niedziela, 31 października 2010

Podsumowanie października 2010


Przeczytane ksiażki: 6 (tak sobie)
Ilość przeczytanych stron: 1390
Odkrycie miesiąca: brak jako takiego, może jedynie nieznana mi dotąd współczesna twórczość pisarzy rosyjskich stała mi się bliższa dzięki wyzwaniu Rosja w literaturze
Rozczarowanie miesiąca: brak i dobrze:)
Najlepsza w tym miesiącu: zdecydowanie "Żona mormona", książkę chłonęłam, perypetie autorki i głównej bohaterki trzymały w napięciu i nie pozwalały się oderwać. Książka gęsta od akcji, polecam.
Przyznane oceny:
6 - 1
5 - 3
4 - 2
3 - 0
2 - 0
1 - 0
Wyzwania, w których uczestniczę:
- Rosja w literaturze: 2
- nagroda Nobla: 0
- Pulitzer (wspólnie z Zaczytaną): 0
Wycieczki literackie: USA/Meksyk ("Żona mormona"), Rosja ("Daj mi!", "Pochowajcie mnie pod podłogą"), Francja ("Demon i panna Prym"), Jemen ("Dziesięcioletnia rozwódka"), Rwanda ("Strategia antylop") 
Serie wydawnicze: Reportaż, pisane przez życie
Nagrody literackie: brak, niestety 

"Czego ci potrzeba? (...) Rozwodu!"* - "Dziesięcioletnia rozwódka" - Nadżud Ali (współpraca: Delphine Minoui)

    Każda z kultur zamieszkujących kulę ziemską ma innym do zaoferowania wiele mądrości życiowej, wiele piękna i wartościowych wskazań, z których czerpanie mogłoby wzbogacać. Istnieje jednak i druga strona medalu - niekiedy narody hołdują przez wieki prymitywnym wierzeniom zaślepieni własnym fanatyzmem. Sytuacja taka nie tylko pali mosty na drodze porozumienia czy choćby akceptacji z obcymi cywilizacjami; często jest też siłą destrukcyjną osłabiającą ją samą od wewnątrz. 
   "Jeśli poślubisz dziewięciolatkę, masz zagwarantowane szczęśliwe małżeństwo - tak brzmi tutejsze powiedzenie."**
   Praktyki takie sankcjonuje bowiem tradycja i obyczajowość na terenach m.in.: Egiptu, Afganistanu, Indii, Mali czy Pakistanu. Potęgowane bardziej prozaicznymi powodami, jak choćby bieda, brak wykształcenia, obawa o honor rodziny powiązana ze strachem przed porwaniem, zbierają i zapewne długo jeszcze będą zbierać żniwo w postaci odebranych marzeń i utraconego dzieciństwa, a nieraz nawet życia wielu dziewczynek.
   Nadżud wydano za mąż mimo obowiązującej od 1999 roku poprawki do prawa małżeńskiego, w myśl której małżeństwo zawrzeć może najwcześniej 15-latka, a i to z zastrzeżeniem, iż mąż musi zachować względem niej wstrzemięźliwość seksualną do czasu uzyskania przez nią pełnoletności. "Jedna gęba mniej..." - usłyszała podsumowanie ojca do  decyzji o wydaniu jej za mąż. Wkrótce też, wskutek dyspozycji rodziny męża, musiała porzucić edukację. Ślub ograniczył się do zwyczajowych umów spisanych między mężczyznami reprezentującymi każdą ze stron i był raczej rodzajem transakcji handlowej, niż skutkiem jakichkolwiek uczuć; Nadżud wyceniono na ok. 900zł. Odtąd dziesięciolatka musiała stać się przykładną żoną, tłamszącą swoje marzenia i swą godność pod nikabem.
   "Ileż razy chciałam zrzucić czarny nikab, pod którym się dusiłam! Czułam się mała, zbyt mała, by poradzić sobie z tym wszystkim. Z chustą, daleką podróżą bez rodziców, nowym życiem u boku nieznajomego mężczyzny, który budził moją niechęć."**
    Po ślubie mąż wywiózł swą dziesięcioletnią żonę daleko od rodziny; codziennością Nadżud stały się łajania nieprzychylnej jej teściowej, która za swój cel obrała przyzwyczajenie jej do ciężkiej pracy i roli prawdziwej kobiety. Koszmarem były noce z mężem zmuszającym ją siłą i przemocą do spełniania obowiązków żony w zakresie miłości fizycznej, do tego stopnia, iż za pierwszym razem Nadżud z bólu, strachu i upokorzenia zemdlała. Regularnie otrzymywała od męża, podjudzanego radami  teściowej, reprymendę za nieposłuszeństwo w postaci bicia kijem. 
   Nadżud urodziła się w małej jemeńskiej wiosce Chardżi w roku... no właśnie, już samo sprecyzowanie roku jej urodzenia nastręcza problemów - nie wie tego nikt, nie prowadzi się bowiem rejestrów urodzin małych jemeńczyków, dzieci przychodzą na świat w domach i nikt nie sporządza im żadnych dokumentów tożsamości. Według obliczeń matki, bardzo mglistych zresztą, w roku 2008, czyli wtedy, gdy toczy się akcja książki, jej córka może mieć około dziesięciu lub dziewięciu lat. Dziewczynka miała... 16 rodzeństwa (jednak pięcioro dzieci zmarło z powodu braku opieki lekarskiej, matka przeszła też kilka poronień). W tym to portrecie typowej rodziny mamy zarysowany przytłaczający i tchnący prymitywizmem obraz jemeńskiej prowincji - miejsca, gdzie kobiety rodzą ogromną ilość dzieci nie rozumiejąc działania podarowanych im tabletek antykoncepcyjnych, gdzie notuje się najwyższą śmiertelność wśród dzieci i noworodków i gdzie dziewczynki nie mają prawa do edukacji, więc połowa kobiet jest analfabetkami. Nie używa się tam sztućców, za toaletę służy wykopana w ziemi dziura w krzakach. Kiedy wskutek domniemanej hańby, jakiej dopuściła jedna z sióstr Nadżud w stosunku do mieszkańców wsi rodzina Ali opuszcza rodzinną wieś i przeprowadza się do stolicy w ich życiu dzieje się jeszcze gorzej.
   W Sannie zamieszkali oni w ruderze przy zaśmieconej uliczce, dzieci zmuszone były do  sprzedawania produktów typu chusteczki higieniczne w czasie zatrzymania samochodów na czerwonym świetle i żebrania na ulicach.
   "Jestem prostą dziewczynką, która mieszka w stolicy. Zawsze podporządkowywałam się poleceniom mężczyzn z mojej rodziny. Już na początku życia nauczyłam się odpowiadać "tak" na wszystko. Dziś postanowiłam powiedzieć "nie". Czuję się wewnętrznie nieczysta. Zupełnie jakby ktoś skradł część mnie samej."***
   Dziewczynka musiała stawić czoła zadawaniu jej przez sędziów koniecznych w celu uzyskania dowodów pytań o intymne sfery życia.Walczyła bowiem z utrwaloną zwyczajowo i powszechnie akceptowaną, choć krzywdzącą dla kobiet a nawet dziewczynek powszechna obyczajowością; występowała wobec mentalności traktującej mężczyznę jako pana i władcę kobiety. Pomocy nie uzyskała od matki, która radziła jej pokornie wszystko znosić, bo "taki jest los kobiety"; ojciec również wymawiał się wyższością honoru, straszył, iż gdy Nadżud odejdzie od męża, on zostanie zabity w akcie zemsty. Pomocną dłoń do dziewczynki wyciągnęła dopiero druga żona jej ojca, Doula. Ona poradziła dziesięciolatce wyprawę do sądu.
   Równolegle do własnej historii Nadżud snuje też opowieści o losie swych sióstr i braci. Ich rzeczywistość również nie rozpieszczała: Mona zdradzona przez męża (który zresztą przed zawarciem małżeństwa zgwałcił ją) z jej własną siostrą Dżamilą musiała oddać teściowej na wychowanie swą trzyletnią córeczkę Monirę, gdyż z małą na rękach łatwiej było jej żebrać. Mówi też o wędrówkach swego brata Faresa w celach zarobkowych - był on pastuchem owiec w sąsiedniej Arabii Saudyjskiej; jego miesięczna pensja wynosiła tam 200 saudyjskich riali, czyli... 160zł.
   Nadżud została w 2008 roku mianowana Kobietą Roku przez magazyn "Glamour" (obok Nicole Kidman czy Hillary Clinton). Nic dziwnego, dziewczynce udało się przecież złamać tabu.
*s. 16.
**s. 60
***s. 51. 
****s. 14.
Wydawnictwo i rok wydania: Hachette, Warszawa 2009.
Przekład: Ewa Wolańska
Ilość stron: 145
Moja ocena: 4/6
Seria: pisane przez życie

czwartek, 21 października 2010

"Mama wymieniła mnie na karła-krwiopijcę i powiesiła młyńskim kamieniem u babcinej szyi"* - "Pochowajcie mnie pod podłogą" - Paweł Sanajew

   Powieść młodego, 26-letniego rosyjskiego pisarza Pawła Sanajewa to utwór autobiograficzny. Jego publikacja wywołała w Rosji skandal, gdyż jego bohaterowie to znane postaci rosyjskiej sceny filmowej (matka książkowego Saszy jest odtwórczynią ról charakterystycznych, ojczym zaś to aktor filmowy i reżyser Rolan Bykow).
   Książka wciąga, szokuje, bulwersuje a momentami nawet przeraża. Sanajew kreśli wyraziste postaci o wielopłaszczyznowych i złożonych charakterach. Mistrzowsko ukazuje świat dorosłych, zgorzkniałych ludzi; ich zawiedzione nadzieje, niespełnione marzenia, niewyjaśnione niesnaski, które piętrząc się latami urosły do niewyobrażalnie wielkiej rangi siejąc nienawiść i gorycz w stosunkach z najbliższymi. Jednocześnie należy pamiętać, iż narratorem jest u Sanajewa ośmioletni chłopczyk; świat przedstawiony niemal zawsze ukazuje nam autor przez pryzmat jego dziecięcej percepcji, jego naiwnego dziecięcego pojmowania świata.
   Skąd tak intrygujący tytuł? Otóż jest to jakoby ostatnia wola Saszy, dziecka chorego na niemal wszystkie możliwe choroby świata; małego chorowitka, chuderlaczka, który oprócz problemów z odpornością borykać się musi z przypisanymi mu przez babcię hipochondryczkę milionami innych schorzeń, od których "niechybnie wkrótce umrze". No i właśnie kiedy umrze, pragnie być pochowany pod podłogą w mieszkaniu swojej mamy, którą kochał ponad wszystko, a kontaktów z którą zabraniała mu babcia tyranka i despotka:
   "Poproszę mamę, żeby mnie pochowała w domu pod podłogą - wymyśliłem sobie pewnego razu. - Tam nie będzie robaków, nie będzie ciemności. Mama będzie przechodzić obok, a ja będę na nią patrzeć przez szpary i nie będzie mi tak strasznie jak na cmentarzu."**
  Na szczególną uwagę zasługuje postać babci Saszy, kobiety z diabłem za skórą, nieprzewidywalnej, siejącej wśród najbliższych zgrozę, lęk i panikę, nieokrzesanej i zdolnej do niemal wszystkiego. Szczególna to postać na kartach literatury, za tą kreację chylę przed Sanajewem czoła i aż boję się myśleć jakim człowiekiem był pierwowzór Niny Antonownej, skoro powieść jest autobiografią... Włos się na głowie jeży. Na dobrą sprawę babcia nienawidziła wszystkich dookoła - od swego wnuczka, którym się opiekowała, poprzez męża i córkę, którym w życiu zgotowała piekło, aż po sąsiadów, lekarzy i swych zięciów. Wciąż żyła przeszłością, miała za złe mężowi, iż ją poślubił, wywiózł z rodzinnego Kijowa, pozbawił możliwości zostania aktorką, o czym marzyła. Jego zaniedbaniom i arogancji przypisywała śmierć rocznego synka Aloszy, którego kochała ponad wszystko. Winiła męża również o wmawianie jej choroby psychicznej i manii prześladowczej. Równie serdecznie, jeśli nawet nie bardziej babcia Nina nienawidzi swojej córki Oli, matki Saszy. Oskarża córkę o niewdzięczność, głupotę; wypomina obojętność i brak troski z jej strony, kiedy to poświęcała się dla niej całkowicie odejmując sobie od ust, byle córka miała.
   Dziadek Saszy to postać wycofana, skryta w cieniu tyranizującej go żony, bezkonfliktowa, usiłująca za wszelką cenę uniknąć powodów do kłótni z małżonką, w których był na z góry przegranej pozycji. Jako artysta często miał sposobność wyjeżdżania w sprawach zawodowych, z czego ochoczo korzystał i co pozwalało mu chyba jedynie jakoś funkcjonować, choć sam przyznaje, iż niejednokrotnie myślał o samobójstwie. Historia jego małżeństwa z Niną wygląda z jego perspektywy zupełnie inaczej - początkowo chciał się z nią rozwieść, ale gdy na świat przyszły dzieci robił już wszystko, by współegzystować z krnąbrną, wiecznie niezadowoloną żoną. Podsumowując swe życie w rozmowie z przyjacielem płacze, ale stwierdza też, iż nie byłby w stanie porzucić żony, przeżyli razem przecież całe życie.
   Również życie Saszy upływało pod ścisłym dyktandem despotycznej babci; codziennością chłopca były też badania, analizy, konsultacje, pobieranie krwi, robienie kardiogramów i innych tym podobnych zabiegów. Z powodu złego stanu zdrowia chłopiec niemal nagminnie opuszczał zajęcia w szkole, co wiązało się z nudnym i żmudnym nadrabianiem zaległości pod okiem babci, wyzywającej go na czym świat stoi za każdy najmniejszy błąd. Babcia chłopca poniżała, obrażała, mieszała z błotem za najmniejsze przewinienie. Żadne przyjemności wieku dziecięcego nie były mu za jej sprawą znane - kiedy już namówił babcię na wizytę w wesołym miasteczku ta znalazła miliony powodów, by zabronić wnuczkowi wszystkich atrakcji. Chłopcu nie wolno było jeść lodów, przyjmować zabawek przynoszonych mu przez matkę podczas sporadycznych i utrudnianych przez babkę wizyt. Sasza był przez babkę zastraszany, nastawiany wrogo do matki a ojczyma, za jej podszeptami uważał za czyhającego na jego życie mordercę. Kiedy chłopczyk podczas kuracji w sanatorium może zjeść smażone kotlety oraz wziąć bez pytania różne zabawki wprost nie posiada się z radości. Jednak największą krzywdą, jaką uczyniła chłopcu babcia było odebranie go na siłę mamie, którą kochał, za którą tęsknił i której bliskości rozpaczliwie pragnął:
   "Kiedy z mamą rozmawiałem, wydawało mi się, że słowa wyrywają mnie z jej objęć; kiedy się do niej przytulałem niepokoiło mnie, że za mało na nią patrzę; kiedy odchodziłem na kilka kroków, żeby ją lepiej widzieć, przeżywałem, że nie mogę się w tym samym czasie do niej przytulać. "***
   Niezbyt częste i niemile widziane wizyty mamy Saszy u chłopca nieodmiennie kończyły się straszną awanturą do jakiej dochodziło między kobietami bez żadnego wyraźnego powodu. Ola musiała nieraz uciekać przed rozsierdzoną matką wyzywającą ją od kurew i prostytutek, rzucającą w nią tym, co akurat miała pod ręką i oblewającą dopiero co proponowaną jej zupą.
   Specyficzny jest też sam język powieści. Partie narracyjne nie wyróżniają się niczym szczególnym, ale kiedy dochodzi do dialogów, szczególnie tych wypowiadanych przez babcię, to jest to istny potok przekleństw, obelg, złorzeczeń i słów uznawanych za niecenzuralne.  Kłótnie mamy Saszy z jego babką, których chłopiec był świadkiem, obfitowały w podobne epitety pod adresem Oli:
   "(...) nie będę nim rzucać w taką kurwę, bo się jeszcze wybrudzi. Ty nawet kurwą nie jesteś, ty w ogóle nie jesteś kobietą. Twoje narządy psom powinni rzucić za to, że miałaś czelność dziecko urodzić. (...) idź swojemu karłowi spocone jaja lizać (...)" ****
   Nie śpieszyłabym się jednak z jednoznaczną oceną bohaterów książki Sanajewa. Autor opowiada historię swojej rodziny niczego nie ubarwiając, nie koloryzując ale jednocześnie stara się być w swej narracji obiektywny. Owszem, nie przepadał za babcią, ciężko byłoby za nią przepadać, ale stara się mimo swych urazów do niej ukazać czytelnikowi życiowe tragedie, jakie były jej udziałem i które najprawdopodobniej przyczyniły się do jej zgorzknienia. Nie wini też matki, że go opuściła i nie interesowała się nim, jednakże rozgrzesza ją, ukazuje jej spaczoną przez otrzymane wychowanie psychikę. Historia jest przerażająca, zastanawiająca i okropnie smutna. Na stronach książki jest i humor, życie przecież ma różne barwy, niestety jest to raczej śmiech ze ściśniętym gardłem.
   Kolejna książka o tematyce rosyjskiej po lekturze której aż chce się zapytać: "Rosjo, dlaczego masz tak strasznie smutną twarz?"
*s. 7.
**s. 108.
***s. 171. 
****s. 188.
Wydawnictwo i rok wydania: Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2009.
Przekład: Izabela Korybut-Daszkiewicz
Ilość stron: 205
Moja ocena: 5/6
Wyzwanie: Rosja w literaturze

środa, 20 października 2010

"(...) od zarania swych dziejów człowiek jest skazany na życie w odwiecznym Podziale na Dobro i Zło"* - Demon i panna Prym - Paulo Coelho

   Książka "Demon i panna Prym" tworzy, obok tytułów takich jak "Na brzegu rzeki Piedry usiadłam i płakałam" oraz "Weronika postanawia umrzeć",  trylogię "Zaś siódmego dnia...". Utwory te, jak pisze autor, opowiadają o tygodniu z życia ludzi postawionych nagle w obliczu miłości, śmierci czy władzy. Tu główna bohaterka, Chantal Prym, zostanie postawiona przed wyborem pomiędzy Dobrem i Złem. I nie chodzi o ostateczne rozstrzygnięcie i wybór, który jest rzeczą oczywistą; Coelho zmusza nas do przyjrzenia się procesowi podejmowanie decyzji, wielu dylematom i pokusom, jakim musi stawić czoła bohaterka. Ustawia przed czytelnikiem lustro, w którym ten może obejrzeć własne codzienne życiowe rozterki, a ramy tego lustra zdobione są baśniowością i tą szczególną atmosferą magii właściwej pisarzowi.
   Do małego, sennego i pogrążonego w rutynie miasteczka Viscos w Pirenejach przybywa tajemniczy nieznajomy. Intryguje on mieszkańców złaknionych każdej nowości, jednak prawdę o jego swoistej misji odkrywa na wstępie tylko staruszka Berta oraz młoda sierota, pracownica hotelu, Chantal Prym. To jej właśnie mężczyzna daje alternatywę - jeśli w ciągu tygodnia mieszkańcy Viscos zamordują jednego z nich, miasto otrzyma ukryte przezeń w lesie złoto. W ten sposób chce on poznać prawdę o ludzkiej naturze. 
   Skąd u nieznajomego taka potrzeba poznania człowieka? Otóż wynikła ona z przeżytej życiowej tragedii. I z faktu, iż w obliczu wyboru wybrał on to, co jest klasyfikowane w powszechnym postrzeganiu jako dobre i sprawiedliwe - nie pozwolił na triumf szantażystom chcącym wymusić transport broni w zamian za życie jego rodziny. Stracił żonę i dwie córeczki oraz wiarę w dobro i ład na świecie. 
   W opowieści Coelha aż roi się od bytów nadprzyrodzonych, od magicznych istot i mrocznych demonów. Jest nawet przeklęty wilk. Błąd Anioła Stróża małej córeczki nieznajomego sprawił, iż ta wbrew przeznaczeniu straciła życie; o dusze zarówno nieznajomego, jak i Chantal ciągle walczą ze sobą anioły i demony. Tak demon nieznajomego wyjaśnia mu swoje pochodzenie:
   "Na próżno próbujesz odkryć, dlaczego istnieję - szeptał demon. - Chcesz wyjaśnienia? Po prostu jestem jedynym sposobem, jaki odkrył Bóg, by ukarać samego siebie za to, że w chwili nieuwagi zdecydował się stworzyć wszechświat."**
   Niezwykle ciekawą postacią jest też staruszka Berta. Miejscowa dziwaczka, powszechnie uważana za wiedźmę to postać wielce romantyczna i tragiczna - z rozpaczy i samotności po śmierci ukochanego męża kobieta postanawia nauczyć się "widzieć więcej" i w ten sposób uzyskuje łączność ze światem duchów, potrafi prześwietlać ludzkie dusze, czytać w umysłach ludzi. Rozmowy prowadzone z duchem męża to dla staruszki codzienna rutyna. Jej właśnie powierzone zostaje zadanie czekania na zło, które ma przybyć do Viscos i je zniszczyć; ona pierwsza dostrzega demona przybywającego do mieściny wraz z nieznajomym. Tragicznych postaci jest w Viscos więcej, jedną z nich jest choćby miejscowy proboszcz, który w ciągu lat swego kapłaństwa w niezbyt pobożnej mieścinie utracił sens swego powołania i swoje ideały; jest nią burmistrz gnębiony pragnieniem bycia poważanym, szanowanym i podziwianym do tego stopnia, iż pragnienia te przesłaniają mu ludzką poczciwość łudząc zdobyciem kapitału na inwestycje i rozwój jego miasteczka. Wszyscy ci ludzie zostają nagle niespodziewanie uwikłani w odwieczną walkę dobra ze złem:
"(...) pojedynek między Dobrem i Złem nie ustaje ani na chwilę w ludzkich sercach: tym polu bitwy wszystkich aniołów i demonów. Będą walczyć przez tysiąclecia o każdy skrawek terytorium, aż w końcu jednej z tych sił uda się drugą unicestwić."***
   Smaczku historii Coelha dodają liczne odwołania do legend, mitów, podań i tradycji kulturowych. Wielokrotnie przywołuje ustami swych bohaterów, postaci legendarnego Sawina i Ahaba, świętego oraz władcy Viscos u początków jego istnienia. Niegdyś miasteczko było bowiem siedzibą elementu społecznego, zbrodniarzy i wszelkiej maści szelm i szumowin. Dopiero zaufanie i wiara świętego, iż przywódca całej tej hołoty  jest skłonny czynić dobro odmieniło bieg historii, przywróciły ład i przyczyniły się do triumfu praw boskich i moralnych; zadecydowały o zwycięstwie Dobra. Ukazuje utrwalone w różnych kulturach obrazy piekieł - od wierzeń arabskich (dusza idzie po moście , w prawej ręce ma dobre uczynki, w lewej złe, spada w otchłań jeśli przeważą grzechy jeśli cnoty - idzie do nieba), chrześcijańskich (piekło to rozpalone podziemia), judaistycznych ( pieczara mogąca pomieścić określoną ilość dusz, gdy się zapełni nastąpi koniec świata) czy  buddyjskich (różne rodzaje piekieł, skute lodem, palące żarem, nękające głodem i pragnieniem). Jednak najbardziej urzekła mnie historyjka o wędrujących w poszukiwaniu nieba mężczyźnie, koniu i psie - mężczyzna nie pozostawił swych spragnionych przyjaciół przed wrotami nieba, w którym nie było miejsca dla zwierząt i w ten właśnie sposób uniknął piekła. Gdy trafili do prawdziwego nieba, którego strażnik wyjaśnił im, iż wcześniejsze miejsce było piekłem, gdzie zostawali zdrajcy swych przyjaciół. Interesująca jest również opowieść o powstawaniu obrazu Leonarda da Vinci "Ostatnia wieczerza" - za modela do roli zarówno Jezusa, jak i łotra Judasza posłużył malarzowi ten sam człowiek; czas i okoliczności są w stanie całkowicie odmienić naturę człowieka - twierdzi Coelho. 
*s. 9.
**s. 94.
***s. 166.
Wydawnictwo i rok wydania: Drzewo Babel, Warszawa 2002.
Przekład: Barbara Stępień, Grażyna Misiorowska
Ilość stron: 203.
Moja ocena: 5/6

czwartek, 14 października 2010

"Strategia antylop" - Jean Hatzfeld

   Od kiedy przeczytałam wstrząsającą relację z ludobójstwa w Rwandzie w 1994 roku (swoją drogą dopiero wtedy się o tych wydarzeniach dowiedziałam) zawartą w książce Reveriena Rurangwy "Ocalony. Ludobójstwo w Rwandzie" temat ten bardzo mnie nurtuje i skłania do zgłębiania prawdy o rzezi w Afryce. "Strategia antylop" to trzecia, po "Nagości życia" i "Sezonie maczet", próba Hatzfelda podjęcia tego tematu. Mija 9 lat od krwawej rzezi dokonanej na Tutsich przez ich sąsiadów z plemienia Hutu; krew ofiar wsiąkła już w ziemię, kości ofiar są już coraz rzadziej odnajdywane w lasach czy na bagnach, wszystko powoli wraca do normalności. I wtedy właśnie na ocalonych spada kolejny cios, ich rany zostają na nowo rozdrapane - 5 maja 2003 roku większość morderców Hutu zostaje ułaskawionych i wypuszczonych z więzień. Odtąd zamieszkają w sąsiedztwie ludzi, którzy stracili przez nich matki, ojców, żony i dzieci; którzy zrujnowali nie dalej niż niespełna dekadę temu całe ich życie i którzy mogli każdego z nich ściąć maczetą w swym morderczym amoku. Teraz ocaleni dzień w dzień zmuszeni będą patrzeć w oczy swym niedoszłym katom. I co dalej?
   Władze rwandyjskie postanowiły wprowadzić dla dobra ogólnego politykę pojednania. Uwolnionych Hutu instruuje się, iż muszą odtąd okazywać pokorę, spokój wobec ocalonych i ich rodzin, unikać zgromadzeń i AIDS, zachowywać się ugodowo wobec sąsiadów, wybaczać żonom potencjalne zdrady i niezwłocznie zająć się polem. Tutsi natomiast zostali zobowiązani do nieokazywania agresji, nieobrażania i czekania na obrady gacacy (jego wyroki również nie miały być surowe, a jedynie zmierzać do pogodzenia stron), by oskarżyć oficjalnie morderców Hutu, zemsta została im surowo i bezwzględnie zakazana.  Odstępcom i buntownikom zagrożono surowymi karami. W myśl takich sztucznych zasad mają odtąd funkcjonować obok siebie plemiona niedawnych katów i ich niedoszłych ofiar. Polityka władz jest bowiem nastawiona na przyszłość, ma zapobiec głodowi w kraju spowodowanemu brakiem ludzi do obsiewania pól. Ma ona też zapobiec zapędom sąsiednich państw do przejęcia władzy w zrujnowanym i niemogącym podnieść się kraju; nie ma tu miejsca na tkwiących wciąż w masakrycznej przeszłości ocalonych i ich uczucia. Trzeba, nieraz na siłę i wbrew wszystkiemu, żyć dalej.
   Ocaleni muszą znosić takie sytuacje. Gdyby otworzyli serca i ujawnili uczucia, poczuliby ulgę, lecz oznaczałoby to chaos dla kraju*
   Nie lada problem nastręcza Hatzfeldowi sama rozmowa z uczestnikami wydarzeń z '94 roku, zarówno z mordercami, z przyczyn wiadomych, jakimi jest strach przed powiedzeniem za dużo, pogrążeniem się, karą; jeszcze gorzej rozmawia się z ocalonymi. Dla nich mówienie o wielu faktach jest upokarzające, w lasach i na bagnach zostali zdehumanizowani, byli zezwierzęceni, biegali nago, kierowali się tylko instynktem przetrwania, zapomnieli o wyższych wartościach. Rozumieją jednak zarówno jedni, jak i drudzy, iż  milczenie może pociągnąć za sobą wiele negatywnych skutków, jak strach, podejrzenia, nienawiść. Mówią więc, by historia nie zatoczyła koła, chcą raz na zawsze wszystko wyjaśnić, sobie nawzajem ale i sobie samym. I tylko czasem rodzi się refleksja wśród ocalonych: 
  Wszyscy zmarli, gnijący w gąszczu papirusów czy wystawieni na palące słońce, oni wszyscy nie mają komu powiedzieć, że myślą inaczej.**
   Hatzfeld w swej książce oddaje głos zarówno ocalonym, jak i, z trudem wprawdzie, zbrodniarzom. Okazuje się, iż w pewien sposób oni sami również stali się ofiarami manipulacji i propagandy, zabijali nie wiedząc w większości dlaczego to robią, zrujnowali sobie życie w imię złudzenia. Rozmówcy autora wcale nie próbują ukryć się za sztuczną skruchą, mówią jak było, co czuli zatapiając ostrza maczet w szyjach niedawnych przyjaciół: " To było męczące, ale i wciągające, jak jakaś nowa rozrywka. Nawet ich nie liczyłem..."  - wyznaje Leopord. Teraz nie mają nic. Wracają z więzień na leżące odłogiem pola, zastają wyprzedane majątki, żony z dziećmi innych mężczyzn. Nie potrafią się odnaleźć w świecie nieżyczliwych im Tutsich, nie mogą ufać innym Hutu, bo każdy podejrzewa, iż dotychczasowy kompan zechce oczyścić się pogrążając go:
   Mówiliśmy sobie, że działamy na rzecz Dobra, rzecz jasna dobra Hutu. Teraz czas wytyka nas palcem za Zło, które wyrządziliśmy Tutsim. Klęska zmieniła dobrych patriotów w najgorszych zbrodniarzy. Oto, czym jest Historia. To wielki błąd, gdy nie usłyszysz, kiedy póka do drzwi.***
   Dlaczego doszło do ludobójstwa? Dlaczego sąsiad podniósł rękę na sąsiada?, pyta Hatzfeld. Złość, zazdrość, pożądliwość, łatwe wpadanie we wściekłość i tracenie kontroli nad samym sobą - te wrodzone cechy Afrykanów wskazują oni sami jako przyczyny wydarzeń z 1994 roku. Hutu pragnęli opanować kraj, ogołocić pola Tutsich i zjeść ich krowy, twierdzą ocaleni. Mordercy Hutu winą obarczają również wychowanie ich w "(...) strachu przed powrotem przywilejów dla Tutsich, przed harówką za darmo i klękaniem przed nimi(...)".
   Hatzfeld ukazuje historie ocalonych, ich przeżyć w czasie gehenny. Opowiada o  tajemniczej miłości dziewczyny Tutsi do chłopaka Hutu - rzekomo ocalił ją przed ścięciem, ukrył w sobie tylko znanym szałasie by przeczekała masakrę. Po uwolnieniu Pio poślubił Josiane, mimo sprzeciwu obu niechętnych małżeństwu rodzin. Historia ta pokazuje jak wiele przeszkód stoi na drodze do pojednania dwóch rwandyjskich plemion - rodziny odmówiły pomocy przy organizacji wesela, prowokowały młodych, w końcu teściowa groziła synowej Tutsiu maczetą. 
   Mimo wszystko Hutu i Tutsi zdają sobie sprawę z konieczności dalszej współegzystencji powodowanej wzajemnymi zależnościami obu plemion. Hutu dają Tutsim płody ziemi, zapewniają pożywienie; Tutsi od zawsze dostarczali Hutu mięso i mleko swych krów. Pojednanie jest więc niezbędne dla dalszego funkcjonowania jednych i drugich, natura skazała ich na siebie nawzajem już wieki temu.
   Autor usiłuje uzyskać od ocalonych definicję świata skropionego przelaną niedawno krwią ich bliskich, który teraz z takim trudem usiłuje stanąć na chwiejnych nogach sztucznego pojednania. Pyta o wartości, o Boga. Na czas ludobójstwa bowiem Bóg, wydawać by się mogło zamknął oczy, to była chwila jego nieuwagi. Mordercy nie przejmowali się Nim zabijając w kościołach, postanowili "Go w to nie mieszać". Księża i misjonarze krzewiący słowo boże bez chwili wahania pozostawili swe "owieczki" na pewną śmierć; oskarżenie pada też w kierunku polskiego papieża, on również pozostał obojętny na rwandyjskie piekło. Dowiaduje się jednak, iż Bóg owszem, nadal istnieje, afrykańska mentalność nigdy nie ośmieliłaby się negować czy odrzucać jego władzy nad światem. Zmienił się za to stosunek ocalonych do śmierci - zobojętnieli na nią, przestali się jej bać widząc ją bezustannie, obcując z nią na każdym kroku. Ocaleni oswoili sobie śmierć, ludobójstwo odebrało jej świętość:
   Widzieliśmy ciała, które rozbierano, psy zjadające trupy, dziewczyny, które gniły z kijem między nogami. Byli częścią pejzażu, jak drzewa i cała reszta.****
   Książka Hatzfelda niewątpliwie rzuciła nowe światło na moje poglądy ukształtowane po wcześniejszym świadectwie ocalonego.  Przeraża mnie bezduszność polityki pojednania prowadzonej przez władze, ale trudno nie przyznać takim działaniom słuszności, gdyby nie utrzymujące wszystko w ryzach państwo zapewne znów doszłoby do masakry, Tutsi pragnęliby pomsty swych zmarłych, czemu trudno się dziwić. Mimo wszystko tak jak w "Ocalonym..." szokowały mnie krzywdy wyrządzone maczetą, tak tu przeraża mnie nakaz milczenia. Rwandyjskie rany długo się jeszcze w ten sposób nie zagoją.
*s. 99.
**s. 23
***s. 130. 
****s. 113.
Wydawnictwo i rok wydania: Czarne, Wołowiec 2009.
Ilość stron: 246.
Przekład: Jacek Giszczak
Wstęp: Olga Stanisławska
Moja ocena: 5/6.
Seria: Reportaż