poniedziałek, 23 maja 2011

Stosy dwa :)

 
1) Wszystkie jesteście niewierne - Zoja, John Follain, Rita Cristofari 
2) Łzy na piasku - Nura Abdi, Leo G. Linder
3) Odległy brzeg -Caryl Phillips
4) Nieczystości - Philippe Djian
5) Wojna wdowy - Sally Gunning
6) Jak Bóg przykazał - Niccolo Ammaniti 
7) Kalinka - Andrzej Lipiński - do recenzji od wydawnictwa Dobra Literatura
8) Sprawa osobista - Oe Kenzaburo
9) Oddech, oczy, pamięć - Edwige Danticat
10) Musimy porozmawiać o Kevinie - Lionel Shriver
11) Pałac Północy - Carlos Ruiz Zafon - audiobook do recenzji od wydawnictwa MUZA
12) Kto zabił Inmaculade de Silva? - Marina Mayoral - również od MUZY
13) Podmorska wyspa - Isabel Allende - recenzyjna od MUZY - zaczęłam czytać i ... coś wspaniałego!
***
Pragnę również zaprosić wszystkich do działu Książki (choć nie tylko) serwisu Sztukater. Można tam znaleźć wiele ciekawych recenzji, podyskutować o książkach na forum, poznać nowych zafascynowanych książkami ludzi a nawet spotkać starych, blogowych znajomych. Jeśli natomiast macie ochotę porecenzować dla tego portalu piszcie śmiało na: info@sztukater.pl. 

sobota, 21 maja 2011

And the winner is... Nieco spóźnione wyniki.

   Na początku chciałam przeprosić, że z przyczyn obiektywnych wyniki nie zostały ogłoszone w zapowiedzianym terminie. Ale oto są. Książka wędruje do:
Aliny
Jej zdaniem dobry reporter to:
   "Reporter powinien przede wszystkim być pozbawiony uprzedzeń, otwarty na różne, choćby ogromnie kontrowersyjne, rzeczy i sytuacje. Nie powinien być obiektywny, bo w obiektywizm nie wierzę. Zresztą od biedy może być uprzedzony, ale musi to zachować w sobie i dla siebie, a nie przedstawiać spaczoną przez jego upodobania (nie)rzeczywistość. I nie powinien pomijać niczego."
   Czekam na maila z adresem do wysyłki na rep-ok@wp.pl. Gratuluję!!!

środa, 18 maja 2011

"Niełatwo jest wyżyć z pisania opowiadań"* "Wszystkie boże dzieci tańczą" - Haruki Murakami

"Wszystkie boże dzieci tańczą" to zbiór 6 opowiadań połączonych wspólnym motywem trzęsienia ziemi. Murakami znów pochylił się nad zwykłym człowiekiem i jego zwykłymi problemami, o których opowiedział w sposób niezwykły.   Zbiorek to prawdziwy miszmasz tematyczny i gatunkowy - mamy tam do czynienia z namiastką fantastyki, odnaleźć można również bajkowe wątki, dopatrzyć się onirycznych motywów.
   Bohaterowie są iście Murakami'owscy - to ludzie z przeszłością, smutną raczej, niż szczęśliwą. To typowi outsiderzy z reguły nierozumiani przez bliskich, opuszczeni przez nich, pokieraszowani emocjonalnie, na wpół wypaleni. Wszystkich jednak łączy pragnienie szczęścia i poszukiwanie sensu życia, odpowiedzi na dręczące ich pytania o przeszłość. To ludzie targani surowym wiatrem ich własnego przeznaczenia, który niejednokrotnie nieźle ich wychłostał. Mamy tu porzuconego przez żonę właściwie bez powodu  Komuro ("UFO ląduje w  Kushiro"); Junko, odnajdującą swoje prawdziwe ja w blasku ognia ognisk palonych na plaży wraz z panem Mitake ("Krajobraz z żelazkiem"). Mamy Yoshiy'ego poszukującego ojca, bo dłużej nie może on znieść życia "dziecka bożego", jakie zafundowała mu matka w zadośćuczynieniu za brak ojca ("Wszystkie boże dzieci tańczą"). Poznajemy historię Satsuki, która wiodła tak zgorzkniałe życie, zbudowane na krzywdzie, jakiej doznała w przeszłości, iż ukoić mogły je nie luksusy, na które mogła sobie hojnie pozwalać, ale złapanie we śnie węża, mającego zjeść wypełniający ją kamień ("Tajlandia"). Poznajemy również Katagiri'ego i pana Żabę, którzy walczyli dzielnie z Dżdżownicą, aby ta nie zmiotła z powierzchni ziemi japońskiej metropolii ("Pan Żaba ratuje Tokio"). W końcu przyglądamy się życiu Jumpeja, który był życiowym nieudacznikiem i zupełnie nie liczącym się twórcą, dopóki nie zrozumiał, co się w życiu naprawdę liczy i nie zaczął żyć jego pełnią ("Ciastka z miodem").   
   Murakami mistrzowsko porusza się nawet w oszczędnej formie opowiadania. Nakreśla życiorysy swych postaci, wplata w nie wiele epizodów wzbogacających odbiór, buduje niebanalne metafory, robi pauzy i wielokropki w najbardziej intrygujących momentach akcji. Nie liczy się w tych utworach fabuła, ale raczej emocjonalny świat postaci, ich wspomnienia, myśli  i odczucia. Przestrzeń stworzona jest przez słowa i dlatego kawa może "nie mieć treści, tylko formę". Taka poezja prozy.
   Rzeczą charakterystyczną dla twórczości Japończyka jest też właściwa jego utworom atmosfera. Ciężko określić słowami, co odczuwa się czytając jego dzieła, ale ja przynajmniej zawsze odnoszę wrażenie wewnętrznego niepokoju prozy pióra Murakamiego. W fabularnym powietrzu zawieszone jest jakieś oczekiwanie, cichy i niewypowiedziany lęk, niewiadomego pochodzenia napięcie. Ta atmosfera uzależnia...
   Istotnym tematem podjętym w jednym z opowiadań jest temat twórczości i jej krytyki. Murakami przypisuje jednemu z bohaterów własne poglądy na te bardzo mu bliskie tematy, opisuje akt twórczy, wypowiada poglądy dotyczące wyższości powieści nad opowiadaniami, niemocy tworzenia, krzywdzących słów krytyków i ich wpływu na nastawienie autora do własnej działalności:
   "(...) opowiadanie jako gatunek literacki staje się coraz bardziej przestarzałe, jak biedny suwak logarytmiczny"**
W końcu tak oto podsumowuje styl swojego bohatera pisarza.
   "Posiadał swój własny styl i potrafił zmienić głębokie brzmienie muzyki i delikatne odcienie światła w ogrodach w spoisty, przekonujący tekst."***
Czy Wam to czegoś nie przypomina?
*s. 161. 
**s. 149.
***s. 170.
Wydawnictwo, miejsce i rok wydania: MUZA, Warszawa 2007.
Ilość stron: 181.
Przekład: Anna Zielińska - Elliott
Moja ocena: 4/6
Wyzwanie: Haruki Murakami, literatura japońska

poniedziałek, 9 maja 2011

"Córka rabina. O seksie, narkotykach i ortodoksyjnych Żydach opowieść prawdziwa" - Reva Mann

   Opowieść Revy to swoista spowiedź, pozbawiona jednakże żalu za grzechy. To historia kobiety szukającej sensu swojego życia i recepty na nie, a podczas tych poszukiwań miotającej się ze skrajności w skrajność. Brak tu gry pozorów czy próby wybielenia - Reva to świadoma swoich niedoskonałości i słabości kobieta, która wie, czego chce i dąży do tego wbrew wszystkiemu, siejąc niesmak i powszechne zgorszenie. Jednak przecież w ostatecznym rozrachunku najważniejsze jest to, by być w porządku z samym sobą.
 Cześć, jestem Reva, córka rabina... Cześć Revo!!!
   Reva wychowała się w żydowskiej rodzinie z głębokimi tradycjami, jednak jej ojciec wciąż starał się godzić sacrum i profanum, odchodził od ortodoksyjności i przystosowywał swą religię do XX-wiecznej rzeczywistości i londyńskich realiów. Mimo to nawet w tym ujęciu judaizm był zbyt restrykcyjny dla młodej, zbuntowanej nastolatki z epoki dzieci kwiatów. Reva ostentacyjnie buntowała się przeciw ojcowskiej religii, a jej bunt był siłą destrukcyjną dla niej samej. Ćpała, uprawiała  przypadkowy, grupowy seks. Jednak miarka się przebrała gdy zakomunikowała rodzicom, iż pragnie poślubić goja, czyli nie-Żyda. Tego rodzice zaakceptować nie byli już w stanie i kazali się jej wyprowadzić, ba, nawet przestali utrzymywać z nią kontakt.

Rodzinne kłopoty najwygodniej zamiata się pod dywan
   Dom rodzinny nigdy nie był dla autorki azylem ani ostoją. Na zawsze pozostały po nim Revie wspomnienia zestresowanego przed kolejnymi kazaniami ojca, które sprawiały, iż atmosfera radosnego z założenia szabasu stawała się napięta do granic możliwości. Również nauki udzielane przez ojca dziewczynie w dzieciństwie nie były źródłem inspiracji, a jedynie sprowadzały się do kolejnych reguł, których koniecznie musiała przestrzegać. Również relacje z matką nie były najcieplejsze. Pani Mann była bowiem histeryczką, hipochondryczką, a córkę umiała jedynie krytykować. To wszystko, jak również umysłowe upośledzenie starszej siostry Michelle, która po oddaniu do domu opieki stała się wielkim rodzinnym wyrzutem sumienia, sprawiało, iż młoda kobieta postanowiła wyruszyć do kraju przodków i tam szukać ukojenia dla swej zbolałej duszy.

Powrót córki marnotrawnej
   Reva wyrusza do Jerozolimy, gdzie planuje studiować położnictwo. Tam też, pod wpływem fascynacji rabinem Rabinowitzem, podejmuje studia w jesziwie, które mają być drogą do jej nawrócenia, mają pomóc jej zbudować żydowską przykładną rodzinę i wieść koszerne życie, a po śmierci dać bilet do nieba. Dziewczyna czyni karkołomne wręcz starania, by nie ulegać kolejnym pokusom, jednak jej myśli zbyt często krążą wokół nieskromnych wspomnień z poprzedniego życia, a jej wzrok zbyt często zatrzymuje się na męskich nieskromnych wypukłościach. Jednak uparcie brnie w nieswoją bajkę, chadza na sziduchowe randki i zakochuje się w Symsze, który urzeka ją swą religijnością. 
 
Chodź, pokażę Ci fanatyzm 
   Poślubiona Symsze Reva przywdziewa więc coraz to skromniejsze szaty, okrywa głowę chustami tak, by nie wymknął się spod nich nawet jeden niesforny włosek i przełyka kolejne gorzkie rozczarowania. Śpi, je a nawet kocha się z mężem z Torą w ręku. Zajmuje się domem, pracuje jako położna w szpitalu i opiekuje dziećmi, które przychodzą na świat podczas gdy jej mąż skrupulatnie studiuje całymi dniami Torę, niepomny na tak przyziemne rzeczy jak zabezpieczenie finansowe rodziny czy kwestie wychowania dzieci. 
   Czytając o żydowskich nakazach i zakazach byłam zszokowana ich absurdalnością i niezasadnością. Nie sposób też nie zauważyć, iż judaizm ustawia kobiety w pozycji zdecydowanie uniżonej wobec mężczyzn, rzec nawet można, upokarza je. Nie wiem, jak można czuć się wartościowym człowiekiem, jeśli wskutek swych fizjologicznych cyklów jest się separowanym od społeczeństwa, a mąż nie może z tobą spać, dotykać cię a nawet z tobą rozmawiać; jak można nie czuć się poniżonym, kiedy musi się pokazywać rabinowi skrawki materiału z swoimi wydzielinami, by ten orzekł, iż są koszerne co dopiero oznaczało, iż kolejna noc będzie tą w ramionach męża. Moje zdziwienie osiągnęło punkt kulminacyjny, gdy przeczytałam jak Symcha szukał w świętych księgach prawa użycia telefonu w szabas, podczas gdy jego żona dusiła się w swej chorobie, oraz jak mąż nie dotknął rodzącej żony, by pomóc jej dotrzeć do szpitala, bo pojawiło się u niej krwawienie i była już nida.      
   "Symcha być może przypomina Abrahama, ale ja napewno nie jestem jak Sara. Nie mogę ścierpieć, że poświęca się bez reszty tym toczonym różnymi chorobami kreaturom prawie nie zauważając moich wysiłków. I nie bawi się z Adele. W odróżnieniu od naszej matriarchini, która do wyrabianego ciasta dodawała miłość Tory, głównymi składnikami przygotowywanych przeze mnie potraw są gniew i rozgoryczenie. Czuję się w tym małżeństwie jak w pułapce (...)"*
   Nic więc dziwnego, ze Reva świętą nie została. Czytając jej monologi, w których sama siebie przekonuje o pragnieniu świętości od razu można było wywnioskować, iż nic z tego nie będzie, dla tak temperamentnej kobiety, która posmakowała zakazanych uroków tego świata życie według Tory było jak życie w klatce. Kiedy nadarzyła się okazja uciekła więc z niej na motorze atletycznego budowlańca. Z naturą się nie wygra. Swą powściągliwość i ascetyczną długoletnią egzystencję autorka wynagrodziła sobie szaleńczymi ekscesami z mężczyznami, którym do świętości daleko. Joe, Sam; szaleńczy i pozbawiony zahamowań seks, coraz mocniejsze narkotyki - tak się pocieszała zerwana z łańcucha bezkompromisowej religijności.

   "Córka rabina" to również opowieść o zmaganiu z nowotworem, o pokonywaniu własnych fobii, o przemijaniu i szukaniu samego siebie. Reva dużo rozmyśla i dzieli się swymi konstatacjami z czytelnikiem. Powieść porusza również problemy śmierci - autorka musi przenieść ból po śmierci bliskich, w tym jednym samobójstwie. Mimo swych skandalicznych wątków to jednak ciepła opowieść o życiu, o pogodzeniu się z samym sobą i swoim losem. Mnie wciągnęła.  

Ksiażkę otrzymałam do recenzji dzięki uprzejmości wydawnictwa Cyklady
*s. 181
Wydawnictwo, miejsce i rok wydania: Cyklady, Warszawa 2010.
Ilość stron: 331.
Przekład: Maciej Świerkocki
Moja ocena: 5/6.

sobota, 30 kwietnia 2011

"Nie zrozumiesz tego. Nie jesteś Turkiem"* - "Zabójca z miasta moreli. Reportaże z Turcji" - Witold Szabłowski

   Ta książka uratowała mi życie. Dosłownie, bo gdybym jej nie miała, najpewniej umarła bym z nudów na 2,5 godzinnych wykładach z niezbyt mnie interesującego przedmiotu. A tak zleciało jak z bicza strzelił. Podczas gdy mój profesor objawiał nam kulturę regionu, ja również zgłębiałam kulturę, tyle, że Turcji. Kolejnym dowodem na to, jak wciągające są reportaże Szabłowskiego niech będzie fakt, że czytałam książkę w autobusie, czego z reguły nie robię. 
  Reportaże Szabłowskiego mają klimat polsko - tureckich pogawędek przy piwku, choć niejednokrotnie dotyczą one trudnych spraw i tematów ocierających się o tabu. Dawno nie czytałam rzeczy tak panoramicznej zarówno pod względem wachlarza poruszanych aspektów, jak i rozmaitych na ich temat poglądów. 
   Szabłowski to może nie tyle profesjonalny reporter, co wielki pasjonat kraju o którym pisze. I może dlatego tak dobrze się to czyta. Autor ma dystans do siebie oraz do swoich rozmówców, nie ocenia, nie szufladkuje, po prostu słucha i gawędzi. Styl Szabłowskiego jest dość specyficzny - ma się wrażenie, iż to ciebie właśnie praży tureckie słońce, że to ty właśnie patrzysz na opisywane budowle, że widzisz łzy ocalonych od honorowych zabójstw kobiet; nie wyczuwa się niemalże papieru i tuszu, tak żywa i spontaniczna jest narracja w "Zabójcy...".
   Odkrywanie Turcji zaczynamy od poznania sylwetki niejakiego Nazima Hikmeta, słynnego tureckiego poety ( "Dla tureckiej poezji Hikmet jest Rejem, Kochanowskim i Mickiewiczem" - s. 21.) oraz łamacza niewieścich serc. Autor nie omieszkał skrupulatnie prześledzić jego genealogii i znalazł, a jakże, polskie korzenie - otóż pradziad Nazima nazywał się Borzęcki... Bierzemy udział w wielowiekowej dyskusji będącej owocem tureckiego pragnienia podziwu ze strony innowierców, której obiektem stała się Hagia Sophia i kolejne próby coraz to nowych architektów ukierunkowane na przyćmienie jej wielkości - żadnemu jak dotąd się to nie udało. Szabłowski zagląda Turkom do ich małżeńskich alków. Małżeńskich, ale też i przedmałżeńskich. I pyta: Co z tym seksem? Sprowokowani wyłuszczają przed czytelnikiem swój kulturowy absurd w tej materii - młody Turek niczego nie pragnie bardziej niż zbliżeń, jednak żaden z obywateli tego kraju nie poślubi nie-dziewicy. Seks to w ogóle w Turcji temat tabu, ale jak zacząć jątrzyć to wychodzą na jaw problemy z impotencją spowodowane "syndromem obrzezańca" (kojarzeniem wszystkiego co wiąże się z tym męskim narządem z bólem będącym wspomnieniem tego tradycyjnego rytuału), ponadto edukacja seksualna jest w tym kraju tak niesamowicie kulejąca, iż promocji prezerwatyw oraz zasadności ich użycia dokonuje się takimi słowami:
   "<<To jest wasz petlican, bakłażan>>. Tak na wsiach mówi na męski narząd. <<To, co z niego wylatuje, to mali Kurdowie. Jeśli mały Kurd wejdzie do brzucha waszej żony, będziecie mieli dziecko>>. (...) Nakładam na banana prezerwatywę i mówię: tu możecie złapać małych Kurdów. I jeszcze ich podpuszczam: ale tylko prawdziwy mężczyzna potrafi łapać dobrze!"**
   Turcja to kraj absurdów - największym kompleksem tego kraju jest jej zagadkowe położenie, bo to taka ni to Europa, ni to Azja. Turcy by woleli, żeby była bardziej Europa i dlatego pieczołowicie pretendują do członkostwa w Unii. W imię tego  nawet doszło do sytuacji, gdy kojarzące się z konserwatywną Turcją chusty zakrywające wszystko prócz kobiecych oczu zostały zakazane i aby móc je nosić trzeba z Turcji wyjechać, podobnie rzecz ma się z tradycyjnym męskim ubiorem wypartym przez bardziej europejskie garnitury. Jednak to nie zewnętrzna warstwa kulturowych insygnii oddala Turcję od europejskiej utopii - czymś, co nie da się zdjąć równie łatwo jak przestarzały i prymitywny czador jest zakorzenione głęboko w tureckim umyśle przekonanie o konieczności dokonania zbrodni honorowej, jako zadośćuczynienia za splamienie honoru. Przy czym jako podstawę do zamordowania młodej dziewczyny niejednokrotnie wystarczy okrutna, kąśliwa plotka. Szabłowski pyta Turków po prostu : dlaczego? i oto czego się dowiaduje; na pytanie co zabójca powiedziałby teraz swojej ofierze (siostrze, żonie, córce) odpowiadają:
   "Powiedziałbym, że ją kocham. Ze zrobiłem to, co musiałem. I wiem, że mnie zrozumie"***
Zbrodnie honorowe są palącym problemem Turcji, który, jak dowodzi autor nie szybko zostanie wyeliminowany, ponieważ wszelkie organy, które potencjalnie w każdym innym państwie mogłyby udzielić pomocy skazanej kobiecie składają się z mężczyzn przesiąkniętych identycznym światopoglądem, co niedoszli zabójcy; posądzone dziewczyny nie mogą więc liczyć na pomoc znikąd. W ogóle, jak pisze Szabłowski, kobiety nie mają w Turcji wesoło - legalna prostytucja niszczy życie wielu młodym kobietom, które mężowe niczym rzeczy sprzedają do agencji, a policja zamiast je wspomóc udaremnia im ucieczkę odwożąc do pracodawcy, który dotkliwie perswaduje im kolejne próby. Wieczorem ci sami policjanci przychodzą aby z ich usług skorzystać, a szefowie dają im jeszcze zniżkę w nagrodę. Swoje historie opowiedziały panu Witoldowi Saliha Ermez i Aysa Turkukcu, czytając je włos się na głowie jeży, a usta otwierają ze zdziwienia, iż takie rzeczy dzieją się na świecie na mocy prawa. A gdy jeszcze się doczyta, iż kobiet tych wyparły się rodzone córki, łza kręci się w oku. I nie jest to jakiś melodramatyzm, a życie właśnie, suche słowa, same fakty. 
   Kolejnym kompleksem Tureckim są trupy wyrzucane na brzegi pięknych kurortów wypoczynkowych. Szabłowski wyjaśnia, skąd się tam wzięły - to zwłoki nielegalnych imigrantów z ogarniętego wojną Iraku, usiłujących przedostać się za wszelką cenę do oazy spokoju, jaką jawi im się Turcja Władze biorą sobie za punkt honoru udaremnienie im ucieczki posuwając się nawet do zatapiania łodzi czy strzelania do tych ludzi. Powstał nawet specjalny zawód "czyściciela", który wyrusza przed świtem, by oczyścić rajskie plaże z tego rażącego oczy wczasowiczów widoku.  
   Zapewne zastanawiacie się kim jest ów tytułowy zabójca... Kojarzycie zapewne zamach na Jana Pawła II? No więc właśnie o jego niedoszłym zabójcy tu mowa. O Adanie Agcy i jego czynie rozmawia Szabłowski z rodziną Turka -  wysłuchuje usprawiedliwień, jakimi sypią na jego obronę, dowiaduje się, iż według samego Adana, zastrzelenie papieża miało być misją do której powołały go niebiosa. A potem słucha historii człowieka urzeczonego dobroci papieża ("Wiem, że bardzo za nim tęskni" s.181 - kwituje jego adwokat). 
byebyebusha - czyli wydarzenia, jakim było rzucenie w prezydenta USA odwiedzającego Turcję butem. Anegdota, nie anegdota, ocena samego zdarzenia to jedno, ale biznes, jaki się rozkręcił w przemyśle obuwniczym to zgoła odmienna kwestia. Wiele fabryk rościło sobie prawa do owego modelu, jednak patent na niego miał nie kto inny jak Ramazan Baydan. Odtąd jego szajsowate obuwie sprzedawało się świetnie, cóż, lepszej reklamy mieć nie mogło.
    Reportaże Szabłowskiego niczym mozaika układają się w całość błyszczącą przeróżnymi odcieniami tureckiej kultury. To takie przesiane przez sito reporterskiej selekcji odłamki tureckiej duszy. Smaczku książce dodają fotografie z różnych miejsc tamtej egzotycznej ziemi, ma której stopa autora "postała".  

*s. 64
**s. 62
***s.102
Fotografie pochodzą z internetu (źródło).
Wydawnictwo, miejsce i rok wydania: Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010.
Ilość stron: 206
Moja ocena: 4/6
Seria: Reportaż
Wyzwanie: Reporterskim okiem