poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Indie - okrutna macocha swych dzieci - "Niebieski notatnik" - James A. Lewine

   Sięgając po tę książkę absolutnie nie spodziewałam się tego, o czym w niej przeczytałam. Nie byłam w najmniejszym stopniu przygotowana na treści, które zawiera i wciąż jeszcze na wspomnienie znajdujących się w niej opisów i fragmentów fabuły mam dreszcze grozy. W świetle wszystkich przeczytanych dotąd przeze mnie publikacji traktujących o Indiach książka Levine'a wnosi nowe, przerażające jakości do mojego zbudowanego z lektur obrazu tego kraju. Temat dziecięcej prostytucji i seksualnego wykorzystywania małoletnich, o ile wcześniej był gdzieś poruszany, to jakoś tak z pewnym skrępowaniem i tylko półgębkiem. Tymczasem autor "Notatnika" roztacza w nim całą ponurą i bezwzględną panoramę tych praktyk, łącznie z towarzyszącym im wyzyskiem dzieci, traktowaniem ich jako narzędzi do bogacenia się i zabijaniem, gdy sprzeciwią się swym nadzorcom. A wszystko to przy braku jakiejkolwiek interwencji, a często nawet przy cichym przyzwoleniu i udziale władz. Przerażająca, smutna ale też i piękna opowieść. 
   Bohaterką powieści jest wspomniana już wcześniej przeze mnie Batuk, piętnastolatka egzystująca w "klatce" (bo tak nazywa swą obskurną klitkę wielkości toalety, która jest jej mieszkaniem) i sprzedająca swe ciało na rozkaz zwierzchników różnej maści klientom, chcącym "piec z nią słodkie ciasto". Dziewczyna udostępnia nam swój pamiętnik, pozwala go czytać przez ramię. Wyjaśnia w nim, jaka kręta droga, usiana rozczarowaniami i bólem przywiodła ją do tego miejsca; opowiada o swym wcześniejszym życiu, o srogiej matce i pobłażliwym, kochającym ojcu, opowiadającym jej baśnie, dzielącym z nią jej dziecinne marzenia, który w końcu ją sprzedał złym obcym ludziom. Odtąd ciało Batuk stało się towarem. Skorzystać mógł z niego każdy, kto zapłacił; a jak korzystał, to już jego sprawa. Nic co ludzkie nie było więc tej dziewczynie obce, poznała też całą fizjologię łącznie z jej ewenementami, gwałty, przemoc, zwierzęcą chuć, upokorzenie - wszystko to opisuje w swym pamiętniku, tworząc w ten sposób azyl z własnych myśli i przeżyć. 
   Mocną stroną powieści jest według mnie pierwiastek realizmu magicznego, którym opowieść nastoletniej prostytutki jest subtelnie przetykana. Nie tylko kunsztownie zdobi on konstrukcję zapisków Batuk, ale również wydobywa na zasadzie kontrastu piękno baśni (rozmowy z wielkim drzewem, czy też wypchanym tygrysem) oraz całe plugastwo świata rzeczywistego. Dzięki temu zabiegowi relacja dziewczyny jeszcze mocniej przemawia do czytelnika, choć i tak ciężko czyta się o okrucieństwie i nieludzkim traktowaniu, jakie było jej udziałem. 
   Powieść jest fikcją literacką, jednak czytając Posłowie, w którym autor opisuje genezę swojej książki nasunęła mi się myśl, że James Levine skondensował w niej uniwersalną rzeczywistość bombajskiej ulicy. Dziewczynka mieszkająca przy słynnej złą sławą Ulicy Klatek natchnęła go, przybierając postać książkowej Batuk, do opowiedzenia martyrologii (użycie tego słowa w kontekście nie będzie chyba nadużyciem) indyjskich dzieci zmuszanych do prostytucji, już nawet nie za kawałek chleba, a jedynie za perspektywę uniknięcia tortur i przeżycia. Kiedy czytałam fragmenty poświęcone naszkicowaniu rzeczywistości indyjskich dzikich sierocińców oczy mi się coraz bardziej otwierały ze zdziwienia. Zastanawiałam się gdzie jest policja, która nie interweniuje, gdzie jakieś organy prawa i czemu na to pozwalają. Jednak przeczytawszy w którymś fragmencie o policjantach okaleczających swą pałką prostytuującego się chłopaka w czasie zabaw z nim zobaczyłam jak na dłoni całą beznadzieję tej sytuacji.
   Książka, przy całym swym emocjonalnym ładunku i przy swej konwencji epatowania okrucieństwem, jest pisana tak wysublimowanym językiem, inkrustowana tak wymyślnymi metaforami, nie wspominając już o jej szkatułkowej kompozycji, która predysponuje ją do roztaczania przed czytelnikiem baśni niczym z księgi Tysiąca i jednej nocy, iż kontrast ten zaskakuje i czyni powieść bardzo wyrafinowaną stylowo. Bo sztuką jest, jak wnioskuję na podstawie moich doświadczeń z tego typu literaturą, szokować ze smakiem, raczyć czytelnika wybuchową mieszaniną negatywnych emocji serwując mu przy tym literacką przyjemność na poziomie formy. Tym bardziej zdumiewa jedno ze zwierzeń autora zamieszczone w Posłowiu, a dotyczące jego pracy nad książką. Levine bowiem twierdzi, iż powstała ona jako efekt jego filozofii osiągania zamierzonych celów poprzez ich fragmentaryczne realizowanie. Cóż... trudno mi w to uwierzyć, bo albo autor urodził się z lekkością pióra i niemałym talentem opowiadania, albo ktoś tu nieskromnie ubarwia rzeczywistość. "Niebieski notatnik" bowiem, jak na debiut pióra lekarza z zawodu, prezentuje się nad wyraz dojrzale, przemyślanie a nawet, rzec można magicznie i bynajmniej do głowy by mi nie przyszło, iż autor tworzył go zapisując określoną ilość stron dziennie.
   Język ten właśnie to zarazem jedyny minus powieści, jaki mogę wskazać. Jednak bynajmniej nie mam na myśli jego niedojrzałości, wręcz przeciwnie. Ciężko uwierzyć, iż małoletnia prostytutka mogłaby tak formułować zdania, posługiwać się taką stylistyką... Szczególnie widać to w metaforach z atramentem i gliną, są przepięknie poprowadzone, lecz  bynajmniej nie dają się włożyć w usta, czy może raczej w pióro piętnastoletniej dziwki. Wierzę mimo to, że gładkie i piękne słowa były tej książce potrzebne, bo przy całej ostrej fabule tworzą rodzaj balsamu na czytelnicze oczy i wyobraźnię.
   "Niebieski notatnik" to moim zdaniem świetny debiut. Łączy w sobie ważki temat, przemyślaną konstrukcję i lekkie pióro autora. Historia opowiedziana przez Levine'a będzie długo mi towarzyszyć i z całą pewnością Indie, obok całego swego piękna i majestatu odtąd kojarzyć mi się będą z wyrodną macochą swych dzieci, szczególnie tych z nizin społecznych. Bo choć historia Batuk jest przerażająca, sam autor stwierdza,  że "[...] to tylko okruchy tragicznej prawdy, ale na więcej nie mogłem się zdobyć"*.
Tekst stanowi oficjalną recenzję napisaną dla serwisu LubimyCzytać.pl
*s. 219. 

Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Książnica, 2012.
Wydanie: I.
Ilość stron: 229.
Przekład: Barbara Korzon.
Tytuł orginału: The Blue Notebook.
Język orginału: angielski. 
Data powstania: 2009.
Moja ocena: 5/6.

poniedziałek, 30 lipca 2012

Monotonnie cytra brzmi - "Naga cytra" - Shan Sa

   Mam o tej książce dość ambiwalentne poglądy - z jednej strony jest to powieść napisana bardzo porządnie; ma solidnie zarysowane tło wydarzeń, wyrafinowany i bogaty styl, piękny, eteryczny język i dopracowanych bohaterów. Teoretycznie nie ma się w niej do czego przyczepić. Jednak w praktyce czytanie jej szło mi bardzo opornie; długo nie mogłam się wciągnąć w tworzoną przez Shan Se fabułę, często i gęsto wręcz się nudziłam. 
   Co więc poszło nie tak? Co zepsuło mi przyjemność lektury tej, podkreślam, od strony technicznej, dość dobrej książki? Przede wszystkim głównym winowajcą jest opis na okładce, w którym jakiś nadgorliwiec streszcza mniej więcej 80% fabuły. Czytając ma się więc już wrażenie powtarzalności, braku możliwości odkrywania zwrotów akcji, odtwarzania zamiast tworzenia opowieści w swojej wyobraźni. Kiedy już "wyszłam" podczas swojej lektury z obszaru przybliżonego mi mimowolnie przez nazbyt usłużnego "okładkotwórcę" czytało mi się "Nagą cytrę" o wiele przyjemniej i ciekawiej; cóż jednak z tego, skoro pozostało mi tylko około 50 stron i zdążył mnie zaskoczyć już tylko jeden fabularny wątek... Konkluzja? Jeśli nie chcesz zepsuć sobie przyjemności czytania, absolutnie daruj sobie czytanie okładkowych niuansów. Najlepiej nawet tej książki nie odwracaj (wiem, że kierując się zasadą przekory i tak to zrobisz, niemniej - ja ostrzegałam).
   Obok popisu okładkowego wirtuoza słabymi punktami powieści są według mnie przesadna opisowość zafundowana czytelnikowi kosztem dialogów, których w książce jak na lekarstwo oraz rozbudowane, skomplikowane i dla laików takich, jak nie przymierzając ja, często zupełnie nieczytelne wstawki historyczne. Najbardziej jednak irytowało mnie machanie bujnie obrodzonymi gałęziami drzew genealogicznych chińskich dynastii przed oczami - nic z tego nie wynikało, akcji to nie popychało ani o wers do przodu, a mnie nużyło niesamowicie. Być może miało to inkrustować tło historyczne, wyjaśniać ówczesną sytuację społeczno-polityczną... Nie wiem, dla mnie tylko wprowadziło większy zamęt. Kolejnym aspektem nie ułatwiającym czytelnikowi obcowania z opowieścią Shan Sa jest konstrukcja utworu - fabuła rozgrywająca się na dwóch przestrzeniach czasowych jest ze sobą niemożebnie przemieszana bez żadnego sensu, logiki i żadnej myśli przewodniej. Ot, po prostu żeby było pozornie wymyślniej, zdaje mi się. Wyszedł z tego niestety straszny bałagan, przybierający formę i dający się usprawiedliwić jedynie w partii końcowej. Poza tym do znudzenia skaczemy w czasie niemal o dwa wieki, kiedy równie dobrze moglibyśmy poznać wydarzenia według ich chronologii, czyli najpierw historię Młodej Matki, a potem ucznia mistrza cytry, Shen Fenga.
   Poza wymienionymi przeze mnie gorszymi momentami "Nagiej cytry" powieść posiada też wiele plusów. Znaleźć w niej można wszystko, co powinno zainteresować szerokie grono czytelników, tych interesujących się historią zwłaszcza. Mamy tu intrygi i spiski, walkę o tron, krwawe wojny; mamy zdradę i zamachy stanu. Jest mowa o zakazanej miłości rzezimieszka do mniszki, są publiczne egzekucje, jest nawet okradanie wiekowego grobowca królowej. Jednak wszystko to jakoś tak pobieżnie, bez polotu i bez rozmachu. Shan Sa powinna moim zdaniem położyć akcenty na tych wydarzeniach, przydać książce polifonii poprzez poszerzenie narracji choćby i oddanie głosu większej ilości bohaterów, zamiast skupiać się na mało spektakularnych zajęciach przyszłej Cesarzowej, jak na przykład malowanie czy urządzanie kolejnych pałaców. Niestety wszystko co mogło być siłą "Nagiej cytry" przebrzmiewa echem wśród ciszy, posępności i monotonni jej fabularnych murów.
   Bardzo dobre za to, wręcz popisowe jest zakończenie powieści. Posiada szczyptę mistycyzmu, sporą garść zaskoczenia, czuć w nim pasję i przekaz, polot. Moment połączenia kapłanki Czystość Pustki i Shen Fenga kipi zmysłowością i poetyckością, do tego stopnia, iż sprawia wrażenie, jakby całość pisana była li i jedynie po to, by ten ornamentacyjny punkt kulminacyjny wyeksponować. Rozdział kończący powieść, podczas którego dokonujemy olbrzymiego przemieszczenia w czasie stworzony jest chyba tylko w celu postawienia kropki w dowodach popierających tezę autorki o uniwersalizmie, magicznej mocy i ponadczasowości muzyki... Innej racji bytu dla niego nie znajduję. Śliczne to i słodkie, wzruszające, ale mało zasadne.
   Książka nie porywa. Przynajmniej mnie nie porwała. Jest bardzo poprawna, jest dobra, ale nie wciąga, nie daje zasmakować uczuć towarzyszących bohaterom. Czytanie przypomina oglądanie dna zamarzniętego jeziora - treść majaczy zamglona rozwlekłymi opisami i udziwnioną konstrukcją. Duży plus za zakończenie, jednak nie ukrywam, iż kilka razy miałam wątpliwości, czy w ogóle do niego dobrnę.
Tekst stanowi oficjalną recenzję napisaną dla serwisu LubimyCzytać.pl
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: MUZA,  Warszawa 2011.
Wydanie: I.
Ilość stron: 271.
Przekład: Krystyna Sławińska.
Tytuł orginału: La cithare nue.
Język orginału: francuski.
Data powstania: 2010.
Moja ocena: 3/6

wtorek, 10 lipca 2012

Wakacyjne wymianki - Wakacyjne podróże ze smakiem w tle :)

Zaszalałam i postanowiłam wziąć udział w obu grupach wakacyjnej edycji. Obie paczki już otrzymałam, mogę więc pochwalić się Wam moimi skarbami kuchenno-podróżniczymi. 

   Najpierw zaprezentuję Wam moją paczuszkę ze smakiem w tle:) Dotarła ona do mnie już jakiś (dość długi - przepraszam:)) czas temu. Jaką radość mi sprawiła pisać Wam chyba nie muszę, kto bierze udział w wymiankach, ten wie, jak cieszą; kto nie, ten niech żałuje... Tę uroczą paczuszkę przygotowała dla mnie panipoirot z blogu Moja czytelnia. Serdecznie dziękuję!!! Dzięki Tobie będę mogła dokonać nowych, już czuję, że inspirujących odkryć, na terenach, na które się dotąd nie wypuszczałam, zarówno kulinarnie, jak i literacko. Gdzie konkretnie? Przyjrzyjcie się zawartości mojej niespodzianki - odpowiedź gotowa:)
    Aha, nie wiem skąd wiedziałaś, że musli to to, co tygryski lubią najbardziej;) Maseczka też bardzo szybko została zużytkowana i dała mi porządnego kopa witalnego w to gorące popołudnie:)
   Oprócz słodkości i przepysznych lektur moja partnerka wymiankowa zrobiła specjalnie dla mnie uroczą i pełną nieznanych mi dotąd przepisów książeczkę, której motywem przewodnim jest herbata w asyście bazylii. Iście niewiarygodne połączenie, czeka mnie wiele nowych doznań; aż ślinka cieknie...
Dziękuję serdecznie panipoirot za uczucie i trud, jakie włożyła w przygotowanie paczuszki z myślą o mnie.


   Druga paczuszka, podróżnicza, dotarła do mnie z Gliwic od witaaminkii. Ostatnio miałam bardzo intensywny tydzień - wyjazdy i spotkania ze znajomymi. W tym harmidrze nie miałam czasu podzielić się z Wami radością, jaką sprawiła mi swoją paczką witaaminkaa. W pośpiechu więc prezentuję Wam moje skarby. Tobie Kochana dziękuję za starania, jakie włożyłaś w niespodziankę dla mnie. Wprost zasypałaś mnie podróżniczymi lekturami z wielu fascynujących mnie części świata. Jestem zachwycona. Tak oto prezentowała się paczuszka w całości po wyjęciu z pudełka:
 
A oto już same podróżnicze książki w całej okazałości. Trzy Blondynki (na Kubie, Tao i na Czarnym Lądzie), Martynka w Wietnamie, książka o Indiach oraz przewodnik pełen ciekawostek o naszym kraju. Z pewnością odbędę z nimi wiele inspirujących i pasjonujących podróży w domowym zaciszu:)
 Witaaminkaa nie zapomniała również o wykonaniu zadania specjalnego - dziękuję za interesujące informacje na temat Gliwic - po przeczytaniu przygotowanego przez Ciebie folderu nabrałam wielkiej ochoty na podróż w Twoje strony i zwiedzenie chociażby Palmiarni. Zazdroszczę również Ruin Teatru - bardzo klimatyczne i tajemnicze miejsce:):):)
Nie zabrakło też smakowitości. Batonik musli o smaku cappucinno to megaodkrycie. Strzał w 10 mojego gustu:) Herbatki czekają na chłodniejsze wieczory:) Mniam mniam.
Witaaminkoo naprawdę wielkie, wielkie dzięki. Sprawiłaś mi wielką radość swoją paczuszką.
Buziaczki dla Sabinki naszej kochanej.
Pozostali uczestnicy - już można zazdrościć:);) 

niedziela, 24 czerwca 2012

Non omnis moriar - "Muzeum ciszy" - Yoko Ogawa

    Jeśli spytałabym, o pierwsze nazwisko, które przyjdzie Wam do głowy po usłyszeniu pojęcia "japońska literatura współczesna" z pewnością wśród odpowiedzi, które by padły przodowałby Murakami. Murakami i... długo, długo nic. A szkoda, bo jest jeszcze jedna autorka, która zasługuje na uwagę w tej dziedzinie. Niestety przez przeszło dwadzieścia lat, jakie minęły od jej debiutu, nikt nie wpadł na pomysł, że Ogawę, bo o niej mowa, tłumaczyć się opłaca. Ostatnio jednak wydawnictwo WAB dojrzało tę lukę i postanowiło to  niedopatrzenie skorygować  (w zeszłym, 2011 roku, jego nakładem ukazała się "Miłość na marginesie" tejże autorki). Ogawa pisze bardzo po japońsku. Nie chcę bawić się tu w niemiarodajne porównania, choć atmosfera jej powieści sama w sobie takie narzuca. Napiszę więc tylko, że jest bardzo japońska, podszyta niewytłumaczalnym niepokojem, złowrogą dekadencją. Niemniej jednak książki Ogawy wnoszą do wachlarza europejskiej fikcji nową, świeżą jakość.  
   Gdybym miała wskazać najmocniejszą stronę twórczości Yoko Ogawy, postawiłabym na niezwykłą umiejętność kształtowania tła dla losów bohaterów. Czyni to doprawdy nieszablonowo. Wydziera tę przestrzeń niebytowi, zagospodarowuje próżnię. Wyobraźcie sobie sześcian wielkości miasteczka ze ścianami ze szkła zawieszony w pustce - to jej baza. Potem tapetuje go ona kolażem absurdu, groteski i pokracznej nietypowości. Jeszcze tylko wypełni go ciszą, ale nie tą kojącą. Nie. Raczej tą "przed burzą", tą z wnętrza ziemi, nastającą po ostatnim tchnieniu umarłych; ciszą krystaliczną, w której najmniejszy szmer odbija się głośnym echem, ciszą złowrogą. Jeszcze tylko odwróci lustro, by jej świat odbijał realność; by jej bohaterowie egzystowali ssąc siły witalne z tego złudzenia, zanim nie pojmą, iż jest to w rzeczywistości krzywe zwierciadło. 
   Ogawa bowiem inkrustuje krajobraz miasta panoramą wynaturzeń. Do pokracznych ornamentów nie sposób bowiem nie zaliczyć dziwacznego zwyczaju określania wieku podatników na podstawie ich zdolności do włożenia ucha do dziury w płocie przed urzędem (co pociągało za sobą "dzikie" i amatorskie zabiegi zmniejszania uszu, by uniknąć płacenia podatków). Nie sposób do nich nie zaliczyć motywu mnichów - nauczycieli ciszy, którzy składają śluby milczenia i odtąd odcięci są od świata zasłoną nieprzejednanego milczenia, którzy żyjąc na świecie przebywają jednocześnie w innym wymiarze bytowym. W końcu nie wspomnieć niepodobna o Święcie Płaczu, któremu towarzyszą pochody lamentujących mieszkańców miasta, którzy w swym zapamiętałym żalu osiągają pewien rodzaj szaleńczego transu. Aha, byłabym zapomniała. Są jeszcze mosty z niedopowiedzeń stworzone tylko po to, by je potem spalić; dosłownie i w przenośni. I gotowe. Można zaludniać. 
   Bohaterów Ogawa tworzy o tyle oszczędnie, co wyraźnie. Szkicuje ich kreskami różnorakiej grubości uzyskując galerię osobliwych osobowości. W tym korowodzie niepodzielnie rej wiedzie starucha. Sprawczyni zamieszania, inicjatorka muzeum ciszy, pracodawczyni kustosza i pani mrocznego pałacu. Odpychająca i stetryczała dziwaczka mająca jeszcze dziwniejsze hobby. Chociaż może zbieranie pamiątek po zmarłych z obłędem w oczach, za wszelką cenę i "po trupach" we wszystkich tego słowa znaczeniach jest dla niej czymś więcej? Może jest swego rodzaju misją, sensem jej życia, jak sama to określa? 
  "Moim celem jest muzeum, które przekracza granice ludzkiego istnienia. Gdzie nawet pozbawiona charakteru, gnijąca na śmietniku obierzyna odkrywa cud życia, gdzie tajemnice tego świata..."*
Przychodzi jednak dzień, w którym koniec jest już bliski i nieuchronny, postanawia więc swe posłanie przekazać godnemu następcy. Wybór pada na kustosza, który początkowo niewinnie, a w końcu z bezgranicznym i szaleńczym zapamiętaniem odchodzi od profesjonalizmu na rzecz fetyszyzmu wręcz. Razem tworzą oni "muzeum na skraju świata", w miejscu, gdzie "Jeśli coś się [...] liczy, to chyba tylko  szacunek i miłość do świata starości."** Eksponaty, które pozyskuje stają się dla niego czymś więcej niż zbiorami; on zatrzymuje w nich duszę zmarłego, przemawiają do niego opowiadając historię, które spisuje, by wydrzeć je zapomnieniu. W końcu, kiedy zostaje już uświadomiony o swym statusie przeraźliwie spokojnie przechodzi na tym do porządku dziennego, symbolicznie, ale też straszliwie beznamiętnie dokładając do zbiorów pamiątki stanowiące istotę jego istnienia. Muzeum zawładnęło nim, zawładnął nim świat miasteczka; to w tej bezbolesnej asymilacji tkwi największa groza fabuły Ogawy.
   "Muzeum ciszy" to w pewnym stopniu studium zwykłości, w której tkwią nadprzyrodzone pierwiastki. Pamięć ludzka połączona ze śmiercią właściciela przedmiotu są iskrami powodującymi, że z przynależących pozornie do sfery przemijającego profanum przedmiotów wznieca się sakralny ogień, z którego niczym dym sączą się cienie zmarłych. Te krótkie, a częstokroć szokujące i przyprawiające czytelnika o dreszcz zgrozy opowieści przydają powieści niewymuszonego dramatyzmu, uderzają między linijkami spokojnej i melancholijnej narracji piorunem trwogi, jak choćby opowieść pogryzionych tubek po farbach, które były ostatnim pożywieniem ich właścicielki malarki, nim ta sparaliżowana umarła z głodu.
   Japońska autorka stworzyła bardzo przemyślaną powieść, której stonowana narracja i prosty, nieskomplikowany język uwydatniają na zasadzie przeciwieństw ogromną wagę przekazu. Yoko Ogawa tworzy książkę otwartą na czytelnika, daje mu wiele możliwości interpretacyjnych, jest obok niego, zamiast iść przodem gdy on wybiera ten sposób odczytania, który mu najbardziej odpowiada. Zarysowuje świat przedstawiony, prowadzi fabułę, podsuwa kilka egzystencjalnych znaków zapytania, ale niczego nie określa, unika jednoznaczności zarówno na płaszczyźnie kreacji jak i interpretacji. Czytając "Muzeum ciszy" można dzięki temu skupić się na akcie odbioru i rozkoszy smakowania świata powieściowego. Ponadto uważam, że powieść należy zgłębiać, czytać uważnie. I wcale nie po to, by jak najszybciej wytropić intrygę i koncept, które Ogawa niezbyt zresztą zgrabnie moim zdaniem zakamuflowała. Myślę, że czytać trzeba uważnie, by nie zatonąć w morzu tropów, by umożliwić sobie percepcję wszystkich przemian głównego bohatera, które następują bardzo subtelnie, wręcz niezauważalnie. I także po to, by zastanowić się nad przemijaniem i wartościami ponadczasowymi.     
Tekst stanowi oficjalną recenzję napisaną dla serwisu LubimyCzytać.pl
*s. 14
**s. 100

Wydawnictwo, miejsce i data wydania: W.A.B,  Warszawa 2012.
Wydanie: I.
Ilość stron: 293.
Przekład: Anna Horikoshi
Tytuł orginału: Chinmoku Hakubutsukan.
Język orginału: japoński.
Data powstania: 2000.
Moja ocena: 5/6

poniedziałek, 4 czerwca 2012

Stosikowe come back:)

   Dawno, oj dawno nie prezentowałam Wam już licznych przyczyn mojej radości. Jakoś tak się złożyło. Jednak ostatnio zapragnęłam, by ujrzały one światło dzienne. W dużej mierze są one już jeśli nie zrecenzowane, to przynajmniej przeczytane, ale co tam. No więc ta dam! Patrzcie, podziwiajcie, dzielcie się swoimi odczuciami, zachęcajcie, odradzajcie:)
1) Kwiaty na poddaszu - Virginia C. Andrews - niespodziewana przesyłka od Świata Książki:) Żadna książka już dawno tak bardzo mnie nie wciągnęła i jednocześnie wycieńczyła emocjonalnie. Świat przerażający, ale i intrygujący zarazem. Recenzja wkrótce.
2) Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął - Jonas Jonasson - również od Świata Książki książka ekstra, podobno o tyleż szalona, co absurdalna, nierealna i groteskowa. Coś bardzo mocno w moim stylu; jedyny minus, to porównanie do Forresta Gumpa, a to chyba najgorsza reklama, jaka może być; taki sposób na PR mierzi mnie przeokrutnie.
3) Dziewczynka, która widziała zbyt wiele - Małgorzata Warda - recenzyjna od Prószyńskiego; przeczytana, recenzja wkrótce. Książka, która przywróciła mi wiarę w polską literaturę i stała się światełkiem w tunelu talentu rodzimych twórców.
4) Tam gdzie Ty - Jodi Picoult - recenzyjna od Prószyńskiego. Zabieram się do tej Picoult niczym przysłowiowy pies do jeża. Powszechne achy i ochy z jednej strony zachęcają, ale z drugiej ustawiają poprzeczkę moich wymagań coraz wyżej. Przeczytamy, zobaczymy.
5) Ocal mnie - Lisa Scottoline - 
6) Zielony dom - Mario Vargas Llosa - wreszcie mam. Każda kolejna książka tego autora na mojej półce to balsamik na moje zakochane w jego twórczości serducho:)
7) Samsara. Na drogach, których nie ma - Tomek Michniewicz - po przeczytaniu jego fenomenalnej "Gorączki" zdobycie debiutanckiej książki pana Tomka było tylko kwestią czasu. Talentu i pasji mógłby mu pozazdrościć niejeden twórca. Dla mnie Tomek Michniewicz jest wielką obietnicą polskiej literatury podróżniczej.
8) Lalki w ogniu. Opowieści z Indii - Paulina Wilk - zrecenzowana. Wnikliwe i pełne pasji wejrzenie w głąb Hinduskiej duszy. Bardzo dobry reportaż, nominacja do NIKE 2012.
9) Urodziłam się dziewczynką - Harris, Welsh, Lette, Guo, Butcher, Phillips, Moggan - zrecenzowana. Opowieści o ciężkim, tragicznym wręcz losie kobiet z różnych stron świata.
10) Europa blues - Arne Dahl - od Muzy - wielką miłośniczką kryminału nie jestem, ale od czasu do czasu zagłębić się w zagadkową fabułę lubię. Wiem, że to część cyklu i zastanawiam się, czy muszę zacząć od pierwszej powieści Dahla, czy nie ma to znaczenia dla jasności fabuły?
11) Jutrzejsza miłość - Shirley Abbot - wymiankowa od Leny. Opis na okładce jest bardzo interesujący, w tle brzmią echa tragedii WTC. Ciekawam:)
12) Biała Masajka - Corinne Hofmann - Lena wiedziała, czym mnie uszczęśliwić. Ta książka to istny strzał w dziesiątkę mojego gustu. Uwielbiam powieści o zderzeniu z innymi, egzotycznymi dla nas kulturami.
13) Cień wiatru - Carlos Ruiz Zafon -też wymiankowa; miałam kiedyś spotkanie pierwszego stopnia z Zafonem w tym jego dziele, nie zakończyło się ono niestety powodzeniem. Zaciekawiła mnie jednak na tyle, by dać jej kiedyś drugą szansę. Dzięki Lenie stanie się to prawdopodobnie szybciej, niż przypuszczałam.
14) Mrowisko - E. O. Wilson - recenzyjna od Zysku i S-ka; książka napisana przez biologa i przyrodoznawcę, bardzo zachęcający opis na okładce; chyba największa zagadka i niewiadoma w tym stosiku.