Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Europa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Europa. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 stycznia 2013

Bałkańska Narnia, czyli dziadek, tygrys i nieśmiertelnik - "Żona tygrysa" - Tea Obreht

   Sentymentalizm, zatapianie się w minionym i przelewanie przez palce strumienia wspomnień niczym błyszczącej refleksami wody jest domeną ludzi w podeszłym wieku. To właśnie u kresu drogi pociechę znajdujemy w odwracaniu się wstecz, analizowaniu, drobiazgowym oglądaniu swego życia niczym negatywów w dawnej kliszy fotograficznej i ponownym go przeżywaniu. Literaturę wspomnieniową tworzą ludzie starzy - tę opartą na logice i naturalnym porządku świata tezę obraca w pył swą książką młodziutka autorka "Żony tygrysa". I brak tu sztucznej stylizacji, brak nachalnego postarzania; debiut tej amerykanki jugosłowiańskiego pochodzenia to szczerość z jaką mówią o człowieku jego zmarszczki, to umiejętność zamieniania się w słuch by wysłuchać szeptanych łamiącym się już głosem opowieści; w końcu, to magia pozwalająca te opowieści przelać na papier wprost z swego serca. 
   W centrum opowieści, niczym Słońce w środku Układu Słonecznego, znajduje się dziadek. Wokół niego krążą wszystkie opowieści, on jest ich głównym bohaterem, jest zarówno ich skutkiem, jak i przyczyną. "Żona tygrysa" bowiem to przede wszystkim sentymentalne epitafium dedykowane dziadkowi narratorki; to okraszona obficie magicznym pierwiastkiem opowieść o człowieku legendzie - przynajmniej w jednostkowym wymiarze; jednakże z całą pewnością mit dziadka wypełniał mikrokosmos Natalii. Dziadek był dla swej wnuczki skarbnicą życiowej mądrości, drogowskazem prowokującym ją do odkrywania życia, był jej mentorem, przyjacielem, powiernikiem a zarazem wspólnikiem w spiskach i konszachtach. Był ostoją, a jednocześnie obiektem jej buntu. W końcu był zagadką. 
   Opowieść zaczyna się od końca. A tak, bo już na pierwszych stronach powieści dowiadujemy się, że dziadek umarł. Kropka na początku zdania przekształca się jednak w wielokropek, bo choć martwy dla świata starszy pan pozostaje wciąż żywy we wspomnieniach Natalii i prowadzi ją w ich ostatnią wspólną podróż do swej dziecinnej miejscowości Galiny, wsi na końcu świata, w której czas się zatrzymał. Tam realność zaciera swe granice, a ludzie żyją zawieszeni między jawą a snem, poruszając się płynnie między tymi dwoma płaszczyznami. Zabiera ją tam, gdzie rodzą się baśnie i gdzie jednocześnie znajduje się esencja prawdy o nim, o ludziach, w końcu o samej Natalii. To właśnie tam żyją zatopieni we wspomnieniach i opowieściach niczym pradawne owady w bursztynie, tytułowy tygrys; rzeźnik, lutniarz i tyran w jednym, nieszczęśliwie zakochany, nie mogący znieść prawdy o samym sobie a wszelkie frustracje wyładowujący na swej żonie, która nawiązuje enigmatyczną nić porozumienia z tygrysem właśnie; żyje tam aptekarz, żyje Dariła Niedźwiedź, Matka Wera, babcia dziadka, która go wychowała. Żyją i żyć będą dopóty, dopóki pamięć o nich trwa. Obreht skłania nas do rozmyślania o przemijaniu, które zawsze wiedzie w linii prostej do uniwersum opowieści, będącej ponad nie i pomagającej ludziom oprzeć się czasowi.
   "Żona tygrysa" to powieść wielowątkowa - z pnia podróży głównej bohaterki wraz z przyjaciółką w celu szczepienia dzieci w Brejevinie oraz jej potajemnych wypadów do Zdrevkowa (znajdował się tam szpital, w którym dziadek zmarł) wyrastają niezliczone konary i gałęzie prostszych lub bardziej skomplikowanych opowieści, dotyczących życia i perypetii narratorki, jej medycznej edukacji czy relacji z dziadkiem, a to traktujących o rzeczywistości zastanej przez dziewczynę w miejscu jej "misji", czyli o kopaczach i ich potyczkach z klątwą krewnego nieboszczyka; tych, których dziadek był uczestnikiem lub świadkiem, czy w końcu tych zasłyszanych od dziadka, który sam słyszał je od kogoś, komu opowiadał ktoś. Jest więc debiut Obreht nieodzownie majstersztykiem pod względem konstrukcji - ta powieść-gawęda czerpie pełnymi garściami z możliwości, jakie daje dziełom kompozycja szkatułkowa czy dygresyjność utworu. Autorka z gracją skacze z płaszczyzny narracyjnej na inną płaszczyznę, aż biedny czytelnik rozkosznie zdezorientowany przyznać musi, że nie wie, w czyjej aktualnie znalazł się opowieści. Ale to dla niej na plus, jak najbardziej; umieć zapisać nostalgię towarzyszącą snuciu opowieści; nie pozwolić tuszowi zatuszować jej lekkości, otulić nią czytelnika tak, jak słuchacza - to jest talent.
   Z powieści młodej autorki wyłania się mimochodem obraz Bałkanów - cygańskie dzieci, oswojona bieda, ciche dźwięki akordeonu niosące się zza zasłony nadchodzącej nocy, winnice, wakacyjne sezony, morskie powietrze, figi czy ziemniaki z boćwinką;a to wszystko układa się w barwną mozaikę tworzącą śródziemnomorski klimat byłej Jugosławii. Tła dopełniają przewijające się przez całą powieść, mniej lub bardziej wyraźne, echa wojny:
   "Wojna zmieniła wszystko. Gdy już raz rozczłonkowano to, co dawniej tworzyło nasz kraj (...). Krajobraz, pisarze, naukowcy, historia, wszystko to, co wcześniej było wspólne, musiało zostać rozdzielone pomiędzy nowych właścicieli. Nawet laureat Nagrody Nobla przestał być nasz, a stał się ich. Nasze lotnisko nosiło imię szalonego wynalazcy, który nie był już postacią należącą do wszystkich. I cały czas powtarzaliśmy sobie, że w końcu wszystko wróci do normy."*
Wojna nie jest jednak w stanie pozbawić tego zakątka świata jego czarowności. Zabobony, wierzenia ludowe oraz wszechobecny realizm magiczny to druga strona medalu publikacji młodej debiutantki, która wprowadza naturalną równowagę do świata przedstawionego jej powieści. Przepiękna scena spaceru ze słoniem moim zdaniem powinna wejść do kanonu, tyle w niej mistycznego piękna i symbolizmu. Opowieść o nieśmiertelniku, którą snuje autorka przez całą fabułę, urywając w najmniej odpowiednich z czytelniczego punktu widzenia momentach, to również wielki popis jej literackiej wyobraźni. Umiejętne czerpanie z rodzimego folkloru przydaje książce nietuzinkowego charakteru - historia zabobonnych kopaczy czy jej kontynuacja podczas której Natalia podąża za nieśmiertelnikiem; podjęcie tematu diabła w wyobrażeniach mieszkańców Galiny; ogólnie pójście przez tak młodą osobę powrotną drogą od homogenizującej wszystko cywilizacji i niewdepnięcie przy okazji w popularną obecnie sielankową konwencję sprawia, że mogę z pełną odpowiedzialnością wskazać ją jako jedną z najbardziej obiecujących, utalentowanych oraz literacko dojrzałych  debiutantek, jakich powieści było mi dane kiedykolwiek czytać.
   "Żona tygrysa", książka niepozorna a zarazem granat literackiej "wydolności", że się tak wyrażę, bo mieści tyle stylowego dobra i przekazuje za jego pośrednictwem wiele głębokich i pięknych treści, które eksplodują w wyobraźni czytelnika od pierwszej do ostatniej strony jej opowieści. Mam tylko nadzieję, że Obreht nie okaże się autorką jednej książki i że świetna proza, którą dane mi było poznać nie jest owocem li i jedynie jej tęsknot, wezbranych emocji i sentymentów, a będzie pierwszym pąkiem kiełkującym na drzewie jej literackiej pasji, czego zarówno autorce, jak i sobie życzę.
*s. 161.
Tekst stanowi oficjalną recenzję napisaną dla serwisu LubimyCzytać.pl
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Drzewo Babel, Warszawa 2012.
Wydanie: I.
Ilość stron: 332.
Przekład: Bogna Piotrowska i Małgorzata Rejmer.
Tytuł orginału: Tiger's Wife.
Język orginału: angielski.
Data powstania: 2011.
Moja ocena: 5/6.

czwartek, 29 listopada 2012

"Krzykacz z Rwandy" - Warren FitzGerald

   "Krzykacz" to opowieść o bólu. Zarówno tym fizycznym, gwałtownym i rozdzierającym, jak i tym ukrytym głęboko w ludzkiej duszy i drążącym ją w ciszy, niczym robak. To opowieść o ludziach, którzy się z tym bólem zmagają i nie ważne, czy żyją w skażonym cywilizacją Londynie, czy są mieszkańcami rajskiej, dziewiczej Rwandy; cierpienie pod różnymi obliczami dotyka ich wszędzie. Historia ta brzmi milionem melodii ludzkich życiorysów, a spośród nich najgłośniej skandują swe losy trzydziestodziewięcioletni Anglik, Ashley Bolt oraz  dziesięcioletnia słodka i niewinna Rwandyjka - Clementine Habimana. Z ich poruszającego dwugłosu FitzGerald tka czytelnikowi niczym eteryczny woal opowieść o tlącej się nadziei i potrzebie szukania drugiego człowieka, który by ją na nowo rozpalił. 
   O ludobójstwie (używam tego terminu z pełną premedytacją) w Rwandzie przeczytałam całkiem sporo książek, jednak "Krzykacz" poraził mnie sposobem ujęcia tematu. Autor bowiem nie skupił się na samym konflikcie, nie ograniczył się do epatowania okrucieństwem (choć nie da się ukryć, że powieść zawiera wiele drastycznych scen); on posłużył się wydarzeniami 1994 roku dla zobrazowania panoramy zła, które jest udziałem ludzkości. Zestawił dwa pozornie kontrastujące ze sobą światy, uzupełniając w rzeczywistości i dopowiadając jednym drugi. 
   Rozpoczynając lekturę "Krzykacza" pierwszym, co rzuca się w oczy są skomponowane naprzemiennie rozdziały, w których funkcję narratora przejmują wymiennie Ashley i Clementine. Puzzle zupełnie nie chcą się układać; no bo o co niby może chodzić? Co niby ci ludzie mają ze sobą wspólnego i do czego potrzebne jest ich współistnienie w tej powieści? 
   Ashley Bolt to bowiem rodowity Anglik, nieodrodne  dziecko cywilizacji europejskiej chore na wszystkie możliwe spowodowane przez nią choroby. Prowadzi pozbawione sensu życie domorosłego nauczyciela muzyki, dorabiając sobie na boku szmuglowaniem narkotyków i lecząc wszelkie kompleksy, stresy dnia codziennego oraz zakorzenione w dzieciństwie traumy za pomocą zimnego ostrza kuchennego noża. Do grona jego przyjaciół zaliczają się między innymi tranwestytk/a Lola, tatuażysta i diler Jimmy oraz młodociany przestępca Levi; słowem, ludzie dający się określić wspólną etykietką życiowych wykolejeńców. Clementine natomiast, cóż, żyje w kochającej się rodzinie, bawi się z przyjaciółką Janette, przedrzeźnia brata Pio, uczęszcza do szkoły, a wieczorami wymusza na Tacie opowiadanie jej baśniowych historii podróżując na jego ramionach w drodze do cabaretu, gdzie ten pozwala jej się odprowadzić. Jak więc widać, trudno o większą rozbieżność w kreacji głównych bohaterów. Jednak jak w życiu, tak i w powieści FitzGeralda, wiele zbiegów okoliczności oraz zrządzeń ślepego losu nakładających się na siebie sprawi, że te dwa kontrastujące ze sobą światy połączą się, a każde z bohaterów odegra w życiu drugiego ważką rolę. 
   Nie ukrywam, że początkowo z większą ciekawością śledziłam losy Clementine i jej rodziny; rozdziały traktujące o życiu Bolta nieco mnie nudziły, a nawet irytowały. Ciężko było wręcz uwierzyć, że oba światy materializujące się w mojej wyobraźni wyrastają z fundamentów pióra tego samego autora. Bardzo zręcznie i sprawnie ukazuje FitzGerald mechanizm  rozprzestrzeniania się zażewia wydarzeń 1994 roku w Rwandzie. Ogranicza do minimum szastanie faktami, odrzuca wszelkie przejawy dydaktyzmu, pamiętając cały czas, by wszelkie potrzebne czytelnikowi informacje wpleść niepostrzeżenie w fabułę, czyniąc z nich pełne znaczeń tło - wstawanie w klasie członków poszczególnych plemion na wezwanie nauczyciela, rewelacje dotyczące krzewienia nienawiści międzyplemiennej płynące z radia, drukowanie w gazetach 10 przykazań Hutu; to wszystko wtapia się w codzienne życie Clementine tworząc naturalną genezę katastrofy. Jednak szczyt maestrii osiąga autor moim zdaniem później, sięgając po formę baśni dla opisania wydarzeń, których doświadczyła mała Rwandyjka, a dla których ciężko znaleźć odpowiednie słowa. Clementine opowiada baśń, obsadzając w rolach okrutnych morderców goblinów i smoki, a swych bliskich czyniąc pozytywnymi bohaterami dziecięcych opowieści, księżniczkami, rycerzami czy królami. Konsekwentnie i umiejętnie ukazuje dramat, który rozegrał się w tym pięknym afrykańskim kraju z perspektywy dziecka, które jednego dnia nie znało znaczenia słów Tutsi i Hutu, a kolejnego mogą one przesądzić o jej życiu lub śmierci, i nie wykracza przy tym poza jej możliwości percepcji i interpretacji faktów. 
   Warren FitzGerald roztacza przed czytelnikiem krwawą historię Rwandy, ale na tym nie poprzestaje. W swej powieści dobudowuje on, ja przynajmniej tak to odczytałam, okruszek metafizycznego sensu dla cierpień, które miały miejsce w tym małym afrykańskim państewku. W myśl przekonań, iż przelana krew wsiąkając w ziemię daje owoc, tragedia jaka dotknęła Clementine stała się punktem zwrotnym w życiu Ashley'a; dzięki niej doznaje swoistego katharsis. To pierwsza próba literackiego ukazania rwandyjskiej masakry w kontekście z jakim się zetknęła i, moim zdaniem, próba udana.     
   Jeśli miałabym coś książce zarzucić, to może zbytnią spektakularność końcowych scen, które czytało się niemal jak scenariusz do efekciarskiego, że tak to określę, filmu sensacyjnego. Ja oczekiwałam większego wyciszenia... Jednak ostatni akapit rekompensuje mi to z nadwyżką, pięknymi i mądrymi słowami, a brzmią one tak: 
   "Kilka tysięcy mil na wschód  kilka tysięcy mil na południe i jesteśmy nad Nyamata, chociaż z tej wysokości wszystko wygląda tak samo... zadrukowany podkoszulek owinięty wokół Ziemi jest tutaj tylko trochę bardziej czerwony niż brązowy, a kształty nie mają tak prostych krawędzi... czerwony, złoty i zielony, kolory Interahamwe.  Ale wkrótce ta koszula zostanie zerwana z pleców Rwandy. Paul Kagame i jego armia prowadzona przez Tutsi przejmują kraj. Mszczą się? Podkręcam muzykę zanim zobaczę rzeki, tym razem pełne ciał Hutu.  Oddalam się jeszcze bardziej, aż widzę zachwycające kształty kontynentów wyrzeźbione przez błękitne morze wokół nich, ale już bez krajów i granic stworzonych przez człowieka. "* 
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Mała Kurka
*s. 268 -269.
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Mała Kurka, Piastów 2012.
Wydanie: I.
Ilość stron: 271.
Przekład: Agnieszka Śmieja
Tytuł orginału: T
he Go - Away Bird
Język orginału: an
gielski
Data powstania: 2010.
Moja ocena: 5/6