piątek, 10 stycznia 2014

... i nie żyli długo, lecz przynajmniej szczęśliwie - "Baśń" - Jonas T. Bengtsson

   Wcale nie za górami i nie za rzekami, a za morzem raczej, gdyż w Danii dokładnie, żyli sobie ojciec i syn. Ich życie nie było usłane różami, takie nieżyciowe banały autor "Baśni" każe nam między bajki włożyć. Ich życie to nieustanna wędrówka po cierniach szarej rzeczywistości i kolcach gorzkich stosunków międzyludzkich, które raniły ich boleśnie. Nie wszystkie wprawdzie, ale jednak. Nie ma tu złej czarownicy, nie ma smoka ani goblina nawet, nie oznacza to jednak bynajmniej,  że nie ma się czego bać - na drodze ku szczęściu naszych bohaterów staje najgorsza jędza, jaką świat nosił, a na imię jej Życie. Mieszka w niebosiężnym zamczysku wzniesionym z uprzedzeń i obwarowanym przez społeczne konwenanse. Jego fundamentem zaś jest krzywda. A jednak na tej ziemi jałowej w zrozumienie i wyższe wartości wykiełkowało szczególne ziarno, po którego łodydze pną się nasi bohaterowie ponad bezlitosne królestwo życia, wysoko do chmur. Ziarnem tym jest miłość.
   Ta książka to rzeczywiście chyba jedna z najpiękniejszych historii miłosnych, jakie było mi dane kiedykolwiek czytać. To historia miłości bezwarunkowej, bezwzględnej i bezgranicznej. Miłości na przekór i wbrew wszystkiemu. Miłości ojca do syna i syna do ojca. Miłości tak silnej, że gdy się o niej czyta wzruszenie chwyta nas za gardło i nie chce puszczać aż do ostatniej strony; miłości tak mocnej, że w jej imię gotowi jesteśmy bez wahania oddać to co mamy najcenniejszego i dopuścić się rzeczy najprzeraźliwszych. Ale także uczucia pozwalającego czerpać szczęście z codzienności, jak ukazuje to autor na przykład w przepięknej scenie urodzin chłopca, czy też powitania przez Petera i ojca nowego roku (aż mnie korci by je tu zacytować, lecz wyrwane z kontekstu mogą stracić na swej wymowie; bądźcie więc ciekawi i sięgnijcie po tekst Bengtssona).
   "Baśń" to również opowieść o sile dziecięcej wyobraźni. To w pewnym sensie powieść inicjacyjna, czarująca, mimo swej brutalności, a dzięki niej prawdziwa, niepowtarzalna i przejmująca do szpiku kości. To efemeryczny realizm magiczny tkany kolejnymi wytworami dziecięcej wyobraźni, to sposób patrzenia na świat nieskażony jeszcze wieloma bolesnymi doświadczeniami, jak patrzeć na rzeczywistość umie jedynie dziecko. To możność całkowitego zatracenia się w odmętach własnej wyobraźni i życie jednocześnie na płaszczyznach rzeczywistości, jak i swojej wyobraźni. Wspaniale mi się te fragmenty czytało. Wam zaserwuję tu jeden, w którym ojciec uczy Petera historii:
   "Nie mamy stołu, więc leżymy na łóżku. Ojciec opowiada, a ja widzę, jak ryczące meserszmity zostawiają za sobą smugi dymu na suficie hotelowego pokoju. Na ścianie czołgi, Tygrysy, wjeżdżają na zielone wzgórza. Są olbrzymie i orzą trawę, z dział buchają żółte płomienie."*
   Na uwagę zasługuje też sama kreacja ojca, jako osoby myślącej inaczej niż większość ludzi, jako osoby potrafiącej przeciwstawić się ogółowi społeczeństwa, człowieka myślącego innymi torami; nonkonformisty. Muszę przyznać, iż jego poglądy, mimo, że nietypowe, okazały się dla mnie całkiem przekonywujące. Jak można na kilkudziesięciu stronach podważyć dotychczasowe fundamenty wielu zachodnich cywilizacji? Otóż Bengtsson kreacją ojca Petera przyprawia je o poważne drżenie. Jest to postać o tyle nietypowa, o ile szczera, prostolinijna i dobroduszna. Wiele z zachowań ojca jest co najmniej mocno kontrowersyjnych, choć może kontrowersyjny jest właśnie system społeczny, przeciw któremu występuje? Może taka właśnie jest religia, która odrzuca;  myślenie opierając się jedynie na mechanicznym powtarzaniu utrwalonych przez lata formułek, bez zagłębiania się w ich sens; strach ludzi przed myśleniem, czy wprost przed życiem nawet,  jak będzie to udowadniał wiele razy ojciec: 
   "Ludzie w większości widzą jedynie to, co chcą zobaczyć. Boją się zobaczyć świat taki, jaki jest naprawdę. (...) Ale nawet jeśli coś nie tak łatwo zobaczyć, to wcale nie znaczy, że tego czegoś nie ma. (...) Nie chodzi o to, że ludzie nie mogą dostrzec takich rzeczy. Zawsze mogli je widzieć. Książki są ich pełne. I baśnie. Ale ludzie zaczęli się bać. Stracili odwagę. Udają, że nic już nie widzą."**
"Istnieją na tym świecie rzeczy, których nie możesz wziąć do ręki. Rzeczy, których nie widać, chyba, że wiesz, czego masz wypatrywać. Większość ludzi o tym zapomniała. Albo po prostu nie mają odwagi otworzyć oczu. ***
Może chromy jest system edukacji bazujący na nauczaniu dla ocen, nie dla faktycznej wiedzy, co powoduje, że mały Peter pobiera nauki u ojca w domu, a ten uczy go całym sobą sztuki, łaciny, matematyki, historii, ale przede wszystkim samodzielnego myślenia i wrażliwości. Jest to postać naznaczona mroczną przeszłością, która powróci wraz z kolejnymi kartami powieści, może pomoże go zrozumieć...  Ojciec z pewnością nie boi się myśleć, nie boi się czuć i uczyć tego swojego syna. Pragnie otrząsnąć świat ze stereotypów, w których się zasklepił, a przynajmniej pokazać swojemu dziecku alternatywną rzeczywistość. W tym celu ucieka się do baśni właśnie...
   Tytułowa baśń to dla mnie próba wyjaśnienia dziecku, ale także czytelnikowi, że można inaczej. Nie lepiej, być może wcale nie gorzej, ale inaczej właśnie. To także, pomijając metaforyczną semantykę, opowieść po prostu, którą snuł ojciec synowi każdego wieczoru przed snem fragment po fragmencie. Opowieść o królu i królewiczu uciekającymi przed białą królową i muszącymi wystrzegać się białych ludzi działających podług jej rozkazów: 
   "Co wieczór ojciec opowiada mi kawałeczek tej samej historii. To baśń o królu i królewiczu, którzy nie mają już domu. Wyruszyli w świat, żeby odnaleźć białą królową i ją zabić. Strzałą albo nożem, prostym ciosem w serce, żeby przerwać zły czar. Tylko oni mogą to zrobić. Król i królewicz są bowiem ostatnimi ludźmi, którzy  wciąż jeszcze widzą świat taki, jaki jest naprawdę. Jedyni ich nie oślepiły czary  królowej."**** 
Daleko jej jednak do historii znanych nam z produkcji Disneya. To raczej baśń w stylu braci Grimm, to raczej baśń starych ludów - bezkompromisowa i pełna okrucieństwa; nieprzewidywalna. Nie wiadomo kiedy baśń syna i ojca przenosi się z płaszczyzny opowieści i wkrada do ich życia. Zawieszoną przez zbieg wydarzeń historię Peter będzie musiał dopowiedzieć sam, udowadniając jednocześnie w jakiś sposób swemu ojcu, jak dalece wziął sobie do serca jego nauki i czy jest godzien korony króla. Zdradzę wam tylko, iż happy end nawet jeśli gdzieś w niej zamajaczy, to daleko za horyzontem. Choć może zależy to właśnie od interpretacji, co się właściwie przez ten happy end rozumie?    
   Wiele umyka tu między słowami, w przemilczeniach, w niedopowiedzeniach, a wielokropki niosą w sobie ładunek prawdy tak bolesny, że nieraz wolelibyśmy się jej nie domyślać. Ta powieść krzyczy niemym krzykiem, ta powieść chwyta powietrze, bo niczego innego już się uchwycić nie można. Bardzo przejmująca, choć tak naprawdę przemilczana; napisana oszczędnym męskim językiem, bez przegadania, bez ozdobników; a jednak trafiająca zawsze w sedno. Wiele w niej pięknych, ujmujących prostotą scen, które sprawiają, że łza się w oku kręci; jeszcze więcej prozy życia, która jest tak dojmująca, ze nieraz chcielibyśmy zamknąć oczy, by jej nie widzieć, lecz tak niestety nie da się czytać. 
   Cała powieść dzieli się na części bardzo nierówne pod względem stylu, zawartej w nich magii, pewnej nastrojowości. Nie wiem, czy to kwestia obiektywnego odbioru, czy inni czytelnicy książki byliby w stanie się ze mną zgodzić, iż te fragmenty książki, w których ukazana jest relacja między Peterem i jego ojcem są dopieszczone, bogate w niepowtarzalną atmosferę, w pełne znaczenia symbole, w jakiś unikatowy klimat; natomiast te części, w których Peter znajduje się pod opieką matki, jak również gdy dorasta i sam zaczyna kierować swoim życiem, to jedynie nędzny ślad po możliwościach literackich Bengtssona, to powłoka, z której uszło piękno; to beznadziejność, depresyjność i marazm. W zasadzie cała reszta, od roku 1996, czyli od połowy książki bodaj, została potraktowana przez autora po macoszemu. O wiele mniej przyjemny jest jej odbiór, o wiele ciężej się to czyta. Jednakże zabieg ten, gdy przyglądam mu się z perspektywy czasu, jaki upłynął od przeczytania tej powieści, zdaje mi się być zabiegiem celowym, nastawionym na uwydatnienie kontrastu szczęśliwego dzieciństwa Petera i jego szarej codzienności w świecie, którym rządzi biała królowa. Jeśli tak jest, to autor według mnie jak najbardziej osiągnął zamierzony cel, gdyż czytając tęskniłam za czasem kiedy chłopczyk patrzył na świat oczami ojca, kiedy nie liczyło się nic innego niż ich miłość, kiedy nie mając niczego miał przecież wszystko i o wiele więcej nawet. Kiedy nie patrzył jedynie, a widział, nie słuchał, a słyszał... 
   Jeśli więc, jak twierdził Szekspir, "życie jest snem wariata", Bengtsson dowodzi, że czasem warto zwariować, by właśnie żyć mocno i pełnią życia.
*s. 142
**s. 25-26
***s. 99
****s. 28
Tekst stanowi oficjalną recenzję napisaną dla serwisu LubimyCzytać.pl
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Czarne, Wołowiec 2013.
Wydanie: I
Ilość stron: 413.
Przekład: Iwona Zimnicka.
Tytuł oryginału: "Et Eventyr"
Moja ocena: 5/6.

niedziela, 22 grudnia 2013

Ostatni stosik ... w 2013 :)

   Choinki ubrane? W Waszych domach pewnie unosi się zapach świątecznych wypieków, może gdzieniegdzie w tle słychac też kojący dźwięk jakiejś kolędy... Najpiękniejsze i najbardziej magiczne polskie święta:) Tylko śniegu brak, a Natan pod choinka ma znaleźć sanki; chyba będziemy mieli problem... Na osłodę kilka pozycji książkowych, które mnie osobiście (w większości) przyprawiają o szybsze bicie serca:
1) Baśń - Jonas T. Bengtsson - recenzyjna od LubimyCzytać.pl - przeczytałam i pierwsza część powaliła mnie na łopatki, potem było trochę mniej zachwycająco, jednak rozwiązania fabuły jakie serwuje czytelnikowi autor sprawiają, że ta powieść ma wyjątkową wymowę i zapada głęboko w pamięć. Jeden z najpiękniejszych literackich portretów miłości ojca do syna.
2) Chłopiec z latawcem - Khadel Hosseini - 1/3 mojej wygranej w konkursie Albatrosa. Żadnej książki tego autora jeszcze nie czytałam, na każdą mam ogromną ochotę. 
3) Brzemię rzeczy utraconych - Kiran Desai - do recenzji od Wydawnictwa Literackiego - kiedyś to była moja lektura na studiach. Nie przeczytałam, teraz urzekła mnie okładka; podchodziłam wprawdzie z kijem, jak niemal do wszystkiego, co z "kanonu" ale akcja rozgrywająca się w Indiach przekonała mnie ostatecznie do sięgnięcia po tę powieść. Czytał ktoś?
4) Życie Pi - Yann Martel - prezent urodzinowy od niezastąpionego Bujaczka:) Raz jeszcze dziękuję:) Kiedyś już Wam ją pokazywałam wypożyczoną z biblioteki, jednak jakoś nie przeczytałam, a bardzo chciałam, ale teraz mam swoją. Intryguje mnie pomysł autora i jestem bardzo ciekawa jego realizacji.
5) Rodowód Łaski: Tamar - Francine Rivers - recenzyjna od LubimyCzytać.pl - przeczytana, recenzja wkrótce. Da się przeczytać jednak szału nie ma, podobnie jak umiejętności autorki. Jak dla mnie takie trochę przepisywanie Biblii, a do tego namolne religijne wtręty i pytania do dyskusji... takie klimaty. Lubię powieści inspirowane postaciami z Pisma Świętego, ale tutaj jest to zbyt oczywiste. Jestem na nie, niestety.
6) Gołębiarki - Alice Hoffman - recenzyjna od Wielkiej Litery - zakochałam się w tej książce od pierwszego wejrzenia. Okładka mnie obezwładniła, opis oczarował. Właśnie czytam i jestem pod olbrzymim wrażeniem stylu autorki. 
7) Opowieści z miasta wdów i kroniki z ziemi mężczyzn - James Canon - realizm magiczny, groteska i ciekawy fabularny pomysł. Do tego bardzo energetyczna okładka. Lubię czasem tego typu opowieści, mam nadzieję, że i ta mnie nie zawiedzie. 
8) Palmy na śniegu - Luz Gabas - recenzyjna od Muzy - na moim fanpage chwaliłam się przepyszną promocją tej książki, której było mi dane zasmakować, teraz czeka mnie istna czytelnicza uczta, bo i pozycja to obszerna i porusza bardzo interesujące mnie zagadnienia kolonializmu. Książka w sam raz na długie zimowe wieczory, koniecznie z kubkiem kakao w ręku.
9) Bon Jovi. Kiedy byliśmy piękni - recenzyjna od Lubimy Czytać.pl - to pozycja w sumie dla mojego męża, który jest wielkim fanem tego zespołu. Ja zanim poznałam Artka znałam chyba tylko jedną ich piosenkę - "It's my life". Jednak edukacja mężowska postępuję i chcąc nie chcąc obecnie znam znacznie więcej. A przy okazji recenzowania będę miała okazję poznać obiekt fascynacji mojego mężusia nieco bliżej. 
10) Moja pierwsza mitologia - Katarzyna Marciniak - przeczytana i pokochana. Natan może nie do końca zrozumiał, ale pytań zadawał masę. A kto to? A po co? A dlaczego? Wyśmienita książka dla dzieci w każdym w sumie wieku, esencjonalna, bardzo merytoryczna i świetnie napisana, zawiera masę walorów edukacyjnych. Jestem spokojna o aspekt zapoznania Natanka z wierzeniami starożytnych, odkąd ta książka znalazła się na naszej półce. Ba, sama się przy jej lekturze doedukowałam. Polecam gorąco:)
11) Cecylka Knedelek, czyli książka kucharska dla dzieci - Joanna Krzyżanek - recenzyjna od wydawnictwa Jedność - to się nazywa książka. Ogromna, pełna ciekawych opowieści, zdjęć wywołujących ślinotok, inspirujących przepisów... Długo by wymieniać. Perełka, na pewno sprowokuje wiele wspólnych chwil spędzonych nad bulgocącym garnkiem czy przy rozświetlonym piekarniku, łączy pokolenia. Jeśli nie macie pomysłu na prezent ta książka z pewnością idealnie się nada. Jestem nią zachwycona.

   Pochwalcie się co się u Was czyta w ten przedświąteczny czas? Jakie książki zostały przyprószone mąką, w jakich lakierowanych okładkach odbijają się Wam choinkowe lampki? Między stronami jakiej opowieści za kilka lat znajdziecie świerkowe igły? A Wasze dzieciaki - czego słuchają do snu? Zza jakich tytułów łypią na Was mężowie chowając się przed trzepaczką do dywanów niczym przed fatalnym przeznaczeniem? Chwalić mi się tu zaraz:) 
   Zapraszam też gorąco na FANPAGE bloga, gdzie jestem jak mnie tu nie ma. To co? Do pogadania? 

piątek, 13 grudnia 2013

Biblioteczka Nateczka: "Przygody Tappiego z Szepczącego Lasu" - Marcin Mortka


   Ma wielki brzuch i dłuuugą brodę, jego najlepszym przyjacielem jest pewien mały reniferek i kochają go wszystkie dzieci. Mieszka sobie w magicznym, zimowym i zaśnieżonym Szepczącym Lesie, a jego widok przyprawia o szybsze bicie serca niejednego malucha, dostarcza mu powodów do wzruszeń i nieraz spowoduje, że wybucha śmiechem. Czy wiecie już o kim mowa? To wiking Tappi oczywiście.
   Często, gdy czytam świetną książkę zastanawiam się co było najpierw? Od czego się ta książka zaczęła, co skłoniło autora do wystukania pierwszych liter, mających w przyszłości stać się tą właśnie opowieścią? Geneza Tappiego jest równie zabawna, jak on sam. Otóż, jak wyznaje autor w wywiadzie udzielonym portalowi LubimyCzytać.pl, gdy pracował jako pilot wycieczek na Islandii jego uwagę przykuł wydrzyk skua, który jako jedyny z gniazdujących na pewnej wysepce ptaków, nie bał się ludzi, a nawet kradł im parówki. Miał na imię właśnie Tappi. Podobno pierwszy rozdział książki powstał jeszcze tego samego wieczoru. 
   W "Tappim" roi się wprost od niezwykłych bohaterów, pełno tu magicznych stworzeń rodem z legend i podań, jak choćby smoki, skrzaty, wodniki, olbrzymy czy elfy. Spotkać tu możemy również mniej znane naszej rodzimej mitologii jarle oraz trolle, a także pewną nieco roztargnioną czarownicę Skrzypichę. Jest też garstka postaci ludzkich - kowal Sigurd, kupiec Pasibrzuch, myśliwy Haste i nasz Tappi oczywiście. Jak się w tym wszystkim nie pogubić? Z pomocą przychodzi nam prawa ręka Mortki - Marta Kurczewska, która ową książkę pięknie zilustrowała:
Zapominamy kto jest kto - jeden rzut oka na powyższą legendę i wszystko się nam rozjaśnia. Ilustracje stanowią również świetną pomoc dla maluchów, których wyobraźnia nie jest jeszcze tak sprawna, by sama mogła powołać do życia postaci na podstawie opisów - możemy często z nimi do tej legendy wracać i uczyć je sobie wyobrażać, a ta nauka, to podstawa:)
   Mało tego - nie każde dziecko wie, kto to jarl. Ba, nie każde wie, kim byli wikingowie, o trollach czy wodnikach już nie wspominając. I na to autor znalazł sposób - sam wszystko swoim małym czytelnikom wyjaśnia w bezpośrednich zwrotach do nich. Świetną to tworzy więź między słuchającym a opowiadającym opowieść; każda para czytających oczek lub słuchających uszek nagle się ożywia, bo jak to, pan, który opowiada o Tappim mówi do mnie. Bardzo fajny zabieg, a dodatkowo wyjaśnienia te są tak nieskomplikowane i znakomicie przystosowane do możliwości pojmowania dziecka, że żaden obcobrzmiący jarl z takim narratorem nie straszny. Czytamy więc dalej. 
Nie tylko bohaterowie są w Szumiącym Lesie sympatyczni i arcyciekawi. Taki jest cały Las. Cały las żyje, ma swoje humory i nastroje, przyroda w "Tappim" jest ożywiona - Chata skrzypi i naburmusza się, gdy troll próbuje się do niej włamać, by wykraść zapasy wikinga; Wicher jest złośliwy i naigrywa się z naszego bohatera, Dziadek Wodospad omal nie pada ofiara magicznego młota, który dostał się w niepowołane ręce wodników, Echo natomiast powoduje, że Tappi i jego przyjaciele wpadają w niezłe tarapaty. Uwielbiam takie właśnie opowieści, których autor potrafi dostrzec więcej niż zwykli ludzie i przekazać te umiejętność czytelnikowi - mam wielką nadzieję, że mój synek wychowywany na takich opowieściach obudzi w sobie pewną wrażliwość i posiądzie dar magicznego myślenia i widzenia świata intensywniej przez pryzmat wyobraźni, bo wtedy nic nie jest zwykłe. 
   Co jeszcze piękne i mądre w tej książce, to fakt, że Tappi wyznaje takie wartości jak przyjaźń, pomoc słabszym czy odwaga w mówieniu tego, co się myśli nawet wbrew inaczej myślącemu ogółowi. To bardzo pozytywne wzorce. I choć nie raz i nie dwa wpakował się Tappi za ich sprawą w tarapaty, to jednak historia jest tak skonstruowana, że dobro zwycięża, a wiking i jego przyjaciele zawsze uchodzą z opresji cało. Za to czytelnik nie może narzekać w ich towarzystwie na nudę, bo raz walczy z Lodowym Olbrzymem, po chwili musi wykraść smokowi magiczną kołyskę, a za dosłownie momencik demaskuje ciemiężyciela elfów, by na następnej stronie wyruszyć na pomoc swemu przyjacielowi uwięzionemu przez podstępnego jarla po drodze tocząc walkę z chochlikami i czując na swych plecach oddech mało przyjaźnie nastawionej czarownicy. A to jeszcze nie wszystko, co ma do zaoferowania swym czytelnikom autor. 
   Autor nie stroni też od rubasznych zwrotów i pobłażliwych wyzwisk pod adresem poszczególnych bohaterów. Aby jednak przez dzieci nie zostały one odebrane opacznie dodaje w wielu miejscach bardzo pedagogiczne wyjaśnienia, że faktycznie, tak właśnie jeden bohater nazwał drugiego, ale każde mądre dziecko wie, że nie wolno się przezywać, śmiać ze słabszych, nie jeść śniadania, nie sprzątać Chaty, etc. Fajnie, fajnie, bo łatwo w ferworze czytania zapomnieć o takich sprostowaniach, a maluchy zapatrzone bezkrytycznie w zachowanie bohatera mogą przy okazji kilka niepotrzebnych rzeczy "podłapać". Często autor powołuje się też przy okazji pewnych dopowiedzeń na autorytet rodziców, co jeszcze bardziej podkreśla, że pewne niestosowne zachowania czy zwroty nie mogą wyjść poza okładkę. Bardzo fajny zabieg pozwalający dramatycznie książki nie cenzurować, aby nie stała się ona nudna, a przy okazji nie narazić się  obyczajowości - dwie pieczenie przy jednym ogniu. Poza jednym wyjątkiem, gdzie dopowiedzenia ewidentnie zabrakło...
Minusy? Znalazł się niestety jeden wielki minus, który wprawdzie nie jest w stanie przyćmić uroku, jakim emanuje Tappi, ale jednak... Niesamowicie razi mnie fakt, iż w jednej z pierwszych opowieści wiking w walce z chcącym odebrać mu zapasy na zimę trollem Gburkiem ucieka się do przemocy i przywala przeciwnikowi patelnią w głowę, co skutkuje olbrzymim guzem. Nie jest to zbyt pedagogiczne - uczy bowiem dzieci rozwiązywania konfliktów drogą siłową. No i cóż takiego? - spytacie. W końcu to tylko troll... Tym gorzej! To jak przyzwolenie do poniżania osób różniących się od nas w jakiś sposób, do wywyższania się czy gardzenia słabszymi fizycznie lub intelektualnie. A cóż dopiero, gdy czyni tak Tappi, postać która ma szanse zostać idolem wielu małych czytelników... Nie, bić nie wolno, nawet Tappiemu; nawet trolla. Jednakże błędów nie popełnia tylko ten, kto nic nie robi; mam więc nadzieję, że tego typu ekscesy nie będą miały już miejsca w kolejnych częściach przygód przesympatycznego wikinga. Póki co ja fragment ów nieszczęsny pominęłam czytając książkę Natankowi; w przypadku dzieci, które same już czytają, zawsze można spiąć kartki agrafką;)
   Marcin Mortka swym światem przedstawionym powieści mnie po prostu oczarował i sprawił, że układanie mojego synka do snu stało się dla mnie jeszcze większą przyjemnością, bo odkąd jego bohater zaczął nam towarzyszyć przy tym codziennym, a właściwie conocnym rytuale, czas kiedy oczka mojego Natka wreszcie się zamkną przestał mi się ciągnąć w nieskończoność. Napiszę nawet więcej - równie pochłonięta przygodami zabawnego wikinga dopiero po dobrej chwili orientowałam się, że Nacio już śpi i to raczej wnioskując na podstawie jego równomiernego oddechu, niż widząc, oczy me chłonęły bowiem tekst. A moje dziecko? Słuchało uważnie czytanych mu opowieści i odpływało w sny, które dzięki pogodnej atmosferze książeczki były na pewno kolorowe. Magiczna książka.
Książkę otrzymaliśmy do recenzji dzięki uprzejmości wydawnictwa Zielona Sowa
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Zielona Sowa, Warszawa 2013.
Wydanie: I
Ilustracje: Marta Kurczewska
Oprawa: twarda
Ilość stron: 160.
Język orginału: polski
Data powstania: 2013.
Moja ocena: 5/6

sobota, 7 grudnia 2013

"Wśród swoich" - Amos Oz

   Wśród swoich można czuć się obco. Wśród swoich można czuć się bardzo samotnie; można doznawać przytłaczającego niezrozumienia, odrzucenia i wyalienowania. Można żyć z ludźmi, a jednocześnie być od nich oddzielonym niewidzialnym murem, który uniemożliwia szczerą i nieobwarowaną pozorami relację. Moje pierwsze spotkanie z twórczością Amosa Oza to spotkanie udane. Autor zachwycił mnie swą prostotą i skromnością środków artystycznych, a jednocześnie umiejętnością niezwykle dosadnego ukazywania dramatu człowieka. 
   To bardzo cicha książka, jednak pamiętać należy, że tylko w ciszy można dobrze wszystko usłyszeć. Usłyszeć niespokojne bicie czyjegoś serca, czyjś urywany oddech, dźwięk, jaki wydają porcelanowe kubki poruszane drżeniem czyichś rąk. Oz opisuje życie w kibucu Jikhat położonego obok Tel Awiwu. Choć jest to raczej miejsce fikcyjne, może być zarazem miejscem uniwersalnym, a autor, dorastający w kibucu Hulda znał realia życia w takiej instytucji z własnej autopsji i, co można wywnioskować na podstawie stworzonych przez niego obrazów, bynajmniej nie był jego entuzjastą. Kibuc bowiem, to swego rodzaju komuna rządząca się nieznanymi dotąd żadnej innej organizacji prawami i zasadami, a zorientowana na dobro ogółu, wymagająca jednocześnie od jednostki wielu poświęceń i wyrzeczeń dla dobra wspólnej sprawy. Szybko jednak okazuje się, że jest to tylko mrzonka, nierealna utopia nie wytrzymująca zderzenia z codziennością. 
 "W pierwszych dniach kiedy powstawał kibuc wszyscy byliśmy rodziną. Owszem, wtedy też zdarzały się w naszej rodzinie różne pęknięcia, ale byliśmy sobie bliscy. Co wieczór siadaliśmy i śpiewaliśmy do późna w nocy pieśni pełne zapału albo nostalgii. A nocami chodziliśmy spać do tych samych namiotów i jeśli ktoś mówił prze sen, wszyscy to słyszeliśmy. A dzisiaj wszyscy mieszkają w osobnych mieszkaniach i jeden na drugiego tylko ostrzy pazury."*
Twórcy tej organizacji zdawali się zapomnieć, że u podstaw każdej organizacji społecznej leży człowiek ze swymi emocjami, pragnieniami i awersjami; że nie da się zagłuszyć indywidualizmu i go podporządkować czemukolwiek. Ukrywane żale, tajone poczucie niesprawiedliwości czy tłumione uczucia zawsze w końcu dadzą o sobie znać eksplodując ze zdwojoną siłą. 
   "Wśród swoich" to zbiorek ośmiu opowiadań skomponowanych chronologicznie - wydarzenia mające miejsce w pierwszym stanowią następstwo tych w kolejnym i tak dalej. Są one jednak tylko tłem, gdyż na pierwszy plan wysuwa Oz człowieka i jego wnętrze. Gdyby zechciał nieco "posklejać" poszczególne opowiadania pewnymi epizodami i dopowiedzeniami, wyszłaby autorowi bez trudu całkiem zgrabna powieść. Zdaje się jednak, że autor celowo wybiera formę opowiadań, by dać bohaterom coś własnego;  by pokazać że stąd dotąd, od tej wielkiej litery do tamtej kropki to teren danego bohatera i nikogo innego -tak silną wyczuwam z jego strony antypatię do rzeczywistości, w której dane mu było dorastać, choć nie mówi on tego wprost.
   Bohaterowie, których sylwetki przybliża nam autor tworzą przekrój przez kibucową społeczność. Znajdziemy tam zarówno ludzi wkraczających dopiero w życie, jak szesnastoletni Mosze Jaszar, który pozbawiony rodziny, wstąpienie do kibucu poczytuje za życiową szansę. Dopiero tam czuje, że do kogoś przynależy i że może coś osiągnąć; do samego końca jednak nie udaje mu się wyzbyć poczucia własnej odrębności. Są też ci, którzy na naszych metaforycznych oczach odchodzą z tego świata, jak bohater opowiadania "Esperanto", Martin Vandenberg, jeden z założycieli kibucu, komunistyczny purysta oraz rzecznik zniesienia wszelkich granic, zarówno tych państwowych, jak i bardziej metafizycznych, jak choćby język, którym ludzie się posługują - jego zdaniem dopiero wtedy możliwe byłoby pojednanie ziemskich narodów. Są tacy, co czują się oszukani przez społeczność, której służą - Roni Szindlin sam musi radzić sobie z niesprawiedliwością jaka spotyka jego synka Juwala, pomiatanego przez inne dzieci. Chcąc pozostać z zgodzie z społecznymi regułami Roni musi wyrzec się swych ojcowskich uczuć, musi je tłumić i wmawiać sobie, iż robi to dla dobra swego dziecka. Intuicji jednak nie da się oszukać, a wściekłość czasem przejmuje kontrolę nad rozsądkiem. Kolejnym bohaterem rozdartym pomiędzy powinnościami wobec społeczności kibucu a własną drogą życiową jest Jotam, któremu jikhatowa starszyzna staje na drodze do zdobycia wykształcenia, powołując się na zasadę równości wszystkich mieszkańców i konieczności spełnienia określonych wymogów, by kontynuować naukę. Władza zarządu kibucu jest tak wszechogarniająca, iż ingeruje nawet w kierunek jego potencjalnych studiów, narzucając mu taki, który da Jotamowi zawód użyteczny społecznie. Przykłady można by mnożyć, powielając je o Cwiego Prowizora, o opuszczoną przez męża Osnat, czy o Nachuma Aszerowa, któremu nastoletnią córkę uwiódł przyjaciel wysoko postawiony wśród władz kibucu. Wszyscy oni demaskują wady i ułomności rzekomej utopii, w którą wierzyli. Mnóstwo tu też postaci drugoplanowych równie zawiedzionych, rozczarowanych i zamkniętych w bańkach własnej samotności. 
   W zbiorku czuć dalekie echa Holokaustu oraz wojen toczonych przez Żydów z Palestyńczykami o ziemię, lecz to nie one stanowią główną istotę zbiorku; są raczej tylko delikatnym szkicem odległego planu. Również organizacja społeczności kibucowej nie ma tu jakiegos większego znaczenia, choć przyznać muszę, że takie instytucje, jak choćby "dzieciniec", czyli miejsce, gdzie śpią wszystkie dzieci, z dala od rodziców, wydały mi się mocno groteskowe i zbędne. Kibucownicy jednak z tak dalece pragnęli zniesienia własności prywatnej, iż w ten sposób chcieli podkreślić, że dzieci należą do całej społeczności, a nie do swoich rodziców.
  "(...) każdy Żyd w epoce, w której doszło do Zagłady i w kilka lat po powstaniu Państwa Izrael, każdy z nas  musi się uważać za człowieka na służbie. To są najbardziej krytyczne lata w całych dziejach  narodu żydowskiego."*** 
- mówili najbardziej zagorzali zwolennicy tego ustroju czy może organizacji. Wydaje mi się jednak, że dali się oni ponieść wyobraźni i nie obliczyli marzeń na ich rzeczywiste skutki. Usiłując uszczęśliwić ludzi na siłę zapędzili się w kozi róg, w którym szczęśliwy już nie był nikt. Jest więc pewien uniwersalizm w opowiadaniach Oza, jest pewna prawda o życiu i o człowieku wypowiadana w cichych, pełnych nostalgii i melancholii słowach. Szczęścia nie da się ująć w ramy, nie można go określić żadnymi zasadami, a każdy system oparty na ciągłych poświęceniach jednostki musi w końcu paść, gdyż, jak to stwierdza jedna z bohaterek: 

   "(...) większość ludzi potrzebuje chyba więcej ciepła i miłości , niż inni są w stanie im dać, i że tej rozbieżności między popytem a podażą nie zdoła zmienić żadna z kibucowych komisji. Kibuc zmienia nieco porządek społeczny, ale natura ludzka się nie zmienia, jest niełatwa (...). Zazdrości małostkowości, zawiści nie da się wyrugować raz na zawsze przez głosowanie w instytucjach kibucu.***
*s. 107.
**s. 121.
***s. 135.
Książkę otrzymałam do recenzji dzięki uprzejmości księgarni Matras
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Rebis, Poznań 2013.
Wydanie: I
Ilość stron: 152
Przekład: Leszek Kwiatkowski
Tytuł orginału: "Bejn chawerim"
Moja ocena: 4/6.

wtorek, 26 listopada 2013

Rodzina ze Wzgórz Strachu rodem - "Rodzina Casteel" - Virginia C. Andrews

   Schemat goni tu schemat, nie ma w tej książce nic nowego ani odkrywczego jeśli spojrzeć na nią z perspektywy choćby dwóch tomów cyklu o rodzinie Dollangangerów, które mi było dane przeczytać. Wartości literackie tej książki, nie oszukujmy się, również są znikome. Kto więc wyjaśni mi, jakim cudem ja, świadoma tego wszystkiego oderwać się od tej książki nie mogłam? Kto mi wyjaśni, jak to się stało, że nie dostrzegałam zmieniających się w szaleńczym tempie numerów stron, że nic nie było w stanie zakłócić mi jej lektury i wciąż wybiegałam łapczywie wzrokiem żądna wiedzy "Co dalej?!", a w końcu, jak to się stało, iż kiedy powieść się skończyła, siadłam tym faktem oszołomiona i spytałam "Jak to, to już?". Krytycy zapewne suchej nitki na "Rodzinie" by nie zostawili, ja sama świadoma jestem, że nazwać prozę tej autorki czymś więcej, niż czytadłem, byłoby przesadą; jednak uważam, iż miarą sukcesu pisarza jest ilość czytelników zatracających się w jego opowieściach. Ja się zatraciłam. 
   Trzeba Virginii Andrews oddać jedno - wie, co lubią czytelnicy. Tworząc swoje książki plącze życiorysy bohaterów lepiej niż wiąże węzły niejeden marynarz, niczym wytrawny muzyk na swym instrumencie gra na emocjach swoich czytelników, a napięcie buduje lepiej, niż domy stawia nie jeden budowlaniec. Owszem, nie jest artystką prozy, nie jest wirtuozem literatury, ale porządnym rzemieślnikiem, który to co robi, robi z pasją. Wielka z niej intrygantka, plącząca niczym cichy, przebiegły pająk sieć najzmyślniejszych intryg. Niczym wędkarz zarzuca na czytelnika przynętę, a ten, raz dający się złapać na haczyk jej nieprzewidywalnej opowieści przepływa uchwycony go całą historię, podczas gdy w miejsce jednych znaków zapytania pojawiają się kolejne, Nigdy kropki. I tak aż do... następnego tomu. 
   Tym razem Andrews nie prowadzi nas na salony, jak miało to miejsce w przypadku sagi Dollangangerów. Wręcz przeciwnie. Tym razem zabiera nas w odmęty biedy, do miejsca zapomnianego przez ludzi i Boga, na Wzgórza Strachu w Virginii Zachodniej. Tam mości nam nędzny barłóg w chacie przypominającej bardziej stajnię, niźli dom zamieszkany przez ludzi i każe przyglądać się scenom z życia trzypokoleniowej rodziny tytułowych Casteelów. Scenom tak przerażającym i bolesnym, że nieraz aż ciężko się o nich czyta - wszechobecnemu głodowi, chłodowi i niezrozumieniu. 
   W ogóle sama kreacja chaty, jest moim zdaniem jedną z mroczniejszych i ciekawszych kreacji domów w literaturze. Spowita atmosferą nadającą się idealnie na tło horroru, usytuowana w gotyckiej estetyce, to miejsce zdające się być przedsionkiem piekła. Tak wspomina swój dom rodzinny główna bohaterka powieści:
   "Pamiętam też, jak zimą ogołocone gałęzie wydawały jękliwe trzaski pod naporem lodowatych podmuchów, a uginające się konary chrobotały o dach chaty przypominającej szopę, kurczowo uczepionej zbocza pasma górskiego, przez mieszkańców Wirginii Zachodniej zwanego Wzgórzami Strachu. Wiatr na Wzgórzach Strachu wył i skowyczał, toteż okoliczni mieszkańcy mieli wystarczający powód, by z niepokojem wyglądać przez swoje małe, brudne okienka. Samo życie na górzystych stokach rodziło strach, zwłaszcza kiedy wiatrowi wtórowało przeciągłe wycie wilków i wrzaski rysi, a leśna zwierzyna włóczyła się wokół obejść. Często znikały małe domowe zwierzęta, a raz na mniej więcej dziesięć lat dziecko przepadało bez wieści."*
   Główną bohaterką powieści jest, jak to typowe dla twórczości Andrews, nastoletnia dziewczyna, Heaven Leigh Casteel, najstarsza z piątki rodzeństwa. Oprócz tego jest jeszcze Tom - jej przyrodni brat, młodszy jedynie kilka miesięcy, czujący z nią wyjątkowo silną więź, zakrawającą na nieco głębsze uczucie niż miłość braterska (schemat). Są mali, słabi, chorowici i wrażliwi, ale grający bardzo odległe skrzypce, Nasza Jane i Keith (niekiedy miałam wrażenie, że ich pojawienie się w powieści uzasadnia jedynie potrzeba autorki, by Heaven miała się kim opiekować. Zobaczymy, jak to wyjdzie w kolejnych częściach, w tej rola maluchów do tego się ograniczyła). No i wreszcie była Fanny, śliczna i frywolna, " środkowa" siostra, ze schematu się wykruszająca, a przez to jakaś płytka, jednowymiarowa. Dzielili oni nędzną chałupę ze schorowaną babcią, która chyba jako jedyna żywiła do dzieci jakiekolwiek ciepłe uczucia, oraz z dziadkiem, który był, ale jakoby go nie było, milczącym i opuszczającym szarą rzeczywistość na rzecz swej pasji - rzeźbienia. Rodziny dopełniała Sara, macocha Heaven, a matka pozostałej czwórki dzieci, stale wypatrująca oczy i kochająca miłością nieodwzajemnioną piekielnie ponoć przystojnego, lecz nieokrzesanego Luka Casteela. Sam Luke to postać diaboliczna (i nie jedyna taka, jak się w trakcie lektury przekonacie) tej powieści. Bardzo przekonywująco wykreowany pan życia i śmierci pozostałych członków rodziny, któremu wolno wszystko i który liczyć się z nikim nie musi. To na nim głównie zbierają się wypowiadane nieraz na głos złorzeczenia czytelnika, tak bardzo gorszy swym postępowaniem i oburza postawą. 
   Bardzo mało można napisać o fabule tej powieści by nie zahaczyć o spoiler. Ważkie wydarzenia ruszają galopem już na samym początku powieści i nie zatrzymują się ani na chwilę, przeistaczając się w ogromną lawinę zaskakujących zwrotów akcji. Bo wiele można zarzucić Andrews, ale na pewno nie brak wyobraźni czy przewidywalność. Już, już, myślisz czytelniku, że ją przejrzałeś, a tu bęc! - boczna furtka, nowa postać, eksplozja jakiegoś mało dotąd znaczącego epizodu lub ściana zamiast drzwi. 
   Powieść od strony "technicznej" bardzo przypomina pierwsze części sagi zapoczątkowanej "Kwiatami na poddaszu" - wręcz nie można się oprzeć wrażeniu, że autorka wygrzebała z jakichś szpargałów wzór na poczytną powieść i po prostu do niej podstawia nieco inne wydarzenia i zmienia imiona bohaterom. Akcja zawiązana zostaje bardzo szybko, punkt krytyczny powieści znajduje się na samym jej początku, a wszystko co dzieje się dalej sprowadza się do odseparowania bohaterów tak, by reflektor oświetlał tylko jednego z nich, stojącego pośród pustej sceny. Tu następuje analiza psychiki ów bohatera najczęściej połączona z jego przemianą. Na końcu akcja się ożywia, dodatkowo komplikuje po czym rozpoczyna się jakaś podróż predysponująca autorkę do napisania kolejnej części opowieści. Poza tym Andrews nie daje rady oprzeć się wielu swoim upodobaniom, jak chociażby narrator - bohater dziecięcy, najlepiej płci żeńskiej; wyeksponowanie relacji siostrzano-braterskich zakrawających na granice kazirodztwa, usilna potrzeba obsadzania w swych powieściach ról tylko osobami o ponadprzeciętnej urodzie, odpowiednich do podziwiania przez całą resztę bohaterów drugoplanowych. Przykłady te można mnożyć i przemnażać, a mimo to nie są one w stanie wpłynąć na odbiór powieści, bo tę czyta się po prostu świetnie.
   Virginia Andrews lubuje się w ukazywaniu życiowych dramatów swoich bohaterów. Tak samo w "Rodzinie Casteel" życie wali się rodzeństwu na głowy. Świat jej opowieści to miejsce wrogie i pełne rozczarować, żalu, bólu i cierpienia. Ludzie to istoty żądne krzywdy innych, która ma im w jakikolwiek sposób rekompensować męki, które stały się ich udziałem w przeszłości. Nad głowami jej bohaterów ciąży fatum, są dziedzicami  przegranego życia. Przeszłość i teraźniejszość bardzo się w prozie Andrews zacieśniają, a ta pierwsza determinuje drugą, generując ze skrzywdzonych dzieci okaleczonych psychicznie dorosłych umiejących jedynie krzywdzić innych. Receptą autorki na przetrwanie w świecie pełnym niesprawiedliwości jest dołączenie do rzeszy ludzi ją wyrządzających. Istoty uczciwe i niewinne nie mają tu racji bytu. Ostoję wartości moralnych i etycznych widzi autorka w dziecku, jednak w miarę jego dorastania zostają one wyparte przez kolejne przykre, a nawet drastyczne doświadczenia, tak, że w końcu nic z nich nie zostaje.
   Spotkałam się z twórczością Andrews po raz trzeci - i po raz trzeci wciągnęła mnie ona po uszy, wywołała burzę emocji, zaciekawiła do granic możliwości. Losy rodzeństwa Casteelów nie pozostawią żadnego czytelnika obojętnym. Tym dzieciom dzieje się niewyobrażalna krzywda, wyrządzana im dodatkowo ze strony najbliższych osób, które powinny je chronić i wspierać. Można zarzucać Andrews epatowanie okrucieństwem wobec dzieci, co zawsze jest chwytliwym materiałem działającym niczym lep na czytelnika, jednak w tej opowieści jest coś więcej, co powoduje, że naprawdę doskonale się ją czyta. To umiejętność autorki do szkicowania zaplątanych życiorysów, jej nieprzewidywalność, tendencja do utrzymywania odbiorcy w nieustannym napięciu i ciągłego go zaskakiwania. Ja niecierpliwie czekam na kolejny tom opowieści o losach Casteelów, a wam szczerze polecam tę część. 
*s. 5 (numeracja stron według ebooka)
Tekst stanowi oficjalną recenzję napisaną dla serwisu LubimyCzytać.pl
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Prószyński i S-ka, Warszawa 2013.
Wydanie: I.
Ilość stron: 544.
Przekład: Małgorzata Fabianowska.
Tytuł orginału: "Heaven"
Język orginału: angielski.
Moja ocena: 5/6.