środa, 21 września 2011

W łóżku z Carollem... - "Łóżko" antologia opowiadań

  Łóżko to chyba jedyny mebel codziennego użytku, który ma wspomnienia i tajemnice. Jest świadkiem narodzin, powiernikiem nastoletnich sekretów, świadkiem miłosnych rozczarowań, nocy namiętnych bądź bolesnych i pełnych samotności. W końcu żegna nas swym żałosnym skrzypieniem, gdy odchodzimy z tego świata. Nic więc dziwnego, że w każdej niemal kulturze łóżko stało się synonimem, metaforą, symbolem bądź przenośnią rozmaitych aspektów ludzkiego życia. 
   Taki również  - życiowy, wrący od emocji i szczery - jest zbiór 16 opowiadań wybitnych współczesnych twórców, zarówno polskich, jak i zagranicznych. Tę swoistą paradę miniformy prozatorskiej otwiera tekstem z pogranicza jawy i snu, o tyleż groteskowym, co eterycznym i subtelnym, Jonathan Carroll. Słowa - tajemnice na prześcieradle, rozdzielające kochanków i nie pozwalające się spleść ich dłoniom, a tym samym pojednać duszom... piękne, magiczne.
Dalej jest Viewegh i jego, a właściwie jego bohaterki olbrzymi nochal, rosnący w tempie wprost proporcjonalnym do wygasania uczucia między małżonkami; jest Anna Janko z perwersyjną miłością, nabuzowaną hormonami młodością i przytłaczającą utratą. Etgar Keret zabiera nas do krainy, w której nasze kłamstwa ożywają i żyją według scenariusza, który piszemy im naszymi kolejnymi wymówkami. Jurij Andruchowycz pokazuje czytelnikowi Paryż, miasto miłości, seksu i zbrodni; Natalia Śniadanko zapoznaje z kobietą, która jest za piękna, za mądra i za bogata, by zdobyć mężczyznę oraz z mężczyzną, który mając dość takich właśnie kobiet postanawia... co? tu odsyłam Was do tekstu ukraińskiej autorki, przeczytajcie sami.
   Marsha Mehran wspomnienia cudownego życia w Iranie, któremu kres położyła rewolucja i emigracja, przyobleka w kształty łoża z różowym baldachimem; Zachar Prilepin natomiast zaskakuje stwierdzeniem, że nigdzie nie spało mu się tak dobrze, jak na czeczeńskim froncie. Oksana Zabużko snuje opowieść o destrukcyjnej sile kobiecej zazdrości na przykładzie dwóch pań Żurawnickich, Tomasz Piątek przy zupie (między literkami unosił się jej zapach, czułam go) demaskuje kondycję narodu i stosunek rządzących do jego problemów. Jan Jakub Kolski opowiada o zepsuciu, zniszczonym życiu i słowach, których wypowiedzenie mogłoby skreślić całe zło, a które nigdy nie zostaną wypowiedziane, bo blokuje je impas wspomnień o miłości nieszczęśliwej. Dan Lungu w sposób fantastyczny i dosłownie kosmiczny wytłumaczy nam rozstanie i porzucenie swego bohatera; Dawid Rosenbaum wkradnie się do wielu mieszkań na całej kuli ziemskiej by sfotografować ich mieszkańców wraz z ich troskami, lękami, wspomnieniami i marzeniami, podczas gdy wskazówki jego zegarka wskazywać będą godzinę 22. Rei Kimura zaczaruje nas mistyczną i orientalną opowieścią o japońskiej miłości zakazanej łamiącej tabu społeczne i obyczajowe; Rina Frank raz jeszcze przypomni, że najlepsze są te marzenia, które się nie spełniają; Johanna Nilson natomiast pokaże jak błahe wspomnienia i ledwie namacalne ślady mogą wskrzesić miłość, nawet wbrew nam samym, o ile pozostała w nas jej iskierka, choćby ukryta głęboko w sercu. 
   16 różnych twórców, 16 opowieści, mnogość odsłon miłości, istny literacki róg obfitości. Perełka. Każde opowiadanie to inny prozatorski świat, każdy twórca stara się nas sobie zjednać, oczarować swoją opowieścią, pokazać się z jak najlepszej strony, zaprezentować swój popisowy numer. Czytelnik jest w tej publikacji rozpieszczany, kokietowany przez autorów, może wybierać, przebierać. Ma w czym.
   "Łóżko" jako takich minusów nie ma; przynajmniej ja się owych nie dopatrzyłam. Trudności może nastręczać "przeskakiwanie" ze stylu w styl, z realiów w zgoła odmienne realia, ale po kilku takich czytelniczych "skokach" staje się to zaletą, ożywia lekturę. Pozycja znakomita na zapoznanie się z poszczególnymi pisarzami - przeczytanie opowiadania pozwala już bowiem wyrobić sobie pogląd na twórczość jego autora, może zasugerować, na kogo warto zwrócić uwagę, a kto nam całkowicie nie odpowiada (ja po lekturze wiem, że zdecydowanie zechcę bliżej poznać Carrolla, Kereta i Rosenbauma). Natomiast w przypadku twórców już znanych sympatycznie jest odnaleźć podczas lektury ich charakterystyczne motywy, sposoby prowadzenia narracji, coś, co w nich lubimy (w moim przypadku przyjemnie było ponownie spotkać Prilepina, Mehran czy Kimurę, tym razem w krótkiej formie). 
   Teksty tworzące antologię to teksty głębokie, zawsze z przekazem, zawsze przemyślnie skonstruowane, za każdym razem posiadające ukrytą gdzieś miedzy linijkami tekstu czy kolejnymi akapitami prawdę o życiu. Znajdziemy w nich bliskie naszym doświadczeniom blaski pierwszej miłości, łzy utraty, bóle rozstań. Znajdziemy to wszystko co znamy już niejako z autopsji, choć może osadzone w realiach fantastycznych czy w rzeczywistości Japonii sprzed kilku wieków. Miłość jest przecież uniwersalna i ponadczasowa... 
Tekst stanowi oficjalną recenzję napisaną dla portalu LubimyCzytać.pl
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Bluszcz.
Reszta danych dotyczących książki po jej wydaniu :)
Moja ocena: 5/6

sobota, 17 września 2011

KSIĄŻECZKI NATANKA: "Gdyby jajko mogło mówić" - Renata Piątkowska

   Mój syn ma wprawdzie dopiero siedem miesięcy i jego zdaniem książki służą do gryzienia (tak skończyły się wszelkie próby jego z literaturą obcowania), postanowiłam jednak już go do czytania przyzwyczajać (z różnym skutkiem, bo to baaaardzo żywe dziecko:)), sama jednocześnie mając przy tym okazję do zorientowania się, co rynek książki dziecięcej ma do zaoferowania. 
   Dzięki portalowi Sztukater.pl, miałam prawdziwą przyjemność, raczej póki co sama, niż z Natankiem, przeczytać bardzo przyjemną książkę dotyczącą tradycji i zwyczajów polskich bądź tych, które się w Polsce przyjęły i zadomowiły (mam tu na myśli Walentynki). Narratorami swych opowieści pani Piątkowska czyni dzieci, z którymi mali czytelnicy mogą się identyfikować. Swoich bohaterów otacza ciepłą, rodzinną atmosferą, w której niezwykłą wagę pełni rozmowa pełna treści, która zdaje się zanikać w dzisiejszej rzeczywistości cyfrowej. A szkoda, bo rozmowa to czas na wspomnienia, na przekazywanie tradycji i opowieści o dawnych czasach, to czas bliskości. 
   Mikołajki, Wigilia, Andrzejki, Marzanna, Śmigus-Dyngus, Prima Aprilis, Pisanki, Walentynki, Sylwester i Nowy Rok - sfabularyzowane omówienia takich świątecznych dni z Polskiego kalendarza zawiera książeczka. Opowieści te są pretekstem do przemycenia genezy tych obyczajów i przekazania ich dzieciom w sposób pośredni, poprzez zabawę i przystępnym językiem. Każde święto opracowane jest starannie, porusza wiele aspektów i sprzężonych z nim obrzędów, jak choćby techniki malowania jaj, sposoby wróżenia w Andrzejki czy pomysły na spreparowanie Marzanny. W niektórych momentach sama otwierałam oczy ze zdziwienia, myśląc: "Ciekawe, nie wiedziałam...". Interesujące są zwłaszcza momenty, kiedy o dawnych czasach opowiadają dziadkowie - tu sama zamieniałam się w dziecko, przenosiłam się do czasów, kiedy to mi tak opowiadano i... ach, rozmarzyłam się:) 
   Książeczka Renaty Piątkowskiej oprócz przybliżenia polskiej tradycji propaguje również umacnianie więzów rodzinnych, podkreśla rolę babci i dziadka jako skarbnicy ciekawych opowieści, umiejętności i życiowej mądrości:  
   "Dziadek jest najważniejszy, bo tylko on potrafi wydrapać na jajku nożykiem śliczny wzorek i jakimś cudem skorupka nie pęka. Palce też ma całe i nie musi owijać ich plastrem. Dlatego gdy zbliża się Wielkanoc, lubię siedzieć z dziadkiem przy stole z miską ugotowanych na twardo jaj i malować na nich esy-floresy"*
    "Gdyby jajko mogło mówić" z całą pewnością nie miałoby już nic do dodania, bo autorka tematy ukazała zwięźle, ale wyczerpująco. Książeczka posiada dużą czcionkę ułatwiającą samodzielne czytanie starszym dzieciom. Podział na poszczególne rozdziały umożliwia wracanie do konkretnych opowieści i przypominanie o nich w czasie oczekiwania na dane święto - aktualne tematy powiązane z tym, co przeżywa, mogą lepiej dziecku zapaść w pamięć; jednak lektura całej książki również zdaje się być ciekawym pomysłem na spędzenie wspólnego czasu, dzięki sfabularyzowaniu poszczególnych opowieści, dodaniu do nich przygód małych bohaterów i dużej dozy humoru.
   Całości uroku dodają zabawne i kolorowe obrazki, które zainteresują zwłaszcza młodsze dzieci, które mają jeszcze problem z długotrwałą koncentracją nad słuchaniem czy czytaniem dłuższych partii tekstu. 
   Polecam, bardzo przyjemna i mądra książeczka, wprowadzająca dziecko poprzez zabawę w przestrzeń kultury, wyjaśniająca zasadność celebrowania danych świąt, genezę danego zwyczaju i przekazująca w przystępny sposób dorobek kulturowy.
Książkę otrzymałam do recenzji dzięki uprzejmości wydawnictwa Bis i portalu Sztukater.pl
*s. 56. 
**ilustracje pochodzą z książki i są sporządzonymi przeze mnie fotografiami
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Bis, Warszawa 2011.
Wydanie: I
Ilość stron: 82.
Moja ocena: 4/6
Ilustracje: Artur Nowicki
Przedział wiekowy: 6+

wtorek, 13 września 2011

Stosik :)

   No i lato się skończyło. Ale ja tam lubię jesień, lubię te wszystkie kolory, lubię dni, w których trzeba się otulać mięciutkim szalikiem, wieczory, gdy można skryć się pod kocem z herbatką. I choć mój mały Urwis nie pozwoli mi z pewnością długo cieszyć się świętym spokojem, to z jednak jakaś krótka chwilka z tą herbatką będzie mi dana. A wtedy szybko złapię za książkę:)
1) Mamusiu dlaczego? - David Thomas - lubię książki z tej serii, choć nie jest to łatwa literatura, ale otwiera oczy, uczy wrażliwości, uczula na zło...
2) Prowadzący umarłych - Liao Yiwu - kilkadziesiąt wywiadów z różnymi członkami chińskiego społeczeństwa. Pasjonuje mnie ta orientalna część świata, jej kultura, obyczaje. Do recenzji od wydawnictwa Czarne
3) Gaumardżos! Opowieści z Gruzji - Anna Dziewit-Meller, Marcin Meller - wreszcie mam. A wszystko dzięki pani Bognie, która wyznając zasadę "lepiej późno niż wcale" odpisała mi na maila po dłuuugim milczeniu i wysłała wszystko, co tylko dusza zapragnie. A moja dusza tego pragnęła:) Recenzyjna od Świata Książki
4) Tam, gdzie urodził się Orfeusz - Ałbena Grabowska-Grzyb - również od Świata Książki -  PS - Orfeusz podobno urodził się w Bułgarii i o tym kraju traktuje książka. "Sentymentalna podróż do krainy przodków i miejsc zapamiętanych z dzieciństwa"- głosi nota na okładce... Czy można się temu oprzeć?
5) Jak Matka Boska trafiła na księżyc - Rolf Bauderdick - recenzyjna dla LubimyCzytać.pl, marzyła mi się od dawna. Jeśli ktoś coś porównuje do prozy Marqueza (pod warunkiem, iż nie popełnia w tym porównaniu nadużycia), to wiem, że to mi przypadnie do gustu. Paradoks tkwi w tym, że niczego samego Marqueza nie czytałam;)
6) Burka miłości - Reyes Monforte - do recenzji od LubimyCzytać.pl - powieści mające muzułmańskie tło interesowały mnie od zawsze, ciekawy jest też motyw zderzenia dwóch kultur, do którego dochodzi poprzez zawarcie małżeństwa. Ciekawa jestem tej opartej na faktach powieści.
7) Białe zęby - Zadie Smith - również do recenzji od LubimyCzytać.pl (już mówiłam, tj. pisałam, że jestem tam ze wszech stron rozpieszczana) - o Zadie zrobiło się ostatnio głośno, w "Książkach" poświęcony jej artykuł zatytułowano "Ikona wielokulturowości" - to mnie zaintrygowało do tego stopnia, iż postanowiłam poznać choć ciut tę panią i ta jej książka na dobry mam nadzieję początek znajomości.

wtorek, 6 września 2011

Błękitne niebo nad Afganistanem - "Urodzony w cieniu talibów" - Andrea Busfield

   "Urodzony w cieniu talibów" został Fouad. I istotnie cień ten kładł się na jego życiu już od pierwszych dni okrutnym i przynoszącym bezkresne cierpienie jarzmem. Ojca praktycznie nie pamięta - zginął w bitwie jako bojownik o wolność; wcześniej zmarł, pogryziony przez psa, jeden z jego starszych braci. Drugi natomiast został zakatowany przez talibów, którzy wtargnęli do jego rodzinnego domu, grabiąc i przy okazji porywając siostrę Minę. Fouad został z matką sam. Przez jakiś czas mieszkali kątem u jego ciotki, jednak warunki życia graniczyły tam ze skrajną nędzą, a to rodziło frustrację i wieczne kłótnie. Gdy tylko nadarzyła się okazja przeprowadzili się więc do cudzoziemców - matka pracowała tam jako pomoc domowa. Tak chłopiec poznał Georgie, Jamesa i May.
   Powieść jest efektem trzyletniego pobytu autorki w Kabulu, gdzie była ona redaktorem naczelnym lokalnej gazety finansowanej przez NATO. Afganistan uwiódł Busfield i rozkochał w sobie wielką i głęboką miłością - to się w tej prozie czuje. Czuć zachwyt pięknem afgańskich krajobrazów, błękitem tamtego nieba, czuć głębokie współczucie dla jego obywateli wypływające z wielkiej sympatii, jaką ich obdarzyła. Takie oto, będące potwierdzeniem swych uczuć słowa, wkłada w usta swego dziecięcego bohatera:
  "(...) się przekonałem, że poza sporami polityków, poza zamachowcami samobójcami i ich morderstwami, poza żołnierzami i ich bronią ludzie są dobrzy. Że Afgańczycy są dobrzy."*
Autorka opisując sceny walk, zamachów, przywołując krwawe jatki urządzane przez bezwzględnych talibów ani na chwilę nie zapomina o uświadomieniu czytelnikowi jak bardzo wydarzenia te kontrastują z urokiem tego egzotycznego zakątka świata; jak bezlitośnie burzą jego odwieczny, majestatyczny czar.
    "A Wasz kraj już od samego początku wydawał mi się zachwycający: niesamowita sceneria, te cudowne wezwania do modłów, które budziły mnie codziennie o piątej rano; ludzie, którzy mimo tak ciężkiego życia potrafili zachować ducha. Pewnego dnia pojechałam odwiedzić obóz dla uchodźców, żeby porozmawiać z nimi o nadchodzących wyborach. Ci ludzie byli tak przerażająco biedni, że zbierali nawóz zwierzęcy, żeby mieć czym palić w zimie, a jednak kiedy się pojawiliśmy, natychmiast poczęstowali nas herbatą i jakimiś resztkami chleba, które im zostały, bo byliśmy gośćmi."**
   Busfield wskazuje również na zjawiska, za przyczyną których Afganistan pogrąża się coraz bardziej w biedzie i kryzysie. Wskazuje rozwiązania, możliwości. Zamieszcza w swej powieści krytykę praktyki uprawy maku, który uzależnia chłopów afgańskich prowadząc ich gospodarstwa do ruiny i skazując rodziny na nędzę; proponuje rozwój gospodarki opartej na pozyskiwaniu kaszmiru, co mogłoby przynieść ubogim wieśniakom znaczne dochody. Podkreśla w końcu potrzebę edukacji jako broni przeciwko talibom, którzy swą uzurpatorską politykę motywują rzekomymi naukami płynącymi ze studiów nad Koranem.
  Innowacyjne jest w powieści ukazanie potencjalnego spojrzenia młodego Afgańczyka na cywilizację i kulturę zachodu. Takiego ujęcia tematu jeszcze w powieściach tego typu nie spotkałam. Busfield natomiast wkłada w usta Fouada monologi pełne zdziwienia i niezrozumienia, jakby tak się zastanowić, uzasadnionego. Zachód jawi mu się jako kraina całkowitej rozwiązłości, braku kręgosłupa moralnego i bezdennego ateizmu; że o drastycznym prymacie przywiązania do materializmu nad duchowością już nie wspomnę. Przezabawne, ale pod dozą humoru ukrywające głębokie treści są dociekania Fouada istoty świętowania urodzin Jezusa (Bożego Narodzenia) kiedy widzi upijającego się do nieprzytomności Jamesa czy rozważania nad orientacją seksualną May, dowiedziawszy się, iż planuje poślubienie kobiety    Autorka zamieszcza w swej opowieści liczne opisy rytuałów i obyczajów, które budują nastrój, wzbogacają fabułę, przenoszą nas wprost na kolorową i tonącą w słonecznym blasku, zakurzoną ulicę Kabulu. Bo czy wiedzieliście, że afgańska panna młoda musi udawać smutek w dniu swego wesela, by oddać tym hołd rodzinie, którą opuszcza? Czy słyszeliście jak Afgańczycy obchodzą Święto Ofiar na pamiątkę ofiary Ibrahima w postaci syna? Ja o tym dowiedziałam się dopiero podczas lektury.
   Osobna, a dość rozbudowana i obfita w przykłady i ilustrujące je historię jest kwestia pozycji kobiety w Afganistanie. Że w kulturach muzułmańskich płeć piękna plasuje się na pozycji mocno upodrzędnionej w stosunku do mężczyzn - to fakty powszechnie znane. Ale Busfield serwuje czytelnikom epizod dotyczący kobiety, której policja obyczajowa obcięła palce, bo ta pomalowała paznokcie. U Busfield wyznanie miłości, jakie wyszeptał do Georgie roznamiętniony Chaled (Afgańczyk) brzmiało, parafrazując: jesteś miłością mego życia; jeśli mnie porzucisz, to Cię zabiję. Tu ojciec sprzedaje córkę za narkotyki, tu talibowie bezkarnie porywają młode dziewczyny i sprzedają je do pracy jako służące.
   W Afganistanie żyje się ciężko - śmierć panoszy się tam i sprawuje niepodzielną władzę, a w swej służbie ma zamachy, uzależnienia, choroby (jak choćby cholera), nędzę czy ataki talibów. Ale jednak jego piękno i majestat przebija się przez te ponure cegły tworzące mur odgradzający czytelnika od słońca jego świetności. Ludzie jednak są tam odporni na kaprysy losu, który ich nie oszczędza, zdają się być pogodzeni z przeznaczeniem, gotowi przyjmować wszystko bez słowa sprzeciwu bogaci w głębokie życiowe doświadczenie:
"Każde z nas dostało swoją porcję cierpienia. (...) Ostatecznie żyjemy w Afganistanie."***
   "Urodzony w cieniu talibów" to sentymentalny portret tego prastarego i posiadającego wielowiekowe tradycje i przebogatą kulturę państwa. To historia zakazanej miłości angielki do przystojnego afgańskiego łamacza niewieścich serc, to obrazy dzielnic skrajnej nędzy skontrastowane z przepychem posiadłości bossów mafii, to opowieść o cierpieniu i pochwale życia wypływającej ze świadomości jego ulotności. To Afganistan, który ma duszę dziecka, doświadczenie wiekowego starca i radość życia właściwą nieposkromionej młodości.
Tekst stanowi oficjalną recenzję napisaną dla serwisu LubimyCzytać.pl
*s. 265. 
**s. 167. 
***s. 59.
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Albatros, Warszawa 2011.
Wydanie: I
Ilość stron: 368.
Przekład:  Zofia Uhrynowska-Hanasz.
Tytuł orginału: Born under a million shadows.
Język orginału: angielski.
Data powstania: 2009.
Moja ocena: 4/6
________________________________________________
Andrea Busfield - urodziła się w Wielkiej Brytanii. Z zawodu jest dziennikarką; przez 15 lat pracowała dla "The Sun" i "News of the World". Jako reporter po raz pierwszy odwiedziła Afganistan w 2001 roku. W latach 2005-2008 była redaktorem naczelnym ukazującej się w Kabulu gazety finansowanej przez NATO. Po wyjeździe z Afganistanu pisarka mieszkała przez kilkanaście miesięcy na Cyprze, przygotowując drugą powieść, "Aphrodite's War". 
Źródło tekstu - nota na okładce.
Zdjęcie

czwartek, 25 sierpnia 2011

Geografia ludobójstwa - "Nagość życia. Opowieści z bagien Rwandy" - Jean Hatzfeld

   Rwanda ma w sobie pewien fenomen. Fenomen każący przeżywać wielokrotnie wydarzenia z 1994 roku. Po co? By zrozumieć, uwierzyć, doznać katharsis? A może by nie zapomnieć, by przestrzec, by wyjawić światu prawdę? Może zależy to do przeżywającego? Bo inaczej odnajduje się w tych wspomnieniach ocalały, inaczej zabójca. Czym innym są dla relacjonujących je reporterów, a jeszcze inne wartości niosą dla niezaangażowanych w nie biernych obserwatorów z białego świata. Mnie Rwanda wprawia w osłupienie, przeraża, staje się symbolem apogeum ludzkich instynktów i przerażającym świadectwem, iż człowiek to istota niezgłębiona, zdolna do największych okrucieństw.
   "Nagość życia", powstała w 2000 roku stanowi pierwszą część trylogii reportaży o Rwandzie, którą stworzył francuski reporter, Jean Hatzfeld. Ponieważ przy wydawaniu w Polsce ich kolejność nie została zachowana, przeczytałam wcześniej ostatni z rwandyjskich reportaży, "Strategia antylop" (powstała w 2007), a na środkową - "Sezon maczet" (2003) czekam niecierpliwie, gdyż jej polska premiera ma się odbyć w lutym przyszłego roku. Sytuacja Hatzfelda jako reportażysty zajmującego się wydarzeniami w Rwandzie jest szczególna, gdyż to właśnie Francja, której jest obywatelem, miała w tym państewku swą strefę wpływów. I to właśnie odwrócenie się Francji plecami podczas rzezi w 1994 bolało Afrykaninów najbardziej - "Z założonymi rękami patrzyli jak umierają, prawie do ostatniego, oto cała prawda"(s. 134) . Musi więc Hatzfeld pokonać dwie bariery podczas rozmów - barierę bycia tym, którego ludobójstwo nie dotyczyło i, przepastniejszą chyba nawet, barierę swego pochodzenia. Udaje mu się to jednak. Cierpliwością zdobywa zaufanie ocalałych, szczerością prowokuje ich do zwierzeń. Jego intencje są jawne, sam określa je następująco:
"Celem tej książki nie jest jednak powiększanie stosu wydanych już opracowań, zbiorów dokumentów, powieści, czasem znakomitych. Tylko umożliwienie lektury tych dziwnych opowieści ludzi ocalałych."*
   Hatzfeld w swej książce podróżuje po Rwandzie, opisuje jej krajobraz, jej piękno, spokój, dziewiczość i naturalność. Ukazuje Rwandę jako raj na ziemi, nieskażony cywilizacją ogród obfitości, by zaraz przywołać wyłaniające się z wspomnień swych rozmówców apokaliptyczne sceny pełne krwi, przemocy i okrucieństwa.  Nie ma takiego miejsca w Rwandzie, gdzie Hatzfelda nie urzekłaby przyroda i nie ma takiego skrawka ziemi, który nie wchłonąłby krwi niewinnych ofiar, nie ma człowieka, który by nie był w ludobójstwo zamieszany - czy to chowając się na bagnach, czy siejąc śmierć z maczetą w ręku (choć w "Nagości życia" mówią tylko ocalali; zabójcy nie mają tu prawa głosu).
  Reporter rozmawia z przypadkowo spotkanymi ludźmi, rozmawia z każdym, kto chce mu swą historię powierzyć. Trudno jednak rozmawiać z tak doświadczonymi przez los rozmówcami - Hatzfeld musi mieć świadomość wagi emocjonalnej tych opowieści, tego, iż snute są one z samego jądra duszy. Musi być świadomy, że wiele słów ma teraz dla ocalałych zupełnie inne znaczenie (np. jedna z kobiet mianem "dobrego człowieka' określa swego wybawiciela, mimo iż widziała stosy maczet walające się po jego domu); musi "wyłapywać" kłamstwa nieintencjonalne, wynikające np. z niemożności pogodzenia się z prawdą, nieradzenie sobie z wyjawianiem prawdy; zapominanie, mieszanie faktów. Ocalali w swych rozmowach stosują, jak to nazywa, "sztukę delikatnych przemilczeń", którą on musi zrozumieć i przekazać, ale której nie wolno mu przeinterpretować i dopowiadać. Wiecie, jak to robi? Jego praca nad reportażem, to, oprócz rozmów i uczestniczenia w codziennym życiu Rwandyjczyków  to też "(...) spisywanie zawartości kaset, słowo w słowo, by odtworzyć klimat rozmowy i oddać melodię głosów."(s.141). Takie reporterstwo to prawdziwa sztuka.
   Choć niemal niezauważalnie, ale jednak czuć echa tych samych pytań. Jednak nie nazwałabym tych relacji wspomnień wywiadami, to raczej rozmowy sterowane, nastawione na uzyskanie odpowiedzi na pytania nurtujące świat, na pytania, które kładą się złowrogim cieniem najbardziej na tych, którzy przeżyli. O co pyta? Głównie nurtuje go powód ludobójstwa, przyczyna, zalążek. Pytani odpowiadają różnie, jednak najczęściej wskazują przywary Afrykaninów - chciwość, porywczość i zazdrość, oskarżają białych, wskazują w geście oskarżenia na intelektualistów, niektórzy widzą bardziej transcendentny motor tych wydarzeń (co w moim odczuciu nie jest zaściankową wizją świata, a jak najbardziej wytłumaczalnym, wobec rozmiaru tej masakry stanowiskiem):
"Myślę, że Szatan wybrał Hutu, by wypełnili wszystkie te okropieństwa, tylko dlatego, że było ich znacznie więcej i byli silniejsi, mogli wyrządzić więcej zła w zaledwie kilka miesięcy. Kiedy słyszę przez radio wiadomości o afrykańskich wojnach, czuję wielki niepokój. Myślę, że Szatan korzysta z tego, że Bóg zbyt długo był z dala od Afryki, i mnoży hekatomby."**
 Pyta też o morderców, o ich motywację. W tym miejscu muszę wyrazić swoje... nie wiem - zaskoczenie, zdegustowanie, zszokowanie może nawet terminem, jakim określa się w publikacji działalność pogrążonych w morderczym szale Hutu. "Pracowali" - uważam, że mniej trafnego określenia na zabijanie ludzi maczetą dobrać nie było chyba można, ale może ja po prostu ich pojmowania świata nie rozumiem. Nie wiem z czego wynika takie określenie, może to eufemizm, a może kolejny przykład mylenia pojęć... Wróćmy jednak do postrzegania morderców przez ich niedoszłe ofiary.W wielu wypowiedziach słyszy się tezę, iż prawdziwymi zabójcami byli inteligenci, humaniści i ludzie wykształceni; że to oni napędzali szary tłum - "To intelektualiści, że tak powiem ich wyemancypowali, wpajając ideę ludobójstwa i uwalniając od wahań" (s.88) Potem rolę odegrały już tylko niepohamowane, wydobyte z głębi ludzkie instynkty i pierwotne żądze.
"Okaleczali nas, bo zasmakowali w dzikim okrucieństwie, nic więcej. Byli wśród nich zwykli Hutu, którzy zabijali zwyczajnie, źli Hutu, którzy zabijali ze złością, najczęściej interahamwe, i w końcu ekstremiści zła, którzy zabijali z ekstremalną złością.***
  Hatzfed na rzecz przekazu rezygnuje z nadrzędnej zasady obowiązującej dziennikarzy i wynikającej z ich etyki, a mianowicie postanawia nie wysłuchiwać wszystkich stron. Odbiera tu prawo głosu mordercom. Argumentuje swą decyzję chęcią zadośćuczynienia błędowi, jaki ogarnął opinię publiczną - świat uznał bowiem za ofiary Hutu udających się na exodus i umieszczonych w obozach w Kongo, zapominając o tułających się po bagnach Tutsich. Myślę, że to sprawiedliwy hołd.
Książkę otrzymałam do recenzji dzięki uprzejmości wydawnictwa Czarne
*s. 11
**s. 29
***s. 85
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Czarne, Wołowiec 2011.
Wydanie: I
Ilość stron: 193.
Przekład: Jacek Giszczak
Tytuł orginału: Dans le nu de la vie. Recits des marais Rwandais.
Data powstania: 2000
Moja ocena: 5/6
__________________________________________________
Jean Hatzfeld (ur. w 1949 roku) -  reporter, korespondent wojenny, pisarz. Opisywał upadek komunizmu w Europie Środkowej, pracował jako korespondent wojenny z objętych kryzysem zbrojnym krajów Bliskiego Wschodu oraz Haiti, Konga, Algierii i Burundi, trzy lata spędził w byłej Jugosławii, gdzie został ranny podczas ostrzału Sarajewa. Doświadczenia te zaowocowały dwiema książkami: L'Air de la guerre (1994) oraz La guerre au bord du fleuve (1999).
W 1994 roku wyruszył do Rwandy. Opublikował trzy książki poświęcone rwandyjskiej wojnie domowej: w 2000 roku Dans le nu de la vie. Récits des marais rwandais (nagrodzoną m.in. Prix Pierre Mille i Prix France Culture), w 2003 roku Une saison de machettes, za którą otrzymał Prix Joseph Kessel i  Prix Femina Essai, oraz Strategię antylop (La stratégie des antilopes), nagrodzoną w 2007 roku Prix Médicis, jedną z najbardziej prestiżowych francuskich nagród literackich. Za opublikowaną w 2009 roku w Polsce Strategię antylop otrzymał Nagrodę im. Ryszarda Kapuścińskiego 2010.