poniedziałek, 23 czerwca 2014

Z samego jądra ludzkiego cierpienia mówiła dla Państwa Maria Wiernikowska - "Widziałam. Opowieści wojenne" - Maria Wiernikowska

 Korespondent wojenny - to dla mnie istota, esencja i rdzeń dziennikarstwa. Pełna jestem podziwu dla takich ludzi, dla ich odwagi, ambicji, uporu. Bo jak można dobrowolnie chcieć jechać do piekła? Pod spadające bomby, w grad pocisków; tam skąd wszyscy wprost marzą, by uciec. Jak wyznaje Wiernikowska: ona chciałaby nie chcieć. Chciałaby się bać. Nic z tego. Przyznaje, czai się gdzieś za jej skórą pragnienie adrenaliny, potrzeba szukania przygody ryzykiem podbitej. Ale to jeszcze nie wszystko. Jest jeszcze jedna rzecz, bez której wyjazdy reportera na wojnę byłyby tylko zwykłym szaleństwem. Tym czymś jest wiara, że prasa ma ogromną moc niesienia pomocy ludziom uwięzionym w wojennej zawierusze, większą nawet niż organizacje charytatywne czy rządowe siły stabilizacyjne. Bo tym, czego najbardziej boi się ciemiężca, jest fotograficzny obiektyw - często przeraża bardziej, niż lufa karabinu. Musimy tam być, bo możemy pomóc - czytamy między wersami prozy Wiernikowskiej - możemy odkryć, opisać, zdemaskować, dociec i obwieścić światu; czy choćby nawet okryć kurtką konającego. Czasem to drugie ma większy sens.
   Punktem wyjścia książki czyni Wiernikowska swoje spojrzenie na ówczesną sytuację w kraju naszych wschodnich sąsiadów - na Ukrainie. Wrze tam i kipi, Rosja zaciska Krym coraz bardziej w swej garści, grożąc pozostałej części zwaśnionego państwa i rzucając reszcie Europy i Zachodowi rękawicę z tej ręki zdjętą. I w tych właśnie okolicznościach bojkotu bezprawnej polityki zagranicznej mocarstwa przez resztę świata, w tym momencie płynących zewsząd wyrazów uznania dla odwagi ukraińskich bojowników o wolność, przyklaskiwania rewolucjonistom i apologizowania ich nieustępliwości w drodze do wyrwania się spod jarzma ciemiężcy; w tej właśnie dziejowej chwili polska reportażystka narażając się na wygwizdanie, obrzucenie mięsem czy zasztyletowanie spłoszonymi, pełnymi świętego oburzenia spojrzeniami, stawia niemodne i niewygodne pytanie: "Ale właściwie po co?". Jakim trzeba być człowiekiem, żeby nie dać się ponieść zbiorowej euforii, zbiorowemu szaleństwu, żeby nie wybiec wraz z ludem na barykady i nie wykrzykiwać antyreżimowych haseł, czy chociażby nie dopingować tych, którzy to czynią, sprzed telewizora? Co takiego ta Wiernikowska widziała, co uczyniło ją taką sceptyczką? Jakie doświadczenia życiowe i jakie obrazy włożyły w jej usta te mocno kontrowersyjne i zaskakujące słowa? Otóż  - czego dowiecie się w najdrobniejszych i najokrutniejszych szczegółach podczas lektury tego zbiorku reportaży - autorka widziała wystarczająco dużo, by dostrzec bezsens tego wszystkiego. 
   Obalimy jeden rząd, przyjdzie następny. Zabijemy jednego ciemiężcę, sami przekształcimy się w mu podobnych. Zmienimy ustrój nie zmieniając mentalności, a to jakby podciąć gałąź na której się siedzi. I nie są to w ustach reporterki wyświechtane frazesy - ona wszystko to na własne oczy oglądała podczas swoich podróży. Była w Wilnie, gdzie występujący w obronie suwerenności swego kraju Litwini ginęli miażdżeni sowieckimi czołgami, a podczas oblężenia parlamentu za swą jedyną broń przeciwko kałasznikowom i granatom wojsk rosyjskich mieli... doniczki z kwiatkami. W Gruzji kryła się przed strzałami skierowanymi do manifestujących w imieniu Gamsachurdi, zdradzieckiego prezydenta, który "zwaśnił naród, zrujnował miasto, uciekł, by po dziesięciu dniach wrócić i ogłosić wojnę domową"(s. 75). W górskiej jaskini była świadkiem mobilizacji grupy kurdyjskich partyzantów do walki o własną państwowość - wówczas za karabiny łapały nawet piętnastoletnie dziewczęta. Widziała ciała napuchnięte od zmiażdżenia czołgiem, czuła fetor odmrożonych stóp uchodźców; widziała dzieci tak głodne, że zjadały niedojrzałe czereśnie; w Mostarze, przejeżdżała przez osadzony snajperami most dzielący muzułmańską część miasta od chorwackiej, podczas gdy wydano rozkaz strzelania do jej samochodu; w Groznym na jej oczach pewien fotograf zawijał w zwój materiału ciało zmarłej w wyniku bombardowania dziennikarki, od którego uparcie odtaczała się głowa. Tam też ogrzewała własnymi dłońmi zakrwawione dłonie poranionej odłamkami staruszki. 
   Była świadkiem chyba wszystkich aktów ludzkiego okrucieństwa, jakie miały miejsce w ostatnim dziesięcioleciu XX wieku na obszarach Europy Wschodniej. I niezależnie od przyczyn tych konfliktów, niezależnie od doniosłości idei, w imię których je toczono, z opowieści Wiernikowskiej wyłania się obraz cierpiącego człowieka, który strzelając do przeciwnika, trafia przypadkiem siebie rykoszetem. Bo do tego się to wszystko sprowadza.
   Mocno trafia do mnie ta dyskretna narracja, jaką posługuje się autorka w swoich relacjach, przy ich jednoczesnej dosadności i celności. Język jej reportaży to krótkie, do minimum ociosane z ozdobników zdania, opisujące jak było bez zbędnego ubarwiania. Tempo opowieści jest pospieszne - nie ma tu opisów, nie zatrzymujemy nigdzie wzroku; przebiegamy nim po kolejnych zdaniach szybko, bo w każdej chwili może paść strzał, może nadlecieć bombowiec. Metrum narracji szybkie niczym puls uchodźcy. Nauczona na konwersatoriach i wykładach z dziennikarstwa maniakalnie szukałam w tekście polskiej reportażystki, w jego warstwie stylistycznej, strony biernej czasowników - na próżno. Wojny same się nie rozpętują, gardła same nie podrzynają, a rozkazy same nie wydają. Za wszystkim tym stoi człowiek i mierzy w drugiego człowieka. I tu następna cecha dobrego reportera - u Wiernikowskiej zawsze, ale to zawsze z każdego zakątka prozy słychać głosy obu tych stron; choć nie bądźmy naiwni - trudno mówić o dziennikarskiej bezstronności, kiedy zwiedza się ewidentne obozy koncentracyjne, jak miało to miejsce chociażby w Bośni, gdzie propaganda zasłania swe działania rzekomymi próbami rozwiązania problemów mieszkaniowych. Tymczasem najmniejsze odwrócenie się strażnika wywołuje lawinę szeptanych zewsząd skarg i wsuwanych niepostrzeżenie do kieszeni zapisków, sporządzonych często na pudełku po papierosach, zawierających listę nazwisk więźniów. Wiernikowska znika, użycza nam oczu, jest w swoich reportażach przezroczysta; jest medium, za pośrednictwem którego możemy cofnąć się nie tylko w przestrzeni, ale też i w czasie i być tam, gdzie ludzie zabijali i dawali się zabijać w imię... no właśnie? Czego? Co jest ważniejsze od ludzkiego życia? Co ma większą wartość niż ludzkie cierpienie?   
   Tę książkę trzeba przeczytać. O wielu opisywanych w niej rzeczach nie miałam bladego pojęcia. I choć litery bardzo często będą chciały ranić nam oczy, wybuchać niczym miny i broczyć krwią - nie bądźmy tacy delikatni. Czytajmy. Zobaczmy z drugiej strony to, co już nas nie wzrusza emitowane na ekranach naszych telewizorów. Przełóżmy na litery to, co trwające ułamek sekundy czasu antenowego już nie szokuje. Spadająca bomba, strzał do człowieka. Pstryk - następny kanał. Nie! Zaserwujmy sobie drukowaną kroplówkę pokazującą dziesiątki zabitych po upadku tej bomby i drugie tyle poranionych jej odłamkami; przyjrzyjmy się powolnemu konaniu śmiertelnie postrzelonego i posłuchajmy jego rozpaczliwych próśb o ratunek. Ta książka ma duże szanse przebić się przez warstwy naszej znieczulicy. Ja jestem wstrząśnięta.
Tekst stanowi oficjalną recenzję napisaną dla serwisu
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Zwierciadło, Warszawa 2014.
Wydanie: I.
Ilość stron: 265.
Moja ocena: 5/6

niedziela, 8 czerwca 2014

Uwaga! Spoiler w... tytule - "Samolot bez niej" - Michel Bussi

   Chyba ze trzy razy sprawdzałam, jak brzmi oryginalny tytuł tej książki. "Un Avion Sans Elle" - nawet przy mojej nikłej znajomości francuskiego nie ulega wątpliwości, że winy na tłumaczkę zwalić się nie da. To autor sam osobiście tak bezpardonowo ospoilerował swoje dzieło. Taki strzał do własnej bramki jeszcze przed rozpoczęciem na dobre meczu. Jeśli więc macie możliwość  - czym prędzej obkładajcie powieść Bussiego w jakąś gazetę tudzież inny szary papier, okiem na tytuł nawet nie rzucając. Inaczej czeka Was taki sam szok, niedowierzanie i konsternacja, jakie towarzyszyły mi niemal do ostatniej strony owej powieści. No bo jak to? Tak zdradzać czytelnikowi rozwiązanie, zanim jeszcze wtajemniczy się go w zagadkę? A może to haczyk? Fałszywy trop mający zmylić czujność odbiorcy i wywieść go na manowce? O co chodzi z tym tytułem dowiecie się gdzieś tak około 450 strony; póki co mogę Was zapewnić - i o tym, będzie ta recenzja - dlaczego przez te prawie 500 stron ślizgać się wzrokiem warto.
   Jest rok 1980. 23 grudnia 1980 roku. Na szczycie Mont Terrible, na granicy francusko-szwajcarskiej, rozbija się samolot, airbus relacji Stambuł - Paryż. Ginie stu sześćdziesięciu ośmiu spośród stu sześćdziesięciu dziewięciu pasażerów - jedyną cudownie ocaloną osobą była mała, trzymiesięczna na oko dziewczynka. I tu wypadałoby podać jej imię i nazwisko. Być może była to pochodząca z rodziny handlujących fast foodami wprost z swej ciężarówki biedaków, Emilie Vitral, a może dziedziczka ogromnej fortuny kładącego rurociągi pod przepływ nafty na całym świecie dziada, Lyse-Rose de Carville. Kłopot w tym, że nikt; żaden sędzia, żaden ekspert i żaden śledczy nie potrafił tego z całą pewnością stwierdzić. Nie udało się to również Credule'owi Grand-Duc'owi, detektywowi wynajętemu za niewyobrażalnie wielkie pieniądze przez Mathilde de Carville, jedną z potencjalnych babć, na okres osiemnastoletniego śledztwa. To właśnie zapis z jego notatek i przemyśleń, przebłysków i rozterek, stanowi fabułę tej książki. 
   Akcja powieści rozgrywa się na dwóch czasowych płaszczyznach. Jedną z nich, retrospektywną, jest wspomniany już pamiętnik ze śledztwa detektywa Grand-Duc'a; druga, rzeczywista, to prywatne dochodzenie Marca - brata Lylie, zakochanego w niej zupełnie nie platoniczną miłością. Bo otóż, kiedy cudownie ocalała z katastrofy lotniczej dziewczynka kończy osiemnaście lat, zbiegiem dziwnych okoliczności wchodzi w posiadanie zeszytu z zapiskami sprawy dotyczącej ustalenia tożsamości jej samej. Z tym kłopotliwym brzemieniem prawdy, a właściwie bezowocnego jej tropienia, pozostawia Marca przy kawiarnianym stoliku, sama udając się w jakieś tajemnicze, a nikomu bliżej nieznane miejsce. By ją odnaleźć i zapobiec tragedii, która wychyna spomiędzy liter składających się na enigmatyczną wiadomość pozostawioną przez dziewczynę, Marc musi poznać prawdę o jej przeszłości, a po drodze rozwiązać wiele zagadek. Znaki zapytania rodzą tu kolejne znaki zapytania, próżno szukać kropki; przeszłość jest kluczem do teraźniejszości i przepustką do przyszłości, natomiast wszystkie pewniki w każdej chwili mogą przerodzić się w zręczną manipulację pozbawiając bohaterów opowieści Bussiego gruntu pod nogami i przywiązując im do rąk sznureczki, niczym marionetkom. 
   Ale jak to możliwe, by po jakimś człowieku, choćby trzymiesięcznym, nie pozostał na świecie żaden ślad? Żadne ubranka, zdjęcia, wspomnienia świadków? A co z testami DNA? Bussi na wszystko ma odpowiedź i jest to odpowiedź przekonywująca na tyle, że jesteśmy w stanie w jego wersję wydarzeń uwierzyć całkowicie. Ubranka dziecka zostały kupione na jednym z największych tureckich bazarów, gdzie dziennie przewijają się miliony kupujących. Zdjęcia? Matka miała kliszę z nimi przy sobie w czasie wypadku. DNA? Tu również autor będzie miał dla Was wyjaśnienie nie do podważenia. Akcja książki jest gęsta, lepka wręcz od mocno zawoalowanych i bardzo dwuznacznych wskazówek, które po dobrnięciu do końca i poznaniu rozwiązania zagadki wydają się wprost do nas krzyczeć. Sęk w tym, czy je zauważymy, czy złożymy je sobie w całość i odpowiednio zinterpretujemy. I choć pewne epizody powieści zdawały mi się raczej grubymi nićmi szyte, to muszę przyznać, że "Samolot bez niej" tworzy całkiem zgrabną powieść detektywistyczną, gdzie nic nie jest oczywiste do samego końca. 
   Książka wciąga. Czytałam ją w pociągu i u znajomych przed snem ją czytałam, tak bardzo ciekawa byłam zakończenia i tego, jak autor rozwiąże te wszystkie zaplątane supły akcji swojej opowieści. Ale Bussi droczył się ze mną niemiłosiernie swym suspensem zawieszając zgłębianie dziennika detektywa, który był zapisem brnięcia przez niego w ciemnym labiryncie do rozwiązania zagadki Ważki (tak dziewczynkę nazwały media). Rozpalał tym moją ciekawość do czerwoności, a gdy wreszcie doczytałam do kolejnego fragmentu relacji Grand-Duc'a, okazywało się, że autor zarzucał tylko przynętę, z której ryba się urwała; że błądzącemu śledczemu znów przed nosem wyrosła ściana, mur nie do przekroczenia, a czasami za zakrętem czaiło się jeszcze bardziej intrygujące rozwidlenie dróg. Dodatkowo zza takich fabularnych rogów wyłaniały się kolejne postaci, które mniej lub bardziej komplikowały fabułę i mieszały w sprawie, niejednokrotnie wodząc nas za nos. To jednakże tylko potwierdzało, że Bussi pisać umie, że pomysł na książkę miał i wiedział, jak go zrealizować, jak złapać czytelnika w sieć swoich intryg i wymęczyć go niemal 500 stronicową odyseją śledczą, kiedy już po pierwszych kilkunastu stronach wprost się skręcałam, by poznać tajemnice Ważki. Czy w końcu byłam tym rozwiązaniem usatysfakcjonowana? Powiem Wam, że tak sobie. 
   Jeśli o mnie chodzi nie mam wątpliwości, że Bussi powinien raczej książki pisać, niż je nazywać. Nie wiem, na ile tytuł jest niefortunnym wypadkiem przy pracy, a na ile, jak to sobie wykalkulowałam, odniesieniem do książki, w której rozwiązanie zagadki również czaiło się przez cały czas na tytułowej stronie gazety, która jako pierwsza doniosła o katastrofie lotniczej, z której ocalała Lylie. Niemniej jednak według mnie był to strzał w stopę powieści, która potem kulała. Gdyby nie tytuł, na pewno odpowiedź na pytanie kim naprawdę jest Emilie Vitral, byłaby dla mnie sporą niespodzianką. W zaistniałej sytuacji jednak obeszło się bez fajerwerków. Rozwiązanie tylko potwierdziło (a może zanegowało; nie ja Wam niczego nie zdradzę ;)) moje przypuszczenia. Dlatego też powiadam Wam, nie brnijcie za wszelką cenę do końca, delektujcie się kolejno odsłanianymi kartami i szperajcie w tropach, bo wisienki na powieściowym torcie może nie być. 
Tekst stanowi oficjalną recenzję napisaną dla serwisu LubimyCzytać.pl
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Świat Książki,
Wydanie: I.
Ilość stron: 464
Tytuł oryginału: Un Avion Sans Elle
Przekład: Magdalena Krzyżosiak.
Moja ocena: 4/6

czwartek, 29 maja 2014

Nie tylko raz się żyje - "Przywróceni" - Jason Mott

   Pomysł na tę książkę zbił mnie z nóg już od pierwszego przeczytania o niej w zapowiedziach. W myślach wielokrotnie gratulowałam autorowi, bo oto w dobie, kiedy teoretycznie wszystko już było, kiedy wymyślenie czegoś nowego graniczy niemal z cudem, a autorzy w ogromnej mierze zamiast wymyślaniem nowych tematów dla swoich książek zadowalają się eksploatowaniem mnogości sposobów ujęcia tych już podjętych, Mott, debiutant (co należy podkreślić), "wyskakuje" z czymś tak świeżym, odkrywczym i niespotykanym. Powroty umarłych na ziemię, bo o tym jest książka, kupiły mnie z miejsca. I nie ma powieść Motta nic wspólnego z apokalipsą zombie czy innymi tego typu bzdurami (bez urazy dla kogokolwiek - wyrażam tu bezpośrednio moje osobiste preferencje). Zmarli wracają ot tak, po prostu, nie ruszeni zębem czasu niezależnie od tego, jak dawno odeszli z tego świata. Wracają w wieku, w którym przecięta została nić ich żywota i pragną dalej żyć tak, jakby nigdy nic się nie wydarzyło; jakby przebudzili się z drzemki, a nie powrócili po 50 latach bycia martwymi. Czy można oprzeć się obietnicy takiej opowieści? Dla mnie pomysł niesamowity. Przejdźmy teraz do wykonania. I tu zaczynają się schody...
   Powieść nie zrobiła na mnie takiego wrażenia, jakiego się po niej spodziewałam. Krótko mówiąc; temat - bomba, wykonanie już bez fajerwerków. Czy jednak znaczy to, że się rozczarowałam? A skąd, bynajmniej. Zawiodłam? Nie, nic z tych rzeczy. "Przywróceni" to, jak na debiut, nawet więcej niż porządnie napisana książka. Jest ciekawie, opowieść Motta wciąga, trzyma w napięciu i zmusza do refleksji. Prowokuje do zadawania sobie pytań, na których odpowiedzi często nie chcemy i boimy się poznać. Do odkrywania i definiowania siebie samych. Do rozliczania z przeszłością. Nie mogę w tym miejscu nie nadmienić, jak bardzo osobista i intymną rzeczą jest dla autora ta powieść. To nie jest zwykła fikcja - mimo, że wydarzenia tworzące fabułę "Przywróconych" są dziełem wyobraźni, to to, co czai się między wierszami zahacza o bardzo wrażliwą strunę duszy autora. Dotyczy jego straty i pewnego snu. Snu, w którym rozmawiał ze swoją zmarłą przed dwunastu laty mamą. Wizja ta bardzo Motta nurtowała, stała się też punktem wyjścia do rozważań, co by było, gdyby można było cofnąć czas, a przynajmniej odwrócić nieodwracalne. Owocem tych przemyśleń stała się niniejsza książka. 
   Euforia. A Wy jakie uczucie odczuwacie bezpośrednio po usłyszeniu, iż Wasz bliski zmarły niebawem stanie w drzwiach Waszego domu, by dalej być przy Was i dzielić z Wami radości i troski dnia codziennego. Nagle wszystko to, czego nie zdążyliście sobie powiedzieć będzie mogło być wyartykułowane; dostaniecie szansę, by rozpocząć wszystko od nowa. Problemy rodzą się dopiero później. Początkowo niezauważalne znaki zapytania wychodzą z najciemniejszych kątów i niepokojąco rosną, a w końcu nas przytłaczają. Bo czy da się zmienić bez żadnych konsekwencji porządek świata? Czy osoba, która powróci "zza grobu" będzie tą samą osobą, którą była przed śmiercią? Co zrobić z nagłym wzrostem ziemskiej populacji (wszak nie my sami jesteśmy szczęściarzami (?) cieszącymi się powrotem utraconego bliskiego)? I w końcu, czy aby na pewno tego właśnie pragniemy? Czy w naszym poukładanym życiu jest wciąż miejsce dla osoby, która opuściła nas, powiedzmy 30 lat temu?
   Podobne dylematy targają małżeństwem Hargrave'ów, głównych bohaterów powieści Mott'a oraz większością mieszkańców Arcadii, powieściowego miasteczka z perspektywy którego oglądać będziemy "powroty". Lucille i Harold Hargrave to para staruszków, którzy przed pięćdziesięciu laty stracili swoje jedyne dziecko, ośmioletniego syna Jacoba, który utopił się w rzece. Pewnego dnia siedemdziesięcioparoletni Harold otwiera drzwi, w których stoi jego utracony syn. Podobne wydarzenia stają się udziałem ludzi na całym świecie. I tu pojawia się moje pierwsze zastrzeżenie odnośnie prowadzenia fabuły przez tego amerykańskiego debiutanta - a mianowicie: niczym (chyba poza próbą ukazania ogromnej skali zjawiska i jego różnorodności) nie uzasadnione mnożenie "przywróconych". Kończy się rozdział książki i nagle bach, trach imię i nazwisko kolejnego zmarłego, opis okoliczności jego powrotu, próba opowiedzenia, kim był przed śmiercią - całość totalnie oderwana od głównej linii fabularnej "Przywróconych", taki przerywnik, w który nim zdążysz się w nim połapać, już się kończy. I pół biedy jeszcze, gdyby gdzieś w dalszej opowieści była o danej postaci choćby wzmianka. Nic podobnego... Jak dla mnie trochę to bezsensowne i obnaża brak warsztatu niepozwalający autorowi gładko wpleść tych epizodów w fabułę i doprowadzić do jakiegokolwiek finału. Takie czytanie dla samego czytania, takie trochę zapychanie.
   Drugi minus to według mnie dobór głównych bohaterów - no bo jakie możliwości rozwijania akcji daje staruszek cierpiący na obezwładniające ataki kaszlu, czy staruszka, którą łamie w kościach... Powiem szczerze liczyłam na coś bardziej spektakularnego, lecz niestety, nie zdradzając zbyt wiele z akcji mogę Wam powiedzieć, że historia snuta przez Mott'a ociera się w pewnym momencie o groteskę i tonie w kontrastach pomiędzy osobowościami bohaterów, a tym co każe im robić, mówić i myśleć autor. Strasznie są według mnie pewne epizody (szczególnie w końcowych rozdziałach powieści) przerysowane, żeby nie powiedzieć śmieszne. Może się czepiam szczegółów, wszakże jednak to w nich tkwi diabeł. Nie żebym dyskryminowała kogokolwiek ze względu na wiek, lecz jeśli autor pragnął tak, a nie inaczej poprowadzić fabułę, mógł dobrać nieco inne postaci. Lub wybierając takie - "uładzić" nieco fabułę. Rozdźwięk między jednym a drugim w przypadku mojego odbioru książki był uderzający.
   Sporo u Mott'a nieścisłości i wyraźnie czuć, że w pewnych momentach tematyka, jaką sobie obrał zagnała go w mentalny kozi róg; że znalazł się w ślepym zaułku pytań, na jakie musi odpowiedzieć, by gładko prowadzić fabułę. O ile autor skupia się na nakreśleniu sytuacji społecznej, jaka powstała wskutek powrotów i na tej płaszczyźnie porusza się bardzo zwinnie, o tyle fundamentalne kwestie jego historii, na które ja, jako czytelnik, chciałam poznać pomysł twórcy "Przywróconych" leżą, kwiczą i kurz się na nich zbiera. Ok, nie lubię opowieści gdzie autor czytelnikowi wszystko niczym krowie na rowie wykłada, lubię mieć szerokie pole wolności interpretacyjnej, Mott niestety zdaje się zapominać dać mi do tego podstawowe narzędzia. Wątpię w celowość tego zabiegu, jeśli jednak tak jest, to musi pan wiedzieć, panie Mott, wielce jest to irytujące i niedosyt pozostawia. 
   Rzecz kolejna, której się wrednie tu czepiać zamierzam to wrażenie, jakoby akcja została mi zreferowana, zamiast rozgrywać się na moich wirtualnych oczach. Mierził mnie sprawozdawczy ton autora w tak nabrzmiałej przecież emocjami tematyce. Książka i tak jest już wciągająca (choć nota bene to, do czego odkrycia ja wytrwale dążyłam, zakryte przede mną niestety z woli autora pozostało), to gdyby tak zagęścić akcję, przekuć w dialogi to, co Mott serwuje nam w formie suchych opisów czy monologów wewnętrznych głównych bohaterów, zrobiłoby to według mnie książce bardzo dobrze. W ogóle cała fabuła przypomina mi czekanie w napięciu na coś, co nie ma nastąpić; podsycanie ciekawości czytelnika, b y w rezultacie uzyskany już efekt oczekiwania spalić na panewce bardzo słabym zakończeniem. Myślę, że skala wydarzenia, jaką sobie autor obrał do opisywania, skala światowa zjawiska powrotów, zaczęła go w pewnym momencie przerastać, tak że sfinalizował ją tylko w lokalnym wymiarze, w "ogródku" głównych bohaterów; zasięg światowy potraktował już bardzo po macoszemu, ograniczając się do zwykłego "tak bo tak".  
   Moim zdaniem pomysł na książkę stanowił ogromny potencjał, który Mott wykorzystał bardzo, ale to bardzo skromnie. Zdaje sobie sprawę, że moje zarzuty wobec niej są mocno subiektywne, wszak wiele z nich opiera się na moim czytelniczym guście i moich osobistych preferencjach. Zdaje się być może niektórym, że zapominam, iż mam do czynienia z debiutantem. Muszę też przyznać, że nie wdaję się w powyższym tekście w opisywanie lokalnej fabuły, wydarzeń dotyczących mieszkańców Arcadii, ich nadziei i rozterek związanych z powrotami. Nie piszę o pastorze Petersie i pewnej tajemniczej dziewczynie, nie piszę o jednym z zagorzałych przeciwników przywróconych, Fredzie Greenie, który za wszelką cenę starał się kłaść kres powrotom na wszelkie możliwe sposoby i o jego chwytającej za serce historii. Nie piszę też o rodzinie Wilsonów, okrutnie wymordowanej przed laty, której członkowie są zarazem jedynymi świadkami zbrodni, która wstrząsnęła Arcadią i przez lata nie doczekała się wyjaśnienia. Nie wspominam o tym wszystkim, choć naprawdę przyjemną to tworzy całość i serdecznie zachęcam Was do poznania tej niezwykłej opowieści. Ja jednak kończę swoją przygodę z "Przywróconymi" niedosytem. Bo trzeba było mnie widzieć jak zszokował mnie ten niesamowity pomysł na powieść. Trzeba było widzieć, jak się na książkę rzuciłam i pożerałam ją wzrokiem szukając odpowiedzi na pytania, których nie było mi dane znaleźć. Być może przerosły mnie własne oczekiwania. Przeczytajcie i sami osądźcie.
Tekst stanowi oficjalną recenzję napisaną dla serwisu Lubimy Czytać.pl
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Mira (Harlequin), Warszawa 2013.
Wydanie: I.
Ilość stron: 396.
Tytuł oryginału: The Returned.
Przekład: Barbara Budrecka.

Moja ocena: 4/6

czwartek, 8 maja 2014

Biblioteczka Nateczka: Książeczka, co uśmiech wywołuje - "Uśmiech dla Żabki" - Przemysław Wechterowicz, Emilia Dziubak (ilustracje)

   Spotkali się kiedyś, gdzieś mężczyzna z cudowną opowieścią w głowie i kobieta, która umie czarować, lecz nie różdżką, a kreską; umie ożywiać baśnie. Gdzie się spotkali? Nie wiem, ale podoba mi się wyobrażanie sobie, że może w uroczej kawiarence, a może na ławce nieopodal emanującego zwariowaną dziecięcą energią placu zabaw. Kiedy się spotkali? Może w mżysty poranek... Albo zaraz po burzy, gdy ziemie jeszcze pachniała deszczem. Spotkali się i postanowili stworzyć opowieść, która wywołuje uśmiech. 
   Literacki duet Wechterowicz i Dziubak zna chyba każdy rodzic i osoba, która ma w swoim otoczeniu dziecko. A jeśli ktoś taki ich nie zna, radzę szybko te braki nadrobić, bo zaręczam, że umykają Ci dwa ważne dla literatury dziecięcej nazwiska. Ja niestety nie miałam okazji poznać dwóch pozostałych książek autora i ilustratorki osobiście, ale kiedy oglądam  na stronie wydawnictwa Ezop ich dwie pozostałe pozycje - "W pogoni za życiem" oraz "Proszę mnie przytulić" - przyznam szczerze, serce mi bije szybciej. Oczywiście mają oni na swoim koncie wiele indywidualnych prac, jednak razem stanowią naprawdę zgraną parę artystyczną i cudeńka tworzą. 
   "Uśmiech dla żabki" to historia pewnej smutnej, małej Żabki, której nie mógł rozśmieszyć Okoń, ani Paź Królowej; nie mogło jej rozśmieszyć Słońce. Co było przyczyną jej smutku? Otóż nie było przy niej mamy. Jednak mama, nawet gdy jest daleko, myśli o swoim dziecku; tak samo mama Żabki - intuicyjnie wyczuła, że jej córeczce dzieje się coś złego i postanowiła posłać jej uśmiech. Lecz, jak wszystkie mamy, które są w pracy, ona również nie mogła opuścić sklepu, poprosiła więc o pomoc  swych klientów - leśne zwierzęta. Czy uśmiech dotarł do małej adresatki? Tego dowiecie się czytając tę uroczą książeczkę - jeśli dysponujecie dzieckiem w wieku lat trzech, tak jak ja - po raz pierwszy, siódmy czy dziesiąty. 
   Ta opowieść, mimo całej swej prostoty, a może właśnie dzięki niej, ma wielką terapeutyczną moc. Uśmierza tęsknotę i daje nadzieję, jak słońce, które w ponury dzień wyłania się zza chmur. Sprawia, że lżej nam na duszy. Nie lekko, ale lżej. Jest to historia tak subtelna, że kwintesencję jej przekazu zrozumie tylko dziecko, które nagle stanie przed koniecznością rozstania się na jakiś czas z rodzicami oraz rodzic właśnie, który będzie zmuszony pozostawić pod czyjąś opieką swój największy skarb. To dla nich zarezerwowane jest drugie dno tej błahej z pozoru bajeczki. To na dzieciaki i ich rodziców owa książeczka ma szanse podziałać jak kojący balsam. Poza tym książka ukazuje dzieciom jak ważne jest to, by móc na kogoś liczyć oraz, co za tym idzie, jak ważne jest to, by nie zawieść osób, które nas poprosiły o pomoc. Przypomina o tym, jak ważni są przyjaciele, bo za ich pomocą można dokonać wielkich rzeczy. 
   Ilustracje w "Uśmiechu" są oszałamiające. Zachwycają. Cały akapit recenzji, który planuję poświęcić opisaniu, jak bardzo mnie one urzekły, wystarczyłoby zamienić na dwa słowa: Emilia Dziubak, a każdy, kto miał kiedykolwiek do czynienia z twórczością tej pani, od razu zrozumiałby, o co mi chodzi. Widać, że lubi ona przyrodę, a przyroda kocha jej styl. Zwierzaczki i owady, które wychodzą spod jej ręki są pełne życia i przesympatyczne. Fantastycznie potrafi ona oddać ich emocje - moje dziecko, gdy tylko zobaczyło okładkę książki, kompletnie nie wiedząc o czym ona jest, zapytało: " Mamo, a cemu zabka się smuci?" No widać tę historię na obrazkach, a przy książkach dla maluchów to ważne - same sobie przecież nie przeczytają, a oglądać będą mnóstwo razy. Oglądać i rozumieć. Do tego piękne barwy - takie żywe, nasycone. I operowanie światłem, cieniami, które daje niesamowitą wielowymiarowość. I te liście, trawy, powoje układające się koncentrycznie wokół sceny - jak dla mnie cecha charakterystyczna twórczości Dziubak - one sprawiają, że mam wrażenie, iż bohaterowie opowieści wydają mi się być na wyciągnięcie ręki. Czytając mam wrażenie, jakbym ich podglądała zza drzewa. A stamtąd już tylko krok, by wkroczyć w opowieść...
Tekst stanowi oficjalną recenzję napisaną dla serwisu LubimyCzytać. pl
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Ezop, Warszawa 2014.
Ilustracje: Emilia Dziubak.
Wydanie: I.
Ilość stron: 36.
Moja ocena: 5/6

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Biblioteczka Nateczka: Odkrywając odkrywców - "Pionierzy, czyli poczet niewiarygodnie pracowitych Polaków" - Marta Dzienkiewicz, ilustracje: Joanna Rzezak, Piotr Karski

   Ilu osób potrzeba, by wydać naprawdę porządną książkę ze sfery literatury dziecięcej? Pewne warszawskie wydawnictwo z każdą kolejną publikacją coraz bardziej mi udowadnia, że wystarczą do tego Dwie Siostry. I nie, nie mam tam znajomości, nikt mi za te pochlebne słowa nie płaci (a szkoda;)) ani lufy mi za plecami nie trzyma. Piszę po prostu co widzę, o czym czytam i co mnie cieszy swym wystającym grzbietem na półce w pokoju syna. Każda ich książka to miłość od pierwszego powąchania. Ta, o której chcę Wam dziś opowiedzieć, nie przestaje pachnieć już od dobrych kilku miesięcy, więc każdą jej lekturę zaczynamy dosłownie z nosem w książce. 
 Czy może być nudniejszy materiał na książkę dla dzieci, niż biografie znanych ludzi, żyjących często setki lat temu i bardzo nieciekawie wyglądających na czarno-białych, encyklopedycznych fotografiach? No nie. Nie oszukujmy się, to nie jest coś, o czym kliku czy kilkunastolatek zapragnie czytać z wypiekami na twarzy. Szukając pomysłu na książkę dla małego czytelnika poruszałabym się w zupełnie innej sferze zainteresowań. Jednak Marta Dzienkiewicz podjęła rękawiczkę rzuconą jej przez skojarzenia, z jakimi teksty tego typu są nierozerwalnie związane. Szeregi przytłaczających cyfr, masa obcobrzmiących nazw miejscowości i stylistyczny bełkot, jakim zwykle pisane są życiorysy  - niczego takiego w "Pionierach" nie znajdziecie. Autorka chwyta te skamieniałe postaci za ręce i ściąga z piedestałów, do których przyrosły, przechodząc do historii i pamięci (bądź raczej niepamięci) swoich rodaków. Kurz z nich otrzepuje. Pokazuje, że o wielkich ludziach można mówić zupełnie inaczej. Bez nabożnego, pełnego sztucznego patosu stylu, jakiego wyuczono nas w szkołach. Przypomina nam, że każdy, najmądrzejszy i najodważniejszy człowiek, choćby nie wiem jak wiekopomne rzeczy osiągnął, pozostaje przede wszystkim człowiekiem. Takie samym, jak my; ze swoimi wadami, słabościami i nawykami. I ustawia przed nami takiego delikwenta (nieco zdezorientowanego tą nieoczekiwaną pobudką), daje mu koleżeńskiego kuksańca w bok i opowiada nam o nim, jak o dobrym, dawno nie widzianym znajomym, który przy okazji, ale to zupełnie przy okazji, fajne rzeczy robił. Autorka jest więc sama w pewnym stopniu pionierką, bo zaczarowuje swą narracją treści, które do tej pory kurzyły się w pożółkłych księgach i czyni z nich pasjonująca opowieść.
   Marta Dzienkiewicz przybliża nam sylwetki 23 (jeśli dobrze liczę) znanych Polaków i Polek. Znanych? To kim był Jan Heweliusz? Albo co takiego odkrył Kazimierz Funk? A jak się nazywał słynny polski kryptolog, który złamał kod Enigmy? No dobra, jednak nie tak bardzo znowu znanych. Czyli publikacja potrzebna? Potrzebna! I to bynajmniej, jak widać, nie dzieciakom tylko. Ja nie mogłam odmówić sobie przyjemności zapoznania się z tak przystępnie przedstawionymi sylwetkami polskich pionierów.
   Książka ma bardzo przejrzystą i logiczną kompozycję. Sylwetki polskich wynalazców prezentowane są w układzie chronologicznym opartym na latach ich życia. Korowód pionierów rozpoczyna więc, na poły legendarna, postać Jana z Kolna, który prawdopodobnie miał uprzedzić Kolumba w odkryciu Ameryki; zamyka natomiast ten pochód Wanda Rutkiewicz (zm.1992), machając do nas z samego szczytu Ziemi. "Pionierzy" są więc pasjonującą podróżą przez wieki, mile łechcącą naszą dumę narodową. Każda opowieść biograficzna rozpoczyna się wyróżnionym większą czcionką nagłówkiem zawierającym imię i nazwisko postaci, daty urodzin i śmierci oraz informację o jej wynalazku, odkryciu czy osiągnięciu. Następnie autorka wciąga nas w interesujące ploteczki (a plotkara z niej niesamowita) o takiej Marii Curie -Skłodowskiej czy Helenie Rubenstein na ten przykład, przypominając sobie o datach czy wtrącając encyklopedyczne pojęcia tylko bardzo, bardzo sporadycznie. Niektóre, ważniejsze rzeczy powtarza nam parę razy i pewnie stąd się bierze boldowanie co ważniejszych kwestii czy pojęć. A jeśli czasem zdarzy jej się wpleść w to swoje gadanie jakieś niezrozumiałe słowo, zaraz zostaje ono wyjaśnione w osobnym tekście, mniejszą czcionką. Książka nie jest też przegadana, co ważne dla małego odbiorcy - dwie, trzy strony o danej postaci i koniec, dziękujemy. Taki układ sprawia więc, że książka może stać się wspaniałą pomocą szkolną dla naszych maluchów, świetnym uzupełnieniem treści, które zostają im tam przekazane, tyle, że nie w podręcznikowy, a bardziej ludzki sposób. Jest więc zrozumiale, jest inspirująco, przejrzyście, a przede wszystkim ciekawie. 
   Pionierskie są też w tej książce ilustracje. Bardzo nowoczesne, designerskie i niespotykane. Konsekwentne, monochromatyczne w formie przedstawiają treści w sposób przerysowany, sympatycznie groteskowy, przywołując raczej żartobliwe niż patetyczne skojarzenia. Żadnych czarno-białych, myszką trącących, fotografii - jeśli już, to czarno-różowe (a dlaczego nie?) czy czarno-zielone. Jeden kolor zarezerwowany jest dla jednej postaci, to bardzo wspomaga wizualną orientację w książce. Wiem, że grafika budzi kontrowersje - spotkałam się z dość negatywnymi opiniami na jej temat wśród rodziny, ale przecież oni się nie znają (nie no żartuję, o gustach się nie dyskutuje wszak), mnie natomiast ilustracje urzekły. Taka łobuzerska wydzieranka, tacy urwisowaci odkrywcy. Ja jestem na tak. No i jeszcze ten zapach farby drukarskiej obłędny i bezcenny:)
   Niby to biografie, niby literatura w jakimś tam stopniu naukowa, a czyta się jak dobre opowieści, takie w sam raz do zgłębiania o zdecydowanie za późnej porze, pod kołdrą z latarką. Takie do marzenia, do świata myślą podbijania i rozwijania skrzydeł. Dodaje odwagi, uczy, że czasem warto zaryzykować, nawet gdy inni dziwnie na nasze przedsięwzięcia spoglądają. Nie wyobrażam sobie, że mogłoby tej książki zabraknąć w biblioteczce mojego syna - gdy osiągnie odpowiedni wiek na pewno będę mu ją konsekwentnie do czytania podsuwać i założyć się mogę, że zapytany o to, kim chce zostać w przyszłości, po jej lekturze nie odpowie mi, że strażakiem. 
Tekst stanowi oficjalną recenzję napisana dla serwisu Lubimy Czytać.pl
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Dwie Siostry, Warszawa 2013.
Ilustracje: Joanna Rzezak, Piotr Karski.
Wydanie: I.
Ilość stron: 112.
Moja ocena: 5/6