Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ludobójstwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ludobójstwo. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 25 sierpnia 2011

Geografia ludobójstwa - "Nagość życia. Opowieści z bagien Rwandy" - Jean Hatzfeld

   Rwanda ma w sobie pewien fenomen. Fenomen każący przeżywać wielokrotnie wydarzenia z 1994 roku. Po co? By zrozumieć, uwierzyć, doznać katharsis? A może by nie zapomnieć, by przestrzec, by wyjawić światu prawdę? Może zależy to do przeżywającego? Bo inaczej odnajduje się w tych wspomnieniach ocalały, inaczej zabójca. Czym innym są dla relacjonujących je reporterów, a jeszcze inne wartości niosą dla niezaangażowanych w nie biernych obserwatorów z białego świata. Mnie Rwanda wprawia w osłupienie, przeraża, staje się symbolem apogeum ludzkich instynktów i przerażającym świadectwem, iż człowiek to istota niezgłębiona, zdolna do największych okrucieństw.
   "Nagość życia", powstała w 2000 roku stanowi pierwszą część trylogii reportaży o Rwandzie, którą stworzył francuski reporter, Jean Hatzfeld. Ponieważ przy wydawaniu w Polsce ich kolejność nie została zachowana, przeczytałam wcześniej ostatni z rwandyjskich reportaży, "Strategia antylop" (powstała w 2007), a na środkową - "Sezon maczet" (2003) czekam niecierpliwie, gdyż jej polska premiera ma się odbyć w lutym przyszłego roku. Sytuacja Hatzfelda jako reportażysty zajmującego się wydarzeniami w Rwandzie jest szczególna, gdyż to właśnie Francja, której jest obywatelem, miała w tym państewku swą strefę wpływów. I to właśnie odwrócenie się Francji plecami podczas rzezi w 1994 bolało Afrykaninów najbardziej - "Z założonymi rękami patrzyli jak umierają, prawie do ostatniego, oto cała prawda"(s. 134) . Musi więc Hatzfeld pokonać dwie bariery podczas rozmów - barierę bycia tym, którego ludobójstwo nie dotyczyło i, przepastniejszą chyba nawet, barierę swego pochodzenia. Udaje mu się to jednak. Cierpliwością zdobywa zaufanie ocalałych, szczerością prowokuje ich do zwierzeń. Jego intencje są jawne, sam określa je następująco:
"Celem tej książki nie jest jednak powiększanie stosu wydanych już opracowań, zbiorów dokumentów, powieści, czasem znakomitych. Tylko umożliwienie lektury tych dziwnych opowieści ludzi ocalałych."*
   Hatzfeld w swej książce podróżuje po Rwandzie, opisuje jej krajobraz, jej piękno, spokój, dziewiczość i naturalność. Ukazuje Rwandę jako raj na ziemi, nieskażony cywilizacją ogród obfitości, by zaraz przywołać wyłaniające się z wspomnień swych rozmówców apokaliptyczne sceny pełne krwi, przemocy i okrucieństwa.  Nie ma takiego miejsca w Rwandzie, gdzie Hatzfelda nie urzekłaby przyroda i nie ma takiego skrawka ziemi, który nie wchłonąłby krwi niewinnych ofiar, nie ma człowieka, który by nie był w ludobójstwo zamieszany - czy to chowając się na bagnach, czy siejąc śmierć z maczetą w ręku (choć w "Nagości życia" mówią tylko ocalali; zabójcy nie mają tu prawa głosu).
  Reporter rozmawia z przypadkowo spotkanymi ludźmi, rozmawia z każdym, kto chce mu swą historię powierzyć. Trudno jednak rozmawiać z tak doświadczonymi przez los rozmówcami - Hatzfeld musi mieć świadomość wagi emocjonalnej tych opowieści, tego, iż snute są one z samego jądra duszy. Musi być świadomy, że wiele słów ma teraz dla ocalałych zupełnie inne znaczenie (np. jedna z kobiet mianem "dobrego człowieka' określa swego wybawiciela, mimo iż widziała stosy maczet walające się po jego domu); musi "wyłapywać" kłamstwa nieintencjonalne, wynikające np. z niemożności pogodzenia się z prawdą, nieradzenie sobie z wyjawianiem prawdy; zapominanie, mieszanie faktów. Ocalali w swych rozmowach stosują, jak to nazywa, "sztukę delikatnych przemilczeń", którą on musi zrozumieć i przekazać, ale której nie wolno mu przeinterpretować i dopowiadać. Wiecie, jak to robi? Jego praca nad reportażem, to, oprócz rozmów i uczestniczenia w codziennym życiu Rwandyjczyków  to też "(...) spisywanie zawartości kaset, słowo w słowo, by odtworzyć klimat rozmowy i oddać melodię głosów."(s.141). Takie reporterstwo to prawdziwa sztuka.
   Choć niemal niezauważalnie, ale jednak czuć echa tych samych pytań. Jednak nie nazwałabym tych relacji wspomnień wywiadami, to raczej rozmowy sterowane, nastawione na uzyskanie odpowiedzi na pytania nurtujące świat, na pytania, które kładą się złowrogim cieniem najbardziej na tych, którzy przeżyli. O co pyta? Głównie nurtuje go powód ludobójstwa, przyczyna, zalążek. Pytani odpowiadają różnie, jednak najczęściej wskazują przywary Afrykaninów - chciwość, porywczość i zazdrość, oskarżają białych, wskazują w geście oskarżenia na intelektualistów, niektórzy widzą bardziej transcendentny motor tych wydarzeń (co w moim odczuciu nie jest zaściankową wizją świata, a jak najbardziej wytłumaczalnym, wobec rozmiaru tej masakry stanowiskiem):
"Myślę, że Szatan wybrał Hutu, by wypełnili wszystkie te okropieństwa, tylko dlatego, że było ich znacznie więcej i byli silniejsi, mogli wyrządzić więcej zła w zaledwie kilka miesięcy. Kiedy słyszę przez radio wiadomości o afrykańskich wojnach, czuję wielki niepokój. Myślę, że Szatan korzysta z tego, że Bóg zbyt długo był z dala od Afryki, i mnoży hekatomby."**
 Pyta też o morderców, o ich motywację. W tym miejscu muszę wyrazić swoje... nie wiem - zaskoczenie, zdegustowanie, zszokowanie może nawet terminem, jakim określa się w publikacji działalność pogrążonych w morderczym szale Hutu. "Pracowali" - uważam, że mniej trafnego określenia na zabijanie ludzi maczetą dobrać nie było chyba można, ale może ja po prostu ich pojmowania świata nie rozumiem. Nie wiem z czego wynika takie określenie, może to eufemizm, a może kolejny przykład mylenia pojęć... Wróćmy jednak do postrzegania morderców przez ich niedoszłe ofiary.W wielu wypowiedziach słyszy się tezę, iż prawdziwymi zabójcami byli inteligenci, humaniści i ludzie wykształceni; że to oni napędzali szary tłum - "To intelektualiści, że tak powiem ich wyemancypowali, wpajając ideę ludobójstwa i uwalniając od wahań" (s.88).  Potem rolę odegrały już tylko niepohamowane, wydobyte z głębi ludzkie instynkty i pierwotne żądze.
"Okaleczali nas, bo zasmakowali w dzikim okrucieństwie, nic więcej. Byli wśród nich zwykli Hutu, którzy zabijali zwyczajnie, źli Hutu, którzy zabijali ze złością, najczęściej interahamwe, i w końcu ekstremiści zła, którzy zabijali z ekstremalną złością.***
  Hatzfed na rzecz przekazu rezygnuje z nadrzędnej zasady obowiązującej dziennikarzy i wynikającej z ich etyki, a mianowicie postanawia nie wysłuchiwać wszystkich stron. Odbiera tu prawo głosu mordercom. Argumentuje swą decyzję chęcią zadośćuczynienia błędowi, jaki ogarnął opinię publiczną - świat uznał bowiem za ofiary Hutu udających się na exodus i umieszczonych w obozach w Kongo, zapominając o tułających się po bagnach Tutsich. Myślę, że to sprawiedliwy hołd.
Książkę otrzymałam do recenzji dzięki uprzejmości wydawnictwa Czarne
*s. 11
**s. 29
***s. 85
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Czarne, Wołowiec 2011.
Wydanie: I
Ilość stron: 193.
Przekład: Jacek Giszczak
Tytuł orginału: Dans le nu de la vie. Recits des marais Rwandais.
Data powstania: 2000
Moja ocena: 5/6
__________________________________________________
Jean Hatzfeld (ur. w 1949 roku) -  reporter, korespondent wojenny, pisarz. Opisywał upadek komunizmu w Europie Środkowej, pracował jako korespondent wojenny z objętych kryzysem zbrojnym krajów Bliskiego Wschodu oraz Haiti, Konga, Algierii i Burundi, trzy lata spędził w byłej Jugosławii, gdzie został ranny podczas ostrzału Sarajewa. Doświadczenia te zaowocowały dwiema książkami: L'Air de la guerre (1994) oraz La guerre au bord du fleuve (1999).
W 1994 roku wyruszył do Rwandy. Opublikował trzy książki poświęcone rwandyjskiej wojnie domowej: w 2000 roku Dans le nu de la vie. Récits des marais rwandais (nagrodzoną m.in. Prix Pierre Mille i Prix France Culture), w 2003 roku Une saison de machettes, za którą otrzymał Prix Joseph Kessel i  Prix Femina Essai, oraz Strategię antylop (La stratégie des antilopes), nagrodzoną w 2007 roku Prix Médicis, jedną z najbardziej prestiżowych francuskich nagród literackich. Za opublikowaną w 2009 roku w Polsce Strategię antylop otrzymał Nagrodę im. Ryszarda Kapuścińskiego 2010.

niedziela, 30 stycznia 2011

"Tak chyba boli żal za życiem, jak myślisz, biały człowieku?"* - "Dzisiaj narysujemy śmierć" - Wojciech Tochman

   Tochman przywalił mnie tą książką jakby ważyła tonę, a ma zaledwie 150 stron... O ludobójstwie w Rwandzie trochę się już naczytałam, film obejrzałam, ale reportaż polskiego twórcy spowodował, iż jestem w wielkim szoku; mam w głowie nowe połączenia, ale nie są to synapsy neuronów, a jelita ofiar. Litery układające się w słowa niejednokrotnie raniły oczy niczym ostrze maczety, a emocje zawarte między nimi potrząsały mną z niewiarygodną siłą, namacalnie niemal łapiąc za ramiona.
   Obawiałam się, że reportaż ten będzie czytaniem już czytanego, przybranego jedynie w nową oprawę. Ale nie, nic podobnego. Tochman naprawę po coś do tej Rwandy jeździł, stawiał odkrywcze pytania, naświetlał problem z niedotykanej dotąd strony. Drążył nie dając się zbyć. Starał się zachować reporterski obiektywizm, ale nie wahał się wyciągnąć palec i stwierdzić: "To ty jesteś winny". Zamiast silić się jedynie na odkrywanie warstw ziemi z ofiar 1994 roku w poszukiwaniu nie wiadomo właściwie komu do czego potrzebnej  prawdy, Tochman zdziera maskę obłudy jaką obwarował się wobec nich świat.  
   "Dzisiaj narysujemy śmierć" to chyba jeden z najbardziej oskarżycielskich głosów w literaturze dotyczącej rwandyjskiego ludobójstwa, wymierzony w postawę Kościoła i jego sług. Nie wszystkich, rzecz jasna, każdego w różnym stopniu, ale jednak. Przywołuje Tochman ciekawą, ale jakże naciąganą moim zdaniem teorię jednego z księży, którzy czując się winnymi stosują śmieszna wręcz "spychologię", aby choć troch się oczyścić: ludobójstwo było według niego sposobem na ograniczenie rwandyjskiej populacji zastosowanym wobec oporu wiernych stosujących się do nauki kościoła, iż antykoncepcja jest złem. Tymczasem to księża właśnie, podczas rzezi w Gikondo zamiast ratować swych wiernych i błagać o ich życie zamknęli się na plebanii, wytargowawszy jedynie, by mordercy sprawili jatkę nie w świątyni, gdzie był wystawiony Najświętszy Sakrament, ale tuż przed nią. Modlili się, głusi na krzyki bólu i nieludzkiego cierpienia mordowanych Tutsich... Innym absurdem jest również duża liczba rzekomych opętań, przeprowadzanych egzorcyzmów. Zdaniem Tochmana służy to jedynie urzeczywistnieniu i podkolorowaniu kolejnej wymówki katów - to nie myśmy ich zabili, to Szatan. I teraz tego szatana się wypędza...
   Co mi się jeszcze w tej książce podobało? Zdecydowanie gra z czytelnikiem. Z czytelnikiem i sobą samym. Autor stawia pytanie: Po co ja o tym piszę? Dlaczego Ty, Czytelniku, chcesz o tym czytać?  Dzieli się z czytelnikiem uczuciami towarzyszącymi mu w pracy nad książką, zmniejsza tym dystans z odbiorcą, pokazuje, że wobec takiej zbrodni wszyscy jesteśmy jedynie dziećmi we mgle, które nigdy nie pojmą jak i dlaczego. 
    "(...) moje notatki pełne są poobcinanych kończyn, pełne są krwi, zakażonej spermy, siostry na pewno gwałcili, od wielu miesięcy wszystko to skrzętnie zapisuję po nocach, wszystko już mam, zabitych rodziców na co drugiej stronie, i dzieci, niebieskim długopisem, czarnym, zielonym, żeby potem po zmianie koloru notatek sprawnie znajdować początek i koniec każdej relacji, zabity tak, zabity siak, moje notesy są spuchnięte jak trupy w wodzie, wszystkie te ciała są przy mnie, martwe, ale i żywe, ich zabici rodzice o nic specjalnego, nic szczególnego, rwandyjska normalka, moje notesy cuchną, wszystko co w nich mam podchodzi mi do gardła."**
Obnaża autor schematy myślenie i postrzegania - ocaleni już zawsze będą naznaczeni piętnem zbrodni, której doświadczyli, w oczach świata będą najpierw ocalałymi właśnie a dopiero potem dobrymi ludźmi, czy fachowcami w danej dziedzinie. Cień maczety będzie unosić się nad nimi już do końca życia.  
   Miejsca w jakie prowadzi nas Tochman w swej książce sprawiają wrażenie jakby znajdowały się już u bram piekieł. Moje zdziwienie, gdy czytałam o muzeum rwandyjskich zwłok było porostu przeogromne. Okazuje się, iż szkołę w Kigali, która była miejscem jednego z największych masowych mordów przerobiono na... skład wyciągniętych z zbiorowych mogił zmumifikowanych zwłok ofiar. I leżą sobie tam, jedne na drugich, a ocalała z ludobójstwa kobieta opiekuje się nimi, ściera kurz, oprowadza chcących je obejrzeć... Prawdopodobnie znajduje się tam 840 mumii. Tylko nie potknij się o wystającą rękę... 
   Dużo miejsca poświęca też Tochman w swoim dziele losowi rwandyjskich kobiet.
   "Twój wróg, to Tutsi, ale Twój największy wróg, to kobieta Tutsi"***
To właśnie kobiety Tutsi w ludobójstwie cierpiały najbardziej. To im nie pozwalano po prostu umrzeć, wymyślano dla nich najbardziej wyrafinowane męczarnie i katusze, zarówno fizyczne i psychiczne. Masowe gwałty, to jeszcze nic, niekiedy musiały zabijać własne dzieci, uprawiać seks na oczach katów z własnymi synami, których ścinano, gdy byli jeszcze w ich ciele, kazano im zjadać własne martwe dzieci... Śmierć była tu zaszczytem i luksusem...
   Kolejny aspekt książki Tochmana to problem samobójstw ocalałych. Życie nie jest już dla nich możliwe, kobiety nie mogą sypiać z mężami, zbyt je to boli, zbyt przypomina przeżyte gwałty; mężczyźni nie mogą pogodzić się z odtrąceniem przez żony, zarzucają im, ze oddały siebie oprawcom. Matki nie potrafią kochać dzieci narodzonych z gwałtów. Nie zabiły  ich, pozwoliły przeżyć, myślały że to mini, ale nie, w twarzy dziecka wciąż widzą twarz kata... Prowadzi to do alkoholizmu, obłędów; w końcu też do samobójstw i morderstw.
   Sporo już przeczytałam o Rwandzie, ale ten reportaż był inny. Nad maskarą pochylił się humanista, nie opisywacz. Pochylił się człowiek świadomy swych słabości, a nie biały wśród czarnych, gorszych, który chce być mesjaszem odkrywającym przed światem nie wiadomo co. Epatowanie cierpieniem i szokowanie? Nie, tak po prostu tam było, po co ubierać zbrodnię w pawie piórka? Przeczytajcie i cieszcie się, ze nie musicie uczestniczyć. Bardzo, ale to bardzo wartościowa książka.
*s. 49.
**s. 81-82. 
***s. 48.
 Obrazy pochodzą z Internetu.
Wydawnictwo, miejsce i rok wydania: Czarne, Wołowiec 2010.
Ilość stron: 147.
Moja ocena: 6/6.
Seria wydawnicza: seria Reportaż.
Wyzwanie: Reporterskim okiem.

poniedziałek, 3 stycznia 2011

"Jezus wybrał dwunastu apostołów - mówił. - My wybieramy trzydzieści dziewcząt"* - "Skradzione anioły. Porwane dziewczęta Ugandy" - Kathy Cook

   Ciężko mi się czytało tę książkę. Ciężko, bo mówi o przytłaczającej prawdzie, o bólu, zniewoleniu, odbieraniu człowieczeństwa i niezawinionych mękach. Oczywiście areną rozgrywających się w niej wydarzeń jest Afryka - marionetka Zachodu i Ameryki. Autorka zabiera nas do Ugandy targanej wojną domową. Tematem książki są porwania i przymusowe wcielanie dzieci do Armii Bożego Oporu, rebelianckiego zgrupowania dowodzonego przez Josepha Kony'ego.  Tytuł "Skradzione anioły" odnosi się do 139 dziewcząt ze szkoły w Aboke, których porwanie odbiło się największym echem i zwróciło (wprawdzie po wielu zabiegach) oczy świata na problemy Ugandy.




















   Kim był Joseph Kony, dowódca dziecięcej armii, i na czym polegał jego fenomen? Jest on postacią tajemniczą i kontrowersyjną. Przez swoich zwolenników uznawany za mesjasza, w rzeczywistości był mistrzem stwarzania iluzji. Podwładnym wmawiał, iż jest wieloma duchami, które przybrały ludzkie ciało, by wypełnić na ziemi swój cel: obalenie rządu i zlikwidowanie wszystkich złych mocy na ziemi.
   Wcielenie do armii Kony'ego wymagało wypełnienia rytuału podawania sobie jajka oraz namaszczenia i noszenia na ciele znaków przez trzy dni. Miało to, w myśl Najwyżeszgo Ołtarza (swoisty sztab dowódców - kapłanów) chronić rebeliantów przed atakami, chorobami oraz wiązać z Duchem Świętym. W 1996 roku jego armia liczyła 6 tysięcy żołnierzy.
   "Siostra Rachele zobaczyła wśród żołnierzy wielu młodych chłopców niespełna dziesięcio-, jedenasto- i dwunastoletnich, obwieszonych naszyjnikami z kul i niosących karabiny, maczety lub siekiery. <<Niewinne dzieci, uprowadzone prawdopodobnie kilka tygodni lub miesięcy wcześniej, a teraz wyglądające jak potwory>> - myślała. <<Ich człowieczeństwo zostało skradzione im, kiedy jeszcze byli dziećmi>>. Ponad 80 procent rebeliantów to dzieci poniżej osiemnastego roku życia. Wszystkie zostały porwane i siłą wcielone do armii."**
   W jaki sposób Kony panował nad tak liczną grupą dzieci wypatrujących desperacko możliwości ucieczki? Miał na to niezawodne sposoby, a jednym z nich była odpowiedzialność zbiorowa - za ucieczkę musiał ktoś odpowiedzieć jeśli nie sam winny, to jego najbliżsi znajomi. Mieli oni wybór: albo złapać zbiega, albo ponieść za niego karę, jaką była najczęściej śmierć. Mało tego; w ramach przestrogi dowódcy LRA zmusili grupkę dziewcząt z Aboke do zatłuczenia na śmierć jednej z nich, której ucieczkę udaremniono. Przerażające i mrożące krew w żyłach są opisy mąk jednej z dziewcząt z Aboke, Judith - chłosta łańcuchami, razy maczetą, pozostawienie w rowie by się wykrwawiła, gdy jednak  to nie nastąpiło - długie męki ukrzyżowanej w lesie.  
   Historia misji i krzewienia chrześcijaństwa w Afryce od czasów, gdy europejscy intelektualiści odmawiali jej mieszkańcom posiadania ludzkiej duszy a w krajach Trzeciego Świata panowali despotyczni władcy, wierzący w animizm i szamaństwo oraz składając bogom krwawe ofiary ze swoich poddanych. Autorka opisuje krwawe akty męczeństwa i palenia na stosie, jakie miały miejsce w 1886 roku ze strony pogańskiego władcy na 22 chłopcach, którzy prześladowani za wiarę chrześcijańską nie wyrzekli się jej nawet w obliczu śmierci.
   Dziewczęta z Aboke (popularnej szkoły prowadzonej przez zakonnice) przez długi czas były dla rebeliantów mocną kartą przetargową. W 1996 roku uprowadzono 139 dziewcząt, jednak prośby siostry Racheli i niewątpliwe poszanowanie ze strony rebeliantów dla jej białej skóry i habitu sprawiło, iż cudem odzyskała aż 109 z nich. Pozostałe 30 musiało pozostać w buszu, gdzie przydzielone zostały dla poszczególnych dowódców jako żony, miały spełniać ich rozkazy, służyć im, dzielić z nimi łoża i znosić upokorzenia i spartańskie wręcz warunki. W obozach panowała poligamia. Zakazano im utrzymywać kontaktu wzrokowego, zabroniono rozmawiać. 
  Rodzice porwanych dziewcząt byli bezsilni, pukali do wielu drzwi ( siostra Rachele podróżowała po świecie i szukała pomocy m.in, u Hillary Clinton, Nelsona Mandeli, papieża, Koffiego Annana), niewiele przed nimi uchylono. Aby wspierać się nawzajem utworzyli Stowarzyszenie Zatroskanych Rodziców. Cały czas żyli w strachu, ale nie stracili nadziei do samego końca.
   Autorka porusza też problem zacofania mieszkańców Ugandy, ich naiwności z niej wynikającego szamaństwa, poprzez które oszuści bogacą się, wmawiając ludziom, iż to rozgniewane duchy kradną im bydło czy sprowadzają cierpienia. Dochodziło nawet na tym tle do masowych samobójstw. Promykiem światła w ciemnocie zabobonu była radiostacja Radio Wa, zainicjowana przez misjonarza, ojca Johna. Odegrała ona wielki udział w werbowaniu rebeliantów pozostających w lesie w obawie przed aresztowaniem, przez tych, którzy już uciekli z obozu Kony'ego. 
   Oprócz borykania się z atakami i ludobójstwem, z rozprzestrzeniającym się nieubłaganie w obozach dla uchodźców AIDS, przyszło Ugandyjczykom zmierzyć się też z epidemią nieuleczalnego wirusa Eboli (rzekomo przepowiedział ją Kony w swych wizjach, określając mianem "nie dotykaj mnie", co dodatkowo podniosło jego rangę wizjonera).  
 Kathy Cook stworzyła przekrojowy, skrupulatny i panoramiczny reportaż;porozmawiała, z kim się dało, przeczytała co się dało, dotarła do akt i dokumentów, do których dotarcie równać się może z cudem, a wszystko po to, by naświetlić sprawę z wszystkich możliwych aspektów. Cook zarysowuje historyczno-polityczne zaplecze konfliktu, stara się być najobiektywniejsza, jak tylko się da; wszelkie własne interpretacje odnotowuje w przypisach. Tak podsumowuje przepychanki dwóch wrogich obozów, zarzewia cierpień ugandyjskich dzieci:
"(...) przemówił, porównując rebeliantów i rząd do dwóch walczących słoni, które zadeptują trawę pod swoimi stopami. Tą trawą jest lud Acholi."***
Podobnie trafna i pozbawiona zbędnych niedopowiedzeń; obnażająca całą nagą prawdę jest jej diagnoza przyczyn braku zainteresowania i interwencji konfliktem ze strony Europy:
   "Inne wojny przykuwały uwagę międzynarodowej opinii publicznej, choćby Bośnia czy Kosowo, chociaż z drugiej strony, te rozgrywały się w Europie. Niemniej nawet w Afryce świat pomagał przerywać wojny, tak było przecież w Sierra Leone, Angoli, Kongo czy Sudanie. Wszystkie te kraje otrzymały pomoc. Tyle tylko, że w Sierra Leone są diamenty, Sudan i Angola mają ropę, a Kongo złoto, diamenty i koltan. - W północnej Ugandzie są tylko dzieci."****
 *s. 29.
**s. 25.
***s. 219.
****s. 258.
Wydawnictwo, miejsce i rok wydania: Wydawnictwo Św. Stanisława BM, Kraków 2010.
Ilość stron: 326.
Przekład: Olga Pieńkowska-Kordeczka, Karol Sijka.
Moja ocena: 5/6.

czwartek, 23 grudnia 2010

"Hotel Rwanda" - reż. Terry George

   Odkąd przeczytałam książkę Reveriena Rurangwy "Ocalony. Ludobójstwo w Rwandzie" a potem również reportaż Jeana Heatzfelda "Strategia antylop" temat ten wciąż gdzieś wokół mnie krąży i bezustannie mnie nurtuje. Intrygująca jest dla mnie Afryka, przerażające jej problemy i panująca tam wszechobecna niesprawiedliwość. Nie do uwierzenia wprost jest fakt, iż wydarzenia podczas których zginęło ponad milion Bogu ducha winnych Tutsich (nie wyłączając kobiet, starców czy nawet dzieci) miały miejsce niespełna 20 lat temu i odbywały się na oczach obojętnego świata.
 
   Obraz opowiada historię zwykłego niezwykłego człowieka, pracownika jednego z renomowanych rwandyjskich hoteli, Paula Rusesabahina. Pochodził on z plemienia Hutu (było to w tym ludobójstwie plemię agresorów, morderców), potencjalnie więc nic mu nie zagrażało. Jednak jego ukochana żona była Tutsi, czyli "karaluchem, śmierdzącą pluskwą przeznaczona do eksterminacji" w myśl morderczej ideologii niedawnych sąsiadów Hutu. Z tego samego powodu widmo śmierci unosiło się również nad trojgiem jego dzieci.
   Odwaga, jaką wykazał się Paul była niemal nadludzka. Ryzykując również własne życie (np. kiedy dowódca interahamwe rozkazał mu własnoręcznie zastrzelić swoją rodzinę pod groźbą odebrania mu życia) dokłada wszelkich starań by wykraść choć jeden dzień życia dla swych najbliższych. Jego hotel staje się azylem dla wielu zbiegłych Tutsich, Paul wraz z  stacjonującym w hotelu oddziałem ONZ walczy o ich życie z uzbrojonymi w maczety zbrodzniarzami. Odwracają się od niego wszyscy dotychczasowi przyjaciele, buntują się przeciw niemu podwładni...  
   Film demaskuje całą przykrą i zawstydzającą Europę prawdę o tle politycznym rwandyjskiego ludobójstwa. Świat doskonale wiedział o tym, co dzieje się w tym afrykańskim państewku, ale odwracał głowę, bo tak było mu wygodniej. Rwandyjczycy zostali pozostawieni sami sobie na pastwę niechybnej śmierci. Dlaczego? Poprostu dla tego, że są Afrykańczykami. Jedynie dziennikarze korzystali z szalejącego w państwie piekła - przynosiło im ono wymierne korzyści w postaci nietuzinkowych materiałów do serwisów informacyjnych. Jednak, jak dobitnie i nie pozostawiając zbędnych złudzeń, wyjaśnił to Paulowi jeden z reporterów, reportaże te nie miały nieść przesłania czy tym bardziej być apelem do reszty świata - Europejczycy mogli jeynie po ich obejrzeniu stwierdzić, iż to co się tam dzieje jest wstrząsające i... wrócić do kolacji.
   Paul dokonał niemożliwego - uratował nie tylko siebie i swoją rodzinę, ale również ponad 1200 osób, które zostałyby ścięte i poćwiartowane, gdyby nie jego pomoc. Wbrew zdrowemu rozsądkowi przyjął pod dach swego hotelu sieroty, które dostarczyła mu pracownica Czerwonego Krzyża, nie zamykał drzwi przed kolejnymi uchodźcami, przekupywał czym się tylko dało policjantów, by chronili budynek, nie szczędził ostatnich oszczędności by wykupić swych przyjaciół i sąsiadów z rąk katów. Kiedy miał możliwość opuszczenia rwandyjskiego piekła i emigracji do spokojnej Belgii wraz z rodziną postanowił zostać i nieść pomoc - wiedział, iż bez niego ludzi mu ufający zginą. 
   Film porusza tym bardziej, iż oparty jest na autentycznych wydarzeniach - kiedy jego współplemieńcy poddali się krwawemu amokowi i pasji mordowania swych niedawnych przyjaciól tylko dlatego, że pochodzili z innego plemienia, jeden Paul Rusesabahin zachował swoje człowieczeństwo i nie uległ demonom, omal nie przypałcając swej dobroci kilkakrotnie życiem. Jego historia pokazuje jak wiele dobra może zdziałać dla świata jeden człowiek.    
   Gorąco wszystkim polecam.  
Gatunek: Dramat, Wojenny
Data premiery: 2005-11-04 (Polska), 2004-09-11 (Świat)
Reżyseria: Terry George
Scenariusz: Terry George, Keir Pearson
W rolach głównych: Paul Rusesabahin ( Don Cheadle), jego żona Tatiana (Sophie Okonedo), pułkownik ONZ (Nick Nolte), pracownica Czerwonego Krzyża (Cara Seymour).
Moja ocena: 5/6
Zdjecia pochodzą z Internetu.

czwartek, 14 października 2010

"Strategia antylop" - Jean Hatzfeld

   Od kiedy przeczytałam wstrząsającą relację z ludobójstwa w Rwandzie w 1994 roku (swoją drogą dopiero wtedy się o tych wydarzeniach dowiedziałam) zawartą w książce Reveriena Rurangwy "Ocalony. Ludobójstwo w Rwandzie" temat ten bardzo mnie nurtuje i skłania do zgłębiania prawdy o rzezi w Afryce. "Strategia antylop" to trzecia, po "Nagości życia" i "Sezonie maczet", próba Hatzfelda podjęcia tego tematu. Mija 9 lat od krwawej rzezi dokonanej na Tutsich przez ich sąsiadów z plemienia Hutu; krew ofiar wsiąkła już w ziemię, kości ofiar są już coraz rzadziej odnajdywane w lasach czy na bagnach, wszystko powoli wraca do normalności. I wtedy właśnie na ocalonych spada kolejny cios, ich rany zostają na nowo rozdrapane - 5 maja 2003 roku większość morderców Hutu zostaje ułaskawionych i wypuszczonych z więzień. Odtąd zamieszkają w sąsiedztwie ludzi, którzy stracili przez nich matki, ojców, żony i dzieci; którzy zrujnowali nie dalej niż niespełna dekadę temu całe ich życie i którzy mogli każdego z nich ściąć maczetą w swym morderczym amoku. Teraz ocaleni dzień w dzień zmuszeni będą patrzeć w oczy swym niedoszłym katom. I co dalej?
   Władze rwandyjskie postanowiły wprowadzić dla dobra ogólnego politykę pojednania. Uwolnionych Hutu instruuje się, iż muszą odtąd okazywać pokorę, spokój wobec ocalonych i ich rodzin, unikać zgromadzeń i AIDS, zachowywać się ugodowo wobec sąsiadów, wybaczać żonom potencjalne zdrady i niezwłocznie zająć się polem. Tutsi natomiast zostali zobowiązani do nieokazywania agresji, nieobrażania i czekania na obrady gacacy (jego wyroki również nie miały być surowe, a jedynie zmierzać do pogodzenia stron), by oskarżyć oficjalnie morderców Hutu, zemsta została im surowo i bezwzględnie zakazana.  Odstępcom i buntownikom zagrożono surowymi karami. W myśl takich sztucznych zasad mają odtąd funkcjonować obok siebie plemiona niedawnych katów i ich niedoszłych ofiar. Polityka władz jest bowiem nastawiona na przyszłość, ma zapobiec głodowi w kraju spowodowanemu brakiem ludzi do obsiewania pól. Ma ona też zapobiec zapędom sąsiednich państw do przejęcia władzy w zrujnowanym i niemogącym podnieść się kraju; nie ma tu miejsca na tkwiących wciąż w masakrycznej przeszłości ocalonych i ich uczucia. Trzeba, nieraz na siłę i wbrew wszystkiemu, żyć dalej.
   Ocaleni muszą znosić takie sytuacje. Gdyby otworzyli serca i ujawnili uczucia, poczuliby ulgę, lecz oznaczałoby to chaos dla kraju*
   Nie lada problem nastręcza Hatzfeldowi sama rozmowa z uczestnikami wydarzeń z '94 roku, zarówno z mordercami, z przyczyn wiadomych, jakimi jest strach przed powiedzeniem za dużo, pogrążeniem się, karą; jeszcze gorzej rozmawia się z ocalonymi. Dla nich mówienie o wielu faktach jest upokarzające, w lasach i na bagnach zostali zdehumanizowani, byli zezwierzęceni, biegali nago, kierowali się tylko instynktem przetrwania, zapomnieli o wyższych wartościach. Rozumieją jednak zarówno jedni, jak i drudzy, iż  milczenie może pociągnąć za sobą wiele negatywnych skutków, jak strach, podejrzenia, nienawiść. Mówią więc, by historia nie zatoczyła koła, chcą raz na zawsze wszystko wyjaśnić, sobie nawzajem ale i sobie samym. I tylko czasem rodzi się refleksja wśród ocalonych: 
  Wszyscy zmarli, gnijący w gąszczu papirusów czy wystawieni na palące słońce, oni wszyscy nie mają komu powiedzieć, że myślą inaczej.**
   Hatzfeld w swej książce oddaje głos zarówno ocalonym, jak i, z trudem wprawdzie, zbrodniarzom. Okazuje się, iż w pewien sposób oni sami również stali się ofiarami manipulacji i propagandy, zabijali nie wiedząc w większości dlaczego to robią, zrujnowali sobie życie w imię złudzenia. Rozmówcy autora wcale nie próbują ukryć się za sztuczną skruchą, mówią jak było, co czuli zatapiając ostrza maczet w szyjach niedawnych przyjaciół: " To było męczące, ale i wciągające, jak jakaś nowa rozrywka. Nawet ich nie liczyłem..."  - wyznaje Leopord. Teraz nie mają nic. Wracają z więzień na leżące odłogiem pola, zastają wyprzedane majątki, żony z dziećmi innych mężczyzn. Nie potrafią się odnaleźć w świecie nieżyczliwych im Tutsich, nie mogą ufać innym Hutu, bo każdy podejrzewa, iż dotychczasowy kompan zechce oczyścić się pogrążając go:
   Mówiliśmy sobie, że działamy na rzecz Dobra, rzecz jasna dobra Hutu. Teraz czas wytyka nas palcem za Zło, które wyrządziliśmy Tutsim. Klęska zmieniła dobrych patriotów w najgorszych zbrodniarzy. Oto, czym jest Historia. To wielki błąd, gdy nie usłyszysz, kiedy póka do drzwi.***
   Dlaczego doszło do ludobójstwa? Dlaczego sąsiad podniósł rękę na sąsiada?, pyta Hatzfeld. Złość, zazdrość, pożądliwość, łatwe wpadanie we wściekłość i tracenie kontroli nad samym sobą - te wrodzone cechy Afrykanów wskazują oni sami jako przyczyny wydarzeń z 1994 roku. Hutu pragnęli opanować kraj, ogołocić pola Tutsich i zjeść ich krowy, twierdzą ocaleni. Mordercy Hutu winą obarczają również wychowanie ich w "(...) strachu przed powrotem przywilejów dla Tutsich, przed harówką za darmo i klękaniem przed nimi(...)".
   Hatzfeld ukazuje historie ocalonych, ich przeżyć w czasie gehenny. Opowiada o  tajemniczej miłości dziewczyny Tutsi do chłopaka Hutu - rzekomo ocalił ją przed ścięciem, ukrył w sobie tylko znanym szałasie by przeczekała masakrę. Po uwolnieniu Pio poślubił Josiane, mimo sprzeciwu obu niechętnych małżeństwu rodzin. Historia ta pokazuje jak wiele przeszkód stoi na drodze do pojednania dwóch rwandyjskich plemion - rodziny odmówiły pomocy przy organizacji wesela, prowokowały młodych, w końcu teściowa groziła synowej Tutsiu maczetą. 
   Mimo wszystko Hutu i Tutsi zdają sobie sprawę z konieczności dalszej współegzystencji powodowanej wzajemnymi zależnościami obu plemion. Hutu dają Tutsim płody ziemi, zapewniają pożywienie; Tutsi od zawsze dostarczali Hutu mięso i mleko swych krów. Pojednanie jest więc niezbędne dla dalszego funkcjonowania jednych i drugich, natura skazała ich na siebie nawzajem już wieki temu.
   Autor usiłuje uzyskać od ocalonych definicję świata skropionego przelaną niedawno krwią ich bliskich, który teraz z takim trudem usiłuje stanąć na chwiejnych nogach sztucznego pojednania. Pyta o wartości, o Boga. Na czas ludobójstwa bowiem Bóg, wydawać by się mogło zamknął oczy, to była chwila jego nieuwagi. Mordercy nie przejmowali się Nim zabijając w kościołach, postanowili "Go w to nie mieszać". Księża i misjonarze krzewiący słowo boże bez chwili wahania pozostawili swe "owieczki" na pewną śmierć; oskarżenie pada też w kierunku polskiego papieża, on również pozostał obojętny na rwandyjskie piekło. Dowiaduje się jednak, iż Bóg owszem, nadal istnieje, afrykańska mentalność nigdy nie ośmieliłaby się negować czy odrzucać jego władzy nad światem. Zmienił się za to stosunek ocalonych do śmierci - zobojętnieli na nią, przestali się jej bać widząc ją bezustannie, obcując z nią na każdym kroku. Ocaleni oswoili sobie śmierć, ludobójstwo odebrało jej świętość:
   Widzieliśmy ciała, które rozbierano, psy zjadające trupy, dziewczyny, które gniły z kijem między nogami. Byli częścią pejzażu, jak drzewa i cała reszta.****
   Książka Hatzfelda niewątpliwie rzuciła nowe światło na moje poglądy ukształtowane po wcześniejszym świadectwie ocalonego.  Przeraża mnie bezduszność polityki pojednania prowadzonej przez władze, ale trudno nie przyznać takim działaniom słuszności, gdyby nie utrzymujące wszystko w ryzach państwo zapewne znów doszłoby do masakry, Tutsi pragnęliby pomsty swych zmarłych, czemu trudno się dziwić. Mimo wszystko tak jak w "Ocalonym..." szokowały mnie krzywdy wyrządzone maczetą, tak tu przeraża mnie nakaz milczenia. Rwandyjskie rany długo się jeszcze w ten sposób nie zagoją.
*s. 99.
**s. 23
***s. 130. 
****s. 113.
Wydawnictwo i rok wydania: Czarne, Wołowiec 2009.
Ilość stron: 246.
Przekład: Jacek Giszczak
Wstęp: Olga Stanisławska
Moja ocena: 5/6.
Seria: Reportaż

środa, 17 marca 2010

"Wszystkie diabły opuściły piekło i są teraz w Rwandzie"* - "Ocalony. Ludobójstwo w Rwandzie" - Reverien Rurangwa


   Wstrząsająca książka. Wymyka się jakimkolwiek kryteriom oceny. Nie sposób też jej zrecenzować. Można jedynie mówić o jej przekazie, o potrzebie dawania świadectwa światu i uchronienia od zapomnienia o zbrodni ludobójstwa, która dokonała się w małym afrykańskim państewku w 1994 roku, a na którą świat przymknął oko. Mnie to świadectwo poruszyło do głębi i pokazało zarazem jak niewiele dotąd wiedziałam o masakrze, która wydarzyła się zaledwie kilkanaście lat temu, w zdawać by się mogło cywilizowanym świecie. Na lekcjach historii czy wosu nie dochodzi się do wydarzeń ostatnich dekad wskutek chronologicznego systemu nauczania. To wielki błąd. Żyjemy więc często w nieświadomości, zaślepieni deklaracjami o humanitarności naszych czasów... Przeczytajcie tę książkę, poznajcie prawdę.
   Reverien Rurangwa urodził się w miasteczku Mugina w 1978 roku. Był obywatelem Rwandy - państewka w Afryce środkowo-wschodniej, które dzieliły ze sobą trzy współegzystujące grupy etniczne - Hutu (85%), Tutsi (14%) oraz Pigmeje Twa (1%). Tutsi są smukli, wysocy; to nomadowie, pasterze trzód, hodowcy krów i wojownicy. Od XIV wieku to właśnie członkowie Tutsi byli uznawaną dynastią panującą w Rwandzie. Hutu natomiast byli rolnikami uprawiającymi ziemię, mieli krępą budowę ciała, szerszy nos i ciemniejszą skórę. Pigmeje Twa byli myśliwymi. Te trzy grupy etniczne żyły w zgodzie i miłości, uzupełniając się wzajemnie i czerpiąc z dobrodziejstw wnoszonych przez każdą z nich na rzecz wspólnego dobra.
  Zarzewiem konfliktu była katastrofa samolotu niosącego na pokładzie prezydenta Rwandy, Juvenala Habyarimany pochodzącego z plemienia Hutu, do której doszło 6 kwietnia 1994 roku. Maszyna została trafiona dwoma pociskami rakietowymi i eksplodowała nad lotniskiem w Kigali - stolicy Rwandy. O jej dokonanie oskarżono plemię Tutsi. Następnego dnia rozpętało się piekło. Bezbronne ofiary zostają porzucone przez księży i misjonarzy, którzy w trosce o własne życie porzucają potrzebujących ratując siebie. Wolna Rozgłośnia Radiowa Tysiąca Wzgórz (zwana przez Tutsi Radiem Śmierć) nawołuje i podjudza słuchaczy Hutu do "rozdeptywania karaluchów".
   Uzbrojeni w ostre meczety i dzidy Hutu z uśmiechem na ustach szlachtują zgromadzonych na wzgórzu swych niedawnych sąsiadów i przyjaciół, którzy dysponują jedynie kamieniami by odeprzeć ich atak. Ekstremistyczna milicja Hutu urządza sobie zabawę polegającą na strzelaniu do swych ofiar i celowaniu w nie granatami. Tutsi szukają schronienia w kościele:
   "Do tego samego kościoła chodziłem na modlitwę i służyłem do mszy (razem z Hutu), Na tym samym wzgórzu grałem w piłkę, pasłem krowy i śpiewałem (razem z Hutu). Mam piętnaście lat, jestem tylko dzieckiem i właśnie mam umrzeć. Mam zostać zamordowany przez ojców moich przyjaciół; ojców tych, z którymi grałem w piłkę, służyłem do mszy i pasłem krowy" (s. 51)
   Kat Simon Sibomana, znajomy rodziny Reveriena, dokonuje krwawej rzezi na 43 członkach rodziny chłopaka ukrytych w przyklasztornej szopie, umierających już niemal i tak z głodu i pragnienia. 15-latek obserwuje jak kat odcina głowę jego stryja, jak uśmierca babcię nie pozwalając jej się nawet pomodlić. Najokrutniejsza jest śmierć zadane matce chłopca -rozebranej przez kobiety Hutu, które grabiły ofiary z ubrań i biżuterii, Sibomana powoli rozcina maczetą brzuch pozostawiając ją na powolną i bolesną agonię. Sam również doznał bardzo ciężkich obrażeń - obcięto mu lewą rękę maczetą, a następnie, gdy uciekł z szopy, którą oprawcy Hutu palili wraz ze znajdującymi się w niej zwłokami rodziny Reveriena, pokieraszowali go wyłupując chłopcu oko, miażdżąc mu ramię sztachetą nabitą gwoźdźmi oraz niemal obcinając nos. Dziecko nie mogło mimo to umrzeć, kiedy chodziło i błagało swych oprawców, by je dobili, by wreszcie nie czuć ogromnego bólu, ci urągali i śmieli mu się w twarz.
   Okrucieństwo zbrodni, jakiej dopuścili się Hutu poraża i mrozi krew w żyłach tym bardziej, że katując swe ofiary próbowali wyrównać niesprawiedliwość, jaką zarzucali naturze, a mianowicie - ładniejszą powierzchowność swych ofiar. Obcinając stopy i głowy pozbawiali Tutsich ich wysokiego wzrostu, tnąc ostrzem w poprzek twarzy zniekształcali ładne nosy będące obiektem zazdrości ich plemienia. 
   Chłopcu pomogli funkcjonariusze Czerwonego Krzyża oraz Lekarzy bez Granic - leczyli oni ofiary masakry podczas gdy na podwórzu szpitalnym Hutu gwałcili kobiety i w pośpiechu wyrzynali, kogo tylko się dało. Pomocy udzielił mu także belgijski misjonarz, ojciec Pierre Simons, lokując chłopca w prowadzonym przez siebie domu dziecka. 24 grudnia '94 chłopca odesłano do Genewy.
   Dwa lata później chłopak postanawia powrócić do ziemi swych przodków, by tam dać świadectwo prawdzie i żądać sprawiedliwości. Składa oskarżenie pod adresem kata swego i swych najbliższych. Nękany przez sojuszników Sibomany musi ukrywać się i w końcu wrócić do Szwajcarii. Gryzące poczucie niesprawiedliwości chłopaka wzmaga fakt, iż po 2 latach, w 1998 roku, zbrodniarz zostaje wypuszczony na wolność - objęła go amnestia ze względu na "podeszły wiek" ( w rzeczywistości więziono tylko kategorię wiekową do 45 roku życia, z kary zwalniano też młodych sprawców; Sibomana miał lat 60).
  Odtąd chłopak musi na nowo zdefiniować system pojęć bez których nie sposób funkcjonować, a które sformułowane przez ludzi nie mających do czynienia z ludobójstwem, dla Reveriena są jedynie pustymi dźwiękami. Wraz ze swym Szwajcarskim opiekunem, który niemalże zastąpił mu ojca, Lucem, rozważa znaczenie i istotę kwestii takich jak przebaczenie, sprawiedliwość czy zazdrość. Luc pomaga mu też odnaleźć Boga, w którego chłopak wobec swych przeżyć przestał wierzyć. Reverien odbywa też podróż do Auschwitz by stanąć na ziemi skalanej podobną zbrodnią jak ta, której był ofiarą. 
  Ludobójstwo w Rwandzie zakończyło się oficjalnie 4 lipca 1994 - oszacowano, iż od kwietnia pomordowano tam 1.300.000 ofiar. Kary za tę zbrodnie były wręcz szyderstwem dla jej ofiar - w maju 2005 Trybunał Karny dla Rwandy wydał 22 wyroki skazujące i 3 uniewinniające. Pracowało nad tym 16 sędziów i ponad 800 urzędników, a budżet nań wynosił ponad 100 mln dolarów rocznie.
* s. 45, wyznanie misjonarza zbiegłego do Belgii w czasie rwandyjskiej masakry.
Wydawnictwo i rok wydania:  POLWEN, Radom 2009.
Ilość stron: 237 (wraz z aneksem).
Moja ocena: 6/6.