czwartek, 29 maja 2014

Nie tylko raz się żyje - "Przywróceni" - Jason Mott

   Pomysł na tę książkę zbił mnie z nóg już od pierwszego przeczytania o niej w zapowiedziach. W myślach wielokrotnie gratulowałam autorowi, bo oto w dobie, kiedy teoretycznie wszystko już było, kiedy wymyślenie czegoś nowego graniczy niemal z cudem, a autorzy w ogromnej mierze zamiast wymyślaniem nowych tematów dla swoich książek zadowalają się eksploatowaniem mnogości sposobów ujęcia tych już podjętych, Mott, debiutant (co należy podkreślić), "wyskakuje" z czymś tak świeżym, odkrywczym i niespotykanym. Powroty umarłych na ziemię, bo o tym jest książka, kupiły mnie z miejsca. I nie ma powieść Motta nic wspólnego z apokalipsą zombie czy innymi tego typu bzdurami (bez urazy dla kogokolwiek - wyrażam tu bezpośrednio moje osobiste preferencje). Zmarli wracają ot tak, po prostu, nie ruszeni zębem czasu niezależnie od tego, jak dawno odeszli z tego świata. Wracają w wieku, w którym przecięta została nić ich żywota i pragną dalej żyć tak, jakby nigdy nic się nie wydarzyło; jakby przebudzili się z drzemki, a nie powrócili po 50 latach bycia martwymi. Czy można oprzeć się obietnicy takiej opowieści? Dla mnie pomysł niesamowity. Przejdźmy teraz do wykonania. I tu zaczynają się schody...
   Powieść nie zrobiła na mnie takiego wrażenia, jakiego się po niej spodziewałam. Krótko mówiąc; temat - bomba, wykonanie już bez fajerwerków. Czy jednak znaczy to, że się rozczarowałam? A skąd, bynajmniej. Zawiodłam? Nie, nic z tych rzeczy. "Przywróceni" to, jak na debiut, nawet więcej niż porządnie napisana książka. Jest ciekawie, opowieść Motta wciąga, trzyma w napięciu i zmusza do refleksji. Prowokuje do zadawania sobie pytań, na których odpowiedzi często nie chcemy i boimy się poznać. Do odkrywania i definiowania siebie samych. Do rozliczania z przeszłością. Nie mogę w tym miejscu nie nadmienić, jak bardzo osobista i intymną rzeczą jest dla autora ta powieść. To nie jest zwykła fikcja - mimo, że wydarzenia tworzące fabułę "Przywróconych" są dziełem wyobraźni, to to, co czai się między wierszami zahacza o bardzo wrażliwą strunę duszy autora. Dotyczy jego straty i pewnego snu. Snu, w którym rozmawiał ze swoją zmarłą przed dwunastu laty mamą. Wizja ta bardzo Motta nurtowała, stała się też punktem wyjścia do rozważań, co by było, gdyby można było cofnąć czas, a przynajmniej odwrócić nieodwracalne. Owocem tych przemyśleń stała się niniejsza książka. 
   Euforia. A Wy jakie uczucie odczuwacie bezpośrednio po usłyszeniu, iż Wasz bliski zmarły niebawem stanie w drzwiach Waszego domu, by dalej być przy Was i dzielić z Wami radości i troski dnia codziennego. Nagle wszystko to, czego nie zdążyliście sobie powiedzieć będzie mogło być wyartykułowane; dostaniecie szansę, by rozpocząć wszystko od nowa. Problemy rodzą się dopiero później. Początkowo niezauważalne znaki zapytania wychodzą z najciemniejszych kątów i niepokojąco rosną, a w końcu nas przytłaczają. Bo czy da się zmienić bez żadnych konsekwencji porządek świata? Czy osoba, która powróci "zza grobu" będzie tą samą osobą, którą była przed śmiercią? Co zrobić z nagłym wzrostem ziemskiej populacji (wszak nie my sami jesteśmy szczęściarzami (?) cieszącymi się powrotem utraconego bliskiego)? I w końcu, czy aby na pewno tego właśnie pragniemy? Czy w naszym poukładanym życiu jest wciąż miejsce dla osoby, która opuściła nas, powiedzmy 30 lat temu?
   Podobne dylematy targają małżeństwem Hargrave'ów, głównych bohaterów powieści Mott'a oraz większością mieszkańców Arcadii, powieściowego miasteczka z perspektywy którego oglądać będziemy "powroty". Lucille i Harold Hargrave to para staruszków, którzy przed pięćdziesięciu laty stracili swoje jedyne dziecko, ośmioletniego syna Jacoba, który utopił się w rzece. Pewnego dnia siedemdziesięcioparoletni Harold otwiera drzwi, w których stoi jego utracony syn. Podobne wydarzenia stają się udziałem ludzi na całym świecie. I tu pojawia się moje pierwsze zastrzeżenie odnośnie prowadzenia fabuły przez tego amerykańskiego debiutanta - a mianowicie: niczym (chyba poza próbą ukazania ogromnej skali zjawiska i jego różnorodności) nie uzasadnione mnożenie "przywróconych". Kończy się rozdział książki i nagle bach, trach imię i nazwisko kolejnego zmarłego, opis okoliczności jego powrotu, próba opowiedzenia, kim był przed śmiercią - całość totalnie oderwana od głównej linii fabularnej "Przywróconych", taki przerywnik, w który nim zdążysz się w nim połapać, już się kończy. I pół biedy jeszcze, gdyby gdzieś w dalszej opowieści była o danej postaci choćby wzmianka. Nic podobnego... Jak dla mnie trochę to bezsensowne i obnaża brak warsztatu niepozwalający autorowi gładko wpleść tych epizodów w fabułę i doprowadzić do jakiegokolwiek finału. Takie czytanie dla samego czytania, takie trochę zapychanie.
   Drugi minus to według mnie dobór głównych bohaterów - no bo jakie możliwości rozwijania akcji daje staruszek cierpiący na obezwładniające ataki kaszlu, czy staruszka, którą łamie w kościach... Powiem szczerze liczyłam na coś bardziej spektakularnego, lecz niestety, nie zdradzając zbyt wiele z akcji mogę Wam powiedzieć, że historia snuta przez Mott'a ociera się w pewnym momencie o groteskę i tonie w kontrastach pomiędzy osobowościami bohaterów, a tym co każe im robić, mówić i myśleć autor. Strasznie są według mnie pewne epizody (szczególnie w końcowych rozdziałach powieści) przerysowane, żeby nie powiedzieć śmieszne. Może się czepiam szczegółów, wszakże jednak to w nich tkwi diabeł. Nie żebym dyskryminowała kogokolwiek ze względu na wiek, lecz jeśli autor pragnął tak, a nie inaczej poprowadzić fabułę, mógł dobrać nieco inne postaci. Lub wybierając takie - "uładzić" nieco fabułę. Rozdźwięk między jednym a drugim w przypadku mojego odbioru książki był uderzający.
   Sporo u Mott'a nieścisłości i wyraźnie czuć, że w pewnych momentach tematyka, jaką sobie obrał zagnała go w mentalny kozi róg; że znalazł się w ślepym zaułku pytań, na jakie musi odpowiedzieć, by gładko prowadzić fabułę. O ile autor skupia się na nakreśleniu sytuacji społecznej, jaka powstała wskutek powrotów i na tej płaszczyźnie porusza się bardzo zwinnie, o tyle fundamentalne kwestie jego historii, na które ja, jako czytelnik, chciałam poznać pomysł twórcy "Przywróconych" leżą, kwiczą i kurz się na nich zbiera. Ok, nie lubię opowieści gdzie autor czytelnikowi wszystko niczym krowie na rowie wykłada, lubię mieć szerokie pole wolności interpretacyjnej, Mott niestety zdaje się zapominać dać mi do tego podstawowe narzędzia. Wątpię w celowość tego zabiegu, jeśli jednak tak jest, to musi pan wiedzieć, panie Mott, wielce jest to irytujące i niedosyt pozostawia. 
   Rzecz kolejna, której się wrednie tu czepiać zamierzam to wrażenie, jakoby akcja została mi zreferowana, zamiast rozgrywać się na moich wirtualnych oczach. Mierził mnie sprawozdawczy ton autora w tak nabrzmiałej przecież emocjami tematyce. Książka i tak jest już wciągająca (choć nota bene to, do czego odkrycia ja wytrwale dążyłam, zakryte przede mną niestety z woli autora pozostało), to gdyby tak zagęścić akcję, przekuć w dialogi to, co Mott serwuje nam w formie suchych opisów czy monologów wewnętrznych głównych bohaterów, zrobiłoby to według mnie książce bardzo dobrze. W ogóle cała fabuła przypomina mi czekanie w napięciu na coś, co nie ma nastąpić; podsycanie ciekawości czytelnika, b y w rezultacie uzyskany już efekt oczekiwania spalić na panewce bardzo słabym zakończeniem. Myślę, że skala wydarzenia, jaką sobie autor obrał do opisywania, skala światowa zjawiska powrotów, zaczęła go w pewnym momencie przerastać, tak że sfinalizował ją tylko w lokalnym wymiarze, w "ogródku" głównych bohaterów; zasięg światowy potraktował już bardzo po macoszemu, ograniczając się do zwykłego "tak bo tak".  
   Moim zdaniem pomysł na książkę stanowił ogromny potencjał, który Mott wykorzystał bardzo, ale to bardzo skromnie. Zdaje sobie sprawę, że moje zarzuty wobec niej są mocno subiektywne, wszak wiele z nich opiera się na moim czytelniczym guście i moich osobistych preferencjach. Zdaje się być może niektórym, że zapominam, iż mam do czynienia z debiutantem. Muszę też przyznać, że nie wdaję się w powyższym tekście w opisywanie lokalnej fabuły, wydarzeń dotyczących mieszkańców Arcadii, ich nadziei i rozterek związanych z powrotami. Nie piszę o pastorze Petersie i pewnej tajemniczej dziewczynie, nie piszę o jednym z zagorzałych przeciwników przywróconych, Fredzie Greenie, który za wszelką cenę starał się kłaść kres powrotom na wszelkie możliwe sposoby i o jego chwytającej za serce historii. Nie piszę też o rodzinie Wilsonów, okrutnie wymordowanej przed laty, której członkowie są zarazem jedynymi świadkami zbrodni, która wstrząsnęła Arcadią i przez lata nie doczekała się wyjaśnienia. Nie wspominam o tym wszystkim, choć naprawdę przyjemną to tworzy całość i serdecznie zachęcam Was do poznania tej niezwykłej opowieści. Ja jednak kończę swoją przygodę z "Przywróconymi" niedosytem. Bo trzeba było mnie widzieć jak zszokował mnie ten niesamowity pomysł na powieść. Trzeba było widzieć, jak się na książkę rzuciłam i pożerałam ją wzrokiem szukając odpowiedzi na pytania, których nie było mi dane znaleźć. Być może przerosły mnie własne oczekiwania. Przeczytajcie i sami osądźcie.
Tekst stanowi oficjalną recenzję napisaną dla serwisu Lubimy Czytać.pl
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Mira (Harlequin), Warszawa 2013.
Wydanie: I.
Ilość stron: 396.
Tytuł oryginału: The Returned.
Przekład: Barbara Budrecka.

Moja ocena: 4/6

czwartek, 8 maja 2014

Biblioteczka Nateczka: Książeczka, co uśmiech wywołuje - "Uśmiech dla Żabki" - Przemysław Wechterowicz, Emilia Dziubak (ilustracje)

   Spotkali się kiedyś, gdzieś mężczyzna z cudowną opowieścią w głowie i kobieta, która umie czarować, lecz nie różdżką, a kreską; umie ożywiać baśnie. Gdzie się spotkali? Nie wiem, ale podoba mi się wyobrażanie sobie, że może w uroczej kawiarence, a może na ławce nieopodal emanującego zwariowaną dziecięcą energią placu zabaw. Kiedy się spotkali? Może w mżysty poranek... Albo zaraz po burzy, gdy ziemie jeszcze pachniała deszczem. Spotkali się i postanowili stworzyć opowieść, która wywołuje uśmiech. 
   Literacki duet Wechterowicz i Dziubak zna chyba każdy rodzic i osoba, która ma w swoim otoczeniu dziecko. A jeśli ktoś taki ich nie zna, radzę szybko te braki nadrobić, bo zaręczam, że umykają Ci dwa ważne dla literatury dziecięcej nazwiska. Ja niestety nie miałam okazji poznać dwóch pozostałych książek autora i ilustratorki osobiście, ale kiedy oglądam  na stronie wydawnictwa Ezop ich dwie pozostałe pozycje - "W pogoni za życiem" oraz "Proszę mnie przytulić" - przyznam szczerze, serce mi bije szybciej. Oczywiście mają oni na swoim koncie wiele indywidualnych prac, jednak razem stanowią naprawdę zgraną parę artystyczną i cudeńka tworzą. 
   "Uśmiech dla żabki" to historia pewnej smutnej, małej Żabki, której nie mógł rozśmieszyć Okoń, ani Paź Królowej; nie mogło jej rozśmieszyć Słońce. Co było przyczyną jej smutku? Otóż nie było przy niej mamy. Jednak mama, nawet gdy jest daleko, myśli o swoim dziecku; tak samo mama Żabki - intuicyjnie wyczuła, że jej córeczce dzieje się coś złego i postanowiła posłać jej uśmiech. Lecz, jak wszystkie mamy, które są w pracy, ona również nie mogła opuścić sklepu, poprosiła więc o pomoc  swych klientów - leśne zwierzęta. Czy uśmiech dotarł do małej adresatki? Tego dowiecie się czytając tę uroczą książeczkę - jeśli dysponujecie dzieckiem w wieku lat trzech, tak jak ja - po raz pierwszy, siódmy czy dziesiąty. 
   Ta opowieść, mimo całej swej prostoty, a może właśnie dzięki niej, ma wielką terapeutyczną moc. Uśmierza tęsknotę i daje nadzieję, jak słońce, które w ponury dzień wyłania się zza chmur. Sprawia, że lżej nam na duszy. Nie lekko, ale lżej. Jest to historia tak subtelna, że kwintesencję jej przekazu zrozumie tylko dziecko, które nagle stanie przed koniecznością rozstania się na jakiś czas z rodzicami oraz rodzic właśnie, który będzie zmuszony pozostawić pod czyjąś opieką swój największy skarb. To dla nich zarezerwowane jest drugie dno tej błahej z pozoru bajeczki. To na dzieciaki i ich rodziców owa książeczka ma szanse podziałać jak kojący balsam. Poza tym książka ukazuje dzieciom jak ważne jest to, by móc na kogoś liczyć oraz, co za tym idzie, jak ważne jest to, by nie zawieść osób, które nas poprosiły o pomoc. Przypomina o tym, jak ważni są przyjaciele, bo za ich pomocą można dokonać wielkich rzeczy. 
   Ilustracje w "Uśmiechu" są oszałamiające. Zachwycają. Cały akapit recenzji, który planuję poświęcić opisaniu, jak bardzo mnie one urzekły, wystarczyłoby zamienić na dwa słowa: Emilia Dziubak, a każdy, kto miał kiedykolwiek do czynienia z twórczością tej pani, od razu zrozumiałby, o co mi chodzi. Widać, że lubi ona przyrodę, a przyroda kocha jej styl. Zwierzaczki i owady, które wychodzą spod jej ręki są pełne życia i przesympatyczne. Fantastycznie potrafi ona oddać ich emocje - moje dziecko, gdy tylko zobaczyło okładkę książki, kompletnie nie wiedząc o czym ona jest, zapytało: " Mamo, a cemu zabka się smuci?" No widać tę historię na obrazkach, a przy książkach dla maluchów to ważne - same sobie przecież nie przeczytają, a oglądać będą mnóstwo razy. Oglądać i rozumieć. Do tego piękne barwy - takie żywe, nasycone. I operowanie światłem, cieniami, które daje niesamowitą wielowymiarowość. I te liście, trawy, powoje układające się koncentrycznie wokół sceny - jak dla mnie cecha charakterystyczna twórczości Dziubak - one sprawiają, że mam wrażenie, iż bohaterowie opowieści wydają mi się być na wyciągnięcie ręki. Czytając mam wrażenie, jakbym ich podglądała zza drzewa. A stamtąd już tylko krok, by wkroczyć w opowieść...
Tekst stanowi oficjalną recenzję napisaną dla serwisu LubimyCzytać. pl
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Ezop, Warszawa 2014.
Ilustracje: Emilia Dziubak.
Wydanie: I.
Ilość stron: 36.
Moja ocena: 5/6

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Biblioteczka Nateczka: Odkrywając odkrywców - "Pionierzy, czyli poczet niewiarygodnie pracowitych Polaków" - Marta Dzienkiewicz, ilustracje: Joanna Rzezak, Piotr Karski

   Ilu osób potrzeba, by wydać naprawdę porządną książkę ze sfery literatury dziecięcej? Pewne warszawskie wydawnictwo z każdą kolejną publikacją coraz bardziej mi udowadnia, że wystarczą do tego Dwie Siostry. I nie, nie mam tam znajomości, nikt mi za te pochlebne słowa nie płaci (a szkoda;)) ani lufy mi za plecami nie trzyma. Piszę po prostu co widzę, o czym czytam i co mnie cieszy swym wystającym grzbietem na półce w pokoju syna. Każda ich książka to miłość od pierwszego powąchania. Ta, o której chcę Wam dziś opowiedzieć, nie przestaje pachnieć już od dobrych kilku miesięcy, więc każdą jej lekturę zaczynamy dosłownie z nosem w książce. 
 Czy może być nudniejszy materiał na książkę dla dzieci, niż biografie znanych ludzi, żyjących często setki lat temu i bardzo nieciekawie wyglądających na czarno-białych, encyklopedycznych fotografiach? No nie. Nie oszukujmy się, to nie jest coś, o czym kliku czy kilkunastolatek zapragnie czytać z wypiekami na twarzy. Szukając pomysłu na książkę dla małego czytelnika poruszałabym się w zupełnie innej sferze zainteresowań. Jednak Marta Dzienkiewicz podjęła rękawiczkę rzuconą jej przez skojarzenia, z jakimi teksty tego typu są nierozerwalnie związane. Szeregi przytłaczających cyfr, masa obcobrzmiących nazw miejscowości i stylistyczny bełkot, jakim zwykle pisane są życiorysy  - niczego takiego w "Pionierach" nie znajdziecie. Autorka chwyta te skamieniałe postaci za ręce i ściąga z piedestałów, do których przyrosły, przechodząc do historii i pamięci (bądź raczej niepamięci) swoich rodaków. Kurz z nich otrzepuje. Pokazuje, że o wielkich ludziach można mówić zupełnie inaczej. Bez nabożnego, pełnego sztucznego patosu stylu, jakiego wyuczono nas w szkołach. Przypomina nam, że każdy, najmądrzejszy i najodważniejszy człowiek, choćby nie wiem jak wiekopomne rzeczy osiągnął, pozostaje przede wszystkim człowiekiem. Takie samym, jak my; ze swoimi wadami, słabościami i nawykami. I ustawia przed nami takiego delikwenta (nieco zdezorientowanego tą nieoczekiwaną pobudką), daje mu koleżeńskiego kuksańca w bok i opowiada nam o nim, jak o dobrym, dawno nie widzianym znajomym, który przy okazji, ale to zupełnie przy okazji, fajne rzeczy robił. Autorka jest więc sama w pewnym stopniu pionierką, bo zaczarowuje swą narracją treści, które do tej pory kurzyły się w pożółkłych księgach i czyni z nich pasjonująca opowieść.
   Marta Dzienkiewicz przybliża nam sylwetki 23 (jeśli dobrze liczę) znanych Polaków i Polek. Znanych? To kim był Jan Heweliusz? Albo co takiego odkrył Kazimierz Funk? A jak się nazywał słynny polski kryptolog, który złamał kod Enigmy? No dobra, jednak nie tak bardzo znowu znanych. Czyli publikacja potrzebna? Potrzebna! I to bynajmniej, jak widać, nie dzieciakom tylko. Ja nie mogłam odmówić sobie przyjemności zapoznania się z tak przystępnie przedstawionymi sylwetkami polskich pionierów.
   Książka ma bardzo przejrzystą i logiczną kompozycję. Sylwetki polskich wynalazców prezentowane są w układzie chronologicznym opartym na latach ich życia. Korowód pionierów rozpoczyna więc, na poły legendarna, postać Jana z Kolna, który prawdopodobnie miał uprzedzić Kolumba w odkryciu Ameryki; zamyka natomiast ten pochód Wanda Rutkiewicz (zm.1992), machając do nas z samego szczytu Ziemi. "Pionierzy" są więc pasjonującą podróżą przez wieki, mile łechcącą naszą dumę narodową. Każda opowieść biograficzna rozpoczyna się wyróżnionym większą czcionką nagłówkiem zawierającym imię i nazwisko postaci, daty urodzin i śmierci oraz informację o jej wynalazku, odkryciu czy osiągnięciu. Następnie autorka wciąga nas w interesujące ploteczki (a plotkara z niej niesamowita) o takiej Marii Curie -Skłodowskiej czy Helenie Rubenstein na ten przykład, przypominając sobie o datach czy wtrącając encyklopedyczne pojęcia tylko bardzo, bardzo sporadycznie. Niektóre, ważniejsze rzeczy powtarza nam parę razy i pewnie stąd się bierze boldowanie co ważniejszych kwestii czy pojęć. A jeśli czasem zdarzy jej się wpleść w to swoje gadanie jakieś niezrozumiałe słowo, zaraz zostaje ono wyjaśnione w osobnym tekście, mniejszą czcionką. Książka nie jest też przegadana, co ważne dla małego odbiorcy - dwie, trzy strony o danej postaci i koniec, dziękujemy. Taki układ sprawia więc, że książka może stać się wspaniałą pomocą szkolną dla naszych maluchów, świetnym uzupełnieniem treści, które zostają im tam przekazane, tyle, że nie w podręcznikowy, a bardziej ludzki sposób. Jest więc zrozumiale, jest inspirująco, przejrzyście, a przede wszystkim ciekawie. 
   Pionierskie są też w tej książce ilustracje. Bardzo nowoczesne, designerskie i niespotykane. Konsekwentne, monochromatyczne w formie przedstawiają treści w sposób przerysowany, sympatycznie groteskowy, przywołując raczej żartobliwe niż patetyczne skojarzenia. Żadnych czarno-białych, myszką trącących, fotografii - jeśli już, to czarno-różowe (a dlaczego nie?) czy czarno-zielone. Jeden kolor zarezerwowany jest dla jednej postaci, to bardzo wspomaga wizualną orientację w książce. Wiem, że grafika budzi kontrowersje - spotkałam się z dość negatywnymi opiniami na jej temat wśród rodziny, ale przecież oni się nie znają (nie no żartuję, o gustach się nie dyskutuje wszak), mnie natomiast ilustracje urzekły. Taka łobuzerska wydzieranka, tacy urwisowaci odkrywcy. Ja jestem na tak. No i jeszcze ten zapach farby drukarskiej obłędny i bezcenny:)
   Niby to biografie, niby literatura w jakimś tam stopniu naukowa, a czyta się jak dobre opowieści, takie w sam raz do zgłębiania o zdecydowanie za późnej porze, pod kołdrą z latarką. Takie do marzenia, do świata myślą podbijania i rozwijania skrzydeł. Dodaje odwagi, uczy, że czasem warto zaryzykować, nawet gdy inni dziwnie na nasze przedsięwzięcia spoglądają. Nie wyobrażam sobie, że mogłoby tej książki zabraknąć w biblioteczce mojego syna - gdy osiągnie odpowiedni wiek na pewno będę mu ją konsekwentnie do czytania podsuwać i założyć się mogę, że zapytany o to, kim chce zostać w przyszłości, po jej lekturze nie odpowie mi, że strażakiem. 
Tekst stanowi oficjalną recenzję napisana dla serwisu Lubimy Czytać.pl
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Dwie Siostry, Warszawa 2013.
Ilustracje: Joanna Rzezak, Piotr Karski.
Wydanie: I.
Ilość stron: 112.
Moja ocena: 5/6

niedziela, 13 kwietnia 2014

Stosik:)

   Dziś taki post na bardzo szybko teoretycznie, bo pewnie i tak, znając życie, się rozgadam:) Czemu na szybko? A no bo pakuje siebie, Bąbla i ruszamy na drugi koniec Polski, w moje rodzinne strony, gdzie nie było nas prawie rok. I żeby nie było tak wesoło to (nie)zawodne PKP postanowiło nam podróż uatrakcyjnić o dodatkową przesiadkę, tak, ze z dzieckiem i bagażem będę w pocie czoła przemierzać odmęty warszawskich dworców. Ale niech tam, co Cię nie zabije i tak dalej. Co zabieramy ze sobą do poczytania? Ja wybrałam dla siebie "Przywróconych" bo aż się na ich widok ślinię, dla Natka natomiast wzięliśmy "Pożyczalscy idą w świat" z pięknym ilustracjami Emilii Dziubak, żeby rytuałowi co wieczornego czytania przed snem stało się zadość, bo to książka gruba, a takie lubimy. Mam tez nadzieję poczytać trochę ebooków, które tworzą kuszącą kolejkę na moim komputerze. Może czytnę se "Mrocznego anioła" czy "W słusznej sprawie". 
   No dobra, oglądajcie, czytajcie. Polecajcie, odradzajcie. Możecie mnie polubić na FACEBOOKU, będzie mi niezmiernie miło widzieć każdego z Was na mojej stronce. A - i trzymajcie kciuki bym jakoś się jednak w tej Wawie pomyślnie przesiadła razy dwa;) 
1) Tysiąc wspaniałych słońc - Khadel Hosseini - ostatnia już książka, które dostałam jako nagrodę w konkursie Albatrosa na opowiadanie. Poprzednie dwie prezentowałam Wam wcześniej. Mam straszną chrapkę na tego autora, bo wiele dobrego się o nim naczytałam. Znacie coś jego pióra? Dajcie znać co o nim myślicie. 
2) Szepty lasu - Charles Frazier - recenzyjna dla LC - fajna książka, mroczne, trochę przypominające McCarthy'ego klimaty. Męska proza dająca do myślenia z romansem w tle. Ale niebanalnym romansem (mam nadzieję, bo jestem póki co w połowie). I ta obłędna okładka :)
3) Afrykańskie równanie - Yasmina Khadra - recenzyjna dla LC - bo wszystko co afrykańskie to kuszące, uwielbiam ten kontynent, choć często muszę się mierzyć podczas lektury z bólem jego mieszkańców. I to będzie chyba właśnie jedna z tego rodzaju książek. 
4) Samolot bez niej - Michel Bussi - recenzyjna dla LC - tak, tytuł nie  trafiony; nie żebym zagłębiała się w fabułę, ale od razu widać. Okładka przepiękna i ciekawa jestem jak będzie prowadzona akcja i odsłaniane kolejne fakty, choć czytałam różne recenzje, od pełnych zachwytu po pełne rozczarowania. Znacie? Lubicie?
5) Zniewolony - Solmon Northup - recenzyjna dla LC - przeczytałam już dość dawno, recenzja wkrótce; świetna powieść powiem Wam, bardzo mnie wciągnęła. Nie jest łatwa, bo liczne sceny okrucieństwa są opisane dość realistycznie, lecz fakt, że jest to jedyne znane mi świadectwo naocznego świadka i uczestnika niewolnictwa w USA sprawiło, że była to dla mnie niezwykła i ważna lektura.
6) Przywróceni - Jason Mott - recenzyjna dla LC - mam, mam, wreszcie mam i ciekawa jestem jej niesamowicie. Pomysł na fabułę z nóg mnie zbił, choć zapał studzą niektóre mało entuzjastyczne recenzje. Zamierzam się wkrótce za nią zabrać i mam nadzieję, że się nie zawiodę.
7) Księga przeznaczenia - Parinoush Saniee - recenzyjna dla LC - przeczytana szmat czasu temu opowieść o losach kobiety w kraju targanym rewolucją, w którym kobieta znaczy tyle, ile znaczyć pozwolą jej mężczyźni. Naprawdę ciekawa książka, o niezwykłej sile, odwadze i wielu cierpieniach, które musi unieść bohaterka. I o szczęściu, co nie chce nadejść. Polecam.
8) Jej wszystkie życia - Kate Atkinson - recenzyjna dla Czarnej Owcy - przeczytana, zrecenzowana (poprzedni post), podobała mi się. Bardzo ciekawy pomysł na konstrukcjęę powieści, bardzo oryginalny. Powieść wciąga. Jedyny minus to... a nie powiem, przeczytajcie recenzję;)
9) Wyspa skarbów - Robert Louis Stevenson - recenzyjna dla LC - czytamy ("o pijatach", jak to mawia Natan). Klasyka, ale muszę Wam powiedzieć, że się chyba trochę dezaktualizuje. Ja nie rozumiem większości fachowych żeglarskich określeń, których używa narrator, a że zrozumie je paro czy paronastoletni chłopak (potencjalny odbiorca książki) to mi się po prostu wierzyć nie chce. No, może jakiś zapaleniec marinistycznych klimatów. I ostrzegam - powieść mało pedagogiczna - są zabójstwa, przekleństw nam autor nie szczędzi, a rum się leje wprost z beczki i nikt nie udaje, że to mineralna (ale nie ma tego złego - może jeszcze to utrzyma uwagę młodych czytelników;)).
10) Zagadki jeża Peppe. Orzechy - Rozalia Niedźwiecka - recenzyjna dla LC - kolejna książka z serii o przesympatycznym jeżu detektywie. Tym razem Pepe pomaga wiewiórce szukać orzechów. Piękna szata graficzna, cudna jesienna kolorystyka, brązy i nasycone pomarańcze. Cudeńko książeczka, już polecamy. 
11) Bardzo proste abecadło - Agnieszka Bałdyga, Edyta Marszałek - właściwie nie książka, ale rzecz z czytaniem nierozerwalnie związana. Karty do poznawania literek ze zwierzętami, genialne w swej prostocie, grafika cudna. Podbiły nasze serca, recenzja wkrótce. 

wtorek, 8 kwietnia 2014

Jej wszystkie życia - Kate Atkinson

   Powieść Atkinson to jedna z najbardziej nietypowych powieści, jakie dane mi było kiedykolwiek czytać i to właśnie przez wzgląd na tę swoją nietypowość zwróciła na siebie moją uwagę. Choć ktoś mógłby powiedzieć, że książkę o tak nieuporządkowanej, rwącej się, no mówiąc wprost, poplątanej nici fabularnej, napisać mogła tylko bardzo niezdecydowana kobieta, to jednak ja uważam, iż wymaga ogromnej samodyscypliny i konsekwentności takie lawirowanie pomiędzy niezliczoną ilością żyć swej bohaterki, które różnią od siebie tylko delikatne niuanse i eteryczne szczegóły, czasem wręcz nieuchwytne, prowadzące do zupełnie odmiennych skutków. Ja bardzo lubię takie eksperymenty, takie innowacje w zakresie zabawy formą, więc czytanie "Jej wszystkich żyć" było dla mnie bardzo przyjemnym doświadczeniem, tym bardziej, że autorka radziła sobie ze swymi założeniami naprawdę bardzo sprawnie. 
   Obawiałam się, że książka będzie mnie nudzić. Czym? Ano wielokrotnymi początkami, ciągłymi powrotami do określonego punktu wyjścia - autorka bowiem kilkukrotnie powraca do jakiegoś punktu zwrotnego w życiu głównej bohaterki, Ursuli Todd i rozpoczyna snucie opowieści od nowa. Pięcio- czy sześciokrotnie (o ile nie więcej razy) przeżywamy na przykład wydarzenia dnia 11 lutego 1910 roku, kiedy to na świat przyszła trzecia z pięciorga dzieci Sylvie i Hugh. Kilka razy podglądamy Ursulę w czasie jej o tyle zaskakującego, co intymnego spotkani a z kolegą starszego brata, Maurice, które to spotkanie, za każdym razem mające inny przebieg, prowadzi do zadziwiająco innych skutków w życiu dziewczyny, ale też jej bliskich i znajomych. Jak więc było z tą nudą? Ano nudy nie było. Atkinson bowiem w takie sposób powraca do wydarzeń, które już znamy, że albo streszcza je do minimum, albo naświetla zupełnie inne aspekty życia bohaterów, uzupełniając powieść raczej, niż ją przepisując, wzbogacając ją o wiele interesujących szczegółów.
   W wielu recenzjach książki, które czytałam, pojawiały się głosy, iż ciężko się połapać w dużej ilości postaci, dygresji czy wątków pobocznych, które towarzyszą lekturze. Ja tych odczuć zupełnie nie podzielam. Albo mnie to zupełnie nie przeszkadzało, albo bardziej zagmatwane pod tym względem książki już czytałam. Generalnie autorka bazuje na kilkudziesięciu bohaterach, jeśli powołuje do życia nową postać, to dokładnie nam ją przedstawia. Zresztą postaci u Atkinson są bardzo starannie skonstruowane, główni bohaterowie są charakterni, mają niepowtarzalne, różnorodne osobowości od dobrodusznej Pameli, siostry Ursuli, poprzez jej kochającego i opiekuńczego ojca, władczą i malkontencką matkę Sylvie, aż po złośliwego i bezdusznego starszego brata Maurica. Tak samo ma się sytuacja z bohaterami drugoplanowymi, każdy z nich to wyróżniająca się z tłumu jednostka. W trackie ponad 560-stronicowej lektury nie sposób się z nimi nie zżyć, ich losy bardzo czytelnika poruszają - wzbudzają jego sympatię czy odrazę - a na pewno nie pozostawiają obojętnym. Z jednym małym wyjątkiem. Nie wiem, czy tylko ja miałam takie wrażenie, że główna bohaterka to jedyna postać potraktowana przez autorkę jakoś tak po macoszemu. Dla mnie była ona totalnie bezbarwna. Mimo przeżywania z nią jej żyć, co jednak powinno poskutkować wytworzeniem się jakiejś tam więzi, ja na wspomnienie Ursuli wzruszam ramionami. No była. Tyle. Zastanawiam się na ile zabieg ten był celowy (o ile w ogóle był) i czy autorka czasem nie chciała w ten sposób pozwolić nam na wczucie się w rolę głównego bohatera i zastanawianie się, jak my w danej sytuacji byśmy postąpili; no ale o to trzeba by już samą autorkę zapytać.  
  Ciekawe jest również to, co sama bohaterka czuła, przeżywając tak wiele swoich żyć. Autorka nie sili się na wyjaśnianie nam fizycznych zawiłości takiego zjawiska. Zero teorii na ten temat. Nie jest jednak tak, że Ursula każde życie zaczyna od mentalnej tabula rasy. Ona w jakiś metafizyczny sposób jest świadoma tego, że żyje nie tylko raz. Mało tego - ona pamięta, choć niejasno, poprzednie życia. Zna konsekwencje czynów, które zostały w jej poprzednich życiach dokonane i wie, co należy zmienić, by aktualne życie potoczyło się zupełnie inaczej. Kłopot tylko w tym, że nie zawsze inaczej znaczy lepiej, a niekiedy musi wybierać między większym a mniejszym złem, czy między krzywdą jednej a innej osoby.
   "Znała skądś ten głos. I nigdy wcześniej go nie słyszała. Przeszłość zdawała się naciekać na teraźniejszość, jakby coś się gdzieś rozszczelniło. A może to przyszłość przeciekała do przeszłości? Tak, czy inaczej, był to jakiś koszmar, jakby jej mroczny wewnętrzny pejzaż nagle się zmaterializował. To, co w środku, znalazło się na zewnątrz. Czas uległ zwichnięciu, to  jedno było pewne.(...) Kiedyś już tu była. Nigdy tu nie była. "*
 Deja vu - to zjawisko chyba najdokładniej opisuje pojęcie Ursuli o tym, co się z nią dzieje. Często bez powodu strach bierze ją we władanie, często zna różne miejsca, choć wcześniej w nich nie była, ma przebłyski zdarzeń, które były jej udziałem, choć wcale ich nie przeżyła; przynajmniej nie w tym życiu. Rodzice martwią się o nią, posyłają ja do psychologa; ona jednak w końcu uczy się żyć ze swą "przypadłością" i próbuje ujarzmić los, by stał się łaskawszy dla niej i jej bliskich. 
   Dziewczynka przychodzi na świat w urokliwym, dziewiczym Fox Corner, położonym na głębokiej angielskiej prowincji domu usytuowanym w iście sielskim położeniu, gdzie strumyk szemrze pośród łąk i polan. Jej życie (a właściwie życia) nie przypominają jednak w najmniejszym stopniu sielanki - razem z Ursulą przeżywamy bowiem epidemię zabójczej grypy, jesteśmy świadkami ech pierwszej wojny światowej, która dotknęła ją za pośrednictwem ojca, który brał w niej udział, oraz miejscowych wiejskich chłopaków, oblubieńców służącej Toddów, Bridget, którzy a to ginęli na wojnie, a to wracali z niej w opłakanym stanie. Na niebiańskie Fox Corner padają liczne cienie tajemniczych zabójstw, niechcianych ciąż, porzuconych dzieci i niespodziewanych  śmierci... Jednak prawdziwe piekło rozpętuje się w 1939 roku. Wtedy przeżywamy z Ursulą iście dantejskie sceny podczas bombardowań Londynu, ale także mamy okazję stanąć twarzą w twarz z Hitlerem. 
   Lektura "Jej wszystkich żyć" niewątpliwie skłania do refleksji. Często bowiem przyznajemy z perspektywy czasu, że gdybyśmy mogli powrócić do jakiegoś momentu w życiu postąpilibyśmy zupełnie inaczej. Czy jednak zawsze ta zmiana zadziałałaby na naszą korzyść? W powieści fabuła kształtuje się za każdym razem zupełnie inaczej, a bieg wydarzeń potrafią zburzyć najmniejsze szczegóły, jak choćby wyjście ze schronu przeciwbombowego po to, by uratować pozostającego na podwórzu psa, czy wymierzenie natrętnemu koledze Maurica policzka, gdy ten usiłował przymusić dziewczynę do współżycia. Bardzo podobało mi się w tej opowieści, iż mogłam poznawać alternatywne scenariusze, który przyjmiemy za prawdziwy, to już nasza sprawa. Jest jedno "oficjalne" życie Ursuli, ale przecież nic nie stoi na przeszkodzie, byśmy wybrali dla niej inne. Wydarzenia, które miały miejsca w przededniu II wojny światowej prowokują do refleksji, jak niewiele trzeba, by całkowicie odmienić nie tylko jednostkowe losy ludzi, ale nawet losy całego świata. Bo co, gdyby na przykład nasza bohaterka, będąc przyjaciółką Ewy Braun i mając dostęp do Fuhrera, pozbawiła go życia?
   "Jej wszystkie życia" ukazują nam, że nic w życiu nie leży w gestii przypadku, czy zbiegu okoliczności. Nie. To my, ludzie, jesteśmy w pełni odpowiedzialni za własny i nie tylko własny los poprzez wybory, jakich dokonujemy. Nikt jednak nie potrafi przewidzieć jakie skutki przyniosą jego decyzje w przyszłości. Bo tę zasłania czarna kurtyna.  Wszystko to strasznie skomplikowane. Ale generalnie, jak to stwierdziła Sylvie, "(...) w zasadzie chodzi o to, aby spełniły się nasze marzenia".**
*s. 547-548
**s. 70
Książkę otrzymałam do recenzji od:
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Czarna Owca, Warszawa 2014.
Wydanie: I.
Ilość stron: 564.
Tytuł oryginału: "Life After Life"
Przekład: Aleksandra Wolnicka
Moja ocena: 5/6