wtorek, 24 kwietnia 2012

Uwaga! Treści rewolucyjno - wywrotowe! - "Moment niedźwiedzia" - Olga Tokarczuk

   Ta książka jest o wszystkim. Nie jest tylko o niczym. Bynajmniej. Z zebranych w niej tekstów autorki, publikowanych poprzednio w różnych pismach bądź stanowiących treści mów okolicznościowych, wyrasta przemyślana, oparta na aktywnym odbiorze życia filozofia osoby myślącej i czującej. Stawiającej pytania i niezadowalającej się najprostszymi odpowiedziami. Osoby dostawiającej jeszcze dwie kropki w miejscach, w których inni postawiliby jedną, by móc jak najszybciej zapomnieć o sprawie. Przyznam szczerze, publikacja ta mnie totalnie zaskoczyła. Sugerując się okładką spodziewałam się eseju traktującego o podłym traktowaniu zwierząt; tym czasem dostałam znacznie głębszą i bardziej panoramiczną rozprawę o życiu i świecie. Negującą wszystkie oczywistości, poddającą w wątpliwość cywilizacyjne fundamenty. Tak sobie myślę, że gdyby jeszcze czytelnikom pani Tokarczuk się chciało chcieć, "Moment niedźwiedzia" mógłby stanowić iskrę będącą zarzewiem wielkiej światowej rewolucji.
   Przemeblujmy świat, przemeblujmy nasz umysł - zdaje się wołać Tokarczuk i wykłada nam argument za argumentem, dla których uczynić to warto. Prowokuje do zastanowienia się nad Rzeczywistością w której żyjemy i sposobem, w jaki ją sobie zorganizowaliśmy. Bo może można było lepiej?  Autorka przesuwa, z niemałym zgrzytem co prawda, nasze myślenie na inne tory i wiezie nas nimi do krainy zwanej Heterotopią - w niej nie ma żadnych granic, obowiązków, pewników ani podziałów. A mimo to żyją w niej szczęśliwi ludzie, którym całkiem dobrze się powodzi. Dlaczego? Bo nie są uwikłani ani w płeć, ani w naród; ich życia nie determinuje żaden Bóg ani koncern naftowy. Są wolni. Czytając dowody autorki na możliwość i banalność przeorganizowania świata i skrojenia go na ludzkie potrzeby nie sposób nie popaść w graniczący hipnotycznym stan oczarowania jej wizją. Obawiam się jednak, iż przez wrodzone ludziom brzydkie cechy jak pycha i chciwość, przeprowadzka ziemskich cywilizacji do tej krainy mogłaby zakończyć się dla nich niej niezbyt dobrze. 
   W "Momencie niedźwiedzia" autorka pochyla się też na moment nad tegoż niedźwiedzia zwierzęcymi pobratymcami. Śledzi myśl ludzką traktującą o "naszych mniejszych braciach" i w skoncentrowanej formie przybliża nam jej ewolucję, akcentując największe odchylenia. Opowiada więc o teorii zwierzęcia-maszyny  (Kartezjusz); poprzez tezy o ich istnieniu, które miało na celu jedynie służyć człowiekowi (Kant), aż po porównanie uboju zwierząt do zbrodni Holokaustu (Elizabeth Costello w "Żywotach zwierząt" J. M. Coetzee - tu przy okazji autorka serwuje czytelnikowi bardzo interesującą tego utworu analizę). Następnie przytacza nam jeszcze pani Olga kolejną migawkę z wymownego, prozwierzęcego utworu, jakim jest "Pod skórą" Michaela Fabera. Treść dość szokująca, ale może terapii wstrząsowej ludzkości potrzeba? Może pora spojrzeć na zjadanie zwierząt nie jako na coś oczywistego, lecz jak na morderstwo? Nie boję się mocnych słów, sama kiedyś byłam wegetarianką. Dlaczego BYŁAM? Bo świat wybił mi to z głowy strasząc anemiami i drwiąc z tych fanaberii... Często też okazywało się, że podczas świątecznych obiadów czy innych imprez po prostu nie miałam co jeść - to wymownie świadczy o randze problemu. Nie, tekst Tokarczuk mnie nie nawrócił, ale mocno zastanowił. 
   Sprawy poruszające tematy tabu przeplatają się w książce z tematami dość trudnymi dla Polaków. "Nie jesteśmy doskonali" - zdaje się mówić pokornie pani Olga i ja tę jej pokorę bardzo cenię. Interesujące i warte chwili refleksji są teksty zebrane w rozdzialiku pt. "Pliki podróżne". Przemyślenia autorki, które wyklarowały się w trakcie pobytu w Holandii czy Szwajcarii emanują otwartością na inność, tolerancją i brakiem uprzedzeń. Widać w nich zdroworozsądkową chęć czerpania z mądrości innych właściwą ludziom, którzy są ponad wszelkimi stereotypami. Bo bądźmy szczerzy, z czym kojarzy się nam Holandia? Czyż nie z szeroko pojętymi używkami? Natomiast Tokarczuk dostrzega w niej stabilność i atmosferę bezpieczeństwa. A Szwajcaria? Ser, zegarki, banki. Sztywność i nuda. Może i tak, ale warta naśladowania jest ich dbałość o środowisko przejawiająca się segregowaniem odpadów; warta naśladowania jest umiejętność jednoczenia się we wspólnej sprawie, zespołowego działania... Autorka dźga nas tekstem niczym ostrą szpilą, podstawia pod nos lustro i każe się w nim przejrzeć, jako wspólnocie. Ja chyba dostrzegam regułę kontrastu...
   Idąc za ciosem stwierdzić muszę, iż Tokarczuk udało się chyba wreszcie najcelniej, spośród znanych mi parających się tym zadaniem ludzi pióra, zdiagnozować polskość i odmalować przezabawny, a jednocześnie uderzająco trafny portret Polaków. Uśmiałam się czytając "Mały stronniczy przewodnik po Polsce dla Niemców z racji wstąpienia do Unii Europejskiej", w którym podaje autorka krótkie, subiektywne, humorystyczne definicje fundamentalnych dla narodowej tożsamości pojęć. Kwintesencją prawdy o nas samych zdaje mi się być zdanie: "Dania uważane za typowo polskie, to barszcz ukraiński, ruskie pierogi i karp po żydowsku"*. 
   Zawarte w publikacji teksty traktujące o tematach trudnych napisane są językiem mowy. Językiem prostym i przystępnym, nieprzeładowanym słownikowymi określeniami czy rozbudowanymi porównaniami, w których nie sposób się nie pogubić. Gołym okiem widać, że autorka wie, o czym pisze. Widać, że poruszana tematyka jest jej niezmiernie bliską, wielokrotnie goszczącą w jej umyśle, a prawdopodobnie również w sercu. Tokarczuk rozlicza się w swej prozie z utartymi schematami. Demaskuje i obnaża niedoskonałość naszego świata i czyni to niezwykle sugestywnie, jej tezy i poglądy długo po lekturze kołaczą się w głowie i zmuszają do widzenia, a nie tylko patrzenia. Do słyszenia, a nie tylko słuchania. 
   Na drugiej natomiast stronie medalu, z wszystkich zapisanych słów będących nośnikami myśli wyłania się mentalna biografia autorki "Momentu niedźwiedzia". I tak, jak mówi się pokaż mi swoją szafę/sypialnie/lodówkę, a powiem ci, kim jesteś; tak Tokarczuk pokazuje nam poprzez swoje poglądy i wierzenia, jaka jest ona. Tolerancyjna, otwarta, inteligentna życiowo. Pogodna - bo mimo przytłaczającej i ważkiej tematyki, umie znaleźć słowa przyprawiające o uśmiech, kiedy się o niej czyta. Można też czytać te krótkie teksty jako swoisty klucz do drzwi jej pozostałej twórczości. Gwarantuję pobudzającą mentalnie i naładowaną treścią rzecz. 
Tekst stanowi oficjalną recenzję napisaną dla serwisu LubimyCzytać.pl 
 *s. 141. 
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2012.
Wydanie: I.
Ilość stron: 191.
Data powstania: teksty powstawały w latach 1996-2011.
Moja ocena: 4/6

sobota, 24 marca 2012

Irytujące autora skłonności - "Aniołowie zniszczenia" - Keith Donohue

   Powieść nie jest zła. Tylko jej autor jest strasznie irytujący... Ma wyobraźnie, ma dar lekkiego pióra; brakuje mu tylko, hmm, jak by to określić... konsekwencji i zdecydowania. Posiada on za to w nadmiarze tendencji do "przekombinowywania", do nadmuchiwania swej twórczości niczym balonu, z którego w efekcie uchodzi powietrze, a cały potencjał ulatnia się wraz z nim. Skutek? Niedopracowane, marniutkie zakończenie, podporządkowane propagowanym w powieści treściom. Za to i jeszcze za niedociągnięcie pewnych wątków, które były po prostu świetne, pan Donohue podpadł mi najmocniej.
   Fabuła powieści jest dość pogmatwana - jej charakter doskonale oddaje porównanie do śladu, jaki pozostawia rzucenie kamienia na wodę - kompozycji wielu koncentrycznych okręgów skupionych wokół wspólnego środka, jakim w "Aniołach zniszczenia" jest ucieczka małoletniej Eriki z jej chłopakiem Wiley'em z rodzinnego domu. Sprawy nie ułatwiają też liczne retrospekcje i podejmowanie naprzemiennie danych wątków w kolejnych rozdziałach. Owszem, zabieg taki sprzyja stopniowaniu napięcia i rozbudzaniu ciekawości czytelnika, jednak u Donohue dzieje się to kosztem jasności przekazu. 
   Kolejną natrętną tendencją, jaką przejawia według mnie autor, to produkowanie bohaterów na potęgę, bez większej konieczności ich zaistnienia w powieściowej rzeczywistości. Są bo są, pojawiają się, raczą czytelnika i współbohaterów jakimiś mądrościami życiowymi, a potem rozmywają się w niewyjaśnionych okolicznościach. Szczególnie mam tu na myśli enigmatycznego człowieka w płaszczu i kapeluszu, śledzącego dziewczynkę, dla którego racji bytu w "Aniołach zniszczenia" nie widzę kompletnie. Albo inaczej - był on postacią bardzo udaną literacko, ale koniec końców autor o nim niestety zapomniał...
   Donohue napisał powieść uroczą, nawet momentami wzruszającą i, nie powiem, nie najgorzej grającą na emocjach czytelnika. Jednak chyba sypnęło mu się zbyt dużo cukru... Dodatkowo całość wydaje mi się mdła, bo główny wątek - wątek tajemniczego pojawienia się Norah - w świetle całej historii znacząco traci na ostrości. Moment kulminacyjny powieści dał mi nawet powody do twierdzenia, że autor wymyślił świetny motyw dziewczynki o transcendentnym i mistycznym statusie bytowym, a cała powieść "Aniołowie zniszczenia" jest tylko fabułą, w którą wątek ten, niczym w niedopasowaną sukienkę, ubrał. Coś mi się tam po prostu nie klei, coś odstaje... Nie znajduję uzasadnienia dla konieczności pojawienia się Norah w tej historii, bo i tak do przodu akcję popchnął kto inny. Gdyby nie obawa przed spoilerem, wyłożyłabym tu konkretniejsze argumenty na potwierdzenie mojej tezy, lecz nie mogę. 
   Czytając powieść nie mogłam oprzeć się wrażeniu, iż Donohue uwielbia "ornamenty" - tak chciałabym określić wszystkie wizje, surrealistyczne momenty historii, wszystkie majaki bohaterów, ich przerażające projekcje... I są to świetnie zrealizowane epizody, najwyższej jakości wstawki stanowiące dla powieści porządny zastrzyk jakościowy. Sprawiły mi one, jako czytelnikowi ogromną ucztę wyobraźni, ale cóż, skoro kilkadziesiąt stron później autor pali wszystkie możliwości, które one wniosły na panewce jednym zdaniem, jednym zwrotem akcji... Donohue jest zbyt zachowawczy w stosunku do swoich bohaterów, boi się, tak czuję, postawić przysłowiowej kropki nad i, boi się przeciąć linii ich życia. Zupełnie w moim odczuciu niepotrzebnie jednych wybiela, a innym zostawia boczne furtki... Trochę więcej radykalizmu i mielibyśmy bardziej przekonującą powieść.        
    Amerykański prozaik irytująco balansuje na granicy realizmu i mistyki, liżąc i liżąc tę kruchą powłoczkę, która je oddziela, ale nie mając w sobie na tyle zdecydowania, by ją przebić, i pozwolić obu światom funkcjonować równolegle. I aż sama miałam ochotę mu podać igłę, aż sama chciałam autora za tę granicę przepchnąć. Z jednej strony są młodzi, gniewni i zbuntowani Wiley i Erica, przemierzający kolejne stany USA, by wcielić się w szeregi Aniołów Zniszczenia (to akurat był najlepszy według mnie wątek tej powieści), a z drugiej... No właśnie. Aniołowie? Czy może zwykli ludzie? Zjawy i zmory czy tylko wyrzuty sumienia? Mnie odpowiedzi na te pytania nie usatysfakcjonowały. Donohue czyni aluzje, daje czytelnikowi wiele nadziei, prowokuje do odważnych domysłów, a kiedy przychodzi chwila prawdy, robi krok w tył.
   Powieść czytało mi się przyjemnie, pomijając te irytujące skłonności autora,o których wyżej pisałam. Jeśli jednak miałabym ją komuś polecić, to chyba wyłącznie młodzieży - przesłania, które zawarł w niej autor dojrzałemu czytelnikowi mogą wydać się zbyt uproszczone i utopijne.
Tekst stanowi oficjalną recenzję napisaną dla serwisu LubimyCzytać.pl
 
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Albatros, Warszawa 2011.
Wydanie: I.
Ilość stron: 448.
Przekład: Anna Dobrzańska.
Tytuł orginału: Angels of Destruction.
Język orginału: angielski.
Data powstania: 2009.
Moja ocena: 3/6

poniedziałek, 12 marca 2012

Pijacka epopeja - "Suttree" Cormac McCarthy

   Ilekroć sięgam po książki McCarthy'ego zadaję sobie nieodmiennie pytanie: Co mnie do tego skłania? To mocna, bardzo męska proza. Momentami wręcz odrażająca, pełna odstręczających opisów, pejzaży literackich rodem z najobrzydliwszych śmietnisk, cuchnąca fetorem rozkładu - zarówno fekaliów, zwierzęcych trucheł czy ludzkich zwłok, jak i rozkładających się systemów wartości czy konającej etyki. Tak, że u McCarthy'ego nie jest lekko, łatwo ani bynajmniej przyjemnie. A jednak ma w sobie ten pisarz, mają w sobie jego dzieła jakiś specyficzny magnetyzm. Może to syndrom atawistycznego pociągu do świata ludzkich instynktów? A może to coś jeszcze głębszego... Często po lekturze powieści tego amerykańskiego pisarza nie mogę oprzeć się wrażeniu, że właśnie dotknęłam krwawiącej i rozdrapanej jego demaskatorskim piórem żywej duszy człowieczeństwa, takiego, jakim ono jest; bez cywilizacyjnych fundamentów, bez moralnej nadbudowy. Dla mnie McCarthy zawsze będzie najszczerszym portrecistą ludzkiej natury, najtrafniejszym psychologiem mrocznej kondycji świata.
   Cornelius Suttree to typowy bohater outsider. Mieszka na barce zacumowanej na rzece płynącej przez Knoxville, trudni się połowem ryb, pozostały czas spędza obcując z podobnymi sobie osobliwościami ze społecznego marginesu na przemian upijając się bądź pakując w tarapaty owocujące konfliktami z prawem. Nie ma rodziny - bo sam ją porzucił, nie ma zobowiązań - bo żyje z dnia na dzień troszcząc się jedynie o zaspokojenie podstawowych potrzeb. Można by go słusznie zaszufladkować jako drania i życiowego nieudacznika, jednakże na przestrzeni powieściowej fabuły ciężko jest się z nim nie zaprzyjaźnić. Sut bowiem jest wierny w swych poczynaniach specyficznemu kodeksowi ulicznika. To w jego imię ratuje bezustannie z tarapatów swego poznanego w więzieniu młodego przyjaciela Harrogate'a, gdy ten wpada na kolejne, coraz bardziej szalone pomysły na, zawsze nielegalne, zdobycie kilku groszy. To w imię tego honoru pomaga gejowi Leonardowi pozbyć się rozkładających zwłok jego ojca, by rodzina wciąż mogła pobierać za niego zapomogę, pomaga wyciągnąć psa z pomyj; w jego imię wytka ślepcowi kilka dolarów czy przynosi ryby śmieciarzowi. Kodeks ulicy ma dla niego większą wartość niż pieniądze, większą nawet niż własna wolność, od stracenia której za sprawą swych szemranych znajomych niejednokrotnie dzieli bardzo wątła granica.
   Suttree to postać bardzo tajemnicza - jego przeszłość, która powraca do niego za sprawą jednej rozmowy telefonicznej i zmusza do skonfrontowania ze sobą, to przeszłość gorzka, pełna ran i bólu. Stanąwszy nad grobem bliskiej sobie osoby widzi w nim niczym w lustrze wszystkie swoje błędy i niedociągnięcia; swoje zaniedbania. To doświadczenie jednak nie daje mu katharsis; nie zmienia niczego w jego życiu, niczego nie uczy. Nad Suttree'm ciąży jakieś niewytłumaczalne fatum, będące siłą destrukcyjną we wszystkich jego relacjach z kobietami. Czego się nie dotknie, jakiej więzi nie doświadczy, to wszystko prędzej czy później rozpada się w proch, obraca wniwecz. Jego kobiety to przeważnie prostytutki, z którymi łączy go tylko fizyczność. Kiedy w grę zaczyna wchodzić coś więcej los szybko interweniuje, by nie pozwolić bohaterowi McCarthy'ego wyrwać się ze szpon swej samotności. 
   W "Suttree'm" McCarthy mocno zarysowuje motyw człowieka przechodnia na świecie. Książka ta, jak żadne inne mi znane dzieło amerykańskiego pisarza, emanuje przejmującym egzystencjalizmem, raczy nas ogromną dawką dekadentyzmu przemyconego w refleksjach bohatera o świecie i życiu; o ludzkim losie i sensie istnienia.
"Stara farba na starej tabliczce niewyraźnie wzbraniała mu wstępu. Tę tabliczkę widocznie ktoś odwrócił, bo teraz napis odnosił się do świata zewnętrznego. Mimo to poszedł dalej. Powiedział, że tylko tędy przechodzi."*
Podejmuje też problematykę przemijania, podaje przykłady dawnej świetności i jej upadku, aby podkreślić znikomość i kruchość ludzkiego życia - nieważne jak przeżyte, w perspektywie machiny dziejów jest tylko nieznaczącym pyłkiem, zdaje się wzdychać McCarthy. Widać to szczególnie w scenie, gdy jego bohater ogląda fotografie z albumu rodzinnego z ciotką; gdy zwiedza ruiny starego dworku. Widać to w scenie pogrzebu - niezwykle smutnej, obciążonej ogromnym bagażem emocji, w której fabuła zdaje się zwalniać swój bieg, by Suttree wspólnie z czytelnikiem mogli poczuć transcendentny pierwiastek ich istnień. By mogli się zastanowić nad tym "(...) co dziecko może wiedzieć o mroczności Bożych wyroków? Albo o ciele tak słabym, że będącym niewiele więcej niż snem." **. Przejmująca scena uwydatniająca kruchość i ulotność ludzkiego życia.
   Suttree to powieść ukazująca pstrą od połatanych łachmanów i kłującą wielomiesięcznym zarostem hałastrę typów z społecznego marginesu. McCarthy w swej powieści ukazuje panoramę życiowych nieudaczników, wśród których znaleźć można między innymi szmaciarza, złomiarza, śmieciarza, kaleki, węglarzy ze szkapami, koźlarza-kaznodzieję, homoseksualistów, obdartych i brudnych poławiaczy pereł... Ten nędzarski korowód uzupełniają również prostytutki i karlice-wiedźmy. McCarthy konsekwentnie uprawomocnia rację bytu w literaturze postaci, na których cały panteon pisarzy-estetów spuścił ciężką kotarę zapomnienia. To o ich losach pisze, nad nimi się pochyla. I robi to bardzo wiernie ryzykując zniesmaczenie czytelnika, zyskuje orginalność i uznanie tych, którzy są tolerancyjnie na wszelkie przejawy sztuki. I nie epatuje przy tym brzydotą i złem; on je po prostu opisuje. 
   Wydawca obiecuje w "zajawce" na okładce, iż mamy do czynienia z "najzabawniejszą" książką McCarthy'ego. Nie wiem, co wydaje się mu aż tak zabawne; mnie "Suttree" poruszył, skłonił do refleksji, zasiał we mnie niepokój. By mnie rozśmieszył - tego stwierdzić nie mogę. Jeśli w powieści występują jakieś formy humoru, to chyba jedynie śmiech przez łzy. Ja dostrzegłam w niej stoickie pogodzenie z życiem; poniżej były tylko troski wynikające z instynktu przetrwania i hołdowania uzależnieniom; a na tle tego wszystkiego jedyne wyższe uczucie - przyjaźni - scementowanej i podsycanej wspólną niedolą.
   "Suttree" to bardzo dobra powieść, wnikająca w głąb ludzkiej duszy... McCarthy zachwycił mnie swoją nową techniką "mrocznego magicznego realizmu", uraczył niespotykanymi przeze mnie dotąd w jego twórczości opisami bytów z pogranicza jawy, mar sennych, narkotycznych majaków śnionych w chorobie. Doskonałe są te jego apokaliptyczne wizje przesycone symbolizmem i trwogą wynikającą z zapowiedzi kresu. Antyestetyka prowadzi tu za rękę antyutopię; ludzie są zezwierzęceni, ale wśród panujących we współczesnej Ameryce animozji (fabuła rozgrywa się w 1951 roku, czyli w przededniu walki Murzynów o swoje prawa) do rasy czarnej ulica zdaje się unosić ponadto; tu jedna rasa - ludzka rasa pije razem. Czyżby więc kolejny przekaz o wyższości natury nad cywilizacją? 
   Mój doskonały piewca turpizmu rozłożył mnie swą powieścią na łopatki. Słyszałam głosy mianujące "Suttree'go" dziełem życia McCarthy'ego. Nie czuję się na siłach wyrażenia swego poglądu na ten temat, za mało znam jego utworów; powieść nie zdetronizowała w mojej prywatnej hierarchii fenomenalnej "Drogi", ale to może za sprawą sentymentu, który do niej żywię. Uplasowała się jednak na bardzo wysokim miejscu, więc może coś w tym jest. Wiem na pewno, że ostatni akapit to istny majstersztyk, który zasiał w moim umyśle ziarno niepokoju i był kropką pod znakiem zapytania o ludzką kondycję i relację Bóg-człowiek, jakim jest cała powieść. Pod upiornym znakiem zapytania. 
   "Myśliwy kryje się gdzieś w szarym lesie nad rzeką i na polach rozkwitającego sorgo, i w ścisku zwieńczonych blankami miast. Dzieło jego widać wszędy dookoła, a jego psy nie znają zmęczenia. Widziałem je we śnie, żądne dusz żyjących na tym świecie, zaślinione i dzikie, o oszalałych z głodu ślepiach. Uciekaj przed nimi."***
 Tekst stanowi oficjalną recenzję napisaną dla serwisu LubimyCzytać.pl
*s.201
**s.225
***s. 665
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011.
Wydanie: I.
Ilość stron: 665.
Przekład: Maciej Świerkocki.
Tytuł orginału: Suttree.
Język orginału: angielski.
Data powstania: 1989.
Moja ocena: 5/6

czwartek, 23 lutego 2012

Płeć przeklęta - "Urodziłam się dziewczynką" - Harris, Welsh, Lette, Guo, Butcher, Phillips, Moggan

Równouprawnienie, feminizm, emancypacja kobiet  - te mentalne zdobycze schyłku XIX wieku tak silnie ugruntowały swą pozycję przez cały XX wiek w światopoglądzie cywilizacji zachodnich, iż u progu nowego tysiąclecia są one czymś tak oczywistym. Kobiety są partnerkami mężczyzn, tak samo jak oni funkcjonują we wszystkich sferach życia, mają te same prawa, identyczne możliwości. Dlatego gdy tylko przesuniemy się trochę niżej na mapie Europy a wędrując na Wschód przekroczymy granice Azji możemy zostać ścięci z nóg kontrastem, jaki uderzy nas na tej płaszczyźnie. Tam bycie dziewczynką to ujma, już od samego momentu narodzin kładzie się ona ponurym cieniem na egzystencji owej istoty, będąc dla niej aż po grób źródłem nieustannych poniżeń i cierpień. Tam kobieta jest niczym, płeć żeńska to płeć przeklęta. 
   "Urodziłam się dziewczynką" to publikacja wyjątkowa. Powstała ażeby bić na alarm i drażnić obojętne uszy Zachodu. Siedmiu pisarzy z ramienia Random House'u wyruszyło na prośbę zarządu brytyjskiej organizacji Plan zajmującej się pomocą kobietom w różne zakątki świata, by na własne oczy zobaczyć ból i niedolę żyjących tam kobiet, a następnie swe odczucia przelać na papier i w ten sposób ukazać prawdę o ich okrutnym losie światu.  
   Togo, Dominikana, Ghana, Sierra Leone, Kambodża, Brazylia - gdy myślę o tych krajach kojarzą mi się one nierozerwalnie z dziewiczym pięknem wybujałej przyrody, z feerią barw egzotycznych kwiatów i urzekającymi zachodami słońca. Istny raj na ziemi. Jednak dla mieszkających tam kobiet tak właśnie wygląda przedsionek piekła. Poniżane, bite, traktowane przedmiotowo, zdane same na siebie z gromadką dzieci na głowie. Mieszkające w opłakanych warunkach lub po prostu na bruku. Gwałcone, sprzedawane... zapomniane. Zapomniane lub celowo spychane w odmęty zapomnienia przez obojętny świat niczym żrący wyrzut sumienia. Bo co poradzić na kulturę, na patriarchalne modele rodziny? Co poradzić na zakorzenione poglądy o niższości płci żeńskiej? Jak przeciwstawić się zabobonom, wierzeniom, utartym obyczajom spychającym kobiety na margines człowieczeństwa? 
   Te i wiele innych pytań pobrzmiewa cichym, acz nurtującym echem w prozie siedmiu autorów, którzy poznali mieszkające tam dziewczęta osobiście.
    "Chciałabym opowiedzieć historię dziewczyny. Jednak wszystkie dziewczęta, które poznałam (...) opowiedziały mi tę samą smutną historię. Historię dziecięcej prostytucji, ciąży nastolatek, wirusa HIV, braku antykoncepcji, historię nielegalnych aborcji przeprowadzanych w podejrzanych spelunkach. Mówiły o turystyce seksualnej, samotnych matkach, mężczyznach macho, nieodpowiedzialnych, nieobecnych ojcach i o przemocy w rodzinie"*
 - pisze Kathy Lette, a słowa te bardzo wiernie i obrazowo oddają sytuację kobiet w rzeczonych zakątkach świata. To nie przypadek jednostkowy, to nie cierpienie danej grupy społecznej... to zawodzenie całej kobiecości, wszystkich istot żywych, które przeklęty chromosom Y skazał na ich los. Skazał je na bycie samotnymi matkami od pokoleń, na wczesne zachodzenie w ciąże z nieodpowiedzialnym, małoletnim i najczęściej uzależnionym od różnych używek lekkoduchem, który do tego jest ich sutenerem, jak było to w przypadku Teresy. Jej babka w wieku 16 lat miała już troje dzieci; jej matka w wieku 10 była prostytutką. 
   Ich problem to kultura macho, beztrosko rozsiewających swe nasienie gdzie popadnie, a najczęściej wprost do brzucha kobiet, których sens istnienia sprowadza się właściwie tylko do tego. Ich problem to dojmująca bieda każąca wierzyć w największe brednie i łapać się ich, jak ostatniej deski ratunku przed śmiercią głodową, jak było w przypadku matki Aido, która sprzedała handlarzom żywym towarem swych synów za równowartość roweru i masę czczych obietnic. Są ofiarami turystyki pedofilskiej, która rozwinęła żagle na ogromnej fali świata, w którym wszystko jest na sprzedaż; ich kat to zwyczaj podążania utartymi ścieżkami, życia w obrany przez lata sposób i brak energii oraz ochoty, by cokolwiek zmienić, by przełamać ten destrukcyjny impas, jak było to w przypadku matki Eleny Rosy i Renaty z Dominikany. Zrezygnowała ona z lepszego życia dla swych córek, bo świat, który ułożył pod jej stopami mąż nie przystawał do jej modelu życia. Ich problem to w końcu tradycje i absurdalne obyczaje, będące narzędziem do manipulowania masami, jak przydarzyło się to Bendu z Sierra Leone i wielu jej poprzedniczkom, gdyż, jak pisze Tim Butcher:
 "Oczekiwano, że dziewczęta w tym kraju bezwolnie poddadzą się przemocy i pozwolą, aby amputowano im nie tylko wrażliwą część ciała, ale poczucie kontroli nad własnym losem. A wszystko dlatego, że przeszły przez to kiedyś ich matki i babki"**
   Lirycznie, wiernie, fikcyjnie czy w reportażowej konwencji - wszystko jedno, byle skutecznie zasygnalizować światu rozmiar tego palącego problemu. Byle jak najdokładniej i najplastyczniej wyrazić ogrom tragedii tych kobiet. By czytelnik poczuł na własnej skórze ich lęki, troski,  egzystencjalną gehennę. Nie wiem, czy oprócz wzruszenia lub zniesmaczenia po lekturze publikacja przyniesie swym bohaterkom wymierne korzyści ze strony czytelników. Tym bardziej cieszy mnie inicjatywa przekazania części dochodu ze sprzedaży książki Planowi, który zajmuje się obroną praw dziecka. Może będzie to taka malutka cegiełka do poprawy ich sytuacji. A zbiorek naprawdę warto poznać. W jego bohaterkach kipi niedające się zdeptać życie, rosnące mimo podlewania go wodą toksycznych przeżyć.
Tekst stanowi oficjalną recenzję napisaną dla serwisu LubimyCzytać.pl
*s.61
**s. 40
Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Świat Książki, Warszawa 2011.
Wydanie: I.
Ilość stron: 175.
Przekład: Beata Turska.
Tytuł orginału: Because I am a girl.
Język orginału: angielski.
Data powstania: 2010-2011.
Moja ocena: 4/6

wtorek, 14 lutego 2012

Wymianka "Z miłością w tle" - paczka od Oli (Leny173)

Jestem zachwycona. Czym? Moją wymiankową paczuszką "Z miłością w tle" od Oli (Leny173). Spójrzcie sami i powiedzcie, czy Wy byście nie byli:
 
   Będę szczera - największą radochę sprawiła mi "Biała masajka". To po prostu w 100% mój klimat. Już wczoraj wieczorem (bo paczuszkę dostałam wczoraj) położyłam się z nią na łóżeczku i zapoznawałam z jej fragmentami (długa kolejka recenzyjnych nie pozwala mi się na tę powieść rzucić, co bym zrobiła z największą chęcią). Afryka, historia starcia kultur... mniam mniam literacki kąsek. "Jutrzejsza miłość" sądząc po opisie też jest pozycją jak najbardziej w moim stylu, a 11 września w tle sprawia, że intryguje mnie ona jeszcze bardziej. Nie czytałam, nie mogę się doczekać, kiedy sięgnę:) "Cień wiatru" pragnęłam mieć na półce od dawna. Pamiętam, że kiedyś zaczęłam ją czytać, ale to był zły czas, a ostatnio coraz częściej nachodziła mnie ochota na tego autora (znam tylko jego "Pałac Północy" - wrażenia jak najpozytywniejsze:)). 
   Dziękuję również w imieniu Natanka za "Blogowe dbajki" - wczoraj usiłowałam obejrzeć z nim rysunki, jednak mój roczny syn nie przejawiał większego zainteresowania piękną grafiką, o wiele bardziej chciał już tę książkę ugryźć. Dosłownie:) Odstawiłam na półkę. Podrośniemy, poczytamy:) 
   Nie ukrywam, że z dołączonych do paczki słodyczy największą uciechę miał mój Mąż. Cierpliwie odczekał, aż odprawię nad paczką swoje rytuały z aparatem po czym jak dziecko przebierał słodycze podgryzając przy tym krówki. Z pewnych rzeczy nigdy się nie wyrasta. A kisielek zabrał ze sobą do pracy. Ja natomiast pisząc ten post popijam sobie kawkę. Jest przepyszna.