piątek, 26 kwietnia 2013

Istnieją te trzy: moralność, etyka i przyjaźń - Mój przyjaciel najemnik - James Brabazon

  Znacie ten kawał? "Wykładowca dziennikarstwa pyta studentów: jesteście świadkami tonięcia łodzi transportującej emigrantów, możecie ich uratować lub zrobić im zdjęcia. Jaką ostrość aparatu wybierzecie?" Książka Brabazona zdaje się być świetną odpowiedzią na to pytanie o etykę dziennikarską i ludzką moralność. Odpowiedzią tak szczerą, jak i brutalną. Autor idzie nawet krok dalej i ustawia tę przysłowiową ostrość pośród wojennej zawieruchy, gdy kule świszczą mu koło ucha. Naraża życie, by odzyskać zgubione podczas ucieczki taśmy; nie waha się położyć na szali własny los byleby tylko zrobić materiał. Jednak główną inspiracją do napisania książki były dla autora nie wojenne perypetie, a pewna osobliwa przyjaźń, która się w ich czasie nawiązała. Przyjaźń kontrowersyjna, obwarowana wieloma dylematami, a jednak w proch je obracająca. Przyjaźń ponad wszystko.
   James Brabazon i Nick du Toit poznali się podczas pierwszej wyprawy autora-dziennikarza do ogarniętej wojną domową Liberii. James pragnął przeniknąć do grupy partyzantów walczących z reżimem Charles'a Taylora, by tam nakręcić unikatowy materiał, który miał przynieść mu sławę w reporterskim świecie, liczne kontrakty oraz, co za tym idzie, spore zyski. Nicka zatrudnił za poręczeniem znajomych, jako swego ochroniarza. Początkowa doza wzajemnej nieufności i ostrożności przekształciła się pod wpływem rozlicznych wspólnych afrykańskich przygód w coś zgoła odmiennego. Ale czy można pozostać obojętnym wobec osoby, która dzieli z tobą twój los nawet kiedy jasno jej mówisz, iż prawdopodobnie nic z tego mieć nie będzie, bo właśnie wszyscy sponsorzy się wycofali i zostaliście "na lodzie"? Czy można nie poczuć choć cienia sympatii do kogoś, komu zawierzamy własne życie i kto chroni je bezustannie narażając swoje? Kogoś z kim przegadało się długie godziny chociażby z nudów, z kim jadło się niejadalną wręcz strawę? Kogoś, kto w końcu, wlókł nas "na stronę" by pomóc się wypróżnić i dbał o nas podczas ataku malarii? Takie przeżycia cementują relację, budują więź z innym człowiekiem, nawet gdy ten ma nie wiedzieć jak szemraną przeszłość i nie wiedzieć ile ludzkich istnień na sumieniu. 
   Nick du Toit był bowiem najemnikiem. Czyli, parafrazując autora, walczył za cudze pieniądze o sprawy, które były mu zgoła obojętne. Taki płatny wojenny zabójca, którego morale znieczula solidny zastrzyk gotówki zaaplikowany mu przez najemcę. Nie trzeba więc być etykiem, by czuć dysonans pomiędzy szczerością  w wzajemnych relacjach z taką osobą a koniecznością usprawiedliwiania tej przyjaźni przed opinią publiczną (co się autorowi czasem zdarzało) oraz własnym sumieniem (co było rzeczą nagminną). 
"Im bardziej moje życie zawodowe wiązało się z postacią Nicka, przed tym trudniejszymi wyborami stawałem. Obawiałem się więc, że zatracam poczucie higieny moralnej, zamiast jasno opowiadać się po słusznej stronie, zawierałem sam ze sobą kompromisy. Poważnie brałem pod uwagę możliwość zabicia dziecka, zgodziłem się sfilmować zamach stanu. Kiedy za pierwszym razem uciekłem z Liberii nie potrafiłem rozpoznać twarzy w lustrze jako swojej."*
Jednakże urocze usposobienie  Nicka, jego dobroć i życzliwość dla autora sprawiały, iż zepchnął on ciemną stronę biografii przyjaciela w odmęty pamięci i począł wdawać się z nim w coraz to nowe przygody i snuć wspólne, nie do końca legalne (delikatnie mówiąc) plany. 
   Plany, które się nie powiodły. Które wystawiły ich przyjaźń na próbę; które wymusiły zmianę narracji z opowieści o dziennikarstwie wojennym na skrupulatne, sumienne i żmudne dziennikarstwo śledcze. James, który dziełem przypadku nie stawił się jak było to zaplanowane w szeregach najemników mających dokonać zamachu stanu, który on miał kamerować mógł przecież mianować się szczęściarzem, zapomnieć o wszystkim i żyć jakby nigdy nic. On jednak tymczasem wyrusza do Afryki, by szukać sprawiedliwości i walczyć o prawdę dla swojego przyjaciela, który został uwięziony w Playa Negra, jednym z cieszących się najgorszą sławą więzień. Narzędziem w tej walce jest jego mikrofon. Zmiana ta zdecydowanie mnie nie pocieszyła, gdyż nie jest to typ opowieści, który chłonę. Trochę się tu gubiłam - to ogromne nagromadzenie nazwisk, faktów, przesłanek i politycznych niuansów. To zdecydowanie nie dla mnie... Daje to jednak pojęcie o profesjonalizmie autora, o jego zawziętości i pasji, które mogą okazać się cenne dla osób o odmiennych niż moje preferencjach. 
   Przyznam szczerze, że ja czytałam tę książkę raczej jako praktyczny traktat o moralności w warunkach polowych. Dużo się mówi na sucho o tym, co czarne, a co białe; co uchodzi dziennikarzowi, a co jest już nadużyciem. Kreśli się linie, wytycza szlaki, jednak kiedy jest się wrzuconym w wir wydarzeń, w samo oko wojennego cyklonu, nie ma się czasu na przerzucanie stron kodeksu, ba, nie ma czasu nawet na zastanowienie się. Górę biorą instynkty; przeżyć i nakręcić. Brabazon mi to uświadomił bez zbędnego owijania w bawełnę, brutalnie i jakże namacalnie, pisząc o tych wszystkich egzekucjach, które kamerował bez namysłu, o obieganiu z kamerą wokół konających partyzantów, skupiając się li i jedynie na technicznej stronie najkorzystniejszego ujęcia czarnoskórych ludzi w ciemnym pomieszczeniu... Autor obnaża przed czytelnikiem najintymniejsze oblicza własnej osoby; wyjawia to, co raczej wolimy przemilczeć i pierze brudy swej naznaczonej Liberią duszy 
"Afryka Zachodnia niebezpiecznie odchyliła igłę mojego moralnego kompasu. A zależało mi na tym , by wskazywał właściwy kierunek"** 
   Muszę przyznać, że dawno już nie czytałam książki, która wzbudziłaby we mnie tak skrajnie ambiwalentne odczucia. Dlaczego? Bo z jednej strony wymęczyła mnie ona przeokrutnie, szczególnie w końcowej części "śledczej", gdzie nagromadzone tropy, przeplatane nazwiskami i faktografią, zlewały mi się ze sobą i traciły ostrość, szczegółowość drażniła a stężenie istotnych detali przyprawiało o zawroty głowy. Nie moja bajka, krótko pisząc. Ale, i to druga strona medalu, czegokolwiek by o twórczości Brabazona nie napisać, niczego poza tym, że w moim przypadku nie trafił na do końca właściwego odbiorcę zarzucić mu nie mogę. Wręcz przeciwnie. Poraził mnie przede wszystkim swą szczerością i bezpośredniością w podejmowaniu tematów tabu, zainteresował arkanami sztuki dziennikarskiej, która w jego książce pokazana jest od kuchni. Przerażający i brutalny reporterski metatekst. 
Tekst stanowi oficjalną recenzję napisaną dla serwisu LubimyCzytać.pl
*s. 307
**s. 99.
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: WAB, Warszawa 2012.
Wydanie: I.
Ilość stron: 510.
Przekład: Stanisław Kroszczyński.
Tytuł orginału: "My Friend the Mercenary"
Język orginału: angielski.
Data powstania: 2010.
Moja ocena: 4/6.

poniedziałek, 25 marca 2013

A wszystkiem winna ta wstążka, wstążka w kolorze krwi - "Ladacznica" - Emma Donoghue

  "Ladacznica" to historia krótkiego acz niezwykle burzliwego życia Mary Saunders, nastolatki zamieszkującej XVIII-wieczny Londyn, istoty zbuntowanej, nonkonformistki zupełnie nie przystającej do swoich czasów, która nade wszystko pragnęła piękna połyskliwych satyn i wytwornych haftów. Namiętność ta determinowała każdy jej krok, nieuchronnie wiodąc ku przepaści. 
   Główna bohaterka powieści Donoghue zostaje nam przedstawiona jako zwyczajna nastoletnia dziewczyna mieszkająca w obskurnej londyńskiej suterynie wraz z matką, ojczymem i przyrodnim bratem; uczęszczająca do szkoły, która miała ją przygotować do zawodu służącej bądź szwaczki, a przez resztę czasu pomagająca matce w szyciu właśnie, czym nieudolnie usiłowały zarobić na chleb.  Od samego jednak początku dziewczyna wiedziała, że nie tak pragnie żyć. Wszystkie jej marzenia i tęsknoty zmaterializowały się pewnego dnia w postaci szkarłatnego kawałka materiału wpiętego w perukę zauważonej na ulicy pięknej ladacznicy. Wstążka koloru krwi - przedmiot największego pożądania, a zarazem wrota do zguby. Wrota, które Mary przekroczyła płacąc zań swym ciałem ulicznemu handlarzowi nocą w zaułku. Miała wtedy trzynaście lat, a do swej transakcji otrzymała bonus w postaci rosnącego w jej brzuchu dziecka. Oparcia w rodzinie niestety nie znalazła - matka dowiedziawszy się o ciąży córki wyrzuciła ją na bruk, życząc jej wszystkiego co najgorsze i się jej wyrzekając.  
  Odtąd Mary Saunders poznawała życie od podszewki. Zarówno dosłownie, jak i w przenośni. Znaleziona ledwie żywa w rynsztoku przez właścicielkę ów słynnej wstążki, dziwkę Doll Higgins, dziewczyna raz na zawsze zeszła z drogi cnoty. Odtąd:
   "Nie było takiej rzeczy, której Mary Saunders nie mogłaby się nauczyć, do której nie mogła się nagiąć i której nie potrafiłaby zrobić,  jeśli tylko dostałaby za to pieniądze."*
Jej wybawicielka Doll stała się zarazem jej mentorką odsłaniającą przed nią arkana i tajniki tego najstarszego zawodu świata z szyderczo-lubieżnym uśmiechem na ustach. Była skarbnica życiowych mądrości, drogowskazem, który prowadził Mary przez życie jeszcze długo potem, gdy drogi dwóch kobiet rozeszły się na zawsze. W końcu była jej przyjaciółką,  jedyną istotą  na całej, ogromnej kuli ziemskiej, którą obchodził los młodej dziewczyny. Mary Saunders podczas niespełna dwóch lat swego życia na ulicy doświadczyła wszystkich niemal możliwych jego cieni i blasków, przy czym tych pierwszych było zdecydowanie więcej. W końcu jednak życiowa zawierucha zagoniła Mary do rodzinnej miasteczka jej matki - Monmouth. Tam, gdzie nikt jej nie znał otrzymała szansę rozpoczęcia wszystkiego od nowa.  Mogła zdobyć zawód, założyć rodzinę, zyskać społeczny szacunek. Jednak wtedy obudziły się drzemiące w niej demony...
   Donoghue swą powieścią zadaje czytelnikowi pytanie o świat i życie. O wpływ rzeczywistości zastanej na człowieka, o miejsce ludzi w historii. Bo rozstrzygnąć, kto jest winowajcą w potyczce Mary kontra jej czasy jest zaiste trudnym zadaniem. Panna Sunders bowiem to nie typowa famme fatale, to nie wytrawna intrygantka, która nie cofnie się przed niczym, by osiągnąć upragniony cel, to nie uosobienie wszelkiego zła, jakie kiedykolwiek stąpało po tej ziemi przyobleczonego w kuszące kształty. Nie. Mary Saunders to dziewczyna do bólu zwyczajna, wrażliwa i ciepła, która być może w innych okolicznościach dokończyłaby swych dni otoczona gromadką wnuków i kochających dzieci. Jej jedynymi przewinami był brak obłudy i hipokryzji uważanych za cnotę w epoce, w której żyła oraz ogromna słabość do pięknych ubrań. I tyle. A że wplątując się coraz bardziej w sieci utkane ze społecznych konwenansów czyniła wszystko, by ratować w pierwszej kolejności siebie; cóż, tak nakazuje instynkt samozachowawczy. I naprawdę ciężko jest powiedzieć, kiedy się to młodziutkie dziewczę w tym wszystkim pogubiło. 
   Osiemnastowieczny Londyn, w ogóle osiemnastowieczny świat nie był miejscem przyjaznym Mary ani jej podobnym osobowościom, które pragnęły szczęścia na przekór wszystkiemu. Ostro zarysowany podział na panów i służących wymuszał na ludziach wpasowanie się w wielkie tryby poruszające tym światem, na który przychodzili. Jeśli nie umieli lub nie chcieli tego uczynić, maszyna miażdżyła ich prując całą parą. Donoghue niemal na każdej stronie akcentuje ów signum temporis. Bardzo obrazowo odmalowuje ówczesne tło społeczne czy to na przykładzie pensjonariuszek szpitala św. Magdaleny w scenie mszy świętej, czy na przykładzie postaci czarnoskórej trzydziestoletniej służącej Jones'ów - Abi i sceny, w której ta prosi o przyznanie jej pensji, czy w końcu relacji między Mary a panią Jones, która rzekomo kochała dziewczynę jak matka, ale kazała jej zwracać się do siebie per madam. 
   Emma Donoghue zaludnia swą powieść korowodem niezwykle wielowymiarowych i bardzo autentycznie wykreowanych postaci, które mnie osobiście nieodmiennie przekonywały. Chyba największe brawa należą się według mnie autorce za postać Doll Higgins, zepsutej dziwki i pozbawionej zasad ulicznicy, która okazuje się najwrażliwszą, najbardziej litościwą i miłosierną osobą, jaką spotyka na swej drodze Mary. Doll ma dla nieznajomej dziewczyny dużo więcej serca, niż jej własna matka. Ale to nie cechy charakteru są siłą tej postaci, a jej osobowość i styl bycia. Nie jest to jedna z licznych postaci autentycznych w powieści a jednak moim zdaniem jest najlepszą literacką postacią drugoplanową, jaką pamiętam. Na jej tle  kreacja Mary wygląda szaro i nijak. Dopiero po odebraniu jej przez autorkę powieściowych pierwszych skrzypiec czytelnik (przynajmniej ja) jest w stanie się skupić na głównej bohaterce. Doll dostała od pisarki ogromną moc, dzięki której wyryje się na długo w pamięci czytelnika; wrażenie przez nią wywołane długo nie zblaknie. 
   Bardzo, ale to bardzo podobała mi się najnowsza powieść autorki "Pokoju". Mimo, że tak niezwykle smutna, to skłaniająca do wielu refleksji. Przemyślana, napisana z wielką świadomością, urzekająca celowością wszystkich epizodów składających się na spójną fabułę. Przeszłość współgra tu z teraźniejszością narracyjną, wszystkie zawieszone w czasie wątki poboczne znajdują swoje miejsce w fabularnym finale i zgodnie grają marsz żałobny, będący godnym podkładem dla losów prawdziwej Mary Saunders, której zachowane skrawki życiorysu zainspirowały autorkę. Muszę szczerze przyznać, iż zjawisko tworzenia alternatywnych fabularyzowanych biografii dla postaci historycznych bądź legendarnych jest czymś, co mnie bardzo w literaturze fascynuje. To takie wskrzeszanie danej postaci, pozwalanie jej ponownie przemówić, poruszyć ludzkie serca czy rozliczyć się z mitami, jakie wokół nich urosły. To ocala je od zapomnienia. I nie istotne jest dla mnie zupełnie, jak wiele prawdy zawierają artystycznie potraktowane losy bohatera. Zresztą sama autorka zabiera głos na ten temat kilkakrotnie posługując się w powieści cytatem, który wypowiedziała panna Saunders: "Książki są pełne kłamstw"**. Mnie intryguje pewnego rodzaju intymna relacja, jaka wytwarza się, jak mniemam, między autorem, a postacią, której "dedykuje" swą powieść. "Ja ci daję drugie życie, a ty mi historię, którą pragnę opowiedzieć". Ta, tak mi się zdaje osobliwa odpowiedzialność... Gdybym mogła zadać autorce jedno pytanie, niewątpliwie brzmiałoby ono: "Jak często miała pani wrażenie, że Mary podczytuje pani zapiski przez ramię?"

środa, 20 marca 2013

Wymiankowy stosik na Zająca. Dzięki Irciu:*

   Przyszedł dziś do mnie Zając, to znaczy listonosz, ale miał dla mnie paczkę od Zająca. No nie od prawdziwego Zająca Zająca, ale od Irenki. No sami widzicie, że to skomplikowane... No więc jak już ten Zając przez "iście wielkanocny", zaspowy pejzaż przekicał, taką oto przesyłkę na ręce Męża mego złożył. Zwykłą, szarą, nieciekawą. I wszystko obeszłoby się zapewne bez echa, gdyby nie szósty zmysł dziecięcia mego, który mu podpowiadał, że w tym niepozornym pakunku skarb jakowyś kryć się musi (ma Małe nosa:)). W te pędy więc Dziecię pognało po "niuuu" i za nic sobie tajemnicę korespondencji i tego typu banialuki mając, poczęło zgłębiać papierowe zwoje techniką "na desperata".
   Kiedy Synu z sił całkiem opadło i zrezygnowane nożem o podłogę w geście bezradności całkowitej rzuciło, do akcji Matka niemniej zdesperowana nożyczki chwyciwszy wkroczyła. Patrz i się Młody ucz i rach, ciach, kurtyna tajemniczości opadła, ukazując takie oto apetyczne wnętrze:
   Małe początkowo gorzki zawód przeżywszy (bo jak to, żadnych zabawek, brumów żadnych, czy puzzli dla niego jak to zwykle w podobnych razach bywa nie ma?) szybko trzeźwo sytuację oceniwszy poczęło słodycze łapczywie przechwytywać. I ledwo, ale to ledwo uprosiłam żem go, żeby mi tak tylko na chwilkę tyciutką ich do zdjęcia użyczył. Zadowolony nie był, ale cóż, słowo się rzekło...
    Kiedy więc już Matka bzdurne swe rytuały nad jego łupem poodprawiała, Dzieć, zgarnąwszy co jego, do pałaszowania przystąpił i tyle go widzieli. Dolę swoją w postaci 3bita otrzymał też Mąż, za co podziękować kazał co też niniejszym czynię. Mnie czekolada została, na której swą wolę silną ćwiczyć zamierzam, bo nie bardzo Tygryski tego typu rzeczy mogą, a bardzo lubią.
Edit: czekoladę otworzyłam... ech... mniammmm......:)
No i na sam koniec stosisko zacne, które cieszy mnie niezmiernie całe razem i każda jego część z osobna i wertuję je i przewracam i wącham i kartki głaszczę i okładki podczytuję... No oszalałam z radości. Dzięki Irenko. Teraz na swego Zająca z kulawą nogą czekaj. Spóźniony, ale przyjdzie:*
1) Zgubiona przeszłość - Jodi Picoult
2) Accabadora - Michela Murgia
3) Zew pustyni - Teresa Fortis
4) Czarownica - Anna Klejzerowicz
5) Wszyscy jesteśmy nomadami - Małgorzata Dzieduszycka - Ziemilska
6) Rącze konie - Cormac McCarthy
7) Sezon maczet - Jean Hatzfeld
8) Przerwane milczenie - Melissa G. Moore, M. Bridget Cook

piątek, 8 marca 2013

"(...) ślad duszy zostaje w skale"* - Pieśń Aborygenki - Ros Moriarty

   Zhomogenizowaliśmy się. Kto? My wszyscy, dzieci cywilizacji, świata obywatele, kosmopolici. Odcięliśmy się od korzeni, a jeśli nie, to trzymamy się ich wątłymi resztkami sił. Tradycja? Kto by się nią przejmował... i zamieniamy nasze święto zmarłych na Halloween  Regionalizm? Ale to takie passe i obciach w dodatku... Żyjemy w globalnej wiosce.  Ale to nie byłoby problemem, skoro nam z tym dobrze. Problem tkwi gdzie indziej. Bo przecież: "kto nie jest z nami, ten jest przeciwko nam". Tak, znamy, znamy, syndrom ten mamy. A jak wiele szkód wyrządza w praktyce galopujący urbanizm uświadomiła mi na przykładzie sytuacji Aborygenów Ros Moriarty w swojej mocno refleksyjnej i dającej do myślenia książce.  
   Na początku zaznaczyć muszę, że książka mnie miejscami zawiodła. Przygotowana na duchową podróż, na odkrycia licznych fundamentalnych tajemnic i filozoficzne rozważania czułam się, jakby dano mi zaledwie polizać lizaka przez papierek. Tak, bo kwestie duchowości, mitologii czy obyczajowości Aborygenów, czyli to, co mnie do tej opowieści zwabiło, autorka załatwiała mocno pobieżnie, powierzchownie i jakoś tak po macoszemu. Ok, Prawo zabraniało jej zdradzania sekretów rytuału, ale i tak mam wrażenie, że książka jest nie do końca przemyślana, a zadania, jakie przed sobą postawiła jej twórczyni zdecydowanie ją przerosły. Ros Moriarty uzurpuje sobie prawo do bycia w jakimś stopniu rzeczniczką reprezentantów tej ginącej kultury na świecie, a tymczasem czytając jej zapiski czuje się niemal namacalnie, że sama jej nie rozumie. Nie rozumie, nie do końca akceptuje, traktuje jak coś, o czym owszem, można poopowiadać, ale żyć tak by nie mogła i zapewne nie chciała. Zdystansowanie autorki do świata, który prezentuje czytelnikowi czyni jej historię niezbyt przekonującą. Partie dotyczące duchowości Aborygenów wypadają blado na tle fragmentów dotyczących historii ich relacji z białymi, na tle rozmów o ich ówczesnej kondycji, a nawet w porównaniu do sprawozdań z działalności jej studia designu. No niestety. Australii doświadczyłam tylko przez szybkę i niedosyt czuję.
   Nie można natomiast odmówić autorce socjologicznego zacięcia z jakim naświetla czytelnikowi ówczesną sytuację rdzennych mieszkańców Australii. I nie jest to zdecydowanie optymistyczna wizja; ta jedna z najstarszych ziemskich kultur znajduje się u kresu istnienia, a wszystko za sprawą ludzkich rąk. Białych ludzkich rąk, które plądrowały, łupiły, wyzyskiwały, grabiły, mordowały i dopuszczały się jeszcze wielu innych bezeceństw na bezbronnych, żyjących w zgodzie z naturą i własnymi obyczajami Aborygenach. To uświadamia i porusza czytelnika, mnie przynajmniej. Zapaliło mi to w głowie czerwoną lampkę i o sto osiemdziesiąt stopni odmieniło wyobrażenie o Aborygenach, jako beztroskich mieszkańcach dziewiczych rejonów wiodących sielankowe życie. Otóż oni mają problemy i to nie byle jakie. 
   Moriarty pisze o porwaniach dzieci zrodzonych z związków Aborygenów z białymi, których dopuszczali się ci drudzy pod przykrywką ich nawracania, cywilizowania i dawania im "szansy na lepsze życie". Bolesne doświadczenia "skradzionych pokoleń" są autorce szczególnie bliskie, gdyż w szeregach dzieci, które dzieliły taki los znalazł się jej mąż John. Jego dzieciństwo upłynęło pod znakiem ciągłej tęsknoty za rodziną, którą mu odebrano oraz głodu,  ciągłego marznięcia w porwanych butach i zbyt lekkich ubraniach, wykorzeniania wiary jego przodków w nim zakotwiczonej czy mieszkania w zimnej i ciemnej piwnicy. 
"Musiał dorosnąć wcześniej niż inne dzieci: zdecydował wtedy, że wytrwa, że nic nie będzie w stanie go złamać. Ani bicie gumowym wężem, kiedy był zupełnie nagi i ociekał wodą spod prysznica, ani konieczność wykopania grobu dla innego chłopca, ani opłakiwanie zmarłej mamy dziewięcioletniego kolegi , choć on sam nie wiedział nawet, gdzie jest jego własna."**
Pisze o palących problemach wyniszczających społeczność zarówno od zewnątrz, jak i od środka. Do tej pierwszej grupy zalicza się atmosfera wrogości i nietolerancji, jaką przejawia wobec nich większość mieszkańców kontynentu, a która znajduje swe odzwierciedlenie w pełnej cierpienia historii oraz w krzywdzącej ówczesnej polityce rządu wobec nich. Na co dzień czarnoskórzy krewni i znajomi autorki borykać się muszą z nędzą powodowaną rozkradaniem należnych im zasiłków przez zarządzających nimi urzędników, alkoholizmem dotykającym dużą część społeczności w wieku produkcyjnym czy okrutnym rasizmem (posuniętym tak dalece, że Ros miała problemy ze znalezieniem mieszkania do wynajęcia ze względu na odcień skóry jej męża). Aborygeni są solą w oku "białej Australii", która najwyraźniej niczego bardziej nie pragnie, jak ich zasymilować. Napotykając w tym liczne przeszkody rzuca im kolejne kłody pod nogi: raz ustawowo zabrania im pochówków w ich świętych miejscach, kiedy indziej wydaje zgodę na wycinkę sagowców zadając cios aborygeńskiemu tabu. 
   Moriarty wszystko to nagłaśnia, zapala światu czerwoną lampkę. Pisze o tym wprost, bez zbędnych zawoalowań, bo może to ostatni dzwonek, by pochylić się nad tym, co przemija bezpowrotnie. Umierają bowiem, jedna po drugiej, patriarchinie plemienia, a autorka przy tym wygasającym ognisku prastarej kultury przysiada, by oddać głos samym Aborygenkom i  poprawić z nimi o życiu, o zapatrywaniach na przyszłość, by wysłuchać, co je boli. Ostatnie strony książki zaliczają się chyba do najlepszych i najautentyczniejszych - te rozmowy-wywiady szczególnie mnie ujęły, a pomysł na dosłowne cytowanie - jakkolwiek nastręcza może nieco zaburzeń w odbiorze - czyni je bardzo wymownymi. 
   Aborygeni nie roszczą sobie niebotycznych żądań, każdemu z nich do szczęścia wystarczy "(...) obecność rodziny, świadomość, że przeszedł przez życie w zgodzie z Prawem, trochę jedzenia i dach nad głową."*** Filozofia życiowa rdzennych Australijczyków jest nieskomplikowana i silnie sprzężona z naturą i ich odwiecznym porządkiem świata. Nic więc dziwnego, że stali się oni łatwym łupem dla drapieżnych białych zdobywców, dla których "świat to za mało". Czytając wyjątki powieści traktujące o burzliwej historii kolonizowania Australii niejednokrotnie odczuwałam wstyd, iż my, Europejczycy, ludzie afiszujący się stopniem swego ucywilizowania dopuszczaliśmy się takich jawnych barbarzyństw określając je mianem przysposabiania terra nullis, ziemi niczyjej. Tak, bo powiedzmy sobie otwarcie, dla kolonizatorów Aborygeni byli nikim. Moriarty rozdrapuje tę ranę i w swej na poły wspomnieniowej książce pyta, "co dalej?" Przybyliśmy, wytępiliśmy, teraz patrzymy na ich agonię. I co dalej? Pozwólcie, że oddam głos Ros, która sama zaprosi Was do refleksji: 

"Mój nowoczesny, rozsmakowany w wysokiej kulturze kraj nie ma pojęcia, że śpiew kontynentu nadal rozbrzmiewa w jego sercu. My, przybysze, zaledwie musnęliśmy powierzchnię tej ziemi, nie dokopując się do drzemiących pod jej powłoką sił, które karmią i rozbudzają zmysły. (...) sączymy jedynie fizyczne piękno, podczas gdy moglibyśmy chłonąć duszę Australii."**** 

*s. 149
**s. 35
***s. 65
****s. 102

Tekst stanowi oficjalną recenzję napisaną dla serwisu LubimyCzytać.pl

Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Nasza Księgarnia, Warszawa 2012.
Wydanie: I
Ilość stron: 285
Przekład: Andrzej Wajs
Tytuł orginału: "Listening to Country. A Journey to the Heart of What It Means to Belong"
Język orginału: angielski.
Data powstania: 2010.
Moja ocena: 4/6.

wtorek, 15 stycznia 2013

"(...) musiał uczyć wilki dzikości, podczas gdy one nauczyły go tyle o byciu człowiekiem"* - "Pół życia" - Jodi Picoult

   Jodi Picoult posiadła tajemnicę okiełznywania życia, ujarzmiania go i przelewania na karty swych powieści. Natomiast wielki talent literacki umożliwił jej ożywianie opisywanych historii, nadawanie im wszelkich znamion rzeczywistości. Życie odbija się w kartach powieści tej pisarki niczym w lustrze, życie w nich kipi. A bohaterem wszystkich jej powieści, kiedy się tak głębiej zastanowić, jesteś Ty. Jodie pisze o Twoich problemach, Twoich dylematach, Twoich rozterkach; zna ból Twoich wspomnień, zna tajemnice, rozumie Ciebie lepiej niż Twoi bliscy, a nieraz niż Ty sam. Bo w centrum powieści tej amerykańskiej autorki zawsze stoi człowiek, którego Jodi zdaje się znać od podszewki. I odwija go z bawełny społecznych konwenansów, burzy wzniesiony wokół niego mur uprzedzeń, odziera go z szat własnych złudzeń. Pozwala mu się wyzwolić, zrozumieć siebie, pozwala poczuć szczęście. I to jest recepta na literacki sukces, którego miarą być może nigdy nie staną się wielkie nagrody czy wyróżnienia, ale podbite serca czytelników. A to o wiele więcej.
   Rodzina. Znowu to ona znalazła się "na tapecie" najnowszej powieści Picoult. Rodzina jakich wiele, a jednocześnie jedyna w swoim rodzaju. Rodzina przez lata się rozpadająca, przed laty podzielona i zmuszona tragicznym wypadkiem do ponownego połączenia się, by stanąć ze
sobą twarzą w twarz, spojrzeć sobie w oczy i zmierzyć się z przeszłością, pogrzebanymi pod tonami przemilczeń demonami i palącymi tajemnicami zepchniętymi w najdalsze zakamarki serca. Taka jest rodzina Warrenów. Żyjący latami w rozdarciu pomiędzy światem ludzi, w którym zdawać by się mogło znalazł się przez pomyłkę i uciekający tam, gdzie czuł się sobą, czyli w dziewicze kanadyjskie lasy wprost do wilczych watah, Luke. Jego porzucona, osamotniona, coraz bardziej oddalająca się od męża, ale wierna i kochająca żona Georgie. Będący wiernym odbiciem ojca, a jednocześnie różniący się od niego tak dalece, jak to tylko możliwe pod względem osobowości syn Edward, dorastający bez ojca, który wolał poświęcić się wilkom niż własnym dzieciom. I w końcu najmłodsza, córka Cara, zapatrzona w ojca jak w przysłowiowy obrazek, podzielająca jego pasję byle tylko być blisko niego. Ich wątłe i kruche relacje, przez lata przetykane kolejnymi kłamstwami, rozłąkami i tajemnicami, osiągają punkt krytyczny w czasie, gdy Edward staje się pełnoletni i postanawia ujawnić przed rodzicami prawdę o swej orientacji. Pokłóciwszy się z ojcem wyjeżdża bez słowa do Tajlandii; zrozpaczona po stracie syna i niemogąca wytrzymać dłużej bycia odtrącaną przez męża na rzecz jego pasji Georgie, rozwodzi się z mężem i zaraz po tym poślubia swego prawnika, rodząc mu bliźnięta. I stojąca w tym całym chaosie na rozstaju dróg Cara, chroniąca się przy ojcu, sącząca jad porzucenia przez brata i liżąca rany zdegradowania przez bliźniaki w hierarchii wartości swej matki. Kiedy Cara z ojcem doznają wypadku samochodowego, drogi tych z pozoru obcych sobie ludzi schodzą się na nowo, by nad łóżkiem Luka, znajdującego się w stanie wegetatywnym, zadecydować o jego dalszym losie, co wymaga jednakże rozprawienia się z przeszłością. 
   Opowieść Jodi kipi od skrajnych emocji i tajemnic. A genialne jest moim zdaniem rozpisanie powieści na głosy, co jest zarazem cechą charakterystyczną twórczości tej autorki. Jednocześnie przydaje to powieści głębi i dramatyzmu, bo raz obrany punkt widzenia i przyznane jednemu z bohaterów racje, podczas czytania fragmentu, w którym swoje pięć minut ma kolejny bohater, zostają całkowicie zburzone i wytrącone nam z ręki. Jak w życiu. Każdy człowiek ma swoją prawdę, a ta obiektywna jest sumą tych prawd - Jodi rozumie tę zasadę funkcjonowania świata i daje temu wyraz. Zadziwia jednocześnie asertywność autorki, jej olbrzymi dystans i obiektywizm: ciężko bowiem nie faworyzować któregokolwiek z bohaterów, ciężko nie trzymać bardziej strony jednej z postaci... Jodi natomiast udaje się to znakomicie. Opisuje, a nie ocenia. Ukrywa się za kurtyną i pozwala, by spektakl trwał. Mistrzyni autentyczności i animacji życia na kartach powieści. 
   Kolejną podziwu godną właściwością twórczości tej autorki, wychwalaną zasłużenie w nieskończonej ilości recenzji jej utworów jest zaangażowanie. Zarówno to jej, z jakim przygotowuje się do każdej kolejnej powieści, jak również samych powieści zaangażowanie społeczne. To pierwsze, to zdecydowanie wyraz szacunku autorki dla czytelnika, bo oto nie sprzedaje mu się bubla udekorowanego rzewną historyjką, a najstaranniej dopracowaną powieść, za co autorka ręczy nazwiskiem. Czytając "Pół życia" nadziwić się nie mogłam wnikliwości z jaką Picoult opisuje świat wilków, jej ogromnej i wszechogarniającej wiedzy na temat ich zwyczajów, stadnych zachowań, filozofii życia. To obezwładniające, jak bardzo przejęła się swoją rolą przybliżenia czytelnikom tego hermetycznego świata autorka. Ogrom jej  pracy mogą nieco zobrazować Podziękowania zamieszczone na końcu powieści. Dziękuje w nich między innymi Shaun'owi Ellis'owi, "prototypowi" literackiego Luka Warren'a, przyrodnikowi, który zgłębiał naturę wilków i z nimi żył. Fragment podczas którego Luk uczy Georgie wycia, autorka zna z własnej autopsji, ją uczył tego Ellis. Na brawa zasługuje też kompozycja powieści, w której nieprzytomny Luk również ma szansę na zabranie głosu i czyni to bardzo wymownie - snując analogie między światem wilków i ludzi, które są znakomitą pointą dla poszczególnych partii fabuły. Również opisy procesu, w czasie którego bohaterowie posługiwali się sporą wiedzą z zakresu neuromedycyny budzą szacunek, jeśli weźmie się pod uwagę, że wyłaniają się spod pióra laika, który wszystkie te arkana zgłębiał na potrzebę powieści. 
   Drugi rodzaj zaangażowania, tego społecznego  to poruszanie trudnej tematyki, będącej przedmiotem wielu kontrowersji. Bardzo mądre to posunięcie, bo skoro czytają ja miliony ludzi na całym świecie, skoro jej książki są pewnego rodzaju autorytetami dla czytelników, dlaczego by nie spróbować za ich pośrednictwem zmienić świata, uwrażliwić ludzi na pewne aspekty egzystencji. W "Pół życia" Picoult stawia czytelnika przed zagadnieniem eutanazji, czy też przerwania sztucznego podtrzymywania przy życiu, oraz, co za tym idzie transplantacji narządów. Problem jest tu naświetlony ze wszech stron, autorka sama stawia najtrudniejsze pytania nasuwające się w dyskusji w tym temacie, a następnie poprzez fabułę i przekonania swych postaci rozważa wszelkie możliwe "za" i "przeciw". Taki temat przewodni, będący tłem dla profesjonalnie opowiedzianej historii bardzo wzbogaca lekturę jej powieści; czytelnik czuje się wprawdzie przepuszczany przez emocjonalno-etyczny magiel, jednak ma szansę na wyrobienie sobie własnej opinii, która może kiedyś w życiu okazać mu się nieocenioną pomocą. 
   Picoult rozlicza się też w swojej powieści z mitem bohatera, jaki wyrósł wokół Luka Warrena  na podstawie jego heroicznych poczynań, czyniąc go osobą publiczną, rozpoznawalną, obdarzaną powszechnym uznaniem i podziwem. Tymczasem zwykła, szara rzeczywistość, znana tylko Georgie oraz dzieciom jest zupełnie odmienna od tej pokazanej okiem reporterskiej kamery. Z ich perspektywy to opowieść o człowieku złamanym, o niewywiązującym się z przysięgi małżeńskiej mężu i stale nieobecnym ojcu. To opowieść o człowieku, którego pasja przerodziła się w przerażającą obsesję unieszczęśliwiającą nie tylko go, ale i rodzinę, którą założył. O człowieku błądzącym i dokonującym stale złych wyborów. 
   Powieść amerykańskiej autorki to przebogata rzecz. Dodatkowo napięcie jest w niej stale podsycane subtelnymi znakami zapytania co do fabuły, które nieziemsko nurtują czytelnika prowokując do doszukiwania się na nie odpowiedzi i projektowania sobie najróżniejszych zakończeń. Wszystkie jednak wypadają blado przy tym, czym uracza nas autorka, a w nagłyc zwrotach akcji w pewnym momencie wprost ciężko się połapać. Jodi jest mistrzynią w wodzeniu czytelnika za nos, nic u niej nie jest pewne aż do samego końca. Jeśli natomiast o zakończeniu mowa, rozdział zatytułowany "Barney" był dla mnie niemałą niespodzianką, otuchą, tchnął nadzieją, nadawał sens wielu podjętym decyzjom i był tak wspaniale metafizyczny... 
   Przewrócenie pierwszej strony każdej powieści Picoult przenosi nas do świata jej opowieści. Rzeczywistość przestaje istnieć, a Ty zamieniasz się na życia z bohaterami czytanej książki; stajesz się każdym po kolei, co wymusza na Tobie zabieg autorki rozpisywania swych powieści na głosy. I wcale nie jest takie oczywiste, że możesz opuścić ten świat w dowolnie wybranym momencie - od książek tej pisarki naprawdę nie sposób się oderwać. A nawet gdy już zamkniesz którąkolwiek z nich, gdy odłożysz ją na półkę, historia dalej toczy się w Twojej wyobraźni; taką siłę ma twórczość Picoult.
*s. 449