poniedziałek, 12 kwietnia 2010

"Byli niczym pielgrzymi z podań, połknięci przez jakąś granitową bestię, zagubieni w jej wnętrznościach"* - "Droga" - Cormac McCarthy

   To pierwsza z ośmiu książek zaplanowanych przeze mnie do przeczytania w ramach naszego elitarnego;) wyzwania Pulitzera, które na swoim blogu zorganizowała Zaczytana. I w tym miejscu chciałabym podziękować Jej za natchnienie mnie do przeczytania tak wspaniałej książki, jaką była dla mnie "Droga". Pochłonęła mnie ona bez reszty. I gdyby nie wydarzenia ostatnich dni, nie pozwalające skupić się na niczym innym niż pogrążaniu się w żalu, zdziwieniu i smutku, recenzja ta ukazałaby się o wiele wcześniej, bo książkę wprost pochłaniałam jeszcze w piątek wieczorem.
   Książka ukazuje nam wizję świata postapokaliptycznego. Co dokładnie było przyczyną jego zagłady? Nie do końca wiadomo. Po złogach popiołów sypiących się z każdej niemal strony utworu wnioskować można, iż miała miejsce niewyobrażalnych rozmiarów pożoga, nie dająca się ugasić i pochłaniająca w swych bezlitosnych płomieniach wszystko, co napotkała na swojej drodze, z ludźmi włącznie. Przeżyć udało się tylko nielicznym - pielgrzymują oni więc po gruzach swej cywilizacji w poszukiwaniu wody, pożywienia oraz uciekając i kryjąc się przed sobą nawzajem. Drugi człowiek stał się najgorszym wrogiem w tym innym, nowym i złowrogim świecie - każde natknięcie się na nieznajomą istotę ludzką niemalże w stu procentach stanowi śmiertelne niebezpieczeństwo.
   Przez taki właśnie świat podróżują ojciec z synkiem. Idą w stronę morza spodziewając się znaleźć tam jakiekolwiek perspektywy do dalszego życia, tak przynajmniej tłumaczą to sobie nawzajem. W rzeczywistości ich podróż jest jedynym sensem jaki zdołali odnaleźć w świecie, który już ich nie potrzebuje. Mają też siebie nawzajem i tylko jeden nabój w magazynku rewolweru - muszą więc iść, nie mając innego wyjścia. Ich oczom nieustannie ukazuje się widok przyprawiający o dreszcze:

   "Wszędzie zasuszone trupy. Mięso popękane na kościach, ścięgna wyschnięte na rzemienie(...). Skurczeni i pomarszczeni jak mumie z bagien (...), pożółkłe sztachety zębów. Każdy bosy niczym pielgrzym surowej zakonnej reguły, bo dawno skradziono im buty".**
   "Ludzie siedzący o świcie na chodniku, nadpaleni i kopcący się w ubraniach. "***
   "Plamy zakrzepłej krwi na trawiastym ściernisku i sploty szarych trzewi w miejscach, gdzie dowleczono i oprawiono pomordowanych. Po drugiej stronie muru ciągnął się fryz ludzkich głów, o upodobnionych twarzach, wysuszonych i zdeformowanych, rozciągniętych grymasem, z zapadłymi oczami."****
"Sylwetki na wpół wessane w asfalt, ściskające siebie, z rozwartymi do krzyku ustami."*****
   Idą więc ojciec z synem przez ten umarły i dogorywający świat, żywiąc się tylko tym, co uda im się znaleźć w opustoszałych domach, w spalonych supermarketach, najczęściej jednak głodując. Sypiają w lesie lub w rozwalających się domach, pamiętając jednak, by nigdzie nie pozostać zbyt długo, bo mogłoby to spowodować odnalezienie ich przez "złych ludzi". Wywołałoby to opłakane skutki, w rezultacie najprawdopodobniej skończyliby oni jako posiłek dla nowej generacji kanibali, których pojęcie humanitaryzmu oraz człowieczeństwa spłonęło wraz z życiem na Ziemi, którzy to nie wahali się zjadać nawet własne noworodki, piekąc je przedtem niczym dziczyznę na rożnie.
   Zdumiewająca jest więc w świetle nowych praw obowiązujących w świecie gehenny wrażliwość i dobroć chłopczyka, urodzonego przecież już w tej bezlitosnej rzeczywistości, nie znającego innej cywilizacji. Nazywa on siebie i ojca "niosącymi światło"; uważa ich za dobrych ludzi, pyta tatę błagalnie, czy oni sami nie zjedzą nigdy człowieka. Żal mu nawet własnych niedoszłych zabójców; on właśnie wyprasza od ojca z ich głodowych racji żywnościowych pokarm dla zagłodzonego niemal staruszka. Nasuwa się tu myśl, iż dobro i moralność nie muszą być pochodnymi założeń cywilizacyjnych - one widocznie tkwią lub po prostu nie tkwią w człowieku; są jego osobistymi cechami, niezależnymi od niczego; a może to miłość, jakiej doznał od ojca wyzwala w tym małym człowieku to, co piękne.
   Książkę cechują bardzo surowe, jednowyrazowe w kwestiach dialogi, które według mnie bardzo odzwierciedlają świat, w którym są wypowiadane. Bohaterowie McCarthy'ego nie mogą mówić inaczej - ascetyczne w słowa komunikaty, szkielety dialogów ukazujące swą nagość nawet już w graficznym wyglądzie. Ten surowy język postaci z "Drogi" uległ wszak destrukcji wraz z światem do którego przynależał. Większość słów jest całkowicie zbędna - ich desygnaty bowiem strawiły płomienie, odeszły one w zapomnienie. Komunikacja ojca z synem służy w dużej mierze jedynie zabiciu ciszy i pustki, która zalega wokół.
   Jedynym minusem książki, który nie wiem, czy przypisać mam autorowi, czy też może winić zań tłumacza jest nagminne nadużywanie słowa "okutani" na określenie owiniętych kocami bądź innymi tkaninami ojca i synka. O jej jak mnie to w końcu zaczęło drażnić, wręcz oczami nad tym słowem wywracałam, a ono wracało natrętnie wciąż i wciąż. Ludzie, inwestujcie w synonimy... To taka moja uwaga. W nijakim jednak stopniu nie zatarło to moich pozytywnych wrażeń, książka bowiem dla mnie osobiście jest godna wielu pochwał. Polecam:)
*s. 7.
**s. 26.
***s. 34.
****s. 86.
*****s. 179.

Wydawnictwo i rok wydania: Wydawnictwo Literackie, Kraków 2008.
Przekład: Robert Sudół
Ilość stron: 267
Moja ocena: 6/6
Książka otrzymała nagrodę Pulitzera w 2007 roku.

wtorek, 6 kwietnia 2010

"Nostalgia anioła" - reż. Peter Jackson


   Oczywiście chciałam najpierw przeczytać książkę, taką mam zasadę - najpierw książka, potem film. W odwrotnej kolejności mi nie idzie, burzy to mój porządek świata;) Obejrzawszy najpierw ekranizację "Zmierzchu" dotąd nie sięgnęłam po pierwszą część sagi i potrzeby po jej sięgnięcie nie czuję. Ale "Nostalgii anioła" oprzeć się nie mogłam:)

Być może moje zainteresowanie filmem wynikło z narobionego wokół niego medialnego szumu; stwierdzę więc już na wstępie, iż film wcale przechwalony nie jest. Historia Susie Salmon i jej rodziny wciągnęła mnie bez reszty. 
    Historia szczęśliwej amerykańskiej rodziny z kolorowych lat 70-tych zostaje poznaczona czarnymi rysami i rozbita niczym szklana butelka niemalże z dnia na dzień. Jedna z córek Salmonów wychodzi jak co dzień do szkoły, by nigdy już nie wrócić. Co się z nią stało? Zapewne nikt mnie tu nie potępi jeśli zdradzę, iż została podstępnie zwerbowana do podziemnego bunkru i tam zabita przez... wymykającego się z kręgu jakichkolwiek podejrzeń sąsiada z naprzeciwka. Kto bowiem podejrzewałby o nieludzkie morderstwo porządnego pana w kwiecie wieku, który ukrywając swe oczy krótkowidza za lalusiowatymi okularkami oddaje się na co dzień tak niewinnej pasji, jak budowa domków dla lalek.
Nie, nie, nie wcale nie zdradziłam zakończenia - tak się film bowiem zaczyna. Odtąd niemogąca się nijak pogodzić ze swoją śmiercią czternastolatka obserwować będzie ze swego "miejsca pomiędzy ziemią a niebem" syzyfowe wręcz trudy rodziny mające na celu odnalezienie się w nowej sytuacji. Najciężej pogodzić się z śmiercią córeczki będzie ojcu, choć moim zdaniem bardzo pożyteczny był dlań jego bunt, który skierował na odnalezienie zabójcy i drążenie drogi do poznania prawdy. Choć otoczenie zarzucało mu paranoję według mnie jego zachowanie było akurat naturalne i zrozumiałe; umiał godzić ogrom bólu i żalu z dalszym funkcjonowaniem w społeczeństwie. To on stanowił niewzruszony fundament rodziny. Postać ojca Susie zaskarbiła sobie u mnie niemałą sympatię, wręcz podziw.
Nie mogę tego natomiast powiedzieć o matce ofiary. Kobieta próbuje stłumić uczucia, nie daje sobie prawa i przyzwolenia na histerię, trzyma się wewnętrznie kurczowo niewidzialnymi mackami, bojąc się iż najmniejsza łza sprawi, iż więzy te puszczą a ona rozsypie się w proch przygnieciona rozpaczą po stracie dziecka. Tymczasem z jej winy w proch rozsypuje się jej rodzina - pożycie z mężem umiera, stają się dla siebie obcy, traci więź z dwójką młodszych dzieci. W końcu opuszcza rodzinę, w momencie, gdy wszystkim była najbardziej potrzebna. Nie mi jednak ją sądzić, czasem ludzie sami poznają siebie dopiero w obliczu tak niewyobrażalnej dla tych, którzy jej nie przeżyli, tragedii.
Stery w swoje ręce bierze natomiast sprowadzona na ten trudny czas babcia. No właśnie babcia dość nietypowa, ulegająca przeróżnym uzależnieniom i ciesząca się z tego powodu, bo, jak mówi to lubi; babcia pogodzona z życiem do tego stopnia, iż przeistacza ból po śmierci kochanej wnuczki w głęboką wiarę w jej wieczne życie w niebie. Wspaniała kreacja nieco postrzelonej, aczkolwiek biorącej na siebie dobrowolnie ciężar posprzątania placu boju po bezsensownych walkach jej bliskich z nieodwracalnym. Posprzątania dosłownie, jak i w przenośni.
Tymczasem Susie błąka się po swoim niebie, do którego niczym strzał w dzisiątke pasuje właśnie określenie "nostalgiczne". Miejsce to ciekawe, położone na granicy świata żywych i umarłych; pozwalające Susie biernie obserwować ziemską egzystencję jej rodziny oraz niekiedy kontaktować się z nimi; z ojcem w szczególności. Są to jednak tylko niejasne majaki, niknące niczym pogłos echa, balansujące na granicy jawy i snu, podchodzące pod miano przywidzeń. Pomagają jednak jej bliskim ogromnie - od czego bowiem są wiara i czucie? W niebie tym Susie nie jest sama - towarzyszy jej obyta w meandrach nadprzyrodzonego świata Chineczka Holly. Kim jest i co tam robi, nie zdradzę; było to bowiem dla mnie niemałym zaskoczeniem. Mi osobiście niebo dziewczynki bardzo przywodzi na myśl surrealistyczne obrazy mojego ulubionego Salvadora Dali. Nic tam nie jest tym, czym się wydaje - liście na drzewie zmieniają się w ptaki i odlatują, pszenne łany stają się wodnym odmętem pochłaniającym nieubłaganie dziewczynkę biegnącą ku altance na umówione spotkanie z przystojnym młodzieńcem. Wszystko tam jest ciągłym ruchem, zmiennością, płynnością i przeistaczaniem, wiele tam motywów i przedmiotów pochodzących ze świata żywych, jednak są to zazwyczaj jak się okazuje tylko ich cienie o przekształconych proporcjach, a za chwilę po prostu już ich nie ma.
Łza się w oku kręci przy niejednej scenie "Nostalgii..." - mnie szczególnie wzruszyły sceny z migającym płomieniem świecy w okiennym odbiciu, które prowokuje ojca do przytknięcia ręki i połączenia się tym samym z śladem rączki swej córki po drugiej stronie wyłaniającej się z krainy niebytu.
Mnie osobiście najbardziej w pamięć zapadła scena, podczas której pogrążony w skrajnej rozpaczy ojciec rozbija całą swą tworzoną przez lata kolekcję małych stateczków w butelkach - w świecie Susie wywołuje to efekt, który mnie poraził - statki naturalnych rozmiarów w ogromnych butelkach roztrzaskiwały się o skały niebiańskiego morza zasypując powierzchnię wody odłamkami szkła.
Zakończenie filmu również jest zaskakujące - moim zdaniem mógł się on skończyć inaczej; bez elementu pozaziemskiej i nadprzyrodzonej sprawiedliwości byłby bardziej realistyczny; jednak tak, jak jest też jest dobrze, czuję się zaspokojona jako widz, którego emocje wzięły górę:)
Film świetny, polecam!!! I jeszcze wnioski dwa: jak najszybciej sięgnąć po książkowy pierwowzór historii Susie, by porównać film z wersją literacką; oraz drugi - koniecznie obejrzeć moją ulubioną scenę ze statkami w 3D:)
Reżyser: Peter Jackson
Obsada: Susie (Saoirse Ronan), ojciec (Mark Wahlberg), matka (Rachel Weisz), babcia (Susan Sarandon), sąsiad-zabójca (Stanley Tucci), siostra (Rose McIver ), brat (Chriatian Thomas Ashdale), Holly (Nikki SooHoo).

poniedziałek, 5 kwietnia 2010

"(...) podczas gdy ty i ja śpimy, dzieją się straszne rzeczy. Szakal wypruwa flaki zająca a świat toczy się dalej"* - "Czekając na barbarzyńców" - J. M. Coetzee

   Mam co do tej książki mieszane uczucia - miałam dać 3, ale w końcu oceniłam ją na 4. Mimo, że książka czytała mi się dość długo, to czytało ją się przyjemnie; mimo, że miejscami nie wiedziałam o co chodzi, myślę, że może to nie być efektem niedojrzałej jej konstrukcji a raczej przedświątecznego zamętu, podczas którego przyszło mi ją czytać. W każdym razie sama idea utworu bardzo mi się podobała. Na pewno skłoniła mnie ona do sięgnięcia po inne dzieła autora.

   "Czekając na barbarzyńców" otwiera przed nami wrota strachu, niewyjaśnionej obawy, życia w ciągłej niepewności, jakie przyszło wieść mieszkańcom jednego z miast na peryferiach bliżej nieokreślonego Imperium. Co jest przyczyną ich ciągłego stresu i niepokoju? Otóż są nią barbarzyńcy. Barbarzyńcy, którzy wprawdzie nic złego mieszkańcom Imperium nie zrobili, jednakże intuicyjne poczucie niesprawiedliwości, jakiej dopuścili się wobec nich "cywilizowani" obywatele Imperium, odbierając im bezprawnie ich najlepsze, wydarte jałowej pustyni ziemie pod budowę miasta, każe im oczekiwać najgorszego, a mianowicie straszliwej i okrutnej zemsty.
    Głównym bohaterem powieści jest jeden z urzędników Imperium, reprezentant władzy administracyjno-sądowniczej, mężczyzna w podeszłym wieku, rozmiłowany w badaniach ruin zamierzchłej cywilizacji, dobrym jedzeniu oraz młodych kobietach. Mimo, iż, jak mówi: "Nie miał zamiaru wplątywać się w tę historię", jego nieprzeciętne poczucie moralności i zwykła, ludzka empatia dla drugiego człowieka przekraczająca granicę pochodzenia i przynależności do formy kulturowej nie pozwalała mu bezczynnie patrzeć na okropieństwa, jakich dopuszczali się inni urzędnicy na bogu ducha winnych barbarzyńcach czy nawet na wziętych za nich rybakach, czy koczownikach, którzy nota bene ze sprawą nie mieli nic wspólnego. Nastrój sympatii, jaki żywił mężczyzna do wroga społecznego sprawił, iż stał się on ofiarą licznych plag, które się nań posypały.
    Strach ten był jak najbardziej bezzasadny, opierający się jedynie na urojeniach i wmawianiu sobie czarnych scenariuszy, jakkolwiek doprowadził do wcielenia w życie starej jak świat zasady, iż najlepszą obroną jest atak. W imię szeroko rozumianego bezpieczeństwa publicznego wojska wyprawiały się więc w głąb pustyni spędzając stamtąd ofiary, nad którymi można było się pastwić pod osłoną prawa - przesłuchania skonstruowane na ramie dochodzenia do prawdy przemocą, tortury prowadzące do stałych okaleczeń, jak np. oślepianie czy nieludzkie warunki wskutek których więźniowie umierali doprowadziły do przeobrażenia się prężnego miasta Imperium w "królestwo cierpienia".
    Na stronicach dzieła autor snuje również historię pewnej nietypowej miłości swego co nieco sędziwego już bohatera do młodej dziewczyny wywodzącej się z plemienia barbarzyńców, pojmanej, okaleczonej (wypalono jej oczy, połamano nogi) i pozbawionej rodzica, który umarł wskutek krwawych przesłuchań. Starzec trzyma żebraczkę u siebie, odbywa z nią erotyczne seanse, daje jej pracę w kuchni. Nie potrafią się oni jednak do siebie zbliżyć - prosty, czarno-biały świat dziewczyny nijak nie przystaje do wielopłaszczyznowej konstrukcji relacji i postrzegania życia ludzi cywilizowanych. Postanawia więc oddać dziewczynę jej światu - przedsiębierze ekstremalną podróż wgłąb pustyni w czasie nieprzychylnej podróżnikom pory roku; zmagając się w przeciwnościami natury atmosferycznej, brakiem pożywienia i meandrami bagiennego ukształtowania terenu, dostarcza dziewczynę jej współplemieńcom.
    Powróciwszy do Imperium zostaje postawiony w stan oskarżenia o konszachty z wrogiem i spiskowanie przeciwko obywatelom Imperium. Jest morzony głodem, poniewierany, lżony i poniżany; w końcu, gdy występuje jako obrońca torturowanych barbarzyńców (próbuje odwieść lud od publicznej ich chłosty) urządzają mu generalną próbę powieszenia, w której omal nie traci życia na szubienicy.
    W końcu jednak rozdrażnieni barbarzyńcy tracą cierpliwość i rozbijają w proch całą wysłaną przeciwko nim armię; ludzie masowo emigrują z miasta w głąb Imperium. Wojskowi bezceremonialnie opuszczają miasto, grabiąc i kradnąc co się tylko da a ludność pozostawiając na pastwę losu. Wtedy znajdujący się w wielkim upodleniu sędzia bierze stery w swoje ręce - wystawia warty, wydaje dyspozycje co do zaopatrzenia w żywność i opał na nadchodzącą, srogą zimę.
    Książka Coeztee to filozoficzna opowieść o zagadnieniu sprawowania władzy nad krajem, o istocie człowieczeństwa oraz o zasadzkach pogrążania się w nieuzasadnionej fobii. Może stanowić ostrzeżenie poprzez wskazanie skutków nadużywania władzy, zarówno politycznej jak i wojskowej, nie w trosce o dobro ogółu, a jedynie dla łechtania własnego ego. Jest to przypowieść o wartości wolności i potrzebie pokory wobec inności. W końcu jest to rozważanie o wzajemnej relacji natury i cywilizacji, z plusem dla tej pierwszej jednak.
* s. 32.
Wydawnictwo i rok wydania: ZNAK, Kraków 2003.
Ilość stron: 240
Moja ocena: 4/6
Książka wylosowana w ramach IV rundy stosikowego losowania u Anny (Przeczytałam książkę).

środa, 24 marca 2010

"(...) przez kurwy nie miałem czasu się ożenić"* - "Rzecz o mych smutnych dziwkach" - Gabriel Garcia Marquez

   Nie "dziwkach" a "kurwach", brzmi orginalny tytuł dzieła Marqueza, w Polsce nie opublikowany przez wzgląd na wszędobylską i podcinającą sztuce skrzydła tylko ze względu na osobiste uprzedzenia cenzurę. Nic to - zmiana emocjonalnego nacechowania wulgarnej nazwy rzekomych bohaterek utworu nie wiele książce zaszkodziła, gdyż w rzeczywistości rzecz jest nie o dziwkach, nie o kurwach a o... fenomenie miłości, która nie liczy się z wiekiem.

   Punktem wprawiającym w ruch całą lawinę nietypowych wydarzeń jest równie nietypowy prezent, jakiego zażyczył sobie na swoje 90-te urodziny bohater, a mianowicie... nocy spędzonej z małoletnią dziewicą. W zrealizowaniu planu, który zakrawa na niemałe zboczenie, trąci pedofilią i budzi niesmak bez śladu zażenowania pomaga mu znajoma burdelmama Rosa Cabarcas, która jako osoba znająca fach nie takie rzeczy wszakże widziała. Wynalazła mu ona niespełna 14-letnią dziewuszkę potrzebującą pieniędzy, pracownicę fabryki koszul, przyszywającą guziki. Mimo słonej ceny, jaką przyszło starcowi zapłacić za noc z młódką, nie dochodzi do konsumpcji zlecenia - bohater i zwana przezeń poetycko Delgadiną dziewczynka śpią jedynie razem w jednym łóżku.
Kurwy odegrały w życiu bohatera rolę iście destrukcyjną. A miał z nimi do czynienia już od najmłodszych lat swego życia - jako dwunastolatek poznał tajniki funkcjonowania kantyn pobliskiego rzecznego portu. Oglądał paradujące nago prostytutki, jedna z nich wykonała z chłopcem swoistą inicjację - rzuciła go mimo jego woli na łóżko i dosiadła; chłopiec zakochał się w swej napastniczce Castorinie pierwszą, szaleńczą, młodzieńczą miłością. Potem w jego całym dorosłym życiu dziwki krążyły wokół niego niczym satelity - była wierna Damiana, służąca, którą na każde zawołanie mógł posiadać od tyłu. Zakochana w swym pracodawcy kobieta pozostała wskutek tego wieczną dziewicą. Bohater tak silnie przywiązany był do swego "kurewskiego" nałogu, iż zyskał miano kilkukrotnego Klienta Roku w dzielnicy rozpusty; świadczyć o jego manii może również rejestr kobiet, który prowadził: w wieku 50 lat jego trofeum stanowiło 514 (!) posiadanych kobiet. Próbował się wprawdzie ustatkować, oświadczył się niejakiej Ximenie Ortiz, na ślubie się jednak nie pojawił.
Poznanie Delgadiny zmienia diametralnie życie starego Don Juana. Staruszek zakochuje się w dziewczynce szczerą, nieobliczalną, gorącą młodzieńczą miłością. Wariuje wręcz wskutek tego uczucia. Romans z nastolatką uczy go kontemplacji kobiecego ciała i odnajdywania w tym rozkoszy większej nad jego pospieszną konsumpcję. Mężczyzna zaczyna mieć wizję i urojenia, w których tajemnicza nieznajoma z jego nocy towarzyszy mu w jego codzienności.

"Dziś wiem, że nie były to halucynacje, lecz jeszcze jeden cud pierwszej miłości mojego życia, która nadeszła, gdy skończyłem dziewięćdziesiąt lat"**.
Wyraża swe uczucie do małoletniej ukochanej również bardziej namacalnie - urządza dla niej pokój, leczy z choroby, podarowuje rower. Zniknięcie dziewczynki wskutek mordu dokonanego w domu publicznym powoduje szał staruszka - dezorganizuje całkowicie jego uporządkowane dotąd życie, prowadzi do obsesyjnych poszukiwań utraconej w fabrykach koszul i szpitalach. Kiedy wreszcie ją odnajduje podejrzenie zdrady wzbudza w nim ogromną agresję właściwą jedynie zakochanemu nastolatkowi. Dziewięćdziesięcioletni starzec szaleje z miłości do nastolatki.
Za tło dla specyficznej miłości starca i dziewczynki służą pewne motywy, które mi osobiście bardzo przypadły do gustu: pisanie wiadomości na lustrze, wróżenie z ręki dziewczynki przez wróżkę na podstawie linii papilarnych przerysowanych przez starca z rączki śpiącej ukochanej, pluszowy miś polarny podarowany przez dzieweczkę "dla papy brzydala" z okazji Bożego Narodzenia, czytanie śpiącej książek (np. "Małego Księcia") czy wreszcie motyw obrazu zawieszonego w pokoju ich schadzek. Motywy te bardzo uliryczniają akcję, nadają jej swoistego romantyzmu i poetyckości.
Książka Marqueza to swoista mieszanka "Lolity" Nabokova ze "Spóźnionymi kochankami" Whartona. Wpisuje się w poczet dzieł traktujących o fenomenie miłości nie patrzącej w metrykę. Jest też książką o życiu, które tak naprawdę ciągle dostarcza nam niespodzianek i uczy czegoś nowego o nas samych. Jest książką o nadziei - wszak szczęście może przyjść nawet bardzo późno i w nieoczekiwanych okolicznościach. Ten bilans dziewięćdziesięciu lat spędzonych na bezsensownych romansach prowadzi do żałosnych wniosków, okazuje się że jednak nigdy nie jest za późno na nadanie ludzkiej egzystencji wartości jaką jest kochanie i bycie kochanym.
*s. 42.
**s. 62.
Wydawnictwo i rok wydania: Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 2005
Ilość stron: 110
Moja ocena: 4/6

wtorek, 23 marca 2010

"Skoro tak mówią, pomyślał, to musi być naprawdę złym, okropnym, podłym misiem."* - "Oskarżony pluszowy M." - Clifford Chase

    Na tę książkę chrapkę miałam od dawna - i tytuł i okładka oraz teoretyczna treść, którą sobie założyłam w oparciu o Wasze blogi, ale i własne przeczucia - wszystko to sprawiło, iż szukałam tej książki, szukałam, aż znalazłam. A było warto. Z pewnością mogę zaliczyć ją do moich ulubionych książek.
    Pluszowy miś przytulanka, służący za zabawkę wielu dzieciom z rodziny Chase, w której był od 1925 roku, kiedy to zastał podarowany małej Ruth jako prezent gwiazdkowy, pewnego dnia ożył. Zanim to jednak nastąpiło siedząc na półeczce w dziecinnym pokoiku widział swymi szklanymi oczkami wiele, niezbyt chlubnych niejednokrotnie wydarzeń z dziejów Stanów Zjednoczonych, jak na przykład nastroje wrogości do kolorowych czy morderstwo dokonane na prezydencie; był też świadkiem spustoszenia, jakie zasiał w niektórych stanach huragan Betsy. Miś Winkie-Marie (takie imię nadała mu pierwotnie jego pierwsza właścicielka, ubierając go jednocześnie w sukienki) doświadczając kolejnych zdrad ze strony dzieci, którym oddawał nieodmiennie całego siebie, zapragnął stać się wolnym. Jego marzenie spełniło się, w cudowny, niewyjaśniony sposób Winkie ożył.
"Tak jak sny i opowieści zaczynają żyć własnym życiem, tak ożył Winkie. I tak jak z każdego sensu rodzi się jeszcze głębszy sens, tak Winkie urodził dziecko. Trzymał je na kolanach i spokojnie podziwiał świat..."**
    Życie Winkiego i jego córeczki Małej Winkie płynęłoby zapewne spokojnie pozbawione trosk i zmartwień w leśnej głuszy, gdyby nie obsesja pewnego leśnego naukowca samotnika, który trudnił się produkcją bomb. Zobaczywszy Małą zapragnął ją mieć dla siebie i dopiął swego. Mimo jednak, iż dbał o misiaczkę, opiekował się nią i karmił trudnymi do zdobycia serowymi kulkami czy mrówkami w czekoladzie Mała Winkie nie była z nim szczęśliwa. Pewnego dnia postanowiła więc zniknąć, co też uczyniła, pozostawiając szaleńca martwego.
    Pogrążony w żałobie po swojej utraconej córeczce Winkie zamieszkał w chatce w lesie, nie dane mu było jednak zaznać spokoju - pewnego dnia odbyła się obława na Misia - nad jego chatką zawisł helikopter, okrążyli ją zewsząd ludzie z bronią. Misia postrzelono.
    Nie wiedzieć czemu uznano go bowiem za "misia zabójcę (...) specjalnie wyszkolonego, żeby okaleczać i zabijać". Akt oskarżenia sędzia odczytywał przez ponad 5 godzin. Okrzyknięto go zbrodniarzem, potworem i obrzydliwcem i domagano się dlań stryczka. Materiał dowodowy przeciwko Winkiemu zawierał się na około 20 000stron maszynopisu i 213 płytach CD. Podczas procesu pod względem bezpieczeństwa utajniono nawet tożsamość przysięgłych, a świadków oskarżenia zastąpili aktorzy - tak groźnym przestępcą był pluszowy Miś. Winkiego oskarżono m. in. o: czarnoksięstwo, praktykowanie wodoo, nauczanie teorii Darwina w szkołach, głoszenie, iż ziemia porusza się wokół Słońca, co jest sprzeczne z naukami Kościoła; oskarżono go o akty sodomii, czyny nieobyczajne, terroryzm, itp. W sprawie Winkiego zeznawał papież Urban VIII oraz Wyrocznia Delficka a nawet sam Jan Apostoł, ważkim świadkiem były opętane dziewczęta. Proces trwał ponad 17 miesięcy. Misia bronił niezbyt pewny siebie i nie zawsze mogący odnaleźć się w sytuacji, w której się znalazł adwokat o mówiącym samym za siebie nazwisku Niewygrał. Mimo swych ułomności i kpin otoczenia sądowego Niewygrał był oddany swemu klientowi i bardziej zaangażowany w sprawę, niż mogłoby się pozornie wydawać.
Wiary w ludzi i człowieczeństwo Winkie nie utracił dzięki takim ludziom, jak np. jego współwięzień Darryl, który był wielkim mężczyzną skazanym na dożywocie za... kradzież w sklepie. Szanował on jednak misia, a dni spędzał na kolorowaniu książeczek, które przynosiła mu babcia. Inną pozytywną osobą w życiu Misia była jego przyjaciółka lesbijka, emigrantka z Egiptu, Francoise, która sprzątając w szpitalu zszyła ranę postrzałową Misia i towarzyszyła mu w trudach rozprawy.
    Wymowna jest ostatnia scena, w której Francoise uczy Winkiego, jak przejść przez ruchliwą, pozbawioną świateł ulicę na drugą stronę. Odtąd za każdym razem przechodząc przez jezdnię Winkie czuł "... jakby wstąpił w rwący nurt życia i paradoksu". Również w życiu przydatna była ta lekcja - szedł przez nie jak przez jezdnię: ostrożnie, ale stanowczo.
    Książka rewelacyjna, jest swoistą antologią dziejów absurdalnych aktów oskarżenia stawianych ludziom, którzy odważyli się myśleć inaczej i podążać własnymi ścieżkami, nie tymi utartymi przez ogół. Pokazuje swoisty mechanizm uznania winy przez oskarżonego, tylko dlatego, iż społeczeństwo widzi w nim winę. Inność, niezmiennie od wieków była osądzana przez nierozumiejących jej ciemnych ludzi, którzy pragnęli zniszczyć w zarodku kiełkujące pędy nowości, by znów poczuć się bezpiecznie w swym ograniczonym światku. Książka tchnie groteskowością a przy tym wszystkim jest pełna ciepła i miłości, pozwala powrócić wspomnieniami do lat dzieciństwa i odnaleźć tam ukochanego, zasypanego nieraz kurzem zapomnienia misia pocieszyciela. Polecam gorąco:)
*s. 98.
**s. 143.
Wydawnictwo i rok wydania: AMBER, Warszawa 2007
Ilość stron: 255
Moja ocena: 6/6