, jak wiele uprzedzeń i utartych sposobów myślenia krępuje nawet w XXI wieku sztukę i literaturę. Czy opisy wypróżniania dona Rigoberta są mniej wartościowe literacko od opisów pięknych krajobrazów lub zacnych czynów? Dlaczego gorszą one czytelnika skoro - stosując tu technikę korespondencji sztuk - malarstwo abstrakyjne ukazujące maszkary, ludzi o zmasakrowanych twarzach zachwyca i zyskuje miano wysokiej sztuki. Czy na sztukę można patrzec i oceniać ją poprzez społecznie uznane za właściwe wartościowanie. Wszak opisy tylko i wyłącznie realistycznych czynności zamieścił w swej książce Llosa, a zaraz przypięto mu etykietkę skandalisty, bo opisuje aż, a przecież w rzeczywistości, tylko ludzką fizjologię. Ja oczywiście nie mówię, iż mnie te fragmenty nie odrzucały; zastanawiam się tylko czemu miały służyć, a powyższy wywód to moja teza.
Wydawnictwo i rok wydania: MUZA, Warszawa 1993.
Ilość stron: 157
Moja ocena: 4/6