Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyzwanie Bracie siostro... rodzino. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyzwanie Bracie siostro... rodzino. Pokaż wszystkie posty

piątek, 22 lipca 2011

"Co zrobisz, jeśli mnie stracisz?"* - "Zaopiekuj się moją mamą" - Shin Kyung-Sook

    Jak wiele emocji można zawrzeć na 170 stronach powieści? Jak wiele trafnych i głębokich refleksji o życiu można za pośrednictwem takiej niepozornej książeczki przekazać czytelnikowi? Koreańska autorka udowadnia nam, że bardzo dużo. Przy okazji czytania tej pozycji uświadomiłam sobie, jak ważne jest sięganie po literaturę krajów o tyle dla nas egzotycznych, co peryferyjnych. Warto, bo szkoda byłoby przegapić podobne talenty i nie przeżyć podobnych historii. I, mimo, że autorce trudno odmówić profesjonalizmu i literackiej wprawy, to od jej utworu wieje świeżością nieprzegadanej tematyki,  innowacyjnej konstrukcji i... tej szczególnej, nurtującej atmosfery.
    "Zaopiekuj się moją mamą" to historia pewnej koreańskiej rodziny, której codzienna rutyna została zachwiana w chwili zniknięcia mamy. Zniknięcia tajemniczego i absurdalnego zarazem (po prostu nie wsiadła do metra wraz z tatą, kiedy oboje przyjechali świętować wspólne urodziny do swoich dzieci do Seulu). Dorosłe dzieci szukają mamy, rozwieszają ogłoszenia, zaczepiają przechodniów,  odbierają setki telefonów od ludzi twierdzących, że widzieli mamę, jadą we wskazane miejsca i... nic. Jednocześnie poszukiwania starszej pani są dla nich pretekstem do zatrzymania się, zajrzenia w głąb siebie i postawienia sobie wielu prostych, ale jednocześnie bardzo okrutnych pytań - dlaczego dostrzegli mamę dopiero, gdy zginęła? dlaczego nie mieli dla niej czasu? dlaczego byli niemili? mieli tysiące innych spraw ważniejszych, niż odwiedzenie jej? I, przede wszystkim, czy tak właściwie znają swoją mamę?
   Powieść koreańskiej autorki to proza retrospekcyjna i introspekcyjna, to sentymentalna podróż do miejsca lat dziecinnych, ale też rozbrajająco szczera wędrówka do własnego wnętrza, by odrzucić zasłony pozorów i spojrzeć w swoją wreszcie niezakłamaną twarz. Czworo dzieci zaginionej, jej mąż, szwagierka...  oni wszyscy zmuszeni są przewinąć taśmę swego życia, dokonać wnikliwej analizy minionych wydarzeń, niejako na nowo je przeżyć, co niejednokrotnie prowadzi do rozdrapywania starych ran, ale daje też możliwość oczyszczenia, doświadczenia katharsis. 
  Innowacyjna i niespotkana jest u Sook narracja. Niemal cała książka składa się z monologów wewnętrznych jej bohaterów, jednak szczególny jest ich ton. To ton oskarżeń kierowanych do samych siebie, ton nostalgii. Te same zdarzenia wyglądają inaczej z perspektywy poszczególnych ich uczestników; autorka pozwala nam wysłuchać wszystkich stron, pokazuje szarości ich postępowania.
  Niewątpliwie mama, czyli Park So-nyo, to osoba szczególna. Jej portret jest skonstruowany bardzo interesująco charakterologicznie - jest ona analfabetką, pochodzi z zapadłej wsi "na końcu świata", brak jej edukacji i ogłady, jednak posiada coś znacznie cenniejszego - dobre i wielkie serce dla wszystkich. Wiele przeszła - zdrada męża, utarczki z jego kochanką, urodzenie martwego niemowlaka, ciągły głód i ubóstwo... Jednak mimo tego nie załamała się, a własne problemy nie przysłoniły jej cierpień innych ludzi - pomagała znajomemu, który utracił żonę, opiekowała się sierotami. Po jej zaginięciu wychodzi na jaw wiele rzeczy, o których jej bliscy nie mieli pojęcia. To jeszcze dobitniej podkreśla fakt, jak trudne i zawikłane są relacje między pozornie kochającymi się ludźmi. 
   Ze strzępów wspomnień i cieni wydarzeń wyłania się nie tylko obraz żony i matki, ale również panorama Korei. Korei owładniętej wojenną zawieruchą, napadów  rabunkowych północnokoreańskich żołnierzy na ubogich wieśniaków, późniejszych demonstracji przeciwko prezydenturze i despotycznej władzy Lee Syng-mana, morderstw studentów dokonywanych przez członków komunistycznej władzy. Powieść to również świadectwo skrawka koreańskiej kultury - we wspomnieniach członków rodziny pojawiają się tradycyjne potrawy, przywoływane są ludowe wierzenia (np. martwy ptak zwiastuje nieszczęście, nieobrana płaszczka może rozgniewać duchy przodków), mówi się o różnych obrządkach i świętach kultywowanych w tym kraju. Lubię i cenię takie wstawki, to zawsze podnosi wartość utworu w elementy poznawcze i czyni go autentyczniejszym.
   Na koniec wisnienka na torcie powieści jaką jest według mnie specyficzna wizja czasu, który zakreśla koło, życia które jest cyklem - mama przed śmiercią na powrót staje się dzieckiem, jej rzeczywistością staje się świat wspomnień z czasu, gdy miała trzy lata. 
 "Jestem w połowie drogi do krainy duchów"**  
Zabieg powrotu duszy mamy w miejsca jej młodości  i  dorosłości na skrzydłach wspomnień, oglądanie pustego domu rodzinnego w środku zimy, jesienna aura podglądania młodszej córki z drzewa niczym ptak - to wszystko buduje szczególną atmosferę wyciszenia i nostalgii.  I tu pojawia się orginalna wizja śmierci, jako powrotu do swej matki, otrzymanie od niej ukojenia, wytchnienia, kres wszystkich bóli i udręk tego świata. Magiczne...
Książkę otrzymałam do recenzji dzięki uprzejmości wydawnictwa Kwiaty Orientu oraz portalu Sztukateria 
*s.103.
**s. 149
Wydawnictwo, miejsce i rok wydania: Kwiaty Orientu,
Ilość stron: 170.
Przekład: Marzena Stefańska-Adams i Anna Diniejko-Wąs
Moja ocena: 5/6
Wyzwanie: Bracie, siostro... rodzino

wtorek, 21 czerwca 2011

"Nie możemy myśleć o tym, by zmienić kolor naszej skóry (...). Powinniśmy myśleć o tym, aby zmienić świat"* - "Sekretne życie pszczół" - Sue Monk Kidd

   Karolina Południowa, kraina, rzec by się chciało mlekiem, a na pewno miodem płynąca. Ale nawet w raju jak się okazuje, nie można uniknąć cienia, goryczy i bólu. Powieść Sue Monk Kidd to pełna ciepła opowieść, w której poruszane są jednak tematy trudne i bolesne. To opowieść o szukaniu prawdy, o dostrzeganiu innego człowieka, o przekraczaniu barier narzuconych przez społeczeństwo i dorastaniu. A wszystko w magicznej atmosferze o słodkim smaku miodu i zapachu dojrzałych brzoskwiń.
   Tajemnica sprzed lat nie daje nastoletniej Lily spokoju. Okoliczności, w których utraciła matkę pamięta tylko jako niejasny przebłysk, na nic nie zdają się również próby wyciągnięcia jakichkolwiek informacji na jej temat od ojca, z którym relacji dziewczynki nie można bynajmniej określić nawet jako poprawnych. Niekochana, nierozumiana i surowo karana przez T. Raya za wszelkie najdrobniejsze przewinienia oparcie znajduje tylko u swej czarnoskórej opiekunki, Rosaleen. W ciągu dnia Lily pomaga ojcu sprzedawać brzoskwinie z jego plantacji, czego szczerze nienawidzi, nocami natomiast wyciąga z sekretnej skrytki rzeczy swojej matki - rękawiczki, fotografię oraz obrazek czarnej Marii - i marzy...
   Los i notatka zamieszczona na odwrocie obrazka Czarnej Madonny prowadzą dziewczynkę wraz z jej towarzyszką do miasteczka Tiburon, wprost do domu trzech sióstr pszczelarek o orginalnych imionach August, June i May. Lily oprócz azylu i ukojenie szuka w ich różowym domu odpowiedzi na nurtujące ją od zawsze pytanie o przeszłość swojej matki. Dom trzech sióstr to istna oaza i cichy, bezpieczny azyl  - dziewczynka odnalazła tam nie tylko schronienie, ale również przyjaźń i... miłość. Jednak nawet tak sielskie miejsce nie jest pozbawione trosk, o czym można się przekonać śledząc losy May. Swoją drogą za tę kreacje należą się autorce gromkie brawa. Upośledzona wskutek śmierci siostry bliźniaczki kobieta odczuwa na własnej skórze zło tego świata; najmniejszy wypadek jest w stanie doprowadzić ją do histerycznego płaczu z którym radzi sobie zapisując tragedie na małych karteczkach i wtykając je między kamienie jej osobistej "ściany płaczu". Jak się okazuje jednak - nie ma leku na zło tego świata. Jedynym rozwiązaniem na ukojenie jest więc dla niej odejście z niego...
   Lata 60. w Stanach Zjednoczonych to również ważny historycznie czas, wtedy bowiem odbyła się batalia mająca na celu przyznanie praw obywatelskich czarnoskórym mieszkańcom. To czas działalności Martina Lutera Kinga; czas, kiedy czarnoskórzy postanowili zrzucić więzy dyskryminacji i poniżenia, zapragnęli możliwości uczestnictwa w nabożeństwach, prawa do głosowania. Zapragnęli, by wreszcie dostrzeżono w nich wnętrze, a nie tylko ich fizyczność, na którą nie mieli przecież wpływu. Nie obyło się jednakże bez walki. Ofiarą niezadowolenia białych z równouprawnienia podwładnych im dotychczas Murzynów padła między innymi Rosaleen - idąc do okręgu wyborczego zostaje ona brutalnie pobita przez miejscowych radykałów. 
   "T. Ray nie wierzył, żeby Murzynki były mądre. Ponieważ pragnę opowiedzieć tutaj całą prawdę, a to oznacza również najgorsze, ja osobiście uważałam, iż mogą być mądre, lecz oczywiście nie tak mądre, jak ja, gdyż byłam biała. Jednak leżąc teraz w łóżku w miodowni, potrafiłam myśleć tylko o jednym: jaka ta August jest inteligentna, jaka kulturalna, i bardzo mnie to dziwiło. Dzięki temu uświadomiłam sobie, że drzemią we mnie uprzedzenia."**
    Sue Monk Kidd w swej powieści podjęła się trudnej roli równouprawnienia czarnoskórego bohatera na kartach literatury. Posługuje się tu też ciekawym motywem Czarnej Madonny, tajemniczym i mistycznym, ale jednocześnie swojskim i jakże wymownym, ponieważ, jak tłumaczyła August: "wszyscy potrzebują Boga, który byłby podobny do nich"***. Czarna Madonna była najprawdopodobniej figurą ze statku, ale spragnieni pocieszenia Murzyni zobaczyli w niej swoją Marię i uwierzyli, iż do owego drewnianego posągu zstąpił właśnie jej duch. Kult Czarnej Marii wnosi do powieści pierwiastek transcendentny i magiczny, pełni funkcję ukazywania siły jedności czarnoskórych bohaterów, rehabilituje ich jako wspaniałych ludzi.
*s. 229.
**s. 88-89.
***s. 152.
Wydawnictwo, miejsce i rok wydania: Albatros, Warszawa 2005.
Ilość stron: 318.
Seria wydawnicza: Literka.
Moja ocena: 5/6.
Wyzwanie: Bracie, siostro... rodzino, Papierowy zwierzyniec

wtorek, 22 lutego 2011

"(...) życie jest jak bańka mydlana i w sumie nie warto się rodzić"* - "Bornholm, Bornholm" - Hubert Klimko-Dobrzaniecki

    Wiele spodziewałam się po tej książce, ale to, co dostałam przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Już pierwsze słowa, pierwsze zdania powieści sprawiły, że pozwoliłam się autorowi czarować i prowadzić przez swój literacki świat. Te słowa pachniały malinami, przywodziły na myśl ukradkowe, nieśmiałe spojrzenia znane z czasów pierwszej, młodzieńczej miłości; lenistwo letniego popołudnia... Sączyło się z tych słów pożądanie, niewypowiedziane obietnice, buzująca niepewność...
   Pierwszy rozdział książki to poezja po prostu. Klimko-Dobrzaniecki patrzy w nim na kobietę oczyma, którymi każda kobieta pragnie, by na nią patrzono. Oferuje jego bohater swej oblubienicy najczystszą i najprawdziwszą formę miłości idealnej, jaką może mężczyzna kobiecie zaoferować, wielbi ją, adoruje... Pokazuje w tym rozdzialiku jak bardzo kochać potrafi mężczyzna, kreuje baśniowo-romantyczny świat relacji damsko-męskich, świat delikatny jak bańka mydlana, jak płatki róż; świat zapomnienia i zatracenia się w sobie nawzajem. Jednak już kolejny rozdział wprowadza do stworzonego przez ów literacki eden nastroju czytelnika zgrzyty. Różom wyrastają ciernie, bańka pęka. Sen się kończy, budzimy się!, budzimy!. Dalej jest szara i nostalgiczna proza życia...
   "Bornholm, Bornholm" to powieść rozpisana na dwa głosy. Dwa męskie głosy, które mówią naprzemiennie z dość odległych czasów i miejsc. Dwa głosy, które z pozoru nie mają ze sobą nic wspólnego, jednak po zagłębieniu się w lekturę okazuje się, iż łączy je znacznie więcej, niż można by sądzić. Po pierwsze obaj bohaterowie borykają się z życiem uszytym jakby nie na ich miarę, tu za długim, tu przyciasnym, a tam uwierającym. Kto zafundował im taki los? Kobiety ich życia, żony i matki.
   Pierwszy bohater to Niemiec, Horst Bartlik, przykładny mąż i ojciec, poza tym "człowiek od much i motyli" (uczył biologii w szkole). Pewnego dnia zdaje on sobie sprawę, iż żyje pod jednym dachem i sypia w jednym łóżku z kompletnie obcą mu osobą, iż łączą go z żoną tylko dzieci. Próbuje pozbyć się sznureczków, które żona przyczepiła mu niczym drewnianej marionetce i za które przez całe życie pociągała; Horst buntuje się, upomina o prawo do szczęścia, do bycia sobą. Stopniowo ale stanowczo uwalnia się spod przysłowiowego pantofla wiecznie niezadowolonej, oschłej i zimnej żony; pomagają mu w tym kolejne romanse. Noc z profesorową w pensjonacie, przyłapanie na seksie sekretarki i dyrektora szkoły... to wszystko na nowo czyni Horsta pewnym siebie, rozbudza uśpioną męskość, podnosi poziom testosteronu.
   Życie Horsta przypadło na znamienny okres w historii świata - austriacki pajac, jak nazywa Hitlera Horst zmierzał akurat do podpalenia lontu, który doprowadzić miał do największej eksplozji, do wybuchu II wojny światowej. Horst Hitlera wręcz nienawidzi, brzydzi się jego zamiarami, nie rozumie i nie widzi ich sensu, dokonuje nawet akcji sabotażu, "bezczeszcząc" jego portret w szkole, w której pracuje. Nienawidzi Hitlera, nienawidzi wojny, ale iść na nią musi. I tak właśnie trafia na Bornholm, wysepkę zajętą już przez swoich rodaków, gdzie szczerze mówiąc wojna robi sobie wakacje, i gdzie Horst ma nie przymierzając, jak u Pana Boga za piecem. Żadnych strzałów, bomb, okopów... jedynie  regularne raporty o aktualnym stanie środowiska na wyspie i... laba. A wiadomo, że najgłupsze rzeczy przychodzą człowiekowi do głowy z nudów, więc Horst z nudów właśnie  przeżywa na wyspie liczne romanse, z których jeden okazuje się być szczególnie owocny.  Jednak znów nie ma happy endu, kobieta znów niszczy ich potencjalne szczęście w zarodku, znów przedstawicielka płci żeńskiej sieje spustoszenie, które niczym klątwa dosięgnie nawet kolejne pokolenie, dosięgnie syna, który nigdy nie pozna ojca...
   Drugi bohater to syn właśnie. Syn, pochylony nad łóżkiem przebywającej w śpiączce matki i sączący jej do ucha niczym truciznę, słowa skarg, oskarżeń i żali za los jaki mu zgotowała. Korzysta on z okazji, iż wreszcie to matka musi go wysłuchać i wylewa w luźnych dygresjach wspomnienia swego smutnego życia. W dzieciństwie przekarmiany lekami, odseparowany od kolegów, wychuchany, wydmuchany, zamknięty w złotej klatce. Upokarzany jako mąż i ojciec przez pierwszego teścia, doświadczony najbardziej,  jak tylko może być doświadczony człowiek, który daje życie a potem traci to, co miał najdroższego.  Opowiada o swoim życiu w Anglii, o znajomości z wspaniałymi staruszkami, Olem i Kristine, którzy byli dlań niczym prawdziwi rodzice. Syn to postać rozdarta między chorą miłością do matki, a pragnieniem wyzwolenia się z jej metafizycznych szpon.
    "Nie wiem, nie jestem pewien, czy wróciłem, bo ty już nic nie możesz zrobić, a ja mogę żyć, jak chcę, bo gdybyś dalej miała władzę, to ta wyspa byłaby dla nas obojga za mała, czy raczej wróciłem, bo w głębi duszy tak bardzo cię kochałem, że nigdzie na świecie bez tej twojej upiornej miłości nie mogłem się odnaleźć..."**
Syn staje niejednokrotnie z poduszką nad śpiącą matką, snuje rozważania jak piękne byłoby życie człowieka wolnego, nie stać go jednak na czyn, choć może...
   "Bornholm, Bornholm" to opowieść o nieudolnych próbach latania z podciętymi skrzydłami. To opowieść o mężczyznach, którzy związani są z wyspą nie tylko jako z miejscem, oni mają syndrom wyspy w swoich umysłach, oni sami są wyspami, otoczonymi przez innych ludzi, a jednak samotnymi, nierozumianymi, wyobcowanymi ze świata, który nie może dać im stabilizacji.
    "Wiesz, mamo, a może  to jest tak, że to miejsce, ta wyspa działa na tych, którzy się tu urodzili, jak echo. Gdziekolwiek będziesz poza nią, zawsze odbije się echem w twoim sercu i wrócisz, nawet jeślibyś z tym miejscem wiązał najgorsze wspomnienia."***
Jaka relacja łączy obu narratorów i ich oddalone od siebie czterdziestoletnim odstępem czasu narracje? Nigdzie nie ma tego powiedzianego wprost, są tylko pomosty, są ukryte przejścia, subtelne znaki, które wyłapie uważny czytelnik, i które utworzą niewidoczną nić porozumienia i przejścia z jednej płaszczyzny literackiej do drugiej. Fotografie oglądane przez jednego z narratorów są akurat w drugiej opowieści robione; odnaleziony w szopie zabytkowy aparat fotograficzny to własność drugiego bohatera. Bo co więcej zostaje po człowieku, niż wspomnienia i przedmioty... Piękny, nostalgiczny i bardzo skłaniający do refleksji zabieg fabularny, jestem pod wrażeniem.      
   Myślę, iż nie popełnię nadużycia, gdy stwierdzę, iż powieść Dobrzańskiego jest dość antyfeministyczna. Brak w niej pozytywnej kobiecej postaci. Zasadniczo wyróżnić można albo kobiety zimne, oschłe, toksyczne i siejące spustoszenie w życiu kochających je mężczyzn (żona Horsta, matka drugiego bohatera, jego pierwsza żona, potem Annie, czy nawet poczciwa Kristine), bądź kobiety niewierne, szukające pocieszenia w przelotnych romansach za plecami mężów (sekretarka i profesorowa). W ogóle teoria związków damsko-męskich w wydaniu pana Dobrzanieckiego to bardzo pesymistyczna i smutna wizja. Mężowie i żony żyją by zdradzać i zdradzają, by żyć. Zdrada w jego świecie literackim to nie patologia, a warunek konieczny, by podtrzymać przy życiu małżeństwo. Żal się człowiekowi robi, gdy czyta, iż mężowie żon, które poroniły czy nie miały ochoty na zbliżenia z powodu choroby dziecka szukali pociechy u prostytutek. Ale taki właśnie jest świat "Bornholmu...", robaczywy, odarty ze złudzeń, ostry i twardy. Taki męsko-życiowy.
Książkę otrzymałam do recenzji dzięki uprzejmości wydawnictwa ZNAK
*s. 241.
**s. 71.
***s. 72.
Wydawnictwo, miejsce i rok wydania: ZNAK, Kraków 2011.
Ilość stron: 244.
Seria wydawnicza: PROZA.
Moja ocena: 5/6.
Wyzwanie: Bracie, siostro... rodzino

piątek, 28 stycznia 2011

"Farmer ogromne serce ma..."* - "Skrawek ziemi" - Robert Newton Peck

   Tym razem wybrałam się na krótką podróż na Zachód. Krótką, bo zaledwie stu kilkustronicową, ale za to jakże głęboką i jak wiele mówiącą o życiu i człowieku. "Skrawek ziemi" to rzeczywiście piękna historia o więzach rodzinnych i o tym, co się naprawdę w życiu liczy. O wartościach duchowych i ich prymacie nad materialnymi i o ciężkim, ale oczyszczającym zdaniu się na los i pogodzeniu z tym, co dla nas przygotował. 
   Narratorem i głównym bohaterem powieści Pecka jest Rob, dwunastoletni chłopiec mieszkający z rodzicami i ciotką na farmie w stanie Vermont. Życie upływa mu  na zabawach, obcowaniu z naturą, ale przede wszystkim pamiętać musi o wypełnianiu obowiązków. Nie brak w powieści zabawnych perypetii chłopca, jego prześmiesznego dziecinnego spojrzenia na świat, ewenementów dziecięcego światopoglądu wynikających z niezrozumienia spraw świata dorosłych (uważał na przykład, ze zboczeniec to bardzo ciekawa postać i chciał wypytywać o takowych podczas wizyty w jarmarcznej toalecie). 
   Rodzina Pecków należy do wyznaniowej  społeczności Szejkerów, żyjącej według specyficznego kodeksu znajdującego się w Księdze Szejkera (muszę przyznać, iż pierwszy raz spotykam się w literaturze i życiu w ogóle z tym odłamem wyznaniowym; z tym większą uwagą śledziłam założenia owej religii), jednak autor nie sili się na udzielanie czytelnikowi wykładu odnośnie doktryny. Wplata jedynie nienatrętne dygresje o postrzeganiu zachcianek jako fanaberii, a przedmiotów pożądanie jako dzieł Szatana, za pomocą których chce on omotać człowieka. Innym razem wspomina o istnieniu pierwotnej przyczyny, czyli podłoża zakodowanego w genach i ewolucji nakazującego postępować tak a nie inaczej (np. świnia nie może stać koło krowy, bo ta przypomina sobie czasy, gdy dzikie świnie zjadały krowy i ze strachu mleko jej kiśnie). 
   Jednak życie w świecie fikcji Pecka to nie tylko piękne chwile. Sielankę często zastępują tu ludzkie dramaty (jak choćby historia sąsiada, którego kochanka powiesiła się i utopiła ich malutką córeczkę, którą ten uprał się odkopać i pochować w swym sadzie).  
   Powieść Pecka to również apologia zżycia człowieka z naturą. Robert ma za swoją najlepszą przyjaciółkę i towarzyszkę zabaw świnkę Różankę. Dba o nią niemalże jak o członka rodziny, wszędzie ze sobą zabiera, nie szczędzi pieszczot, a nawet śpi z nią niekiedy w chlewiku. Wspólnie zdobyli nawet nagrodę w kategorii najlepiej ułożonej świnki hodowanej przez dziecko na miejskim jarmarku;) Jednakże życie na farmie to nie tylko sielskie chwile Nie brak w powieści realistycznych, naturalistycznych wręcz opisów krowich porodów, polowań jastrzębia na królika, zapładniania Różanki przez knura sąsiadów czy drastycznego w skutkach szczucia psa na łasicę. Mnie jednak najbardziej uderzył bezsens zabijania przez chłopca wiewiórki, po to tylko, by wydobyć z jej brzucha rozdrobnionej orzeszki do posypania ciasta... Obyczaje niektórych ludzi to rzecz nie dość, że odrzucająca, to i niezrozumiała i okrutna. Trupa wiewiórka zjadły kury. 
   Zdecydowanie istotną rolę odgrywa w powieści obraz ojcowsko-synowskich relacji Pecków (autor zadedykował nawet ów utwór swemu ojcu). Haven Peck był niepiśmiennym farmerem w podeszłym wieku 60 lat. Na co dzień trudnił się ubojem świń. Wychowuje swego syna w poszanowaniu i nawyku ciężkiej pracy, miłości do ziemi, szacunku dla dobrych ludzi. Mężczyzna i chłopiec przy pracy odbywają wiele wartościowych rozmów i dyskusji, które uczą chłopca patrzenia na świat prostodusznymi i poczciwymi oczyma ojca. Haven uczy swego syna gospodarskich mądrości, ale rozmawiają również o historii, polityce, religii 
   "Jesteśmy bogaci, chłopcze. Mamy siebie nawzajem i tę ziemię do uprawy. (...) Mamy gorące mleko Stokrotki. Mamy deszcz, żeby nas umył, zmył z nas brud. Możemy patrzeć na zachód słońca i widzieć go w całej okazałości, tak, ze oko nam wilgotnieje a serce przyspiesza. Słyszymy całą muzykę, jaka jest w wietrze tak dużo muzyki, że nogi same zaczynają wyrywać się do tańca."**     
Uczucie żywione przez syna do ojca to nie tylko ogromny szacunek, podziw, posłuszeństwo i pragnienie bycia takim jak on. 
   "To, że byłem jego synem znaczyło dla mnie tyle, co znajomość z królem."***
To przede wszystkim bezwarunkowa i bezgraniczna miłość. Chłopiec przechodzi inicjację w świat dorosłości właśnie dzięki ojcu. Składa ofiarę z tego, co było dlań najgorsze, uczy się twardych reguł życia, nieuchronności losu i porządku świata, godzenia się z tym, co sprawia cierpienie i ból. Teoretycznie ojciec odebrał mu pewnego dnia w okrutny sposób to, co ukochane. Chłopiec jednak, wychowany na mądrego człowieka pomyślnie przeszedł tę próbę:
   "Podniosłem jego dłoń do ust i pocałowałem, nie zważając na świńską krew. Całowałem ją raz za razem, chociaż cuchnęła od śliskich soków martwego zwierzęcia. Zrozumiał, że wybaczyłbym mu nawet, gdyby miał zabić mnie..."****
   Piękna książka o wartościach, dojrzewaniu, miłości do rodziny i do ziemi. Książka na poły autobiograficzna, poświęcona najważniejszej osobie w życiu chłopca - jego ojcu. Może dialogi mogłyby być mniej szkolne i "kanciaste", ale może to stylizacja na język ludzi prostych... Może dużo w książce przemocy, ale przecież taki właśnie, brutalny jest świat. Jedno jest pewne, ojciec Pecka wiedział, co się w życiu naprawdę liczy. Polecam:)  
*s. 6.
**s. 30-31.
***s. 108.
****s. 103.
Wydawnictwo, miejsce i rok wydania: Zysk i Spółka, Poznań 2000.
Przekład: Małgorzata Hesko - Kołodzińska
Ilość stron: 110.
Seria: Kameleon
Moja ocena: 5/6.
Wyzwania: Papierowy zwierzyniec; Bracie, siostro... rodzino

piątek, 21 stycznia 2011

"Afryka, dzika i bardzo ludzka zarazem (...)"* - "Afrykanin" - Jean-Marie Gustave Le Clezio

   Nieznany, a jednak tak bliski ląd - Afryka. Ojciec - tak bliski, a jednak tak całkowicie obcy człowiek. Pierwsza z przeczytanych przeze mnie powieści Le Clezio i od razu tak intymne zwierzenia. O Afryce baśniowej, brzmiącej dźwiękiem swojskich bębnów i otulonej przyjaznym słonecznym żarem; o tym sercu ziemi pisze Noblista w swej powieści autobiograficzno-genealogicznej. Jednocześnie, unoszony na falach wspomnień tropi każde wgniecenie trawy uczynione butem swego ojca na tym lądzie, który on ukochał niczym własne dziecko.




















   Słodko-gorzka podróż sentymentalna Le Clezio w poszukiwaniu zrozumienia  dla świata, ojca a przede wszystkim siebie rozpoczyna sie głęboką refleksją dotyczącą więzi rodzinnych:
   "Każda istota ludzka bierze się z jakiegoś ojca i jakiejś matki. Można ich nie uznawać, nie kochać, można w nich zwątpić.  Ale oni istnieją, mają twarze, poglądy, maniery i nawyki. Istnieją ze swymi złudzeniami i nadziejami (...) i to wszystko przechodzi na nas."**
Relacje autora z ojcem były wyjątkowo trudne. Żyli oni początkowo w zupełnie innych światach, wyznawali inne wartości, czerpali z innych tradycji. Wzrastający pod matczynymi skrzydłami Jean-Marie, rozpieszczany przez babkę w jej francuskim domu  odbiera ojca, którego poznał dopiero mając 8 lat, jako uosobienie surowości i obcości. To z jego rąk autor wraz z bratem odbierają pierwsze lekcje bolesnej dyscypliny, to on wdraża w ich życie nieugięte wytyczne, uczy bezkompromisowego przestrzegania zasad. Ojciec to nakazy i zakazy, to obsesja na punkcie higieny, to modlitwy i co niedzielne czytanie mszału. 
   Jednak oprócz postawy buntu i rozgoryczenia tak złymi relacjami w autorze z biegiem czasu wykształca się postawa dążenia do zrozumienia. Pochyla się nad biografią ojca dopatrując się w niej wydarzeń, które wpłynęły na takie a nie inne ukształtowanie osobowości rodziciela. Ojciec Le Clezio przeżył w Afryce ponad 20 lat, pracował tam jako lekarz. Wojna pustosząca Europę spowodowała, iż jego misja niesienia pomocy mieszkańcom Czarnego Lądu była nieodzownie związana z długotrwałym brakiem jakiegokolwiek kontaktu z rodziną. Jego powołanie i pasja wymagały od niego ogromnych wyrzeczeń i poświęceń. Samotność, niemoc, bezradność... to one były winne. Pesymizm i zgorzknienie ojca kładzie autor na karb rozdarcia między wartościami najbardziej przez niego ukochanymi, między rodziną a powołaniem niesienia pomocy. 
   Literacki wizerunek ojca to stworzona przez syna biografia rozgrzeszenia i przebaczenia. Le Clezio czule wręcz opisuje wielki zawód ojca i jego gaśniecie wraz z zmianami zachodzącymi w Afryce. Zmianami na gorsze... Wieści o wojnach plemiennych, o kanibalizmie, o ingerencji państw europejskich i prowadzeniu polityki światowej wobec bogactw naturalnych, znajdujących się na terenie Afryki, kosztem żyć milionów jej mieszkańców... To wszystko  oddalało  człowieka-sługę tego kontynentu od jego wspomnień o świecie w którym przeżył swa młodość. Czar Afryki prysnął. Miejsce uczciwej pracy zajęła tam przemoc wobec słabszego, miejsce zrozumienia - żądza zysku, zamiast pieśni dawnych ludów roznoszą się po afrykańskich równinach odgłosy karabinowych wystrzałów. Słońce w Afryce nie zachodzi już barwnie, lecz krwawo, marzenia ojca zostały pozbawione skrzydeł i pogrzebane pośród ofiar coraz częstszych na Czarnym Lądzie ludobójstw...
   "Takiego go widzę pod koniec życia. Już nie amatora przygód ani niezłomnego wojskowego. Starego, wyobcowanego człowieka, wykluczonego ze swojego życia i swoich namiętności, rozbitka."***
   Z równie wyjątkowym sentymentem, jak o postaci ojca, mówi Le Clezio o Afryce z jego dziecięcych wspomnień. Nazywa ją "źródłem swoich uczuć i decyzji". Dla dziecka widzącego okropieństwo wojny światowej Afryka ma dźwięk kojącej kołysanki, ma fakturę ciepłych matczynych ramion. To przestrzeń przygód, czarów, ale też swojskości. Tam niczym ze smokami walczył z mrówkami, termitami czy skorpionami nawet. Oddawał się wędrówkom w nieznane, wraz z bratem przemierzał niezgłębione zakamarki buszu, pokonywał, wbrew zakazom ojca, rwące rzeki. Afrykę młody Le Clezio wdychał wraz  z każdym haustem powietrza łapanym w biegu, obejmował rozpostartymi niczym w loci ramionami. 
   "(...) zasiądę na cemencie werandy przed rozgrzanym piecem białego nieba, będę lepił z gliny bogów i wypalał figurki na słońcu."****
   "Afrykanin" to opowieść o Afryce sprzed ery wojen i spustoszenia sianego przez AIDS; to opowieść o raju utraconym, o zachodzie słońca, które już nigdy nie wzeszło nad tą samą, błogą równiną. Oczywiście to też klucz do zrozumienia wielu motywów w twórczości Noblisty, ale przede wszystkim opowieść o człowieku i jego miłości do ziemi, na której hodował swe marzenia.
*s. 74.
**s. 5.
***s. 55 
****s. 100 
 Książkę otrzymałam do recenzji dzięki uprzejmości wydawnictwa Cyklady 
Wydawnictwo, miejsce i rok wydania: Cyklady, Warszawa 2008.
Ilość stron: 112.
Przekład: Krystyna i Krzysztof Pruscy.
Moja ocena: 5/6
Wyzwanie: projekt Nobliści; Bracie, siostro... rodzino