czwartek, 23 lutego 2012

Płeć przeklęta - "Urodziłam się dziewczynką" - Harris, Welsh, Lette, Guo, Butcher, Phillips, Moggan

Równouprawnienie, feminizm, emancypacja kobiet  - te mentalne zdobycze schyłku XIX wieku tak silnie ugruntowały swą pozycję przez cały XX wiek w światopoglądzie cywilizacji zachodnich, iż u progu nowego tysiąclecia są one czymś tak oczywistym. Kobiety są partnerkami mężczyzn, tak samo jak oni funkcjonują we wszystkich sferach życia, mają te same prawa, identyczne możliwości. Dlatego gdy tylko przesuniemy się trochę niżej na mapie Europy a wędrując na Wschód przekroczymy granice Azji możemy zostać ścięci z nóg kontrastem, jaki uderzy nas na tej płaszczyźnie. Tam bycie dziewczynką to ujma, już od samego momentu narodzin kładzie się ona ponurym cieniem na egzystencji owej istoty, będąc dla niej aż po grób źródłem nieustannych poniżeń i cierpień. Tam kobieta jest niczym, płeć żeńska to płeć przeklęta. 
   "Urodziłam się dziewczynką" to publikacja wyjątkowa. Powstała ażeby bić na alarm i drażnić obojętne uszy Zachodu. Siedmiu pisarzy z ramienia Random House'u wyruszyło na prośbę zarządu brytyjskiej organizacji Plan zajmującej się pomocą kobietom w różne zakątki świata, by na własne oczy zobaczyć ból i niedolę żyjących tam kobiet, a następnie swe odczucia przelać na papier i w ten sposób ukazać prawdę o ich okrutnym losie światu.  
   Togo, Dominikana, Ghana, Sierra Leone, Kambodża, Brazylia - gdy myślę o tych krajach kojarzą mi się one nierozerwalnie z dziewiczym pięknem wybujałej przyrody, z feerią barw egzotycznych kwiatów i urzekającymi zachodami słońca. Istny raj na ziemi. Jednak dla mieszkających tam kobiet tak właśnie wygląda przedsionek piekła. Poniżane, bite, traktowane przedmiotowo, zdane same na siebie z gromadką dzieci na głowie. Mieszkające w opłakanych warunkach lub po prostu na bruku. Gwałcone, sprzedawane... zapomniane. Zapomniane lub celowo spychane w odmęty zapomnienia przez obojętny świat niczym żrący wyrzut sumienia. Bo co poradzić na kulturę, na patriarchalne modele rodziny? Co poradzić na zakorzenione poglądy o niższości płci żeńskiej? Jak przeciwstawić się zabobonom, wierzeniom, utartym obyczajom spychającym kobiety na margines człowieczeństwa? 
   Te i wiele innych pytań pobrzmiewa cichym, acz nurtującym echem w prozie siedmiu autorów, którzy poznali mieszkające tam dziewczęta osobiście.
    "Chciałabym opowiedzieć historię dziewczyny. Jednak wszystkie dziewczęta, które poznałam (...) opowiedziały mi tę samą smutną historię. Historię dziecięcej prostytucji, ciąży nastolatek, wirusa HIV, braku antykoncepcji, historię nielegalnych aborcji przeprowadzanych w podejrzanych spelunkach. Mówiły o turystyce seksualnej, samotnych matkach, mężczyznach macho, nieodpowiedzialnych, nieobecnych ojcach i o przemocy w rodzinie"*
 - pisze Kathy Lette, a słowa te bardzo wiernie i obrazowo oddają sytuację kobiet w rzeczonych zakątkach świata. To nie przypadek jednostkowy, to nie cierpienie danej grupy społecznej... to zawodzenie całej kobiecości, wszystkich istot żywych, które przeklęty chromosom Y skazał na ich los. Skazał je na bycie samotnymi matkami od pokoleń, na wczesne zachodzenie w ciąże z nieodpowiedzialnym, małoletnim i najczęściej uzależnionym od różnych używek lekkoduchem, który do tego jest ich sutenerem, jak było to w przypadku Teresy. Jej babka w wieku 16 lat miała już troje dzieci; jej matka w wieku 10 była prostytutką. 
   Ich problem to kultura macho, beztrosko rozsiewających swe nasienie gdzie popadnie, a najczęściej wprost do brzucha kobiet, których sens istnienia sprowadza się właściwie tylko do tego. Ich problem to dojmująca bieda każąca wierzyć w największe brednie i łapać się ich, jak ostatniej deski ratunku przed śmiercią głodową, jak było w przypadku matki Aido, która sprzedała handlarzom żywym towarem swych synów za równowartość roweru i masę czczych obietnic. Są ofiarami turystyki pedofilskiej, która rozwinęła żagle na ogromnej fali świata, w którym wszystko jest na sprzedaż; ich kat to zwyczaj podążania utartymi ścieżkami, życia w obrany przez lata sposób i brak energii oraz ochoty, by cokolwiek zmienić, by przełamać ten destrukcyjny impas, jak było to w przypadku matki Eleny Rosy i Renaty z Dominikany. Zrezygnowała ona z lepszego życia dla swych córek, bo świat, który ułożył pod jej stopami mąż nie przystawał do jej modelu życia. Ich problem to w końcu tradycje i absurdalne obyczaje, będące narzędziem do manipulowania masami, jak przydarzyło się to Bendu z Sierra Leone i wielu jej poprzedniczkom, gdyż, jak pisze Tim Butcher:
 "Oczekiwano, że dziewczęta w tym kraju bezwolnie poddadzą się przemocy i pozwolą, aby amputowano im nie tylko wrażliwą część ciała, ale poczucie kontroli nad własnym losem. A wszystko dlatego, że przeszły przez to kiedyś ich matki i babki"**
   Lirycznie, wiernie, fikcyjnie czy w reportażowej konwencji - wszystko jedno, byle skutecznie zasygnalizować światu rozmiar tego palącego problemu. Byle jak najdokładniej i najplastyczniej wyrazić ogrom tragedii tych kobiet. By czytelnik poczuł na własnej skórze ich lęki, troski,  egzystencjalną gehennę. Nie wiem, czy oprócz wzruszenia lub zniesmaczenia po lekturze publikacja przyniesie swym bohaterkom wymierne korzyści ze strony czytelników. Tym bardziej cieszy mnie inicjatywa przekazania części dochodu ze sprzedaży książki Planowi, który zajmuje się obroną praw dziecka. Może będzie to taka malutka cegiełka do poprawy ich sytuacji. A zbiorek naprawdę warto poznać. W jego bohaterkach kipi niedające się zdeptać życie, rosnące mimo podlewania go wodą toksycznych przeżyć.
Tekst stanowi oficjalną recenzję napisaną dla serwisu LubimyCzytać.pl
*s.61
**s. 40
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Świat Książki, Warszawa 2011.
Wydanie: I.
Ilość stron: 175.
Przekład: Beata Turska.
Tytuł orginału: Because I am a girl.
Język orginału: angielski.
Data powstania: 2010-2011.
Moja ocena: 4/6

wtorek, 14 lutego 2012

Wymianka "Z miłością w tle" - paczka od Oli (Leny173)

Jestem zachwycona. Czym? Moją wymiankową paczuszką "Z miłością w tle" od Oli (Leny173). Spójrzcie sami i powiedzcie, czy Wy byście nie byli:
 
   Będę szczera - największą radochę sprawiła mi "Biała masajka". To po prostu w 100% mój klimat. Już wczoraj wieczorem (bo paczuszkę dostałam wczoraj) położyłam się z nią na łóżeczku i zapoznawałam z jej fragmentami (długa kolejka recenzyjnych nie pozwala mi się na tę powieść rzucić, co bym zrobiła z największą chęcią). Afryka, historia starcia kultur... mniam mniam literacki kąsek. "Jutrzejsza miłość" sądząc po opisie też jest pozycją jak najbardziej w moim stylu, a 11 września w tle sprawia, że intryguje mnie ona jeszcze bardziej. Nie czytałam, nie mogę się doczekać, kiedy sięgnę:) "Cień wiatru" pragnęłam mieć na półce od dawna. Pamiętam, że kiedyś zaczęłam ją czytać, ale to był zły czas, a ostatnio coraz częściej nachodziła mnie ochota na tego autora (znam tylko jego "Pałac Północy" - wrażenia jak najpozytywniejsze:)). 
   Dziękuję również w imieniu Natanka za "Blogowe dbajki" - wczoraj usiłowałam obejrzeć z nim rysunki, jednak mój roczny syn nie przejawiał większego zainteresowania piękną grafiką, o wiele bardziej chciał już tę książkę ugryźć. Dosłownie:) Odstawiłam na półkę. Podrośniemy, poczytamy:) 
   Nie ukrywam, że z dołączonych do paczki słodyczy największą uciechę miał mój Mąż. Cierpliwie odczekał, aż odprawię nad paczką swoje rytuały z aparatem po czym jak dziecko przebierał słodycze podgryzając przy tym krówki. Z pewnych rzeczy nigdy się nie wyrasta. A kisielek zabrał ze sobą do pracy. Ja natomiast pisząc ten post popijam sobie kawkę. Jest przepyszna.


czwartek, 9 lutego 2012

Zhomogenizowani - "Białe zęby" - Zadie Smith

   Zadie Smith rozbłysła w 2000 roku swym debiutem niczym supernowa na literackim niebie, wybijając tą twórczą eksplozją krytykom z rąk wszelkie argumenty i świecąc niebywałym talentem prosto w ich pozbawione zasłony zgryźliwych komentarzy oczy. Bo też i krytykować nie było tu czego, "Białe zęby" to najwyższa prozatorska półka. W każdym calu. Nie napiszę, że Zadie to literacka perełka; nie napiszę, że jej debiutancka powieść to bestseller, choć każdy wie, że tak jest... Mimo to te "masówkowe hasła" nie w pełni oddają tematyczną elitarność jej prozy, dojrzałość jej stylu, lekkość pióra. Zadie ujęła mnie swoim sposobem pisania, żartobliwym i pełnym humoru, o sprawach trudnych i niejednokrotnie bolesnych. Stworzyła bardzo ciekawą, wielowątkową i multitematyczna powieść, tryskającą przy tym humorem z każdej swej strony. Jej lektura, pod płaszczykiem doskonałej rozrywki przemyca głębokie przemyślenia i refleksje na temat nas samych i naszych korzeni. 
   Tożsamość i pochodzenie, przywiązanie do tradycji kontra asymilacja w nowym otoczeniu, na emigracji - o tym pisze Zadie, i każdy, kto rzuci okiem na jej biografię, wie że tematykę tą zna ona poniekąd z własnej autopsji - przyszła bowiem na świat w Londynie, jej matka pochodziła z Jamajki, ojciec natomiast miał za sobą nieudane małżeństwo, zanim związał się z jej matką. Zadie nieobce są więc rozterki dziecka imigranckiego, które całą sobą reprezentuje kraj przodków i które równie mocno odstaje, choćby nawet fizycznie, od rodowitych Anglików. Zaryzykuję więc stwierdzenie, iż "Białe zęby" są powieścią po trosze autobiograficzną, a przynajmniej z życiowych doświadczeń autorki wyrosłą (nie mogę się wręcz oprzeć wrażeniu, iż Irie jest literackim alter ego autorki).
   Hindus i Anglik to dwa bratanki, przynajmniej u Zadie, gdyż przyjaźń Samada Iqubala i Archibalda Jonesa, zadzierzgnięta podczas gdy w jednym czołgu tułali się w ogniach wojennej pożogi jest zasadniczą kanwą jej powieści, która na mocy przedziwnych kombinacji powinowactw i zawiłych genealogicznych gałęzi czy choćby przyjacielskich korelacji rozrasta się w przebogatą paradę bohaterów rozmaitych narodowości, wyznań czy światopoglądów. Kocioł multikulturowy, w którym aż wrze, a autorka podsyca ogień dorzucając doń tematy tabu oraz sarkazm i autoironię jej bohaterów. 
   Zadie pochla się nad trudnym tematem przynależności i odchodzenia od korzeni przez imigrantów i ich dzieci. Proces homogenizacji jest nieuchronny i mimo wielu starań i zabiegów, które z humorem prezentuje autorka poprzez losy swoich bohaterów (niech za przykład posłuży choćby batalia Samada o respektowanie hinduskich świąt w szkole chłopców, bądź też jego pomysł wysłania jednego z synów do ojczyzny, którego skutki były jednakże zupełnie inne od pokładanych oczekiwań) nie da się zapobiec asymilacji bohaterów wyrwanych z swego kręgu kulturowego. Prędzej czy później zleją się oni z otaczającą ich rzeczywistością, a wierzenia i tradycje właściwe ich ojcom znajdą się jedynie w sferze wspomnień. Podawanie wymyślonego, angielskiego imienia i nazwiska, oddalanie się od kultury przodków poprzez np. jedzenie wieprzowiny, noszenie tenisówek do tradycyjnego sari - to tylko niektóre przejawy powolnego ulegania aurze kraju, w którym przyszło bohaterom żyć. Ich zęby nieuchronnie muszą zostać wybielone na zachodnią modłę i, jak pokazuje historia Magida wysłanego do kraju ojców, aby uchronić w nim to, co Hinduskie, im bardziej będą się przed tym bronić, tym szybciej to nastąpi, żyjemy bowiem w rzeczywistości globalnej, która Zachód kształtuje niepodzielnie swymi innowacjami i propagowanymi poglądami. I choć akcja powieści w swej zasadniczej części rozgrywa się w roku 1975 tendencje te są już świetnie widoczne.  
   Oprócz zagadnień dotyczących tożsamości kulturowej znajdziemy u Zadie problematykę w którą obfituje proza życia. Nieporozumienia i małżeńskie sprzeczki, konflikty między pokoleniowe, poszukiwanie autorytetów i młodzieńczy bunt synów Samada czy w końcu religijny fanatyzm Hortense i potrzeba przynależności każąca bohaterom angażować się w przeróżne przedsięwzięcia i wstępować w szeregi rozlicznych organizacji (jak choćby działalność Magida w SROMie czy Joshuy Chalfena w LOSie). Jeśli dodać do tego wielce kontrowersyjną inicjatywę Marcusa Chalfena związaną z jego Myszą Przyszłości, wokół której rozpętała się dyskusja dotycząca praw człowieka do stanowienia o stworzeniu oraz jeśli jeszcze wspomnieć o obsesji naszego egzotycznego bohatera na punkcie jego pradziada Mangala Pande, którego próbował on wpisać w poczet bohaterów i bojowników o wolność Indii, mimo coraz większej ilości przesłanek o jego szemranej przeszłości i mocno wątpliwej odwadze i honorze otrzymamy imponującą panoramę współczesnego społeczeństwa. Otrzymamy portret człowieka współczesnego z jego marzeniami i bolączkami, pragnieniem życia w zgodzie z wieloma, często przeczącymi sobie wytycznymi i pozostawienia po sobie choćby małego śladu dla potomnych.
   Wielkie uznanie wzbudził we mnie styl Zadie - jeśli chciałabym go porównać do stylu innego pisarza, nie miałabym do kogo; czuć tu niezrównaną świeżość i orginalność w tej materii. Język Zadie jest tak swobodny, przy całej swej dojrzałości, że książka jest bardzo przyjemna w odbiorze. Czytając ją obok momentów refleksji i autentycznego zastanowienia nad niewątpliwie ważkimi kwestiami, o których traktuje, zdarzały mi się momenty, w których zaśmiewałam się niemalże do łez. Gawędziarski ton Zadie jest pełen ironii, jej język żywy, porównania kipiące od personifikacji i animizacji. Autorka wręcz roztrzepuje rzeczywistość niczym pianę trzepaczką swego pióra. "(...) wykonując dłonią takie ruchy, jakby tkała ze słów Alsi gobeliny"* - pisze Zadie, a ja nie mogę oprzeć się wrażeniu, że słowa te idealnie oddają specyfikę stylu jej samej. Ten, kto tak potrafi obudować zwykły dialog, że czuje się w porównaniach magię, ruch, błyskotliwość, talent mieć musi. 
   "Białe zęby" to powieść polifoniczna i mocno dygresyjna, napisana z niesamowitym rozmachem, językiem żywym i zwinnym, zdumiewająco zgrabnym, jak na debiut. To powieść o tym, co drzemie w człowieku, o jego zagubieniu w świecie i tym, co nam on oferuje i czego od nas wymaga. To opowieść rozdarciu i poszukiwaniu miejsca na ziemi napisana z dużą dozą humoru i zrozumienia dla ludzkich wad i słabości. Debiut doskonały, pouczająca i mądra powieść. 
   Tekst stanowi oficjalną recenzję napisaną dla serwisu LubimyCzytać.pl
*s. 86.
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: ZNAK, Kraków 2011.
Wydanie: V.
Ilość stron: 522.
Przekład: Zbigniew Batko.
Tytuł orginału: White Teeth.
Język orginału: angielski.
Data powstania: 2000.
Moja ocena: 5/6

wtorek, 24 stycznia 2012

Llosa obnażony... teoretycznie - "Listy do młodego pisarza" Mario Vargas Llosa

    Zacznijmy od tego, że nie wierzę, iż ktoś może nauczyć kogoś tworzenia. Według mnie z takimi predyspozycjami trzeba się po prostu urodzić,  a potem to w sobie pielęgnować. I nie jest to bynajmniej pochodna romantycznego widzenia twórcy jako bożego pomazańca; nic z tych rzeczy. Myślę jednak, że to kwestia bardziej rozwiniętej wyobraźni, kwestia większej wrażliwości. Dlatego też do najświeższej na polskim rynku publikacji Llosy (jednego z moich nota bene ulubionych pisarzy) podeszłam nie jako do podręcznika dla adeptów sztuki słowa, ale jako do specyficznej autobiografii artystycznej. Zaostrzyłam sobie ząbki, spodziewając się wielkich wynurzeń i wyszeptanych mniejszą czcionką tajemnych trików wielkiej literackiej sławy. Miałam nadzieję zdemaskować jego talent, rozebrać go na czynniki pierwsze, poznać w czym tkwi sekret llosowskiego geniuszu. I co? - zapytacie. I... kolejne szelmostwo.
   Studiowałam filologię polską i muszę z niejakim zażenowaniem, ale też przede wszystkim uczciwie stwierdzić, iż niewiele nowych informacji odnośnie warsztatu literackiego wniosła lektura zbiorku swoistych listów Llosy do zasobu mojej w wiedzy tym temacie. I tu rodzi się moje podejrzenie, iż autor nie powiedział czytelnikowi wszystkiego. Bo przecież chyba geniusz na miarę Nobla ma w zanadrzu większy arsenał środków wyrazu artystycznego, niż najlepszy nawet wykładowca akademicki. Tymczasem Llosa rozwodzi się nad aspektem czasu, przestrzeni i kreacją narratora; pisze o planach, w jakich można realizować narrację (obiektywny i subiektywny) czy w końcu o kompozycji powieści szkatułkowej (porównuje ją też do rosyjskiej matrioszki), technice "naczyń połączonych" oraz o faktach ukrytych, czyli tym, na czym każdy dobry kryminał stoi. 
   Jak więc widać, nie ma w tym zakresie fajerwerków.  Kto, podobnie jak ja, liczył na podany na tacy klucz do tego, jak czytać Llosę, ten niewątpliwie się przeliczył. Może gdzieniegdzie da się znaleźć wytrych do jego literackiego świata, jakąś mglistą wskazówkę, ale nadal i tak sam się musisz czytelniku do niego włamać swą interpretacją. Autor w swych listach prowadzi jasne i klarowne wykłady o teorii formy powieściowej. Wyciąga te swoje króliki z kapelusza, ale nadal nie wiadomo jak się one tam znalazły. Mało jest stricte llosowskiej, unikatowej  techniki; dużo zebranych porad ogólnych, wypracowanych na przestrzeni dziejów.
   Jednak nie zawarty w książce przekaz merytoryczny był w moim przypadku czymś, co czyniło lekturę króciutkich esejów noblisty wartościowym doświadczeniem. Ja czytałam "Listy do młodego pisarza" jako zbiór myśli i poglądów Llosy na płaszczyznę literacką i wszystko, co się z nią wiąże. Bowiem w zasadniczym i bezpośrednim wykładzie czynionym wyimaginowanemu przyjacielowi-uczniowi, przemyca autor mniej lub bardziej czytelne własne przekonania dotyczące roli artysty i postrzegania poszczególnych aspektów jego twórczej działalności. Można oczywiście z nimi polemizować, jak jednak większość z nich podzielam. Zdaniem noblisty "Fikcja to kłamstwo skrywające głęboką prawdę"*, natomiast "(...) autor nie wybiera tematów, to one wybiera jego"**. Narrator jawi mu się jako "(...) postać utworzona ze słów"***, pisarze zaś jego zdaniem to ci, "(...) którzy poprzez słowo pisane potrafią stwarzać światy"****. Llosa twierdzi również, słusznie moim zdaniem, iż "Szczerość lub nieszczerość nie jest w literaturze sprawą etyki lecz estetyki"*****
   Jedyne, z czym w poglądzie Llosy na literaturę bym polemizowała, to jego zdanie, iż nie istnieje coś takiego jak rozdział tematu i formy. Twierdzi on, iż są one ze sobą nierozerwalnie sprzężone i wzajemnie się determinują. Według mnie natomiast odrębną kwestią jest co się opowiada i jak się opowiada.
   Interesujący jest pogląd Llosy głoszący, iż fundamentem twórczej pasji jest bunt autora wobec zastanej rzeczywistości. Przekłada się on zdaniem Peruwiańczyka na tworzenie innych światów; lepszych, właściwszych. Na potwierdzenie tej tezy autor wysuwa argument cenzurowania literatury przez wszystkich historycznych uzurpatorów, jako narzędzia siania rewolucji, jako swoistej "ambony zbuntowanych". Nie zgodzić się nie sposób. Zanegować nie można też poglądu dotyczącego talentu, jako czegoś nie danego odgórnie, lecz nabywanego poprzez pracę, dyscyplinę i wytrwałość.
   Siła Llosy tkwi w plastycznej i barwnej metaforze. Dzięki niej nawet nudnawy wykład teoretyczny przeradza się w pełną wrażeń opowieść. Autor porównuje powołanie literackie do tasiemca - gnieździ się on w umyśle pisarza i podporządkowuje jego wszystkie czyny własnym żądzom; proces twórczy jawi mu się jako odwrócony striptiz dokonywany przez autora przed czytelnikiem; tu wdzięki wykwitają nie poprzez obnażenie, ale ukrycie wielu kwestii. Mocną stroną publikacji są także liczne dygresje oscylujące wokół tematu i ale wprowadzające do wywodu interesujące niuanse z kulis warsztatów literackich takich sław prozy, jak Flaubert (jego listy do kochanki Colette) czy tegoż pisarza technika doboru właściwego słowa, owocująca wykrzykiwaniem stworzonych akapitów w parkowej alejce, by wsłuchać się w ich brzmienie. Lekturę ożywiają też liczne zwroty do czytelnika, którego autor sytuuje tu w roli swego dyskutanta o meandrach techniki powieściowej i przypisuje mu rzekome autorstwo wyimaginowanych listów, na które jego tekst jest odpowiedzią.
   Oczywiście Llosa nie wyzbył się swej szelmowskiej przewrotności i z wielkim rozmiłowaniem i przekorą wkłada w "usta" czytelnika-rozmówcy wiele przekonań i opinii, które określają go samego, czerpiąc przyjemność z jego milczenia, niemożności wypowiedzenia się i wymuszonej pasywności.
   W "Listach do młodego pisarza" Llosa często wciela się w rolę krytyka literackiego eksponując swoje przekonania odnośnie obfitej garści pozycji z literatury światowej. Koncentruje się jednak, w tym procesie ilustrowania tez przykładami, w przeważającej mierze na utworach autorstwa pisarzy iberoamerykańskich (Marquez, Cortazar). Wielokrotnie odwołuje się do dzieł twórców, których już na początku tekstu wymienia jako swoich mistrzów, a są między innymi Faulkner, Hemingway czy Camus. I tak oto podrzucił mi on wiele ciekawych pozycji, których zapewne inaczej nigdy bym nie odkryła. I teraz, zamiast pouczona radami noblisty rzucić się do tworzenia, siądę i będę dalej czytać.
Tekst stanowi oficjalną recenzję napisaną dla serwisu LubimyCzytać.pl
*s. 12.
**s.20
***s. 43
****s.10
 *****s. 38
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Znak, Kraków 2012.
Wydanie: I.
Ilość stron: 128.
Przekład: Marta Szafrańska-Brandt.
Język orginału: hiszpański.
Moja ocena: 4/6.
Wyzwanie: Projekt Nobliści.

niedziela, 22 stycznia 2012

Stosik zimowy

   Przeprowadzam się. Nie, nie wirtualnie. W realu. Powoli pakuję swoje dotychczasowe życie w kartony, by przewieźć je na drugi koniec miasta, do nie ciasnego, a prawie całkiem własnego mieszkanka:) Moja ogromna radość miesza się z małymi, acz wrednymi obawami... Jak przeprowadzkę zniesie mój Nataś?; jak to będzie w nowym miejscu?... Takie tam typowe znaki zapytania:) 
   Jednak jednym z niewątpliwych plusów sytuacji (pomijając już fakt, że wreszcie będziemy u siebie!!!:):):) ), jest znaczne zwiększenie się naszej przestrzeni życiowej, co wreszcie umożliwi mi posiadanie półki na książki z prawdziwego zdarzenia;) (dotąd upychałam je w kartonach w szafie i na regale). I w miejscu tym za stosowne uznaję skierowanie znaczącej apostrofy do Męża mego ;), który obiecał mi ten mebel już jakiś czas temu i wiem, że to przeczyta, od jakiegoś czasu bowiem namiętnie śledzi moje tutejsze bazgroły. No więc Mężu, Ty wiesz, a ja mam świadków;) 
   To by chyba było na tyle prywaty;) Teraz chwalić się będę. Stosiku nie wstawiałam od dobrego miesiąca, a więc ze stosiku stos się zrobił, zresztą zobaczcie sami :
1) Listy do młodego pisarza - Mario Vargas Llosa - recenzyjna dla LC.pl; przeczytana, zrecenzowana, opublikowana.
2) Zapomniane - Cat Patrick - fajne, fajne; pozytywne zaskoczenie, wciągająca fabuła. Recenzja poniżej
3) Gniazdo węży - Moses Isegawa - literatura afrykańska to jedna z tych, które chętnie czytam. Wszystko, co z tym kontynentem w tle pociąga mnie swą magią, kusi niezwykłą kulturą
4) Trucicielka - Eric-Emmanuel Schmitt - wymiankowa od Bujaczka; Schmitta lubię raz na jakiś czas, kiedy ten czas nadejdzie, będzie jak znalazł
5) Kobiety z Kabulu - Gayle Tzemach Lemmon - j.w., bo Bujaczek zna wszystkie moje potrzeby i upodobania, ma zakodowane w pamięci chyba moje spisy książek i
6) Język sekretów - Dianne Dixon - książka o tajemnicy z przeszłości, odkrywaniu swoich korzeni i prawdy sprzed lat, aż się nie można oprzeć:) Dziękuję Bujaczkowi:*
7) Słodko-gorzka ojczyzna. Raport z serca Turcji - Necla Kelek - recenzyjna od LC.pl; ciekawa jestem obrazu Turcji zawartego w tym reportażu, czytany przeze mnie w tym roku "Zabójca z miasta moreli" zbudował obraz państwa sprzeczności i licznych aspiracji tłamszonych radykalną kulturą, ciekawa jestem jak uzupełni tę wizję pani Kelek
8) Portret w sepii - Isabel Allende - pokochałam Allende po przeczytaniu trzech pierwszych stron "Podmorskiej wyspy", nie wiem gdzie ja byłam, gdy inni ją czytali i się zachwycali, teraz intensywnie nadrabiam braki
9) Ines, pani mej duszy - Isabel Allende
10) Adanna - Tom Davis - również z Afryką w tle, osnuta na kanwie zdjęcia opowieść o cierpieniu i moralności, solidarności z konającymi z głodu... Tylko wydanie jakieś dziwne, na końcu łopatologiczne "pytania do dyskusji", jakby nie znalazły się własne... Ale nie zapeszam, przeczytam, ustosunkuję się.
11) Pisarz, który nienawidził kobiet - John Lake - nagroda za recenzję od ZNAKu. Ciekawa forma i treść oparta na prawdziwych zdarzeniach. Bardzo się z niej ucieszyłam:) 
12) Zapraszam do stołu. Kuchnia Jerzego Knappe - serialu nie oglądałam, miałam zamiar, ale na zamiarze się skończyło... Jak to przeważnie ze mną jest. Ale, że lubię gotować, nie mogłam sobie odmówić posiadania; z recenzją czekam na własną kuchnię, może nawet uwiecznię jakieś swoje wyczyny na zdjęciach, jeśli będą fotogeniczne;)
13) Pantaleon i wizytantki - Mario Vargas Llosa - Llosę uwielbiam, jego książki wręcz pochłaniam, rozkoszuję się jego stylem i kocham to szelmostwo, które w każdej powieści przemyca. Dla mnie to wielki pisarz.
14) Ciotka Julia i skryba - Mario Vargas Llosa - podobno z elementami autobiografii i pikantna dość:) Smakowite:)
15) Duchy dżungli - Janusz Kasza - po przeczytaniu "Gorączki" z tej serii Otwartego uznałam ją za baaardzo wartościową i zapragnęłam zapoznać się również z pozostałymi tworzącymi ją książkami. Mam nadzieję, że reprezentują równie wysoki poziom i zawierają nie mniejszy ładunek podróżniczej pasji
16) Żar. Oddech Afryki - Dariusz Rosiak - kolejna podróż na Czarny Ląd tym razem w wersji non-fiction. Różne słyszałam o książce opinie... mam nadzieję na pozytywną treść i przyjemny odbiór.  
17) Piraci. 100 kreatywnych zabaw i gier - Andrea Pinnington - to nie moje. To Natana:) Trochę czasu upłynie zanim w pełni skorzysta z tej książeczki, niemniej nie mogę się już doczekać tych wspólnych zabaw w piratów;) Póki co zrecenzuję ją z mojego punktu widzenia:)